Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Stygmaty brata Filipa - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
22,21
2221 pkt
punktów Virtualo

Stygmaty brata Filipa - ebook

Filip tymczasem otoczony szczelnie wiernymi, którzy wyciągnęli w jego kierunku dłonie, zamknął oczy i mamrotał pod nosem modlitwę. Alicja nie mogła uwierzyć w to, co widziała. Czy to była masowa histeria? Czy też cud uzewnętrzniał się na jej oczach? Postać Filipa nagle uniosła się do góry. Nie mogła zobaczyć, czy jego stopy oderwały się od podłoża. Zewsząd dotykały go ludzkie dłonie. Przez moment miała wrażenie, że gdyby nie one, to wyfrunąłby pod sam sufit.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-837-9
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

II

Obudziła się i przeciągnęła. Otworzyła oczy. Przez chwilę zastanawiała się, czy to wszystko jej się nie śni i czy nie nawiedziły ją jakieś dziwaczne koszmary. Potem spojrzała na zegarek, który leżał tuż obok i wyświetlał czerwone cyfry godzin. Szósta czterdzieści siedem.

Zamiast wylegiwać się jeszcze w łóżku co najmniej do godziny wpół do ósmej, usiadła niechętnie i założyła kapcie. Rozejrzała się po ponurym pomieszczeniu, oświetlonym tylko ciepłym światłem małej lampki. Jednak to wszystko to nie był sen. Spędziła kolejną noc w klasztornym domu uzdrowień. Doczekała soboty, dwudziestego drugiego grudnia, dnia, gdy zjawić się mieli pierwsi pacjenci.

“Pierwsi, nie licząc oczywiście tego rozczochranego mnicha z długimi włosami i niedbałym zarostem” pomyślała, gdy przeciągnęła się po raz kolejny i wstała na równe nogi. Jednocześnie uśmiechnęła się na myśl o nim. Filip zapewnił jej tyle wrażeń poprzedniego dnia, że ledwo co zasnęła. Dziwiła się sama sobie, że nie jest wściekła z powodu jego zachowania. Skradał się po nocy nagi, jak jej się zdawało, potem próbował ją chyba podglądać i biegał po strychu. Zdemolował jej całą lecznicę, którą sam wcześniej pomagał meblować. W najśmielszych snach nie przypuszczała, że zakonnicy będą robili takie rzeczy.

Przypomniała sobie jeszcze raz wszystkie rany, jakie opatrywała Filipowi i jednocześnie wyjęła z szafki paczkę papierosów. Silne otarcia na grzbietach stóp. Rana na głowie. Wreszcie dłoń przebita na wylot kawałkiem szkła. Nie miała tutaj możliwości żeby zbadać Filipa dokładniej. Nie była też w stanie wyciągnąć od niego informacji na temat tego, co się stało. Założyła, że musiał przewrócić się, zranić w dłoń i uderzyć w głowę. Nie miał objawów wstrząśnienia mózgu, więc raczej zrobiła wszystko, co była w stanie w tych warunkach.

Wyjrzała przez okno, wzięła głęboki oddech chłodnego, porannego powietrza. Wciąż było ciemno, więc bez obaw zapaliła papierosa. To była jedna z tych przyjemności, na które sobie pozwalała, ale nie do końca była to tylko przyjemność. Jakiś czas temu zdiagnozowała u siebie wrzodziejące zapalenie jelita grubego, więc zaleciła sama sobie papierosy, jedną z dziwnych, ale często skutecznych metod leczenia. Te kilka papierosów dziennie łagodziły objawy, ale też pozwalały jej skupić się na pracy. A praca lekarza w Polsce nie należała do najłatwiejszych. Od wielu lat system opieki zdrowotnej próchniał od samych korzeni i powoli rozpadał się. Pojawiały się coraz to nowe pomysły na to, aby go ratować, nie zawsze mądre. Jednych z nich były domy uzdrowień.

Alicja wiedziała, że to chory pomysł, ale jednocześnie prawo gwarantowało jej, że dzięki pracy w jednym z takich miejsc będzie mogła szybciej odrobić studia i opuścić kraj tak, jak zrobiła to większość jej znajomych i ogromna liczba innych lekarzy.

Gdy wciągnęła dym z papierosa, poczuła silny skurcz w brzuchu, aż się skuliła. Wzięła głęboki oddech. “Tylko spokojnie, to zaraz minie” powtarzała sobie w myślach jak mantrę. Potem zaciągnęła się papierosem, a ból zelżał. Odetchnęła z ulgą i wróciła do rozmyślań.

Po wczorajszej nocy zaczynała żałować, że zgodziła się na coś tak karkołomnego. Miała prowadzić samodzielnie lecznicę. Obiecano jej co prawda, że trafią jej się tylko prości pacjenci, że w ten sposób odciąży system opieki zdrowotnej, ale słyszała już wcześniej od kogoś plotkę, że to nie była prawda.

Specjalizowała się w chirurgii ogólnej, dlatego nie miała problemu z opatrzeniem rany Filipa. Ten mnich nie dawał jej spokoju. Była jednocześnie zażenowana i rozbawiona jego zachowaniem. Dopaliła papierosa, zgasiła o betonowy parapet okna.

Kiedy wstała zaatakował ją kolejny skurcz w brzuchu. Zajęczała i skuliła się z bólu. Poczuła, że musi szybko iść do toalety, więc ruszyła pospiesznie.

Niestety nie miała dostępu do prywatnej ubikacji, bo cały ten dom uzdrowień to była jedna wielka atrapa. Musiała opuścić mieszkanie i skorzystać z toalet zaadaptowanych dla przyszłych pacjentów.

Minęła salę domu uzdrowień i zdążyła jeszcze zwrócić uwagę na to, że ktoś posprzątał cały ten bałagan z poprzedniego wieczoru. Próbowała sobie przypomnieć, czy słyszała, żeby ktoś sprzątał, ale nie mogła. Przez moment zastanawiała się, czy to całe zajście jej się nie przyśniło, ale kolejny skurcz ponaglił ją i pobiegła do toalety.

Tak wyglądały przynajmniej dwa, częściej trzy dni w każdym tygodniu jej życia. Bolesne, poranne biegunki, czasem też kolejne w ciągu dnia. Usiadła na zimnej klapie od sedesu i zaczęła głęboko oddychać, by się uspokoić. Chłód płynący od deski był dla niej kojący.

Bała się tych dni, wyczerpywały ją psychicznie i fizycznie. Miała nadzieję, że ominie ją to chociaż do momentu, aż pojawią się pacjenci, że zapomni o tej swojej przypadłości, gdy rzuci się w wir nowej pracy. Poczuła silny skurcz, zawyła z bólu, a po chwili łzy popłynęły jej po policzkach i zaczęła łkać.

Nie miała pod ręką leków przeciwbólowych, bo nie zdążyła się przygotować na taką ewentualność. Wtedy pomyślała po raz kolejny o tym fajtłapowatym mnichu, o Filipie. Wyobraziła sobie, jak ucieka po tym, jak podglądał ją przez dziurkę od klucza do jej mieszkania. Potem wpada na szafę z lekami, którą sam ustawił zbyt blisko drzwi. Przewraca się niefortunnie, uderza w głowę i wbija wielki kawał szkła dokładnie w sam środek dłoni.

Uśmiechnęła się na tę myśl, choć wiedziała, że dla niego nie było to raczej przyjemne doświadczenie. “Dostał za swoje!” pomyślała i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a ból brzucha zupełnie zniknął.



“Nie było tak źle” — pomyślała. Przeszła się po głównej sali swojej nowej lecznicy. Wszystko było w porządku. Kilkanaście łóżek ułożyła optymalnie, z pomocą Filipa. Szafa na leki stała tam, gdzie przedtem, ale brakowało jej szyby. Wiedziała, że to nie jest zbyt dobry pomysł, by szafa pozostawała dostępna dla wszystkich i postanowiła, że poprosi któregoś z zakonników, aby jednak pomógł jej przenieść mebel do jej głównego gabinetu. Nie musiała długo czekać. Do sali zawitał brat Józef. Trzymał w dłoniach tacę i uśmiechnął się od ucha do ucha, gdy tylko zobaczył Alicję.

— Szczęść Boże! — Prawie wykrzyczał i ruszył w jej kierunku. — Nie było pani doktor na śniadaniu, więc pozwoliłem sobie przynieść tutaj małe co nieco. — Wymownie poruszył tacą, na której Alicja zobaczyła parującą kawę i drożdżówki. Kawa to było to, czego potrzebowała. Uśmiechnęła się do brata Józefa i chciała wziąć od niego tacę, ale ten zaczął nalegać, że zaniesie ją choćby do łóżka. Zgasiła bardzo szybko jego nieświadome zapędy i frustracje, mówiąc:

— No dobrze już dobrze. Proszę to wnieść do mojego gabinetu.

Józef już nie próbował więcej być nachalny. Zaniósł tacę, odłożył na biurku, po czym uśmiechnął się, ukłonił i zniknął. Zostawił ją samą, z kawą. Nie miała ochoty, by jeść cokolwiek. Wciąż czuła zmęczenie porannym atakiem bólu brzucha, ale miewała gorsze poranki. Wzięła łyk kawy i aż zmrużyła oczy z wrażenia. Była przepyszna. Mocny, głęboki aromat. Czarna, bez żadnych zbędnych dodatków, złagodzona jedynie dodatkiem niewielkiej ilości mleka. Nie miała pojęcia, skąd ten zakonnik wiedział, jaką kawę lubi, ale nie przeszkadzało jej to delektować się smakiem.

Słyszała już wcześniej od ojca Hieronima, że mają w klasztorze wyśmienitą kawę. Podobno mnisi przywozili ją z misji, prosto z kolumbijskich upraw i ponoć nie można było takiej kupić nigdzie w Europie. Nie potrafiła się z tym nie zgodzić. Delektowała się każdym łykiem i jednocześnie ogrzewała dłonie od gorącego kubka. Dotarło do niej, jak zimno jest w gabinecie. Przeklęła w myślach na to całe oszczędzanie energii, wymuszone przez sytuację na świecie.

Pijąc kawę mogła po raz kolejny przyjrzeć się swojemu gabinetowi. To tutaj miała przyjmować pacjentów, diagnozować i leczyć. Małe, ciasne wręcz pomieszczenie, było jednocześnie przedsionkiem do jej mieszkania. Nie bardzo jej się to podobało, ale pogodziła się z tym. “To tylko na parę lat” powtarzała sobie.

Usiadła przy biurku, na którym stał gruby notes i przestarzały laptop. Musiało jej to wystarczyć. Spojrzała na ścianę, gdzie w biblioteczce ułożyła kilka najważniejszych podręczników medycznych, z których będzie mogła skorzystać w razie potrzeby. Brakowało jej sprzętu, brakowało narzędzi, brakowało pomocy. Tak wyglądał nie tylko jej gabinet i dom uzdrowień, to był przeciętny stan całej opieki zdrowotnej w Polsce.

“To tylko kilka lat Alicja, potem wyjeżdżasz na zachód.” Ta myśl ją uspokajała. Musiała, zgodnie z prawem, odrobić lata studiów w kraju, zanim mogła legalnie go opuścić. Jakim cudem udało się przepchnąć takie prawo, nie bardzo miała pojęcie. Ale takie były realia.

Dopiła kawę i żałowała, że było jej tak mało. Wstała i skontrolowała godzinę. Zbliżała się ósma trzydzieści. Gdzieś w toalecie umknęła jej praktycznie godzina życia. Ale teraz było już po wszystkim i mogła spokojnie przygotować się do soboty. Założyła swój medyczny fartuch, by wyglądać jak profesjonalistka.

Powiedziano jej, że bus przywiezie pacjentów z placówki, która znajdowała się w pobliskiej wsi. Mieli być to ludzie, których zdiagnozował wcześniej lekarz i którzy nie wymagali skomplikowanych terapii, tylko raczej obserwacji i odpoczynku w spokojnym miejscu. A klasztor powinien być takim miejscem.

Póki co jednak dom uzdrowień był pusty i nie miała nic do roboty. Co gorsza, nie było tutaj nic, czym mogłaby się zająć poza leczeniem. Może oprócz biblioteki, ale nie była pewna, czy będzie mogła tam wejść. Zdawała sobie sprawę, że klasztorna reguła zabraniała kobietom wchodzić do różnych klasztornych pomieszczeń, ale chciała zapytać się głównego mnicha, ojca Hieronima, o dostęp chociażby do biblioteki.

Tymczasem stwierdziła, że zanim zjawi się ktoś w lecznicy, to zwiedzi chociaż najbliższe pomieszczenia, żeby mniej więcej wiedzieć, jak się tutaj przemieszczać. Kościół z główną kaplicą były dosłownie paręnaście metrów od domu uzdrowień. To dlatego, że sam dom uzdrowień był niczym więcej, jak poboczną kaplicą, którą zaadaptowano do tego celu. Z tego punktu widzenia, jej gabinet, a nawet mieszkanie, pełniły wcześniej rolę zakrystii.

Klasztorny kościół świecił pustkami o tej godzinie. Zresztą nawet w niedzielę ludzi bywało tutaj mniej, niż życzyliby sobie zakonnicy. Alicja przebywała tutaj zaledwie od paru dni, a już nasłuchała się o kryzysie wiary. Ona sama była osobą niewierzącą i nie bardzo interesowały ją sprawy religijne. Teraz weszła do wysokiej nawy kościoła i przyglądała się witrażom. Już tu była poprzedniego wieczoru. Silnie zdobiony obraz Matki Boskiej wisiał nad ołtarzem. Jej kroki odbijały się echem od ścian i wracały do niej stłumione.

Podeszła nieco bliżej, by lepiej przyjrzeć się obrazowi przy ołtarzu, ale przystanęła nagle. Poczuła coś, czego nie czuła od lat. Nie była pewna, czy ma przyklęknąć, czy też powiedzieć jakąś modlitwę. Stała tak długo w milczeniu, jakby zamrożona mistyczną siłą, aż wreszcie otrząsnęła się i po prostu usiadła w ławce. Rozluźniła się. Spokojnie rozejrzała dookoła. Pusto, ani żywej duszy. A jednak czuła coś, co jednocześnie ją niepokoiło i ekscytowało. Nie potrafiła tego nazwać.

Wreszcie niepokój wziął górę i postanowiła opuścić kościół. Skierowała się w stronę refektarza w nadziei, że spotka tam Oksanę. Chwilę jej zajęło, zanim odnalazła właściwą drogę.

Starsza kobieta była na miejscu. Wreszcie miała okazję porozmawiać z jej poprzedniczką. Nieśmiało weszła do kuchni przez uchylone drzwi i powiedziała:

— Dzień dobry pani Oksano!

Staruszka speszyła się na te słowa. Była sama. Brat, który jej pomagał tego dnia pozmywać po śniadaniu już sobie poszedł, a ona krzątała się całkiem żwawo, mimo wieku.

— Szczęść Boże dziecko. Zgłodniałaś? — spytała troskliwie.

— Nie, dziękuję. Ten zakonnik przyniósł mi śniadanie.

— Brat Józef? No tak. Nie mogłam się tutaj od niego odpędzić, tak bardzo był chętny, żeby ci je zanieść.

— Zauważyłam. Możemy porozmawiać? — Alicja przeszła do rzeczy i zbliżyła się do Oksany. Zauważyła, że kobieta łapie się za plecy prawie przy każdym ruchu.

— Siadaj dziecko. Zaparzę nam herbaty.

— Dziękuję. To pani wcześniej zajmowała się domem uzdrowień?

— Tak. Bóg dał, że pracowałam jako główna siostra przez krótki czas. Ale teraz już nie jestem w stanie i musiałam zrezygnować. — Oksana skłoniła głowę zasmucona. Przez silne emocje jej wschodnio-słowiański akcent stał się jeszcze bardziej wyrazisty.

— Byłaś główną siostrą? — Alicja zamyśliła się i zdała sobie sprawę, że prawdopodobnie w tej lecznicy nie było nawet lekarza, tylko pielęgniarka w wieku emerytalnym. To było jeszcze gorsze, niż wcześniej przypuszczała. — Czemu pani nie może już pracować? — spytała.

— Oj dziecko, jestem Oksana, nie żadna tam pani. Mów mi proszę Ksenia. — Kobieta zignorowała poprzednie pytania i uśmiechnęła się szeroko. Z palnika zdjęła czajnik z wrzątkiem i zalała dwie przezroczyste szklanki. Napar przybrał kolor ciemnego miodu.

Oksana powoli, z pewnym trudem przyniosła napój i postawiła przed Alicją, a potem usiadła po drugiej stronie małego stolika. Zapach rumianku był nieziemski, aż Alicja na moment oniemiała. Potem zapytała:

— Bolą cię plecy? Mogę panią… mogę cię zbadać. Mam też trochę leków przeciwbólowych.

— Dziękuję dziecko, może potem. — Oksana zupełnie ją zignorowała. — Mam tutaj swoje zioła. — Palcem wskazała na staromodne szafki, które wypełniały kuchnię.

— Zioła? Na ból? — Alicja zdziwiła się i zainteresowała.

— Tak, mam korę wierzbową… — powiedziała i przerwała na moment, a Alicja nie była pewna, czy kobieta chce sobie coś przypomnieć, czy raczej nie chce czegoś jej powiedzieć.

— Tak, te zioła są pyszne — powiedziała, uniosła szklankę i zaciągnęła się aromatem. Wyczuła, oprócz rumianku, silną nutę miętową.

— To z naszego klasztornego ogrodu. Uprawiam tam trochę ziół, w tej części, do której mogą wejść kobiety.

Alicja siedziała przez pewien czas w milczeniu. Rozglądała się po kuchni, ale nie było w niej niczego ciekawego.

— Dużo miałaś pacjentów? — spytała wreszcie.

— W domu uzdrowień?

— Tak.

— Niedużo. Czworo. Czasem pięcioro. — Zamyśliła się, gdy to mówiła. Wyglądało, jakby chciała sobie przypomnieć tamte czasy. Uśmiechała się sama do siebie. To musiały być pozytywne wspomnienia i Alicja poczuła ulgę. Pomyślała, że może nie będzie aż tak źle. Jeśli emerytowana pielęgniarka sobie poradziła i teraz uśmiecha się na myśl o tym, to i ona sobie poradzi.

— Pamiętam, jak przyjechali kiedyś pacjenci, było ich chyba czterech — zaczęła i przez moment przerwała, by sobie lepiej przypomnieć. Potem kontynuowała: — Nie pamiętam, co tam u nich zdiagnozowali. W klasztorze śmialiśmy się, że to byli opętani. — Uśmiechnęła się szeroko, gdy to powiedziała. Alicja zdziwiła się i pomyślała, że Oksana musiała mówić o pacjentach psychiatrycznych. — Na początku to leżeli spokojnie i rozmawiali, ale potem zaczęły się z nimi dziać różne cuda. Jeden z nich, to był duży facet, on zaczął przeklinać i agresywny się zrobił. — Nagle mina Oksany zbladła i Alicja sama się przestraszyła.

— Tak? Co potem? — dociekała zaciekawiona.

— Ah, nic. Zjawił się brat Filip. Wtedy to jeszcze nowicjuszem był chyba. — Oksana znowu się uśmiechnęła i złe wspomnienie minęło. Alicję zaciekawiło to jeszcze bardziej. — Brat Filip wszedł do domu uzdrowień, czegoś szukał, albo się zgubił.

— Tak, zauważyłam, że lubi myszkować w tamtych okolicach — dodała Alicja i zaśmiała się.

— Gdy tamten go zobaczył, to zły duch od razu go opuścił! Od tamtej pory był zdrowy. Poczciwy brat Filip potrafi nawet ducha wystraszyć swoim wyglądem. — Oksana skończyła historię lakonicznie, śmiała się i zaczęła pić swój przeciwbólowy napar. Alicja tymczasem chciała dowiedzieć się czegoś więcej i wypytać o szczegóły. Postać brata Filipa interesowała ją coraz bardziej. Jednakże nie zdążyła się zapytać, gdyż w drzwiach stanął znikąd brat Józef i oznajmił:

— Tutaj jest pani doktor, wszędzie pani szukam!

— Coś się stało?

— Przyjechały dziewczyny! — powiedział, nie kryjąc radości, po czym zniknął równie szybko, jak się zjawił.



Podekscytowana ruszyła żwawym krokiem na dziedziniec. Szybko pokonała schody, potem długi korytarz. Jej kroki odbijały się głuchym echem od pustych ścian.

Słońce było już dość wysoko na niebie i wyglądało nieśmiało zza chmur. Rozświetlony dziedziniec klasztorny wydał jej się dużo bardziej czysty, niż to sobie zapamiętała. Ktoś musiał sprzątnąć te wszystkie opadłe liście i pochować wreszcie ogrodnicze narzędzia.

Na środku dziedzińca stał van, a dookoła niego kilka sióstr zakonnych w kolorowych habitach. Alicja naliczyła cztery osoby. Dwie z nich miały habit szary, bez nakrycia głowy i pomyślała, że musiało im być zimno pomimo faktu, że zima była wyjątkowo ciepła. Pozostałe dwie miały nakrycia głowy. Jedna, w pięknym, granatowym habicie, druga w czarnym. Wszystkie cztery wyjątkowo młode. Nie wyglądały na chore.

Alicja widziała, jak ojciec Hieronim oddala się od vana z torbą podróżną. Wyglądało na to, że to on przywiózł jej… pacjentki? Nie była pewna. Niesiona falą podekscytowania podeszła do sióstr, które pilnowały swoich niedużych bagaży i stały tuż przy samochodzie. Bezwiednie przyjrzała się im tak, jak przyglądała się pacjentom. Z bliska też nie wyglądały na chore, nie na pierwszy rzut oka.

— Szczęść Boże — powiedziała, ale nie była pewna, czy to było odpowiednie powitanie.

— Szczęść Boże! — Kobiety odparły prawie jednogłośnie i uśmiechnęły się. Ta w granatowym habicie zbliżyła się do Alicji, wyraźnie zaciekawiona i wyciągnęła do niej przyjazną dłoń:
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij