Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Sumienia półszlachetne. Malachit. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
3199 pkt
punktów Virtualo

Sumienia półszlachetne. Malachit. Tom 2 - ebook

Kontynuacja serii  "Sumienia półszlachetne"

Zapomniany przez Boga i ludzi komisariat w Niezgodzie miał być dla Leona Dekera cichą przystanią, gdzie będzie zajmował się spokojną biurową pracą. Trafia jednak na trop prowadzący do zbrodni sprzed dekad, która okazuje się bardziej skomplikowana, niż wszystkim się wydawało. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych okoliczne bagna stały się scenerią działania seryjnego mordercy. Zbrodniarz uprowadzał młode dziewczyny, więził je i torturował. Czy wydany na niego wyrok więzienia na pewno zakończył sprawę? Okazuje się, że nawet wśród sielskich malachitowych mokradeł Dolnego Śląska zło wyciąga swoje macki.

"Misterna intryga, niezawodny szlif bohatera, fabuła błyszcząca akcją – dobra jubilerska robota."

Maciej Siembieda

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-097-6
Rozmiar pliku: 6,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

CZĘŚĆ I

Z drewnianej wieży górującej nad Leśnym Stawem widać niewzruszoną zieleń wody, niewielką wyspę z kilkoma martwymi jesionami i puste gniazda czapli, które rozpierzchły się na wszystkie strony, kiedy jeden z bielików poderwał się do lotu. Drapieżnik krąży teraz nad powierzchnią stawu, wypatrując zdobyczy, aż nagle zniża lot i rozchlapuje wodę jak myśliwski pocisk. Wzbija się w powietrze, trzymając w szponach szamoczącego się karpia. Okrąża wyspę i siada na gałęzi dębu, jedynego drzewa, które jeszcze walczy o życie, opierając się toksycznym odchodom kormoranów. Bielik kładzie rybę na gałęzi, przygwożdżając ją szponami, i kilka razy obraca głowę. Karp podryguje, mrugając szklistymi oczami, podczas gdy ostry dziób ptaka wyrywa z jego brzucha strzępy mięsa i długą wstęgę jelita. Ryba wygina się przy każdym dziobnięciu, w końcu jej ruchy stają się tylko impulsem porażonego nerwu.

Z drewnianej wieży górującej nad Leśnym Stawem widać pomarańczowe słońce, powoli zniżające się nad lasem. Jego promienie, jak rozbryzgane na lewo i prawo smugi ognia, wyłaniają się na chwilę spomiędzy chmur. Drzewa w lesie po drugiej stronie stawu wydają się bliższe, listowie buków i olch kołysze się w lipcowym wietrze, intensywnie zielone. Czarne smugi pni i poruszanych wiatrem gałęzi wydają się błyszczeć. Zieleń jest zapraszająca, hipnotyczna i uwodzicielska.

Z drewnianej wieży górującej nad Leśnym Stawem można usłyszeć echo burzowego grzmotu, przetaczającego się ponad nawoływaniami nurogęsi, gągołów i bielaczków. Kiedy odgłosy ptaków nieco cichną, słychać pojękiwania związanej dziewczyny, która klęczy u podnóża rozlatujących się schodów.

Robi się zimniej. Pierwsze krople deszczu spadają na olchowe liście, spływają po zwisających z gałęzi poczerniałych szyszkach i wsiąkają w podmokłą ziemię. Nasłuchując błagań o litość, zniekształconych przez ciasno zwinięty knebel, można spokojnie dopalić papierosa i uśmiechnąć się do planów na dzisiejszy wieczór. Potem można zejść po schodach, poprawić spodnie i popatrzeć w przerażone oczy, których barwa przypomina zieleń zerwanego liścia. Można pogładzić dłonią zmoczony łzami policzek i silnym ruchem poderwać dziewczynę z ziemi.

Być może warto powstrzymać wściekłość, która każe zacisnąć dłonie na piętnastoletniej alabastrowej szyi, i przez chwilę sycić się wiszącym w powietrzu strachem. Pojawia się wiele możliwości, wszystkie kuszące i ciekawe, i tak, warto być cierpliwym, otworzyć drzwi białego Transita i położyć dziewczynę na przygotowanym wcześniej materacu. Potem można odjechać zarastającą pokrzywami groblą, ostatni raz spojrzawszy na wrzucony do stawu szkolny plecak, w którego bocznej kieszeni ciągle jeszcze tkwi test ciążowy.

*

Trzciny uginają się, kołysane przez zawiewający od stawu wiatr. Krople deszczu spadają na drewnianą czatownię, mocząc kartkę, która wisi na jednej ze ścian. Na niej znajduje się zdjęcie. Dziewczyna. Ładna, młoda, jeszcze dziecko. Gdyby nie pogoda, napis w górnej części kartki byłby widoczny z daleka. Zaginiona. Amanda Ryczel.

Mężczyźni przez chwilę patrzą na zmoczone deszczem zdjęcie. Potem poprawiają broń i odchodzą. Jest ich dwóch. Mają na sobie wojskowe peleryny, po których spływają strużki wody. Latarki oświetlają niewiele, ale wystarczająco, żeby nie skąpać się w wodzie. Wyższy z nich, Bolesław, zatrzymuje się czasem, podnosząc do oczu lornetkę. Kiedy ją opuszcza, odsłaniając twarz filmowego amanta, z rezygnacją kręci głową. Potem poprawia kapelusz i stara się dogonić idącego przodem mężczyznę.

Tym razem kolega czeka i patrzy nań pytająco.

– Ani śladu – mówi Bolek. – Szukamy ducha.

Szum wiatru w olszynie niemal zagłusza słowa chudego jak patyk Sławomira Ryczela.

– Dostałem wiadomość. Leszek z ekipą są już koło starego młyna. Rozdzielą się i ruszą w naszym kierunku – oznajmia i chowa za pazuchę krótkofalówkę. Gestem nakazuje, żeby ruszali.

Idą ostrożnie, noga za nogą.

Gałęzie, które łamią ciężkimi buciorami, z plaskiem zapadają się w błocie.

Zerwane pajęczyny opadają na ubrania i twarze, ale nigdzie nie widać pająków. Za mocno wieje.

– Chujowa impreza – stwierdza Bolek, potknąwszy się o pień wyciętego drzewa.

– Masz, rozgrzej się. – Sławek podaje koledze piersiówkę.

Bolek pociąga z niej dwa duże łyki.

– A ty?

– Dzięki, nie mam ochoty – mówi Ryczel.

W jego głosie nie ma emocji. Od kiedy dowiedział się o zaginięciu Amandy, nie śpi i prawie nie je. Nigdy nie wyobrażał sobie, że strach może boleć, ale brak córki jest jak jątrząca się rana. Gdzieś w żołądku ulokowała się odbierająca rozum czerń, która rozlewa się po całym ciele.

Bolesław patrzy na niego i wyobraża sobie, co musi przeżywać, skoro zwykle pierwszy sięgał po alkohol. Dalsze rozterki przerywa mu podejrzany szelest. Unosi rękę na znak, że coś usłyszał. Wpatruje się w kępę krzaków.

Sławek jak na komendę ściąga z pleców sztucer i reguluje lunetę.

Bolesław ściąga plecak i klęka na jedno kolano. Jego dubeltówka nabita jest grubym śrutem do polowań na dziki. Zaciska palec na spuście. Mruży oczy. Ma wrażenie, że deszcz pada mu na kark i moczy plecy, ale uświadamia sobie, że to nie jest deszcz; ma przecież kapelusz z impregnowanej króliczej wełny – to jego własny pot, zimny i nieprzyjemny.

– Dwadzieścia pięć metrów. Jak coś wyjdzie z tych krzaków, będzie jak na dłoni – wypowiada te słowa niemal szeptem, a one biegną z wiatrem gdzieś w ciemność i znikają równie szybko, jak się pojawiły.

– Spokojnie, Bolek. Dorwiemy go.

Krzaki przed nimi się poruszają.

Nerwy mężczyzn napięte są do granic.

Po chwili słychać chrumknięcie. Z zarośli wybiega młody dzik. Zobaczywszy ich, przyspiesza i znika w trzcinowisku.

– Zostaw – mówi Bolek, widząc, że towarzysz wodzi za zwierzęciem odbezpieczoną bronią. – Huk spłoszy tego skurwiela.

Ryczel przytakuje i opuszcza sztucer. Rozgląda się, oddycha głęboko. Siada na powalonej przez bobry wierzbie. Próbuje zapalić papierosa, ale deszcz mu to uniemożliwia.

– Masz, moja zawsze odpala – mówi Bolek i podstawia mu pod nos blaszaną zapalniczkę. Siada obok. Wyciąga skądś suchą chusteczkę. Przeciera nią twarz i kark.

Mimo kamuflażu widać ich jak na dłoni. Zmarznięci, pociągający nosami, mokrzy od deszczu. Sławomir wie, że jego kolega myśli już o kolacji. Wódka z piersiówki tylko narobiła mu apetytu. Trochę z ciekawości, a trochę żeby odciągnąć go od myśli o jedzeniu, zadaje pytanie:

– Strzelałeś kiedyś do człowieka?

Bolesław zaciska dłonie na dubeltówce.

– Nie. Daj jeszcze łyka.

Sławomir częstuje go wódką i patrzy gdzieś przed siebie. Po prostu siedzi i gapi się w ciemność. Rozważa coś w myślach.

– Czasami myślę, że mnie nie lubiła. Ale chyba nie na tyle, żeby uciec z domu. – Spogląda na Bolesława. – A ty? Bo chyba rozmawialiście?

– Nie było okazji…

– Mówiłem jej, że ma nie wsiadać z nieznajomymi. A ona tylko się śmiała. – Ryczel patrzy na lufę sztucera, którą trzyma w dłoni, jego kolbę opiera o ziemię. – Amanda ma dopiero piętnaście lat…

– Nizioł widział go przed szkołą. Skórzane rękawiczki, zarost, koszula w kratę. – Bolek recytuje to jak litanię. – Kiedy chciał do niego zagadać, facet odpalił silnik i odjechał. Wiesz, co jeszcze mi powiedział?

Sławek kręci głową. Skąd niby ma wiedzieć?

– Że facet ma oczy diabła.

Ryczel wydmuchuje dym i wyrzuca peta. Drobina żaru zatacza łuk i znika w krzakach. Trudno mu tego słuchać. Bolek na co dzień jest policjantem. Przez osiem godzin dziennie twardą ręką pilnuje porządku w Miliczu i okolicy. Ale teraz jego gadanie działa Sławkowi na nerwy.

– Diabeł nie diabeł… Zajebiemy, to się dowiemy – mówi i wstaje, poprawiając kaptur.

Bolesław także podnosi tyłek i zarzuca broń na plecy. Po chwili znów przemierzają jedną z wielu wydeptanych przez zwierzęta ścieżek.

Wieczorne niebo rozświetla błyskawica. Grzmot, który rozbiega się po tafli stawu, brzmi jak chrzęst łamanych kości.

Sławek zdejmuje pijawkę, która nie wiadomo kiedy przyssała mu się do przedramienia.

– Myślisz, że mi się to podoba? – pyta. – To łażenie po ciemku i szukanie nie wiadomo kogo? Ale fakty są, jakie są. Amandzia od trzech dni nie wróciła do domu, a wczoraj znaleźliśmy jej but. Rozumiesz?

Bolek rozumie. Sam ma syna, też jedynaka. Nieraz dał mu w twarz za pyskowanie, ale gdyby coś się stało temu pryszczatemu drągalowi, to rozerwałby na strzępy każdego, kto by mu coś zrobił.

Idą przed siebie. Nasłuchują wszystkiego, co nie jest kapaniem deszczu zlewającym się w jednostajny szum.

Trzeszczy krótkofalówka. Sławek wyciąga ją zza pazuchy poncza.

– Kontakt! – mówi zniekształcony głos. – Kontakt! Słyszycie?! Odbiór!

– Słyszymy – odpowiada Sławek, zatrzymując się.

– Mieliśmy kontakt. Ucieka w waszą stronę. Uważajcie.

Patrzą po sobie. Sławek chce zapytać o rysopis, ale sygnał się urywa.

– Czekamy? – pyta Bolek.

– Zaraz.

Pokonują kilkanaście metrów i stają przed dużym dębem. Tu pada nieco mniej. Chwytają za strzelby. Rozglądają się na wszystkie strony.

Robi się cicho. Odgłosy ptaków milkną. Nawet deszcz pada jakby wolniej.

Wydaje im się, że słyszą dziewczęcy głos. Ludzki jęk, cichy jak złudzenie. Trudno ustalić, skąd dobiega. Sławkowi wydaje się, że rozpoznaje jego tembr. Napręża się jak struna i wyciąga chudą szyję.

– Słyszysz? – pyta.

– Telefon?

– Głos. Ktoś wołał pomocy.

– Wydaje ci się.

– Nie. To Amanda – z trudem wypowiada te słowa przez zaciśnięte usta.

Ma ochotę zerwać się z miejsca i ruszyć przed siebie, żeby ratować córkę. Ale nie wie, dokąd biec.

Obaj nasłuchują.

– Tam – mówi Sławomir i rusza w kierunku olszyny.

Dźwięk jest wyraźniejszy. Tańczy wokół nich jak melodia. Ale to nie muzyka. To dziewczęce jęki. Dziewczyna najpewniej szarpie się i płacze. Ten płacz zlewa się z deszczem w melodyjny skowyt. Cichnie równie nagle, jak się zaczął.

– Słyszałeś? – Bolesław zatrzymuje się i wpatruje w kolegę. – Jakby duchy…

– To Amanda. – Sławek jest oszołomiony. Rozgląda się, ściskając sztucer. – Ona tu jest. Czuję to.

Nie wiedzą, co robić. Wokół nich rozpościera się ciemność. Są sami. Stoją w deszczu, po kostki w wodzie.

– Znowu ją słyszę – mówi Sławomir i obraca się w stronę, z której przyszli.

Robią kilka kroków. Opierają się plecami o pień drzewa. Podnoszą broń. Po drugiej stronie muszki mają oświetlone latarkami trzciny. Chrzęst gałęzi robi się coraz wyraźniejszy.

– Tam, od stawu.

– Słyszę…

Coś dudni kilka kroków od nich. Pnie młodych olszyn się poruszają. Oczom mężczyzn ukazuje się ludzka sylwetka. Jest szybka. Szybsza od nich. Zanim udaje im się dostrzec, że obcy trzyma w dłoni młotek, pada cios. Bolesław rozkłada ręce i robi obrót wokół własnej osi. Kapelusz leci na ziemię, a młotek uderza ponownie. Policjant bezwładnie opada na kolegę. Sławek ma wrażenie, że Bolek szarpie go za rękaw, ale to on sam chce odruchowo zrzucić niespodziewany balast. Bolesław osuwa się i pada u jego stóp. Piętami orze ziemię. Z jego skroni spływa strużka krwi.

Sławek próbuje wycelować, ale nie ma do kogo. Facet zniknął równie szybko, jak się pojawił. O tym, że tu był, świadczą tylko poruszające się trzciny. Sławek podnosi sztucer i strzela w tamtym kierunku.

– Pomocy! – krzyczy. – Jest tutaj!

Nikt mu nie odpowiada. Ryczel nie wie, co robić. Wszystko dzieje się błyskawicznie. Rozgląda się. Dyszy. Zapomniał o krótkofalówce. Pochyla się nad kolegą, który leży na wznak. Jego otwarte oczy wpatrują się w niebo. Z rozbitej czaszki, pulsując, sączy się krew. Bordowa kałuża u stóp Sławomira szybko się powiększa.

– Kurwa mać… – jęczy, wyszarpując z kieszeni chustkę. Przykłada ją do głowy rannego, ale niewiele to daje. Gdzieś powinna być apteczka, krótkofalówka z częstotliwością policyjną, ale córka jest przecież ważniejsza. Facet, który zniknął w trzcinach, ma jego córkę.

Ryczel przeładowuje sztucer i rusza w pogoń.

Idzie powoli. Jest zupełnie ciemno. Burza, która krążyła nad stawami już od wczoraj, teraz rozszalała się na dobre. Latarka oświetla niewiele, wydobywając z ciemności głównie strugi deszczu.

– Gdzie jesteś, śmieciu!? – woła Ryczel.

Nikt nie odpowiada.

– Odezwij się! Słyszysz?! – Ostatnie pytanie kończy się rozpaczliwą nutą. Sławomir ma ściśnięte gardło. – Co z nią zrobiłeś? Gadaj, gdzie moja córka!

Jego twarz jest mokra od deszczu. Strumienie wody ściekają mu po nosie i brodzie, nogi zaczynają zapadać się w bagnie. Kieruje na nie snop światła. Przyklęka, żeby wyjąć but, który ugrzązł w błocie.

– Odpowiadaj! – bardziej błaga, niż rozkazuje.

Nagle wydaje mu się, że znowu słyszy córkę.

– Tato. Tato… – rozlega się gdzieś w pobliżu, a może tylko w jego głowie, bo jak okiem sięgnąć, są tylko ciemność i deszcz. Prostuje się. Wytęża słuch. Do jego uszu dobiega dziecięcy płacz.

– Idę, córeczko! Już idę…

Skręca w prawo, w jedną z wydeptanych przez dziki ścieżek. Trawa zapada mu się pod stopami, ale jest przecież doświadczonym myśliwym. Wie, że skoro rośnie tu trawa, to zapadnie się najwyżej po goleń. Ten skurwiel też musi znać te bagna, przemyka mu przez myśl i przypomina sobie dawne opowieści. Rodzice straszyli jego siostrę potworem. Mówili, że jak zgubi drogę, porwie ją Zielony Król.

Podnosi broń i przyspiesza kroku. Trafia na niewielką polanę. Wokół niego są trzciny. Tuż za nimi powinien rozciągać się staw. Idzie w tym kierunku. Rozgląda się.

Trach!

Otrzeźwia go jego własny krzyk i przeszywający ból. Ryczel pada jak długi. Po chwili z trudem ogląda swoją lewą nogę. W piszczel, aż do samej kości, wbiły mu się wnyki. Sztucer leży dwa metry od niego. Musiał go upuścić, gdy runął na ziemię. Zaczyna się szarpać, ale robi mu się ciemno przed oczami i przestaje. Bada dłońmi stare żelastwo. Łańcuch jest krótki. Mężczyzna wstaje. Może zrobić najwyżej krok. Krew chlupie mu w bucie, oblepia nogawkę.

Kurwa mać, myśli i znów opada na kolana. Opiera czoło o mokrą ziemię.

Tkwi tak kilka chwil, otępiały, trzęsąc się z bólu. Potem wydaje mu się, że coś słyszy.

Jakby kroki. Ciężkie, powolne kroki.

Kieruje wzrok na las, z którego wyszedł. Światło latarki oświetla pochylone trawy i ślady jego własnych butów.

Kroki się zbliżają. Dołącza do nich sapanie. Mimo ulewnego deszczu Ryczel słyszy je wyraźnie. Szarpie się, próbując uciec, ale ból jest zbyt wielki, a wnyki trzymają mocno. Żelastwo coraz głębiej wbija mu się w nogę. W końcu Ryczel go dostrzega. Obcy, który ich zaatakował, jest w pelerynie. Na głowie ma kapelusz, który zabrał Bolkowi. Nałożył na niego maskującą siatkę, a w otok zatknął gałęzie olchy. Kamuflaż przypomina zieloną aureolę.

To jego korona, przemyka Ryczelowi przez głowę.

Facet idzie powoli. Na barkach taszczy coś ciężkiego.

To Bolesław. Ten psychol przywlókł tu Bolesława.

Facet staje jakieś pięć metrów przed nim. Zrzuca z pleców balast i głęboko wzdycha. Sławomir nie widzi jego twarzy, ale mógłby przysiąc, że pod maską kryją się oczy, które patrzą, zaglądając w jego duszę.

– Co robisz? – pyta. – Gdzie moja córka?

Facet stoi w lekkim rozkroku. Ciągle dyszy z wysiłku.

– Gdzie moja córka, jebany gnoju! Gadaj!

– Cii… – mówi jak do dziecka. Wydaje się wyzbyty z emocji.

– Gdzie jest moja córka?! Proszę… Nic ci nie zrobiła. Ma dopiero piętnaście lat…

Facet pochyla głowę, jakby modlił się albo kontemplował mokre źdźbła trawy. W końcu klęka na jedno kolano. Podnosi tułów Bolesława i podpiera mu plecy jego własnym plecakiem. Martwy policjant siedzi teraz naprzeciwko Sławka. Ich twarze są na tej samej wysokości.

– Co chcesz zrobić? – Ryczel z przerażeniem śledzi każdy ruch obcego. – Co robisz, ty chory na łeb skurwielu?!

Tamten ma czarne rękawiczki. Jedną z nich wyciera nos, ukryty za maskującym woalem. Opiera się o Bolesława i tkwi tak przez pełną napięcia, dłużącą się chwilę, jakby szeptał mu coś do ucha. Z ramienia ściąga dubeltówkę. Przełamuje ją. Sprawdza, czy jest nabita.

– Pojebało cię? Co chcesz zrobić? – pyta Sławek, szarpiąc łańcuchem.

Facet się prostuje. Sięga do kieszeni. Wyciąga dyktafon i włącza odtwarzanie.

Na niewielkiej polanie rozlega się błaganie o litość. To głos Amandy.

– Co jej zrobiłeś? – Ryczel dalej się szarpie.

Próbuje sięgnąć po sztucer, ale broń jest za daleko. Przez chwilę wygląda, jakby przeciskał się przez niewidzialne drzwi.

– Oddaj mi córkę. Oddawaj ją, bo cię zajebię!

– Cii… – Obcy znowu mówi jak do dziecka.

Pochyla się nad Bolesławem i wtyka w jego bezwładną dłoń dubeltówkę. Przytrzymuje ją obiema rękami. Swój palec wskazujący kładzie na palcu martwego policjanta.

Sławomir próbuje zrobić unik, szarpiąc się jak oszalałe ze strachu zwierzę.

Tamten cmoka ostrzegawczo i kręci głową. To nie ma sensu – mówi ten gest. Obcy wyciąga rękę. Pochyla głowę nad zamkiem dwururki. Na końcu muszki ma szamoczącego się Ryczela. Wolną dłonią, jak fotograf ustawiający modela, pokazuje mu, że przez chwilę ma się nie ruszać. Tyle że fotograf nie pociągnąłby za spust dubeltówki…

Strzał wykrzywia ramię złapanego w sidła Sławka. Jedna ze śrucin rozrywa mu ucho. Ryczel wrzeszczy, przerażony, ale nie zamierza się poddawać. Szarpie się, gotowy zostawić nogę w żelaznych wnykach.

Facet, który do niego strzelał, znowu podnosi dłoń. Przez chwilę czeka, aż Sławomir trochę się uspokoi. Potem siada na ziemi, opierając się plecami o ciało Bolesława. Teraz trzy zaciśnięte na dubeltówce dłonie ponownie biorą na cel szamoczącego się w sidłach mężczyznę. Tym razem muszka jest dokładnie na wysokości jego brzucha.

Facet ponownie pociąga za spust.

Spłoszone wrony wzlatują nad las. Ich krakanie zlewa się z cichnącym echem wystrzału.

Sławomir, padając na plecy, szeroko otwiera usta. Przez chwilę patrzy w ślad za ptakami, ale resztki jego uwagi przykuwają poruszające się w rytm muzyki świerki. Wydaje mu się, że są intensywnie zielone, że błyszczą, że ich korony układają się przed nim, jakby nie były drzewami, a bramą do malachitowego pałacu. Patrzy, urzeczony, a potem wyciąga do nich ręce i robi pierwszy krok.1.
_Dwadzieścia sześć lat później_

Leon Deker podniósł głowę znad papierów i spojrzał na uchylone okno. Właśnie wleciała przez nie mucha i zaczęła krążyć pod zwisającą z sufitu lampą, dołączywszy do swoich krewniaczek. Nieruchome powietrze było gorące i wilgotne. Leon rozpiął kolejny guzik policyjnej koszuli i wstał, żeby nalać sobie wody.

Posterunek w Niezgodzie zajmował poniemiecką stróżówkę – trzyizbowy domek ze spadzistym dachem, w którym do dzisiaj stała kaflowa kuchnia i pieniek do rozłupywania drewna. Ktoś pewnie dogrzewał się tutaj zimą, bo posterunek był sezonowy, czynny od maja do października. Oficjalnie miał przyczyniać się do poprawy bezpieczeństwa turystów odwiedzających milickie stawy, ale Leon zdążył już zauważyć, że priorytetem stróżów prawa było raczej pilnowanie tysięcy hodowanych w stawach karpi, które, tuczone kukurydzianą papką, rosły po to, aby zimą trafić na wigilijne stoły. Nad swoim biurkiem Deker miał poroże łosia, które – jeśli wierzyć opowieściom – trafiło tutaj z dawnej leśniczówki Goeringa, znajdującej się zaledwie dwa kilometry stąd. Obok był kącik kuchenny i zlew, a nad nim brudne lustro, w którym widać było okratowane drzwi do pokoiku pełniącego funkcję czegoś pomiędzy izbą wytrzeźwień, aresztem i poczekalnią.

Leon nalał sobie całą szklankę, zakręcił kran i wypił duszkiem. Przyjrzał się dwóm chłopakom, którzy siedzieli za kratami, zdając się powoli odzyskiwać siły. Patrzyli na niego zmęczonym wzrokiem, zapewne próbowali zrozumieć, gdzie się znajdują.

Deker wrócił do biurka. Pochylił się nad klawiaturą wysłużonego peceta i powstrzymując ziewanie, skupił się na pracy.

– Co tam piszesz? – zagadnęła posterunkowa Jowita Kaczmarek, która najwyraźniej poczuła się w obowiązku wyrazić zainteresowanie tym, co robił. Machnęła kartonową teczką, wydając z siebie pełne złości sapnięcie.

Leon zobaczył, że na jego biurku leży przebierająca nogami mucha. Dobił ją zgłoszeniem kradzieży, które od godziny wklepywał do komputera, i spojrzał na koleżankę. Jowita miała dwadzieścia cztery lata, nadwagę, ładną buzię i doklejone rzęsy, do których widoku nie mógł się przyzwyczaić.

– W Grabówce włamano się do szopy – powiedział. – Właścicielka twierdzi, że zginęło trzy kilo kiełbasy.

– Do Walenciakowej? Miała świniobicie w zeszłym tygodniu.

– Skąd wiesz? – Wypowiedziawszy te słowa, Leon uświadomił sobie, że zadał głupie pytanie, bo już dawno zauważył, że lokalne plotki są tym, co najbardziej interesuje posterunkową Kaczmarek.

– Moi rodzice u niej zamawiają. Na ślub też zamówimy.

Leon mimowolnie podążył za spojrzeniem Jowity. Na jej serdecznym palcu połyskiwał pierścionek, a na biurku stał bukiet kwiatów.

Wstawiła elektryczny czajnik.

– Robię kawę – powiedziała. – Chcesz?

– Poproszę.

Policjantka wsypała do kubków po dwie łyżeczki mielonego Jacobsa, zalała je wrzątkiem i raz jeszcze sięgnęła po tekturową teczkę.

– Nie cierpię much – powiedziała, biorąc kolejny zamach. – Mówiłam Grzesiowi, żeby kupił lep. A on, że jak pojedzie do miasta, to kupi. Był wczoraj i nie kupił. I jeszcze miał pretensję, że mu nie przypomniałam.

Leon często nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Tym razem posłał Jowicie głupkowaty uśmiech, który chyba podziałał na nią zachęcająco, bo mówiła dalej. Pasowała doskonale zarówno do starszego sierżanta Albina Fotygi, którego nazywano Szeryfem, jak i do jego zastępcy Grzegorza Małeckiego, dla którego szczytem marzeń był awans na sierżanta i ślub z Jowitą. Nic dziwnego, że Leon oprócz ciągnącej od okolicznych bagien wilgoci wyczuwał w powietrzu spore stężenie hormonów, które kojarzyły mu się z nastoletnią głupotą.

– Idę zapalić – oznajmił.

– Idę z tobą.

Po chwili siedzieli przed posterunkiem, mając przed sobą skrawek pola i ścianę lasu, który ciągnął się aż do Milicza. Żeby schować się w cieniu, musieli oprzeć się o budynek, choć ich nogi zostały w jaskrawej plamie słońca, które przypiekało nieznośnie.

Leon wiedział, że dziewczyna znowu przygląda się bliznom przecinającym jego policzki. Pomyślał, że teraz w końcu spyta, jak się ich dorobił, ale wtedy ze środka dobiegł ich zwierzęcy wrzask, do którego szybko dołączyło uderzanie o grzejnik metalowym przedmiotem.

Jowita błyskawicznie straciła zainteresowanie kolegą.

– Zamknąć się tam! – wrzasnęła w stronę otwartych drzwi.

Hałas ustał.

Zapalili papierosy i wzięli po łyku kawy.

Leon w pierwszym odruchu chciał ją wylać. W ustach miał obrzydliwy posmak, a w gardle fusy. Powstrzymał się jednak, świadomy tego, że pozbawi się pretekstu, by choć na chwilę odpocząć od roboty, która była nędzną parodią tego, co robił we Wrocławiu.

– Jesteś tu od miesiąca, a właściwie nic o tobie nie wiemy – powiedziała Jowita. – Nawet nie pijesz z nami kawy.

– Nie przepadam za sypaną.

– Rozpuszczalnej nie mamy.

Leon spojrzał na nią, maskując uśmiech. Tłumaczenie, że najbardziej lubi espresso ze swojego kolbowego La Pavoni, wydało mu się bezcelowe. Zresztą policjantkę ciekawiło co innego.

– Zastanawialiśmy się z Grzesiem, jak tu trafiłeś. Nigdy nie mieliśmy nikogo z Wrocławia.

Leon milczał. Złote łany pszenicy, które miał przed sobą, falowały, uspokajając umysł.

– Wiesz, jeśli to tajemnica, to nie musisz gadać.

Jowita miała jednak w sobie coś z naprzykrzających się much, z którymi tak zawzięcie walczyła.

– Po prostu nie chcę.

– Aha… – Jowita zaciągnęła się papierosem, wyraźnie urażona.

Siedzieli tak przez chwilę, milcząc. Nie patrzyli na siebie.

– To jak tu trafiłeś? – ponownie spytała policjantka. – Mnie możesz powiedzieć, umiem siedzieć cicho.

Z pewnością, pomyślał Leon i uświadomił sobie, że jeśli ma tutaj żyć, to może czas, aby zaspokoić ich ciekawość.

– Jak tu trafiłem? A jak myślisz? Dlaczego nie widziałaś mnie nawet z piwem?

Jowita uśmiechnęła się wyrozumiale.

– Wiedziałam! Mój Grzesiu też miał kiedyś problemy z piciem, ale powiedziałam mu, że jak jeszcze raz przyjdzie ubzdryngolony, to z nami koniec.

– Tak?

– Tak, serio, napił się w weekend, ale przyniósł kwiaty. A z kwiatami to już zupełnie inna gadka. Ja na przykład piję tylko na imprezach, wiadomo, trzeba wyluzować, ale ogólnie to…

Jowita opowiadała o swoim życiu, a on patrzył na idealnie błękitne niebo, po którym płynęło kilka niewielkich obłoków. Kiedy z posterunku znowu dobiegły wrzaski, niemal poczuł wdzięczność dla młodych aresztantów.

– Chcemy zadzwonić do adwokata! – krzyczał właśnie jeden z nich. – Nie macie prawa nas tu trzymać, policyjne kurwy!

– A dzwońcie sobie, gnojki! Ciekawe, skąd weźmiecie telefon!

Jowita, która wychyliła się w stronę drzwi, zachowywała kamienny spokój. Nie uroniła nawet kropli z niebieskiego kubka, który przez cały czas trzymała w ręku.

– Ty cipo! – krzyknął drugi z chłopaków. – Mój stary dojedzie was wszystkich!

– Niech najpierw dojedzie twoją matkę, bo wszyscy wiedzą, że puszcza się z Kowalewskim!

Leon z lekkim zażenowaniem spojrzał na babuleńkę, która przyglądała się im, prowadząc drogą objuczony torbami rower.

W stronę Jowity poleciało kilka kolejnych wyzwisk. Dziewczyna zakręciła się w miejscu, w końcu postawiła kubek na parapecie okna, przydepnęła peta i wyjmując zza pasa policyjną pałkę, weszła do środka.

Leon słyszał jej podniesiony głos i uderzenia pałką o kraty. Kiwnął ręką babuleńce na znak, że wszystko w porządku, i zaciągnął się papierosem.

Kiedy dopalił, jego koleżanka usiadła obok, zdyszana i spocona.

– Skurwiele – westchnęła. – Musiałam zadzwonić do Szeryfa. Już on im pokaże.

– Naprawdę przetrzyma ich tutaj do jutra?

Pokręciła głową.

– Nie po tym, co odjebują.

– I co z nimi zrobi? Przeniesie ich? Niby gdzie?

– Zobaczysz. – Jowita przyjrzała mu się po raz kolejny. – A zanim cię wyrzucili, to co robiłeś w tym Wrocławiu?

– Szczerze mówiąc, to niezbyt wiele. Głównie praca biurowa.

– Musiało ci się nudzić, co?

– Trochę – przyznał Leon.

– Tutaj zawsze się coś dzieje – powiedziała Jowita, patrząc na wyleniałego kota, który zeskoczył właśnie na ziemię z beczki na deszczówkę i obserwował ich z bezpiecznej odległości. – Ale do roboty biurowej też kogoś potrzebujemy. W końcu poczujesz się tutaj jak u siebie, zobaczysz.

Leon nie odpowiedział. Wrócił myślami do tamtego grudniowego dnia, kiedy musiał podjąć najtrudniejszą decyzję w swoim życiu.

_W knajpie rozbrzmiewało_ The __ Guns of Brixton_, a on patrzył na radiowozy, które ustawiły się w taki sposób, że zablokowały wszystkie drogi wyjścia z Ossolineum. Widział wypielęgnowane trawniki zniszczone przez koła policyjnych vanów i ostre, niebieskie światła kogutów, odbijające się od elewacji zabytkowych gmachów. Wysoko nad ogrodowym dziedzińcem pojawiło się słońce, które wychynęło zza ciężkich grudniowych chmur, aby odbić się w lunecie wyborowego strzelca._

_Chłopak od Czarnego, pomyślał Leon, nie zawaha się, jak dostanie rozkaz. Potem pomyślał jeszcze, że trochę szkoda umierać w taki dzień._

_Podniósł do ust filiżankę; nie chciał dopijać kawy w pośpiechu. Smakowała doskonale._

_Jeden z policjantów ukrytych za kuloodporną tarczą krzyczał przez megafon, żeby podniósł ręce do góry. Kilku innych odbezpieczyło broń. Leon słyszał charakterystyczne kliknięcia, ale nawet się nie poruszył. Dawni koledzy, podwładni, kumple od kieliszka i głupich żartów teraz celowali mu w serce, gotowi podziurawić je kulami._

_Zrobił kilka kroków w ich kierunku. Uśmiechnął się smutno._

_– Ani kroku dalej, Deker! Odłóż to i podnieś do góry te pieprzone ręce!_

_Leon wziął kolejny łyk doskonale przyrządzonego cappuccino. Pomyślał o Beretcie, która, ukryta pod kurtką, ciągle wbijała mu się w lędźwie. Wystarczyłoby sięgnąć za plecy i ostrzeliwując się, spróbować uciec w kierunku Szewskiej._

_Nie dobiegłbym nawet do kawiarni, ale śmierć od kul nie jest taka zła, przemknęło mu przez głowę._

_– Na kolana! Dalej, ręce do góry i gleba!_

_Jeden ruch. Jeden szybki ruch, zwolnienie blokady i kilka strzałów w kierunku tej drącej się przez megafon gęby._

_– Ostatnie ostrzeżenie, Deker! Na kolana!_

_Leon posmakował kawy po raz kolejny i opadł na kolana. Odstawił filiżankę na chodnik i podniósł ręce do góry._

– Bardzo dobrze, Deker! Łapy do tyłu!

_Leon opuścił ręce i założył je za plecy. Widział, jak podchodzi do niego jeden z mundurowych w stopniu sierżanta. Podchodził niepewnie, z prawą dłonią na odpiętej kaburze. Dokładnie tak jak na szkoleniach._

_– Spokojnie, komisarzu – powiedział, stając za jego plecami._

_Leon kątem oka widział Karolinę. Wybiegła z kawiarni, a teraz stała w progu, patrząc na to wszystko zaczerwienionymi od płaczu oczami. Uśmiechnął się do niej. Wziął głęboki oddech._

_Kiedy poczuł na przegubie dłoni chłodny metal kajdanek, zadziałał instynktownie. Usunął się z linii strzału i błyskawicznie sięgnął po Berettę. Sierżant nie miał nawet czasu zareagować. Leon wstał i zasłonił się nim jak tarczą._

_Przez sekundę, może dwie spodziewał się zamętu, nerwowości, krzyków i strzałów. Ale było kompletnie cicho. Żaden z celujących w niego policjantów nie wykonał gwałtownego ruchu._

_– Jak się nazywasz? – spytał młodego policjanta, przysuwając usta do jego ucha._

_– Załęcki. Sierżant Marek Załęcki. Proszę nie robić mi krzywdy._

_Leon zrobił dwa kroki w tył, ograniczając możliwość zajścia go z boku._

_– Odłóżcie broń, to Markowi Załęckiemu nie stanie się krzywda – powiedział donośnym głosem. – Możecie go postrzelić, a nikt nie chce kłopotów._

_Deker zacisnął przedramię na szyi oddychającego z trudem policjanta. Był niemal pewien, że obaj szukają wzrokiem dowodzącego akcją._

_Kalemba, gdzie jesteś, skurwielu? – zapytał w myślach._

_Rozglądał się i czuł, że naelektryzowane grudniowe powietrze z trudem wpada mu do płuc. Pocił się, chociaż na dachach zabytkowych budowli leżał śnieg._

_Próbował iść w lewo, ale przejście do ulicy okazało się zamurowane. Widział, jak wycelowana w niego broń zmienia swoje położenie – jak głowy widzów na jakimś cholernym tenisowym meczu._

_Jedyna droga ucieczki prowadziła przez ustawione w poprzek ścieżek radiowozy._

_Słychać było kolejne syreny. Do ogrodu wjechał czarny van antyterrorystów, miażdżąc żywopłot. Wysypali się z niego zamaskowani faceci uzbrojeni w automatyczną broń._

_– Zostaw go, Deker! Nie masz szans. Wiesz o tym._

_Głos był znajomy. Leon zastanawiał się tylko, czy szef dolnośląskiej policji widzi go na żywo, czy na ekranie._

_– Kalemba? Gdzie się chowasz, szczurze?_

_Widzi mnie przez kamerę, pomyślał Leon, ale nie miał czasu pomyśleć niczego więcej, bo głos komendanta wojewódzkiego był zdecydowany jak nigdy dotąd._

_– Odbezpieczyć broń. Strzelać bez ostrzeżenia._

_Trochę szkoda umierać w taki dzień, pomyślał znowu Leon. Nie tylko on miał taką refleksję. Na przedramieniu poczuł łzy sierżanta Załęckiego._

_– Stójcie! – To Karolina. Podbiegła i stanęła obok Leona. – Leon, dogadajcie się, masz, wybrałam jego numer._

_Leon z pogardą spojrzał na numer swojego skorumpowanego szefa._

_– Powiedz mu, żeby się jebał._

_Karolina nie zamierzała dać za wygraną._

_– Leon, do cholery… Masz dzieci. Nadia ciągle cię kocha… Potrzebny jej jesteś żywy, rozumiesz? – Karolina trzymała w dłoni telefon i nie kryła łez. – Dziewczyna całe życie nie miała ojca. Niech ma go chociaż teraz. Dogadajcie się. Spróbuj._

_Leon zauważył, że na uchu jego zakładnika zatańczyła czerwona kropka. Po chwili zobaczył je wszędzie: na swoich nogach, na przedramieniu i policzku. Jakby obsiadło go stado much._

_Leon przystawił sobie komórkę do ucha._

_– Przegiąłeś, Deker. Wiesz o tym, prawda? – Głos Kalemby drżał z gniewu._

_Mam słabe karty, pomyślał Leon, bardzo słabe. Mimo to rzucił je na stół._

_– Jak mnie zabijesz, to masz przejebane – powiedział._

_– Niby dlaczego miałbym pozwolić ci żyć?_

_– Mam zacząć od dwóch księży zabitych w wąwozie pod Nowym Kościołem pod koniec lat osiemdziesiątych czy od pendrive’a z naszymi rozmowami u znajomego pismaka?_

_Po drugiej stronie słuchawki rozbrzmiał nieco zdumiony śmiech._

_Kalemba się rozłączył, a Leon poczuł, że to koniec. Pomyślał o swoich córkach. Bardzo chciałby jeszcze je zobaczyć._

_Na placu przed Ossolineum zrobiło się kompletnie cicho._

_– Wstrzymać ogień – powiedział ktoś przez megafon. – Podinspektor Kalemba chce porozmawiać z Dekerem w cztery oczy._

_Policjanci odłożyli broń. Ten z megafonem wskazał na wejście do kawiarni._

_Leon wypuścił zakładnika i wszedł do Cherubinowego Wędrowca. Tuż obok, w zabytkowym kościele, czekała na niego eskorta komendanta wojewódzkiego. Policjanci przeszukali go i zabrali mu broń. W środku czekał na niego szef._

_Pogadali w cztery oczy._

_Okazało się, że Kalemba bardziej od pielęgnowania urazy ceni sobie spokój. Jego propozycja wydała się Leonowi warta przemyślenia._

_– Oddajesz pendrive i wypierdalasz z Wrocławia – mówił Kalemba. – Szukasz sobie pipidówy, gdzie nikt nie kojarzy, że jesteś od nas, i pierdzisz w stołek aż do emerytury. Zapominasz o stopniu komisarza, a co najważniejsze: zapominasz o mnie._

_Leon uświadomił sobie, że nigdy nie przepadał za pracą w wojewódzkiej. Może wakacje na prowincji dobrze mu zrobią? Może niższe stanowisko to spokój i możliwość częstszego widywa-nia się z dziećmi?_

_– Jeszcze jedna sprawa – powiedział Leon._

_– Tak?_

_– Ci księża, których próbowałeś zabić w osiemdziesiątym ósmym, nie byli sami. Była z nimi dziewczynka. Dziewięcioletnia brunetka. Co się z nią stało?_

_– Nie wiem, o czym mówisz._

_– Nie łżyj! Muszę wiedzieć, co się z nią stało. Zrobiłeś jej krzywdę?_

_– Za kogo ty mnie masz, Deker?_

_Leon świdrował wzrokiem swojego szefa, gotowy rzucić mu się do gardła._

_– Widziałeś ją. Wiem, że ją widziałeś._

_– Dobra, widziałem ją. Uciekła do sztolni z tym pieprzonym księdzem. Szukałem ich przez chwilę, ale odpuściłem. Miejscowi na pewno słyszeli strzały. Nie mogliśmy ryzykować._

_– Ona żyje?_

_– Nie wiem i nie obchodzi mnie to. – Kalemba spojrzał na policjantów, którzy wyłonili się zza uchylonych drzwi. – Idź już, zanim zmienię zdanie._

_– Jeśli coś jej zrobiłeś…_

_– Spierdalaj już._

– Ej, co się tak zamyśliłeś? – spytała Jowita, wstając z krzesła.

Z drugiej strony posterunku dobiegał warkot ośmiocylindrowego silnika. Należący do ich przełożonego Chevrolet Silverado parkował właśnie przed wejściem do budynku.

– To przez ten upał – powiedział Deker i odstawił kubek z niewypitą kawą. Doskonale wiedział, dlaczego jego koleżanka zerwała się z miejsca.

Ze środka już dobiegał basowy głos ich szefa.

– Koniec opierdalania się! Nie jesteście na wakacjach!

Starszy sierżant Albin Fotyga miał czterdzieści pięć lat i rzadką u osób w jego wieku obsesję na punkcie zasad. Znany był z tego, że nie lubi grzebać w papierach, a porządku pilnuje starymi dobrymi metodami. Mówiono na niego Szeryf, bo naprawdę wyglądał, jakby urwał się z Dzikiego Zachodu. Wąsy strzygł na kształt odwróconego U, a z kabury przy jego policyjnym pasie wystawała stylizowana na kość słoniową rękojeść Colta Peacemakera.

– Byłeś u Walenciakowej, Deker? – Albin Fotyga położył na stole rewolwer i zaczął odpinać guziki policyjnej koszuli.

– Pojadę jutro. Powinno być trochę chłodniej.

– Chłodniej? – Szeryf wypowiedział to słowo tonem obelgi. Zdjął złocony zegarek i podwinął rękawy. Przedramiona miał imponujących rozmiarów. – Zrobiłeś coś dzisiaj, jeśli mogę spytać?

– Wypełniałem papiery. Potem włączyły się aktualizacje. – Leon po raz setny pomyślał sobie, że zanim został zdegradowany, ludzie tacy jak Fotyga mogli mu co najwyżej przynosić obiad. Zdusił jednak ukłucie zranionej dumy.

Szeryf nie patrzył na niego. Idąc w kierunku aresztu, rzucił tylko:

– Mam nadzieję, Wrocławiak, że ci się dobrze zaktualizowało.

Leon chciał coś powiedzieć, ale zobaczył, że na jego biurku siada Jowita. Jej szerokie uda skutecznie uniemożliwiały jakąkolwiek pracę, więc spojrzał tam, gdzie patrzyła ona – na plecy starszego sierżanta i przestraszone twarze skacowanych nastolatków.

– Słyszałem, że pyskowaliście – powiedział Szeryf, otwierając celę. – Zobaczymy teraz, jakie z was chojraki.

– Mówiłam im, że się doigrają – powiedziała Jowita.

Chłopacy zaczęli się tłumaczyć, przybierając błagalne pozy.

– Który pierwszy? – zapytał Szeryf.

Leon widział, że syci się władzą. Widział, że schlebia mu zapalczywość, z jaką go proszą, żeby ich wypuścił. Najwyraźniej miał to za nic, bo tłukł ich otwartą dłonią po twarzach i uszach. Kiedy jeden z nich próbował się bronić, Szeryf uderzył go w brzuch tak mocno, że ten zwymiotował.

– Starczy im, sierżancie – powiedział Deker.

Szeryf podniósł głowę. Wyglądał jak żubr, do którego nozdrzy doleciała nowa, nieprzyjemna woń, ale nawet nie spojrzał na Leona. Jego cała uwaga skupiała się na chłopakach.

– Baczność!

Ci, trzęsąc się i chlipiąc, wyprężyli się przed nim.

– Nie mazać mi się tu, gnojki! Jeszcze raz złapię was na kłusownictwie, to łapy połamię, zrozumiano?

Nastolatkowie milczeli, z trudem łapiąc powietrze. W końcu przytaknęli.

– Pytałem, czy zrozumiano?!

– Taak.

– Co: tak?!

– Zrozumiano, proszę pana.

– Przepraszamy.

Szeryf przez chwilę patrzył na obitą twarz jednego z nich.

– A ty nawet nie próbuj wyjeżdżać z tatusiem do moich ludzi, bo to twój tatuś kazał dać wam nauczkę.

Chłopak bąknął coś pod nosem, ale Szeryf znowu zdzielił go w ucho.

– Co się gapicie jeden z drugim?! Wypierdalać mi stąd i modlić się, żebym was więcej nie widział!

Nastolatkowie wyszli. Nawet nie zapytali o swoje telefony, które – jak domyślił się Deker – wylądowały w nocy w jednym ze stawów.

Szeryf zamknął za nimi drzwi i ciągle jeszcze dysząc, spojrzał wreszcie na Dekera.

– Mój posterunek, moje zasady. Rozumiemy się?

Deker przełknął ślinę. Znowu to nieznośne ukłucie…

– Tak jest, sierżancie.2.

Nadeszła szesnasta, a wraz z nią upalne popołudnie pełne bzyczenia owadów i lejącego się z nieba żaru. Leon rozważał słowa terapeutki, która zaledwie dwa miesiące temu przekonywała go, że skłonność do agresji i uzależnień to nie wynik frustracji spowodowanej zaginięciem siostry, jak zawsze chciał myśleć, tylko nieudana relacja z ojcem. Ponieważ ojciec nie żył od kilkunastu lat, najlepszym, co mogła zaproponować, była medytacja i kontakt z naturą.

– Kontakt z naturą? – Leon wypowiedział te słowa pierwszy raz w życiu.

– Pokora, medytacja, kontakt z naturą – powtórzyła terapeutka z całą powagą. – I koniecznie liczenie do dziesięciu za każdym razem, kiedy poczuje pan narastającą złość. Przemoc fizyczna nie jest sposobem rozwiązywania problemów, tylko drogą do stworzenia sobie kolejnych.

– Kontakt z naturą…

*

Powietrze nad Baryczą było jasne, niemal świetliste. Popołudniowe słońce odbijało się od tafli wody tysiącami srebrzystych refleksów. Leon siedział w cieniu samotnej wierzby, mrużąc oczy i próbując ignorować zawartość wędkarskiej torby, którą sprawił sobie na czterdzieste urodziny. Przez lata życia we Wrocławiu był praktycznie odcięty od przyrody, więc kiedy trafił do niewielkiej miejscowości pośród lasów, stawów i bagien, zderzenie z tą rozbrzmiewającą ptasimi trelami zielenią było wręcz uderzające. Ciągle nie przyzwyczaił się do tego, że o trzeciej trzydzieści budzi go świergot ptaków, ale próbował zauważać korzyści płynące z nowej życiowej sytuacji. Tydzień przed urodzinami pomyślał, że skoro przyszło mu pracować w okolicy słynącej z wyśmienitych ryb, to w końcu nauczy się je łowić. Niestety wciąż nie miał pojęcia, jakiej przynęty użyć i gdzie zarzucić wędkę, żeby miało to sens. Po raz kolejny spojrzał na kołyszący się na wodzie spławik, zastanawiając się, dlaczego nie ma nad nim kontroli – przecież szarpie wędką w lewo i prawo.

Kiedy dopił piwo, zobaczył, że żyłka wplątała się w kołowrotek. Zaklął, schował puszkę do foliowego worka i z właściwą sobie uporczywością zabrał się za rozplątywanie supła. Na rybach był już czwarty raz, ale jak dotąd złowił jedynie starą szmatę i mnóstwo wodorostów, które wyciągał niemal za każdym razem. Dzisiaj wyjątkowo dobitnie uświadomił sobie paradoksalność nowego hobby. Zaczął łowić, żeby być blisko przyrody, ale w ogóle go to nie cieszyło. Wkurzały go komary, końskie muchy, skuszone zapachem piwa osy i wszelkie robactwo, które za każdym razem sprawiało, że kiedy tylko wracał do domu, drapał się i dokładnie wytrzepywał ciuchy. Gdyby nie terapia metadonem, który przyjemnie komponował się z nikotyną, prawdopodobnie rzuciłby to wszystko i pojechał szukać fentanylu, za którym ostatnio coraz bardziej tęsknił.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła osiemnasta. Podparł wędkę i po raz kolejny spryskał się środkiem odstraszającym komary. Poszedł w stronę lasu, żeby się wysikać. Gdy rozpinał rozporek, kątem oka dostrzegł ruch pomiędzy drzewami, coś jakby niesiony wiatrem cień. Ledwo zwrócił na niego uwagę. Chciał go zignorować, ale najwyraźniej nie zatracił dawnego instynktu. A ten mówił mu, że jest obserwowany. Zapiął spodnie i ruszył przed siebie. Kierował się ku brzozowemu młodnikowi, wciąż oddalając się od rzeki. Do jego nozdrzy doleciał przyjemny zapach wędzonej ryby. Przeszedł jeszcze kilkaset metrów i natrafił na pozostałości ogniska. Ogień wygaszono, ale popiół wciąż był gorący.

Kłusownicy? – pomyślał, doskonale pamiętając scenę, która rozegrała się na komisariacie.

Sam nie miał pozwolenia na łowienie ryb, więc odkrycie nie zrobiłoby na nim większego wrażenia, gdyby nie wszechogarniająca nuda i fakt, że wokół ogniska nie było śladów butów. Kiedy okrążył je z pochyloną głową, przekonał się, że ktoś je zatarł.

Daleko mu było do zawziętości jego szefa, który nielegalne połowy tępił z całą surowością. Leon zanotował swoje obserwacje w pamięci i wrócił nad rzekę.

Kiedy sięgnął po kolejną puszkę, musiał odnotować coś jeszcze: z jego torby zniknęło piwo. Poza tym wszystko chyba było na miejscu; telefon i portfel tkwiły tam, gdzie je zostawił. Leon rozejrzał się zdziwiony, ale jak okiem sięgnąć nie dostrzegł śladu ludzkiej obecności.

Jeszcze raz przeszukał swoją nową torbę. Byłby gotów uznać, że wcale nie wziął ze sobą czteropaku i że luki w pamięci są pamiątką po nadużywaniu narkotyków, ale w jednej z kieszeni wciąż szeleścił foliowy worek ze zgniecioną puszką po Lechu.

Dziwne…

Nad wodą wysiedział jeszcze dwadzieścia minut, przez cały czas uważnie nasłuchując, ale kiedy nie wydarzyło się nic podejrzanego, zabrał swoje rzeczy i ruszył w drogę powrotną.

Jego mieszkanie stanowiła część wiejskiego domu, którą wynajmował od samotnej wdowy. Dziarska emerytka najwidoczniej bardzo potrzebowała pieniędzy, bo kiedy tylko jej zapłacił, powiedziała, że jedzie do córki, i od tego czasu jej nie widział. Zadzwoniła tylko dwa razy, by spytać, czy mógłby podlać pomidory. Deker dysponował więc dużym pokojem na piętrze i swobodnym dostępem do ogrodu, o który zwykle troszczyła się sąsiadka. Na pozór niczego mu nie brakowało, ale po miesiącu mieszkania tutaj sam czuł się jak emeryt i najchętniej by stąd uciekł.

Wykąpał się i sprawdził wiadomości. Karolina napisała, że może do niej wpaść, a on pożałował, że pił. Odpisał, że ma sporo pracy, i zaprosił ją do siebie. Jak zwykle odmówiła. Nie uwierzyła mu albo nie chciała patrzeć na jego upadek. A może czterdziestoletni, pracujący na sezonowym posterunku gliniarz za bardzo przypominał jej działkowicza.

Leon włączył muzykę. Przenośny głośnik raczej brzęczał, niż grał, zagłuszany dochodzącymi z lasu trelami. Leonard Cohen śpiewał o przeznaczeniu i o śmierci, które w jego piosence zlewały się w jedno. Deker otworzył drzwi na taras i spojrzał na zapomniany luterański cmentarz, widoczny po drugiej stronie płotu.

Gdzieś w dali zaszczekał pies. Słychać było wracający z pola traktor.

Leon pomyślał, że pożyczenie Karolinie kolumn i lampowego wzmacniacza było błędem. Wyjął z lodówki piwo i pomyślał coś jeszcze.

Zwariuję tutaj.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij