Świadek numer 8 - ebook
Thriller prawniczy utalentowanego irlandzkiego autora, który od pierwszej powieści depcze po piętach mistrzom gatunku: Johnowi Grishamowi i Scottowi Turowowi.
Nowa powieść z Eddiem Flynnem, byłym oszustem, który został wziętym adwokatem.
Kiedy świadek zbrodni jest bardziej niebezpieczny od jej sprawcy…
Ruby Johnson pracuje jako pokojówka w domach do złudzenia przypominających ten, w którym sama kiedyś mieszkała. Pozornie cicha i skromna, z niezdrowym zaangażowaniem tropi brudne sekrety mieszkańców pięknie odrestaurowanych kamienic w najbardziej prestiżowej dzielnicy Nowego Jorku. Kiedy przypadkowo staje się świadkiem morderstwa, zaczyna snuć nikczemny plan, który zdecydowanie nie obejmuje ujawnienia prawdy władzom.
Eddie Flynn jest jedynym prawnikiem w Nowym Jorku, który podejmuje się spraw beznadziejnych. A żadna nie jest bardziej beznadziejna niż sprawa Johna Jacksona – broń, z której zabito jego sąsiada, została znaleziona wraz z DNA Jacksona w jego własnym domu, więc szansa na to, że sąd uwolni go od zarzutów, jest niemal żadna.
Trzymający w napięciu thriller dla fanów Lisy Jewell i Megan Mirandy.
Czytelnicy, którzy lubią trzymające w napięciu fabuły i nieprzewidywalne zwroty akcji, nie będą zawiedzeni.
„Harper’s Bazaar”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-156-3 |
| Rozmiar pliku: | 935 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
przejrzał w sądzie każdego kłamcę i oszusta. Ale jak wygra proces, gdy nie może zobaczyć głównego świadka?
NIE MA BARDZIEJ NIEBEZPIECZNEGO WROGA NIŻ KTOŚ, KTO STRACIŁ WSZYSTKO. A TERAZ PRAGNIE ODWETU.
Ruby Johnson sprząta w luksusowych domach przy nowojorskiej ulicy, z której kiedyś sama musiała się wyprowadzić. Z upodobaniem tropi sekrety bogatych mieszkańców dzielnicy. Gdy przypadkowo staje się świadkiem morderstwa, szybko uświadamia sobie, że ta wiedza może stać się jej bronią.
Eddie Flynn zaszedł już za skórę wielu ludziom, ale tym razem mógł przesadzić. Po tym, jak ośmieszył w sądzie skorumpowanego policjanta z gangsterskimi powiązaniami, w mieście zaczyna się na niego prawdziwe polowanie.
W tym samym czasie podejmuje sprawę pozornie beznadziejną. Ceniony neurochirurg John Jackson zostaje oskarżony o zabójstwo sąsiadki – broń z jego DNA znaleziono w jego własnej szafie. Flynn wierzy jednak w niewinność mężczyzny.
Aby to udowodnić, będzie musiał zmierzyć się z anonimowym świadkiem, którego zeznania mogą pogrzebać wszystko – również jego samego.
Flynn wie, że nie może stracić głowy – tym bardziej, że ktoś wyznaczył za nią wysoką nagrodę.Steve Cavanagh
Urodzony w Belfaście autor powieści sensacyjnych, z zawodu prawnik, który występował w głośnych procesach związanych z tematyką społeczną, między innymi z prześladowaniami na tle rasowym.
Rozgłos przyniosła mu seria thrillerów prawniczych z elementami powieści sensacyjnej, z adwokatem Eddiem Flynnem. Trzecia powieść z tego cyklu, Kłamca, została wyróżniona nagrodą Gold Dagger dla najlepszej powieści kryminalnej 2018 roku. Wkręceni to pierwsza powieść autora poza serią.
Cavanagh jest współautorem popularnych podcastów Two Crime Writers and a Microphone, w których wraz pisarzem Lucą Veste’em omawiają najnowsze wydarzenia na światowym rynku wydawniczym (i nie tylko).
Steve Cavanagh ma żonę i dwójkę dzieci.
stevecavanaghauthor.com
Tego autora
Eddie Flynn
OBRONA
ZARZUT
KŁAMCA
TRZYNAŚCIE
PÓŁ NA PÓŁ
ADWOKAT DIABŁA
WSPÓLNICZKA
ŚWIADEK NUMER 8
Inne powieści
WKRĘCENIPROLOG
RUBY
Z Ruby Johnson jest coś nie tak.
To słowa jej babki.
Ostatnio Ruby często o nich myślała. Nie była już małą dziewczynką. Miała dwadzieścia dwa lata. Była starsza, na pewno mądrzejsza i może bardziej samoświadoma. Często też dochodziła do wniosku, że różni się od innych. Zwłaszcza w chwilach takich jak ta.
Zbliżała się północ. Ruby siedziała z filiżanką kawy przy ladzie w kuchni niemal dwa razy większej od jej mieszkania. Kuchnia mieściła się w wartym trzydzieści pięć milionów dolarów domu przy Upper West Side na Manhattanie. Chad i Lara Pullerowie mieli zaraz wrócić. Byli jednymi z jej nowszych klientów – przychodziła do nich dopiero od kilku miesięcy. Na górze, w dużych, kosztownie urządzonych sypialniach, spały Clara, lat sześć, i Zara, która niedawno skończyła trzy. Doglądanie dzieci stanowiło mniej więcej czterdzieści procent jej małego biznesu. Pracowała głównie jako pokojówka i/albo sprzątaczka u zamożnych, wysoko postawionych mieszkańców Zachodniej Siedemdziesiątej Czwartej. Żeby kupić tu dom, trzeba było być naprawdę bogatym. Wystarczyło rzucić kamieniem w którąkolwiek stronę i bez pudła trafiało się w słynnego producenta broadwayowskiego, chirurga plastycznego, szefa wielkiej firmy technologicznej czy krezusa figurującego na liście Fortune 500. O każdej porze dnia przy krawężnikach parkowały tu samochody warte od dwunastu do trzydziestu milionów dolarów.
Najstarsi mieszkańcy urodzili się na tej ulicy i wychowali. Stare fortuny, bogacze z dziada pradziada, a nie udający milionerów parweniusze ze slumsów – ci ludzie byli naprawdę bogaci.
Obłędnie bogaci.
A Ruby mogła doglądać ich dzieci, czyścić podłogi i robić dla nich pranie, bo niektórzy wciąż pamiętali, że jest jedną z nich.
A raczej kiedyś była.
Nie uchodziła za outsiderkę. Należała do ludzi tego samego pokroju co oni.
Tak uważali.
Bo jej rodzina miała pieniądze. Kiedyś.
A przynajmniej wmawiał to wszystkim jej ojciec.
Ona nie miała wątpliwości, że to jej świat.
Tylko jej babka wiedziała, że tak nie jest.
Ruby zamieszała kawę, zajrzała do filiżanki i jej odbicie zginęło w wirze spienionej śmietanki.
Znów pomyślała o babce.
Jako dziecko Ruby lubiła siadywać na wyłożonej zimnymi płytkami podłodze w wielkim holu w domu dziadków i podsłuchiwać rozmawiających w salonie dorosłych.
– Z Ruby jest coś nie tak – powiedziała pewnego razu babka. Bystra kobieta.
– Co znaczy „nie tak”? – spytała matka. – Jest po prostu cicha. Może trochę nieśmiała. Ale na pewno nic jej nie jest.
Ruby usłyszała krytyczną nutę w jej głosie. Lekkie drżenie. Już mając dziesięć lat, w głębi serca wiedziała, że słowa babki raniły bardziej, niż matka chciałaby to przyznać. Choć patrzyła wtedy na świat oczami małej, niewinnej dziewczynki, co niewątpliwie zniekształcało wspomnienia, dość dobrze pamiętała tamte czasy. Babka zawsze nosiła szczerozłote łańcuchy, które utykały w fałdach jej skóry zwisających z szyi. Zawsze ubierała się na czarno, jakby cały czas była w żałobie. I miała za luźne sztuczne zęby, więc mówiąc, kłapała, syczała i sepleniła.
Ale jej oczy…
Były niebieskie i tak wielkie, że wydawały się zajmować pół twarzy. Już zmętniałe, patrzyły jak zza gęstej mgły, a mimo to widziały wszystko. I ilekroć Ruby wchodziła do salonu, zawsze skupiały się na niej. Ożywały wtedy jak dwa stare, przykurzone szafiry. Lecz w ich spojrzeniu nie było sympatii. Ani ciekawości. Ani miłości. Biła z nich czujność. Jakby obserwowały zbłąkanego kojota, który zawędrował na przydomowe podwórko.
„Z Ruby jest coś nie tak”.
Już wtedy wiedziała, że babka ma rację.
Do rzeczywistości przywołał ją odgłos otwieranych drzwi.
Wyjęła łyżeczkę z filiżanki, szybko otworzyła zmywarkę, wrzuciła łyżeczkę na półkę na sztućce, zamknęła klapę i odwróciła się w chwili, gdy do kuchni weszli Chad i Lara. Posłała im uśmiech.
– Hej, jak było? – spytała promiennie.
– Tragicznie – odparła Lara, przytrzymując się futryny i zdejmując szpilki od Jimmy’ego Choo. – Fatalne jedzenie i za dużo bzdurnych rozmów. Ale czego się nie robi dla dobra sprawy?
Ruby przyjrzała się z podziwem jej sukience. Czarna i obcisła, była skrojona tak, by podkreślić wszystko, co nadawało się do podkreślenia.
– Jak dzieci? – Chad zdjął muszkę i rozpiął górny guzik koszuli.
– Śpią jak aniołki. Właśnie zaparzyłam kawę. Zawsze wracacie w dobrym momencie. – Ruby podała mu filiżankę. – Laro, może kieliszek przed snem?
– Nie, wystarczy woda. Nie wiem, jak Chad może pić w nocy kawę i normalnie spać.
– Pewnie mam dobre geny – stwierdził.
Ruby wzięła trochę lodu z kostkarki i nalała do szklanki islandzkiej wody za dziesięć dolarów butelka.
– Okej. Jeśli to już wszystko, to będę leciała.
– Nasz kierowca odwiezie cię do domu.
– Nie, nie trzeba, dzięki. Jest ładny wieczór. To tylko dziesięć przecznic stąd.
– Ale tam jest… – Lara nie dokończyła. Chciała powiedzieć, że Ruby mieszka w niebezpiecznej okolicy, ale uznała, że nietaktem byłoby o tym przypominać. Tak jak wszyscy pozostali jej klienci, Pullerowie wiedzieli, że Ruby mieszkała kiedyś przy Zachodniej Siedemdziesiątej Czwartej. Zanim stało się coś złego.
Mimo to wciąż postrzegano ją jako jedną z nich. Dziewczynę z bogatego domu. Osobę godną zaufania. Kogoś, na kim mogli polegać.
– Proszę się nie martwić – powiedziała. – Nic mi nie będzie. Jeśli będziecie czegoś potrzebowali, jutro jestem wolna. Uwielbiam wasze słodkie aniołeczki. Są przeurocze…
– Jutro damy sobie radę. Chad zabiera je do parku. Napisz mi, ile jestem ci winna za dzisiaj, i wyślę ci pieniądze.
– Super – rzuciła Ruby. – Dobranoc, pchły na noc, karaluchy pod poduchy.
Wesoły uśmiech zniknął z jej twarzy, kiedy tylko zamknęły się za nią grube mahoniowe drzwi. Zbiegła schodami na chodnik.
Jutro Chad nigdzie dzieci nie zabierze.
Wyjęła telefon i otworzyła katalog ze zdjęciami. Miała sfotografowane terminarze wszystkich klientów. Większość wieszała je otwarcie na drzwiach lodówki albo trzymała w notesikach na stoliku w holu. Inni synchronizowali kalendarze z Google Home Hub czy Amazon Echo, dzięki czemu łatwo mogła się do nich dostać.
Jutro o jedenastej Lara miała wizytę u pedikiurzystki, a potem szła z dziewczynkami na lunch.
O wpół do dziewiątej rano Chad grał z Jeffem w racketballa, a potem zabierał córki do parku.
Ale za kilka godzin, za sprawą wolnodziałającego środka wymiotnego, który Ruby dodała do jego kawy, będzie rzygał jak kot. Była pewna, że około dziewiątej Lara napisze do niej, że mąż nagle zaniemógł, i zapyta, czy Ruby mogłaby pójść z dziećmi na spacer.
Soboty były płatne ekstra, a ona potrzebowała pieniędzy.
Oczywiście tę małą sztuczkę mogła zastosować tylko parę razy. Jutro rano Chad zrzuci winę na jedzenie z przyjęcia. Wiosną przez cały miesiąc podawała środek wymiotny rodzicom z czterech domów, dzięki czemu udało jej się przepracować wszystkie soboty. Bardzo pomogła jej w tym lokalna epidemia norowirusa w szkole jednego z dzieciaków. Była świetną przykrywką.
Przystanęła na chodniku i spojrzała na rząd ciągnących się przed nią domów. Znała tych ludzi. Spędzała u nich dużo czasu, przez nikogo nieobserwowana. Wiedziała, co trzymają w apteczkach i szufladach na bieliznę, znała hasła do ich skrzynek mailowych, historię wyszukiwania w internecie, terminy wszystkich spotkań, a w niektórych przypadkach nawet treść esemesów. Znała ich najskrytsze myśli…
Ich tajemnice.
Wiedziała, że wiedza to władza. Tego też nauczyła się od babki. Ale chociaż Ruby wiedziała o mieszkańcach ulicy i ich życiu niemal wszystko, nie pomagało jej to w rozwiązaniu największego problemu.
Bo miała kłopoty. Od wielu miesięcy, często do trzeciej nad ranem, martwiła się, myślała i łamała sobie głowę, rozpaczliwie szukając jakiegoś wyjścia.
Rozważała różne rozwiązania, lecz żadne nie wydawało się wystarczająco dobre. Noc w noc, nie mogąc spać, chodziła nerwowo po swoim ciasnym pokoju i coraz bardziej nienawidziła mieszkańców Zachodniej Siedemdziesiątej Czwartej. Ale spacery zdawały się pomagać na zmartwienia. Wysiłek fizyczny, choć niewielki, dawał jej złudzenie, że dokądś zmierza.
Wciągnęła do płuc świeży zapach wiosennego deszczu, wypełniający nocne ulice Manhattanu, i poszła przed siebie, pozwalając, by jej umysł wędrował wraz z nogami. Idąc, zerkała w okna wykuszowe starych kamienic i w myślach odhaczała swoich klientów.
Pracowała u niemal połowy mieszkańców tej ulicy. Pozostali albo zatrudniali nianie na stałe, albo korzystali z usług profesjonalnych agencji pomocy domowej. Ruby wiedziała jednak, że prędzej czy później i tak się do niej zgłoszą. Sąsiedzi rozmawiają ze sobą. Założyli nawet prywatną grupę na WhatsAppie, należała do niej większość osób, u których już pracowała. Polecano ją sobie tyle razy, że pewna miła klientka dodała ją nawet do czatu.
Nie zliczyłaby, ile razy tędy szła. Jako młoda dziewczyna czuła się tu jak u siebie. To była jej ulica i jej sąsiedzi, chociaż nie wszystkich wtedy znała. Mimo to czuła, że przynależy do tego świata. Przynajmniej kiedyś. W dobrych czasach.
Pamiętała również złe czasy. Tak nazywała je matka.
Pewnego wieczoru posadziła ją przy stole i powiedziała, że ich życie trochę się zmieni. Ojciec popełnił błąd i mają problemy z pieniędzmi. Dotąd Ruby, tak jak większość dzieci z bogatych rodzin, nigdy nie zaprzątała sobie głowy pieniędzmi. Były czymś oczywistym, jak woda w kranie, i nie miała powodu zastanawiać się, skąd się biorą. Po tamtej rozmowie z matką przez wiele dni, a potem tygodni chodziła tą ulicą i czuła się już inaczej. Zaglądała w znajome okna, próbując zrozumieć, dlaczego ich życie tak bardzo się zmieniło. Jakie to uczucie wciąż mieć tyle pieniędzy? Co by zrobiła, gdyby już nigdy nie musiała się o nie martwić? Jak to jest być wolnym?
Tego wieczoru domy po jej stronie ulicy tonęły w ciemności. Światło paliło się jedynie w czterech budynkach naprzeciwko.
Peter i Petra Schwartzmanowie regularnie wydawali przyjęcia i zawsze zapraszali tylko sąsiadów, robiąc wyjątek dla celebrytów. Teraz też słychać było u nich dobry jazz i cichy gwar; goście z drinkami w ręku rozmawiali pewnie o zakupie trzeciego czy czwartego domu, o nowych samochodach, łodziach i ulubionych winnicach. Ruby zauważyła, że frontowe drzwi domu Schwartzmanów są lekko uchylone, a wraz z muzyką na ulicę wylewała się wąska smuga światła. I nagle zapragnęła tam być, w tym domu, poprzebywać przez chwilę w towarzystwie sąsiadów. Zastanawiała się, jak by zareagowali, gdyby po prostu weszła. Znała tam niemal wszystkich.
Ale już do nich nie należała. W każdym razie nie do końca. Dziwnie by na nią patrzyli. Posypałyby się pytania. A Schwartzmanowie krążyliby po salonie, informując gości, że na pewno jej nie zapraszali.
Prawdopodobnie byli tam teraz wszyscy ci, którzy się najbardziej liczyli. Pullerów zabrakło tylko dlatego, że musieli iść na galę. Jeśli kogoś tam nie było, zwyczajnie nie dostał zaproszenia.
W sypialni Colchesterów również paliło się światło, wypełniając okno ciepłą, czerwoną poświatą. Kiedy wyszło na jaw, że wsparli finansowo kampanię niepopularnego w tym mieście prezydenta, sąsiedzi przestali z nimi rozmawiać. Otwarty salon w kolejnym domu tonął w zimnym, niebieskawym blasku z podświetlanej lodówki i przyćmionych ledowych lampek, które odbijały się w czarnych płytkach kuchennej podłogi. To, że państwo Satriani byli bogaci, nie zapewniło im dobrego gustu, przynajmniej jeśli chodzi o wystrój wnętrz. Uchodzili za tandeciarzy, którzy dorobili się na sprzedaży materaców. A takich ludzi Schwartzmanowie nie gościli pod swoim dachem.
Pewnie nie zaprosili jeszcze dwóch czy trzech innych rodzin. Ale w ich domach i tak panowały ciemności.
Ostatni oświetlony należał do Margaret i Alana Blakemore’ów. Mieszkali tu od bardzo dawna – ponad trzydzieści lat, albo i dłużej. Oboje po pięćdziesiątce, byli bezdzietnym małżeństwem. Margaret przez dwadzieścia lat pracowała jako modelka. Alan z kolei w ogóle nie musiał pracować. Jako młody chłopak korzystał z funduszu powierniczego i podróżował po świecie. Potem odkrył w sobie żyłkę do fotografii i postanowił zająć się nią zawodowo. Poznali się na sesji zdjęciowej do „Vogue’a”. Kiedy Maggs – wolała, by tak się do niej zwracano – odkryła, że ten niegrzeszący urodą fotograf jest miliarderem, momentalnie stał się atrakcyjnym mężczyzną. Początkowo tworzyli udane małżeństwo, ale wkrótce Maggs wdała się w kilka głośnych romansów z muzykami, aktorami i modelami, więc z czasem się od siebie oddalili. Ale Maggs zawsze wracała – do pieniędzy Alana.
Jej Schwartzmanowie na pewno nie zaprosili. Nie po tych wszystkich aferach. Maggs romansowała z wieloma sąsiadami, także żonatymi. I lubiła flirtować z mężczyznami, którzy mieli na koncie dziewięciocyfrowe kwoty. Nic więc dziwnego, że tutejsze bogate żony jej nie znosiły. Nie była mile widziana na tego rodzaju imprezach. Być może właśnie dlatego, że mieszkańcy ulicy traktowali ją chłodno jak outsiderkę, odkryła w Ruby pokrewną duszę. Ilekroć Ruby kończyła u niej sprzątać, Maggs zawsze częstowała ją kawą, po czym siadała z nią i wypytywała, co u niej słychać i o czym plotkują sąsiedzi. Niby nic wielkiego, ale Ruby to doceniała i lubiła Maggs za jej życzliwość. Pozostali mieszkańcy ulicy ledwie ją dostrzegali. Maggs płaciła jej spore pieniądze, ale to, że poświęcała jej czas, znaczyło dużo więcej. Ruby miała wrażenie, że mimo tych wszystkich kochanków Maggs dręczy samotność, której nie uleczy żaden romans.
W jej salonie palił się żyrandol. Dawał białe, ostre, jaskrawe światło. Maggs go nie znosiła. Swój buduar oświetlała stylizowanymi mosiężnymi lampami z kolorowymi szklanymi abażurami, które sprowadziła z Hongkongu. Ruby musiała bardzo uważać przy ich odkurzaniu. A teraz pomyślała, że w salonie jest pewnie Alan, bo Maggs – choć była już po pięćdziesiątce, wciąż cechowała ją próżność dawnej królowej wybiegów – wolała światło przytłumione, łagodniejsze dla cery.
Myliła się.
Kiedy podeszła bliżej, ujrzała Maggs stojącą plecami do okna, z wyciągniętymi przed siebie rękami i uniesionymi dłońmi. Kobieta potrząsała farbowanymi, kasztanowymi włosami, jakby mówiła „nie” albo się przed kimś tłumaczyła. Po chwili Ruby zobaczyła mężczyznę.
To nie był Alan, tylko inny mieszkaniec tej ulicy. Znała jego twarz. Znała jego nazwisko.
Wycelował w Maggs z pistoletu. Kobieta zaczęła się cofać.
Bez tchu, ze ściśniętym gardłem, Ruby schowała się za maską dużego SUV-a ze złocistymi felgami.
Usłyszała wystrzał, ale ledwo. Był mocno przytłumiony. Maggs zniknęła z jej pola widzenia. Siła uderzenia pocisku musiała rzucić ją na podłogę.
Mężczyzna wycelował ponownie, tym razem w dół. Wyglądając ostrożnie zza maski samochodu, Ruby widziała jedynie górną połowę jego ciała.
Wystrzelił jeszcze dwa razy, odwrócił się i też zniknął.
Po chwili otworzyły się frontowe drzwi i wyszedł. Ubrany na czarno, z pistoletem w ręce, zbiegł schodami na chodnik. Spojrzał w lewo, spojrzał w prawo, a Ruby szybko przykucnęła. Potem ruszył w kierunku, z którego przyszła. W pewnym momencie na sekundę przystanął, po czym poszedł, a raczej pobiegł dalej.
Ukryta za SUV-em Ruby wstrzymała oddech ze strachu, że ją zobaczy.
Mężczyzna dobiegł do otwartych drzwi Schwartzmanów. Uczestnicy przyjęcia byli pewnie zbyt pijani, by zauważyć, jak wychodził i jak wracał.
Ruby serce podeszło do gardła. Wciąż zgarbiona, obeszła maskę samochodu i przebiegła na drugą stronę ulicy.
Mężczyzna zdążył już wślizgnąć się do Schwartzmanów. Chodniki świeciły pustką.
Wystrzał nie był zbyt głośny – pistolet musiał mieć tłumik – ale Ruby na pewno słyszała suchy trzask. Coś jak pękające drewno.
Spojrzała na dom Blakemore’ów. Drzwi były szeroko otwarte.
Szybko wbiegła na schody, weszła do holu i skręciła w lewo, do salonu.
Maggs leżała na podłodze z zakrwawioną twarzą i głową w kałuży krwi. Ruby poczuła się jak w kolejce górskiej w wesołym miasteczku. Zabrakło jej tchu i miała wrażenie, że jej wnętrzności robią salto.
Znała to uczucie.
To nie był strach.
To nie była odraza.
Ani szok.
To było podniecenie.
Szybko i po cichu wyszła z domu i ruszyła śladem mężczyzny.
Pamiętała, że w połowie drogi nagle przystanął.
Dlaczego?
Zobaczyła kilka worków ze śmieciami opartych o słup latarni. Jeden był rozerwany z boku. Rozchyliła go i ujrzała czarny, matowy uchwyt pistoletu. O świcie, za sześć godzin, worek i pistolet znikną w brzuchu śmieciarki i przepadną na wieki.
Naciągnęła na dłoń rękaw kurtki, włożyła rękę do worka, wyjęła pistolet i schowała go do torebki.
Na ulicy wciąż nikogo nie było. Ani pędzących na sygnale radiowozów, ani karetek pogotowia. Powiodła wzrokiem po oknach pobliskich domów. W nich też nikogo nie zauważyła.
Zawróciła, minęła dom Blakemore’ów i poszła dalej.
Nie zadzwoniła na policję. Po prostu szła przed siebie ciepłą nocą z głową pełną nowych możliwości.
Wiedziała, kto zabił Maggs.
„Wiedza to władza” – usłyszała znów głos babki obserwującej ją czujnie z wyżyn swojego tronu.
Dręczyło ją tylko jedno pytanie: co z tą władzą zrobić? Umiała dotrzymać tajemnicy. Od wielu lat pracowała w domach bogatych mieszkańców Zachodniej Siedemdziesiątej Czwartej. Wiedziała, o czym ci ludzie myślą, czego pragną, czego się obawiają i jakie popełnili przestępstwa. Znała ich najskrytsze sekrety.
I nienawidziła ich wszystkich. Ojców, matek, a nawet niektórych dzieci.
Teraz miała szansę.
Szansę na pokonanie czegoś, co od tak dawna ją dręczyło.
Na rozpoczęcie nowego życia.
Choć myśli o jej dramatycznej sytuacji nie dawały jej zasnąć, wybory, których dokonywała, nie wpędzały jej w bezsenność. Przecież krzywdziła ludzi już wcześniej. I wiedziała, że będzie musiała skrzywdzić kolejnych. Robiła to bez strachu, bez litości, bez żadnych skrupułów wobec tych, których skazała na zniszczenie.
Nagle znalazła rozwiązanie. Leżało tu, w jej torebce. Wciąż rozgrzane po wystrzeleniu trzech kul, które zabiły kogoś, kogo Ruby całe życie znała i lubiła.
Śmierć Maggs w żaden sposób jej nie poruszyła. A już na pewno nie zasmuciła. Przeciwnie, nawet ją ucieszyła. Bo Ruby nareszcie wiedziała, co robić.
Mieszkańcy Zachodniej Siedemdziesiątej Czwartej mieli obudzić się rano wstrząśnięci wiadomością o morderstwie jednej z nich.
I nie będzie to ostatnia ofiara.
Bo Ruby Johnson miała już plan.ROZDZIAŁ PIERWSZY
EDDIE
W ostatecznym rozrachunku wszystko sprowadza się do szmalu.
W Nowym Jorku widać to jak w żadnym innym miejscu na ziemi. Bo tu chodzi jedynie o kasę. O to, ile można zarobić. Jak nie stracić. Komu posmarować. Ręka rękę myje. Dotyczy to wszystkich razem i każdego z osobna.
I to zawsze, cholera, w świątek, piątek i niedzielę.
Zanim zostałem prawnikiem, byłem kanciarzem. Objeżdżałem bary, hotele i małe firmy, wypatrując frajerów, którzy chcieli szybko zarobić i których nie obchodziło, kogo przy okazji skrzywdzą. Brałem na cel tych, którzy kiedyś zbłądzili i nie oglądając się za siebie, szli dalej. Jako adwokat szukałem ludzi tego samego pokroju.
Kiedy człowiek uświadomi sobie, że w tym mieście rządzi kasa, wszystko staje się łatwiejsze i bardziej zrozumiałe.
Na sprawę, którą właśnie prowadziłem, należało spojrzeć przez wszechobecną tu zieloną soczewkę. Mój klient, Jayden Carter, i jego kumpel, niejaki Smokehouse, jechali późnym wieczorem przez Bronx nowiuteńkim Lexusem Jaydena. Jak można się było spodziewać, daleko nie zajechali, bo wkrótce zobaczyli w lusterkach migającą dyskotekę na dachu radiowozu. Usłyszeli pojedyncze beknięcie syreny i Jayden zjechał do krawężnika. Gliniarze powiedzieli, że tylna tablica rejestracyjna jego samochodu jest brudna i nieczytelna. Fakt, to uzasadniony powód do zatrzymania. Sęk w tym, że rano Jayden starannie umył wóz. Dlatego uważał, że to bzdura.
Policjanci, Ben Gray i Linton Coffee, już i tak wkurzeni, że wysłano ich na cmentarną zmianę, przeszukali samochód i znaleźli niezarejestrowaną broń palną. Ale choć Jayden był na tyle głupi, że woził ze sobą nielegalny pistolet do obrony własnej, to kiedy go aresztowano i postawiono mu zarzuty, podjął właściwą decyzję.
Zadzwonił do mnie.
Było to półtora miesiąca temu.
Teraz siedział obok mnie przy stole obrony w nowym, granatowym garniturze, białej koszuli i granatowym krawacie. Miał dwadzieścia sześć lat i był kawalerem. Prowadził własny biznes – sklep meblowy w East Tremont. Smokehouse, jego przyjaciel z dzieciństwa, siedział na sali obok Denise, mojej asystentki i sekretarki. Miał na sobie swój najlepszy kanadyjski smoking: obszerną kurtkę dżinsową, workowate spodnie dżinsowe i biały podkoszulek. Tak naprawdę nazywał się Philip Martin, ale z racji rozkwitającej kariery hiphopowej wolał korzystać z pseudonimu. Zarówno on, jak i Jayden ukończyli college. Inteligentni i oczytani, podczas zatrzymania postąpili, jak należy: bez szemrania wykonywali polecenia stróżów prawa, a resztę zostawili mnie, adwokatowi.
Denise przyszła w czarnym kostiumie ze spodniami i białej bluzce. Ubierała się tak, ilekroć potrzebowałem jej w sądzie. Zawsze profesjonalna, była bystrzejsza ode mnie i od większości prawników.
– Mecenasie Flynn, chce pan złożyć wniosek?
Sędzia Leonard Hightower należał do najlepszych sędziów w mieście. Nie był geniuszem. Nie był nawet specjalnie błyskotliwy. Szacunek, jakim cieszył się wśród obrońców z nowojorskiej palestry, wynikał z dwóch rzeczy.
Z tego, że właściwie interpretował prawo.
I z tego, że nie trzymał sztamy z prokuratorem okręgowym.
Niby nic wielkiego, ale to, że spełniał te podstawowe wymagania, stawiało go w gronie najlepszych sędziów w mieście.
– Tak, Wysoki Sądzie, mam wniosek – odparłem.
W tym momencie Thomas Baker, zastępca prokuratora okręgowego, poderwał się od stołu oskarżenia i ruszył w moją stronę.
– Wysoki Sądzie, czy możemy prosić o chwilę? – spytał.
Był młodym, wygłodniałym prawnikiem z trzema latami praktyki i tysiącem wyroków skazujących na koncie. Jego twarz o miedzianych oczach emanowała energią i marzyło mu się wyższe stanowisko.
Nie chciał się babrać w tej sprawie. Nie chciał, żebym składał wniosek. Chciał się dogadać.
– Ostatnia szansa, Flynn – szepnął. – Dwieście dolarów grzywny i dwa lata w zawiasach. Bez więzienia.
Nielegalne posiadanie broni palnej jest w Nowym Jorku przestępstwem. Gdyby Jaydena skazano, trafiłby za kratki. Baker proponował świetny układ. Poprzednio próbował namówić mnie na pięć stów grzywny i trzy miesiące paki w zawieszeniu na dwa lata, ale tym przebił absolutnie wszystko.
Niska grzywna, dwuletnie zawiasy, zero czasu za kratkami.
Nie był to darmowy bilet na wolność, ale prawie. Na korytarzu czekało dwóch gliniarzy gotowych zeznać, że tablica rejestracyjna była brudna i nieczytelna. Gdyby udało im się udowodnić, że mieli pełne prawo go zatrzymać, Jayden wylądowałby za kratkami.
Nic prostszego. Dwóch policjantów z dużym doświadczeniem. Ich słowo przeciwko słowu Jaydena i Smokehouse’a, którzy twierdzili, że tablica była czysta. Nawet student pierwszego roku prawa przewidziałby, jak to się potoczy.
Jedynym problemem była propozycja oskarżyciela.
Baker nie chciał po prostu się dogadać. On naprawdę, z całego serca chciał się dogadać.
Przez co od razu nabrałem podejrzeń co do tej sprawy. I potwierdziły się, kiedy dostałem od Jaydena wszystkie papiery: raport z aresztowania i załączniki, poświadczenie konfiskaty broni palnej oraz rachunek za odholowanie pojazdu.
Nie potrzebowałem niczego więcej.
– Hej, to niezły układ – powiedział Jayden. – Nie poszedłbym siedzieć.
– Twoja decyzja – odparłem, zerkając na Bakera, który rozmawiał ze swoim pierwszym świadkiem, policjantem Benem Grayem.
Z tym że Gray nie był już zwykłym krawężnikiem. Trzy niebieskie paski na rękawie jego munduru świadczyły o tym, że od tamtego czasu awansował. To przesądziło sprawę.
– Jeśli chcesz mojej rady – dodałem – uważam, że powinniśmy powalczyć. Przyjmując ich propozycję, nie pójdziesz do więzienia, ale będziesz skazanym przestępcą. I do końca życia będziesz chodził z workiem gówna na plecach. Nie kupisz legalnie broni, stracisz prawo jazdy, nie dostaniesz kredytu, ani zwykłego, ani hipotecznego, nie dadzą ci nawet karty kredytowej. A to dopiero początek.
Jayden kiwnął głową.
– Wiem, rozumiem, ale ten sędzia jest biały i nigdy nie uwierzy, że tablica była czysta, skoro dwóch białych gliniarzy twierdzi, że była brudna.
– Pełna zgoda – powiedziałem.
– Pełna zgoda?
– Masz rację. Sędzia uwierzy im, dwóm białym gliniarzom.
– Więc po co mamy walczyć?
– Bo nie zamierzam wzywać cię na świadka, żebyś zeznał, że tablica była czysta. Zrobi to za nas jeden z gliniarzy.
Jayden spojrzał na mnie, jakbym powiedział mu, że właśnie kupiłem Most Brookliński za pięć centów.
Poprosiłem, żeby mi zaufał. Kiwnął głową.
– Panie Baker i panie Flynn, czy możemy kontynuować? – spytał sędzia.
– Tak, Wysoki Sądzie – odparłem. – Pan prokurator zgodził się wezwać na świadka funkcjonariusza Bena Graya, który złoży zeznania na temat jedynej spornej kwestii w tej sprawie. Potem chciałbym zadać mu kilka pytań.
– Proszę – mruknął Hightower.
Na miejscu dla świadków stanął wysoki policjant. Złożył przysięgę, usiadł i udzielił kilku szybkich, jasnych odpowiedzi na pytania Bakera. W trakcie nocnej zmiany on i jego partner zauważyli Lexusa z zabłoconą, nieczytelną tablicą rejestracyjną. Zatrzymali go i poinformowali kierowcę, z jakiego powodu to zrobili. Poprosili o prawo jazdy oraz dowód rejestracyjny i sprawdzili je w systemie.
– Czy podczas rozmowy z zatrzymanym zauważył pan coś podejrzanego w związku z panem Carterem lub jego pojazdem?
– Tak, wyczułem zapach marihuany. Gryzący zapach dochodzący z samochodu. Chociaż posiadanie marihuany na własny użytek jest legalne, odór był tak intensywny, że w samochodzie mogło być jej więcej. Wystarczająco dużo, by zachodziło podejrzenie nielegalnego handlu środkami odurzającymi.
Od chwili legalizacji marihuany gliniarze szukający pretekstu do przeszukania pojazdu często twierdzili, że zauważyli pistolet na tylnym siedzeniu albo że poczuli wyjątkowo silny zapach zielska. Nie muszę chyba dodawać, że w Lexusie Jaydena nie było żadnych narkotyków. Ale nie miało to znaczenia, bo przecież znaleźli broń.
– Rozumiem – powiedział Baker. – I kiedy nabrał pan uzasadnionych podejrzeń, przeszukał pan samochód, tak?
– Tak, razem z moim partnerem. Znalazłem pistolet w schowku. Ponieważ pan Carter nie miał pozwolenia na posiadanie broni palnej, poinformowaliśmy go o przysługujących mu prawach i aresztowaliśmy. Zgłosiłem to do centrali i wezwałem pomoc drogową do odholowania samochodu.
– Dziękuję, sierżancie. Mecenas Flynn ma do pana kilka pytań.
Mógłbym zadać mu kilkanaście. Rzecz w tym, że wiedziałem już, co się tam stało.
Dokonując zatrzymania, Gray i Coffee kierowali się rasistowskimi motywami. Prosta sprawa. Tylna tablica rejestracyjna była czysta, ale podczas gdy Gray rozmawiał z Jaydenem, jego partner mógł spokojnie pomazać ją błotem. W samochodzie nie zalatywało marihuaną. Gliniarze szukali pretekstu do aresztowania. Gdyby nie znaleźli pistoletu, pewnie popchnęliby Jaydena albo uderzyli, a potem oświadczyli, że zaczął się z nimi szarpać i musieli go aresztować za stawianie oporu funkcjonariuszom policji.
Kariera zawodowa gliniarzy patrolujących miasto, zwykłych krawężników i tych w radiowozach, zależy od liczby aresztowań. Dlatego muszą dokonywać ich jak najwięcej. I to, co zaczęło się jako dyskryminacyjne profilowanie rasowe, szybko przerodziło się w maszynkę do robienia pieniędzy. Miasto podpisało kontrakt z pięcioma firmami holowniczymi. Kiedy podczas zatrzymania policjanci aresztują kierowcę, nie mogą zostawić jego samochodu na ulicy – musi zostać odholowany. Zainstalowany w radiowozie komputer ma generator losowy, który na chybił trafił wybiera jedną z firm, i właśnie do tej powinni zadzwonić. Sęk w tym, że niektórzy gliniarze zapominają nacisnąć odpowiedni guzik albo ignorują wynik i dzwonią do znajomego, który odpali im pięć dych za wezwanie. Zwykle to firma z parkingiem na Long Island, w okolicy Jamaica albo w Bed Stuy na wschodnim Brooklynie, żeby gość mógł zgarnąć więcej za kilometrówkę i dłużej przetrzymać odholowany samochód, bo jego właścicielowi trudno tam dojechać.
Ręka rękę myje, jak zwykle.
Dotyczy to nawet tych z naszywkami sierżanta na rękawie.
Tak, bo gliniarze, przeciwko którym toczy się śledztwo, albo ci, na których wpływa najwięcej skarg od mieszkańców miasta, bynajmniej nie wylatują z pracy, tylko awansują. Różnego rodzaju komisje i policyjne związki zawodowe nie chcą, by postawiono im zarzuty, bo nie lubią wyrzucać swoich. To psuje reputację. Łatwiej zdjąć takiego z ulicy i posadzić go przy biurku sierżanta. Dużo bardziej prawdopodobne jest to, że skorumpowany nowojorski policjant dostanie awans, podwyżkę i dopiero wtedy wyleci z roboty.
Ale nie zamierzałem pytać o to sierżanta Graya. Nie interesowały mnie ani napływające na niego skargi, ani jego awans.
Skupiłem się na bezprawnym zatrzymaniu i holowaniu.
Nie licząc podejrzanie szybkiego awansu, nie miałem dowodów na jego przestępczą działalność. Ale choć na pierwszy rzut oka dla każdego prokuratora byłaby to banalnie prosta sprawa, Baker nie chciał się w niej grzebać. Był gotów podarować mi własną koszulę, żebym tylko poszedł na ugodę.
Podejrzewał, że już wiem, co się tam naprawdę stało.
Wiedział też, że odrzucając tak hojną propozycję, muszę mieć dobry powód. I dowód, który obali akt oskarżenia.
Wstałem, wziąłem ze stołu teczkę i wyjąłem z niej gruby plik dokumentów. Około stu zszytych ze sobą kartek. Przewróciłem kilka pierwszych, znalazłem to, czego szukałem, przesunąłem palcem po tekście i posłałem Grayowi szeroki uśmiech.
– Panie sierżancie, załóżmy, że zatrzymujecie samochód i aresztujecie jego kierowcę. Czy może pan wyjaśnić Wysokiemu Sądowi, co się z tym pojazdem dzieje?
– Ponieważ musi zostać odholowany, zabezpieczamy go, włączamy generator losowy w radiowozie i dzwonimy do firmy, której nazwa wyświetli się na ekranie komputera. Następnie sprawdzamy, czy wóz na pewno dotarł tam, gdzie trzeba.
Odwróciłem się i spojrzałem na Denise. Wstała i wyszła z sali. Mogłem zrobić to wcześniej, ale chciałem, żeby Gray zobaczył, że daję jej znak, a ona wychodzi na korytarz.
– A więc po samochód zawsze przyjeżdża laweta lub holownik firmy losowo wybranej przez komputer, tak?
– Nie. Mamy obowiązek jak najszybciej przekazać aresztowanego do centrali, dlatego jeśli ulicą przejeżdża holownik innej firmy, możemy go zatrzymać.
– Często się to zdarza?
– Czasem.
Otworzyły się drzwi i Denise wprowadziła do sali czterech mężczyzn w wieku od czterdziestu do pięćdziesięciu lat. Dwóch miało na sobie ubrudzone smarem szare kombinezony, a dwóch niebieskie w podobnym stanie. Wszyscy czterej byli w butach roboczych i mieli pociemniałe od oleju ręce. Mogli być muzykami grającymi rocka industrialnego, ale rzucające się w oczy naszywki na ich kombinezonach oraz naszywka na baseballówce jednego z nich wyraźnie wskazywały, że byli pracownikami czterech firm holowniczych, z którymi miasto podpisało kontrakt.
– Czy istnieje rejestr tych wybranych losowo wezwań?
– Mecenasie Flynn, czy te pytania mają związek ze sprawą? – spytał sędzia Hightower. Słuchał uważnie, ale lubił, kiedy proces przebiegał szybko i sprawnie.
– Jeśli Wysoki Sąd pozwoli mi na jeszcze kilka pytań, postaram się wykazać, że jak najbardziej.
– Proszę, ale niech pan szybko przejdzie do rzeczy.
– Panie sierżancie, czy istnieje rejestr tych wybranych losowo wezwań?
Gray zacisnął usta, uśmiechnął się i splótł palce.
– Nie.
– Mamy za to rejestr pańskich aresztowań. – Lewą ręką podniosłem ciężki plik dokumentów. Prawą sięgnąłem po drugi, wziąłem go ze stołu i dodałem: – Mamy również rejestr wezwań z czterech firm holowniczych, z którymi współpracuje Nowy Jork. Jak pan myśli, co by się stało, gdybyśmy porównali te dokumenty?
Nie mogłem się oprzeć i spojrzałem na salę. Jeden z mężczyzn w kombinezonach uśmiechał się i kiwał głową. Pozostali wpatrywali się w Graya tak łakomie, jakby był kawałkiem pysznej, soczystej pieczeni i zamierzali go zaraz pożreć.
– Nie bardzo rozumiem, o co panu chodzi – odparł sierżant, zerkając płochliwie to na dokumenty w moich rękach, to na siedzących obok Denise mężczyzn. Ponieważ długo nie odpowiadałem, czekając, aż cisza maksymalnie stężeje, poprawił się na krześle i znieruchomiał z szeroko otwartymi oczami.
– Jakie jest prawdopodobieństwo, że dosłownie dla wszystkich pańskich aresztowań generator wytypuje losowo tę samą firmę holowniczą?
Gray zbladł, i to bardzo. Po chwili kolor jego twarzy znów się zmienił, tym razem na zielonkawy, jakby sierżant miał zaraz zwymiotować.
– Zanim przyjrzymy się temu bardziej szczegółowo, zapytam pana ponownie, ostatni raz. Czy jest możliwe, że tablica rejestracyjna mojego klienta była nieco przybrudzona, lecz całkowicie czytelna?
Mężczyźni w kombinezonach pochylili się do przodu i sosnowa ława głośno zaskrzypiała. Wszyscy czterej wpatrywali się w Graya.
Temu pot wystąpił na czoło. Zagryzł usta, przełknął ślinę i wypił łyk wody. Otwierałem dla niego furtkę. Wskazywałem mu wyjście, które owszem, przyniosłoby mu wstyd, ale lepsze to niż kolejne śledztwo wewnętrzne.
– Kiedy teraz o tym myślę… – Odkaszlnął i znów poprawił się na krześle. – Przemyślałem to na spokojnie i dochodzę do wniosku, że być może pamięć mnie myliła…
– Co takiego? – spytał Hightower. – Proszę konkretniej, sierżancie. Czy tablica rejestracyjna samochodu pozwanego był czytelna, czy nie?
Gray pokręcił głową.
– Nie jestem tego pewien, Wysoki Sądzie.
Sędzia odchylił się do tyłu i spojrzał na mnie.
– Mecenasie Flynn, nie mam pojęcia, co tu zaszło, ale sierżant Gray właśnie potwierdził, że pana klient został bezpodstawnie zatrzymany. Co oznacza, że przeszukanie jego samochodu było bezprawne, a znalezione w nim dowody rzeczowe pozyskano nielegalnie. Niniejszym oddalam pozew. – Hightower zniknął za drzwiami pokoju sędziowskiego.
Zanim Gray zdążył wstać, Baker ze złością wepchnął dokumenty do teczki ze sztucznej skóry i wymaszerował na korytarz. Sierżant zachwiał się lekko i podszedł do partnera. Zamienili szeptem kilka słów, po czym podążyli za prokuratorem.
Jayden objął mnie i wyściskał. Drżały mu ręce.
– Mieliśmy fart – powiedziałem. – Wiem, że nosiłeś tę broń do obrony własnej, ale zapomnij o niej. Wierz mi, tak jest bezpieczniej.
– Wiem. Przepraszam, Eddie. I dzięki.
Też go wyściskałem, a potem on i Smokehouse w podskokach wyszli z sali tylnym wyjściem.
W holu czekali na mnie Denise i czterech laweciarzy.
– Dobra robota – powiedziałem, wręczając każdemu po stówie.
– Możemy zatrzymać kombinezony? – spytał Bugs.
Był jednym z dwóch w tych szarych. Denise ostrzegła mnie, że jej umiejętności krawieckie nieco się pogorszyły, dlatego naszywki na tej parze są przekrzywione i wystają spod nich czarne nici.
– Jasne – odparłem. – Buty też. Tylko nie udawajcie już laweciarzy i zdejmijcie naszywki.
Bugs, Karl, Johnny i Woreczek zerwali je z kombinezonów, które kupiłem przed tygodniem na eBayu. Kilka lat temu reprezentowałem Bugsa w procesie o włamanie z zamiarem kradzieży, jedno z długiej listy jego przestępstw. Obiecał, że jeśli dostanie drugą szansę, spróbuje się poprawić. Wybroniłem go, nie wziąłem za to ani centa i zostaliśmy przyjaciółmi. Pomagałem, kiedy tylko mogłem, jemu i jego kumplom. Zwykle przesiadywali w Bowery Mission w Tribece, schronisku dla bezdomnych, które szybko stało się ich domem.
– Jeśli chcecie coś zjeść, idźcie do Lexi’s Deli przy Dziesiątej Ulicy. Zamówcie na mój rachunek, jak zwykle.
– Dałbyś się naciągnąć na grillowany ser?
– Na co tylko macie ochotę.
Bezdomnym żyje się ciężko w każdym mieście. A Nowy Jork to dla nich prawdziwe piekło. Ale Bugs był dumny. Choć powiedziałem mu, że mogą jadać w Lexi’s codziennie, chodzili tam bardzo rzadko. Nie chcieli nadużywać niczyjej hojności, nawet przy drobiazgach.
– Dzięki, chłopaki – rzuciła Denise. – Bez was to by nie wypaliło.
Bugs i jego kumple schowali pieniądze do kieszeni i sprężystym krokiem wyszli z sądu. Odprowadziliśmy ich wzrokiem.
– Fatalnie szyjesz – rzuciłem.
– Szkoda, że nie wiesz, jak gotuję.
– Wolę więcej nie próbować. W zeszłym miesiącu przyniosłaś mi klopsika z obiadu. Pamiętasz?
– Nie bardzo mi wyszedł.
– Przeciwnie, jest świetny. Wciąż używam go jako blokady do drzwi w magazynie.
Denise roześmiała się i dała mi kuksańca w ramię. Ruszyliśmy do wyjścia.
– Zapomniałam cię spytać. Skąd wziąłeś rejestr aresztowań Graya i rejestr wezwań tych od holowania?
Otworzyłem skórzaną torbę i wyjąłem dwa pliki dokumentów. Podniosłem je nad głowę i wrzuciłem do kosza na śmieci, który właśnie mijaliśmy.
– Dwie kserokopie programu telewizyjnego z zeszłego grudnia.
Denise nagle przystanęła i sięgnęła do kieszeni.
Dzwonił jej telefon. Mój był wyłączony.
Odebrała, słuchała przez chwilę, po czym rozłączyła się.
– Kate nas wzywa – powiedziała. – Natychmiast. Złapała wieloryba.
„Wieloryb” to prawnicze określenie klienta z bardzo, ale to bardzo głębokimi kieszeniami.
– Ale o co chodzi? – spytałem. – Znowu rozwód?
Denise pokręciła głową.
– Morderstwo.ROZDZIAŁ TRZECI
BLOCH
Bloch od trzech dni przebywała w północnej części stanu Nowy Jork.
Nie lubiła oddalać się od Kate, ale Dyani Sandoval potrzebowała jej teraz bardziej niż przyjaciółka z dzieciństwa. Tydzień temu John Sandoval doglądał swoich koni na padoku. Sześćdziesiąt metrów dalej jego córka, Dyani, przygotowywała się do sprawdzianu kwalifikacyjnego do szkolnego zespołu cheerleaderek. John patrzył, jak córka robi gwiazdy i tańczy w wyblakłych niebieskich dżinsach. W zespole cheerleaderek nigdy dotąd nie było rdzennej Amerykanki, ale on po prostu wiedział, że jego mała Dyani dostanie się tam jako pierwsza. Była niezwykle silna i wytrzymała. Choć miała przepocony na plecach podkoszulek, a jej czarne włosy błyszczały w słońcu od potu – było ponad trzydzieści stopni w cieniu – wciąż ćwiczyła i tańczyła. Była w ciągłym ruchu.
Tylko że ćwicząc, oddaliła się od stajni i biegała teraz przy białym płocie oddzielającym padok od drogi.
W pierwszej chwili John nie zaniepokoił się na widok jadącej drogą białej furgonetki. Niepokój ogarnął go dopiero wtedy, kiedy samochód zwolnił przed padokiem.
Kiedy się zatrzymał i wysiadł z niego rosły mężczyzna, John natychmiast popędził w tamtą stronę. Zobaczył, jak mężczyzna obejmuje Dyani od tyłu w talii. Jak ją podnosi, jak nogi córki młócą powietrze. Jak mężczyzna przerzuca ją przez płot niczym worek śmieci. Jak znów ją podnosi, wrzuca do furgonetki i wsiada. Tylne drzwi się zamknęły i samochód odjechał, zanim John zdążył dobiec do płotu.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_