Świat jej oczami - ebook
Trzydziestoczteroletnia Sophie Wren zawsze stawiała na bezpieczeństwo. Rutyna, choć nużąca, zapewniała jej stabilność, o którą walczyła, odkąd weszła w dorosłość. Ostatnio przy zdrowych zmysłach trzymają ją jednak tylko kawa, głośna muzyka i sarkazm. Po zakończeniu kolejnego związku z niewłaściwym mężczyzną oraz latach niedoceniania w pracy, dochodzi do spóźnionego wniosku, że najwyższy czas narozrabiać i złamać kilka zasad.
Niechętnie przystaje na propozycję wyjścia do baru z siostrą Lolą, która jest jej totalnym przeciwieństwem. Sophie spodziewa się muzyki na żywo, kilku intrygujących zdjęć, które wrzuci na swój instagramowy profil eye.for.an.i, a także lekkiego kaca. Cieszy się więc, gdy wieczór okazuje się tak udany, jak tego pragnęła.
A nawet bardziej.
Nie zdaje sobie jednak sprawy, że w tej samej chwili przeznaczenie ma już wobec niej inne plany. Obecność w odpowiednim miejscu i czasie, post w mediach społecznościowych, który staje się viralem oraz wścibska siostra sprawiają, że jej życie nagle przestaje być nudne.
Ever St. Clair już z definicji jest zakazany. Piękny, melancholijny muzyk uosabia pokusę zrodzoną z żywej wyobraźni Sophie, która nie przestaje o nim fantazjować. Wielowarstwowa, magnetyczna osobowość mężczyzny zmusza ją do przewartościowania dotychczasowego życia, odrzucenia wątpliwości i żądania od świata czegoś więcej.
Świat jej oczami to humorystyczna, szczera, zmysłowa historia o zdejmowaniu masek, pokazywaniu lękom środkowego palca, a przede wszystkim pogoni za marzeniami, ponieważ bezpieczne życie jest przereklamowane.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-598-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Poppy, Amy Lee & Courtney LaPlante – _End of You_
The Backfires – _Replace It All_
Bad Omens – _Who are you?_
Vanthe, AWON & Melrose Avenue – _Deep End_
Chinchilla – _Little Girl Gone_
Ecca Vandal – _CRUISING TO SELF SOOTHE_
Gracie Abrams – _Risk_
Sleep Token – _Rain_
Shaboozey – _A Bar Song (Tipsy)_
Sleep Token – _Alkaline_
President – _RAGE_
Melrose Avenue – _Suffering_
Dayseeker – _Pale Moonlight_
Sleep Token – _Mine_
Deftones – _infinite source_
President – _Destroy Me_
Spiritbox – _Jaded_
Bad Omens – _Left For Good_
Palaye Royale – _umakemenotwannadie_
Sleep Token – _The Offering_
bby – _Kinky_
Sleep Token – _Nazareth_
Bad Omens – _CONCRETE JUNGLE_
The Goo Goo Dolls – _Iris_
Sleep Token – _The Summoning_
Frank Carter & The Rattlesnakes – _Crowbar_
Sleep Token – _Infinite Baths_Rozdział pierwszy
SOPHIE?
Odsuwam telefon od ucha, zaciskając zęby. Waham się, przenosząc wzrok pomiędzy ikonką kończącą połączenie a tą przedstawiającą głośnik. Szturcham palcem drugą, żałując, że nie jest jego okiem, i licząc, że zwiększenie głośności pomoże mi ogarnąć te bzdury.
– Sophie – powtarza, a jego spokój wyraźnie przechodzi w rozdrażnienie. – Jesteś tam jeszcze?
Myśl spływa mi na język i wydostaje się z ust wraz z powietrzem. Słowa mieszają się ze zmęczonym oddechem.
– Co, do diabła? – rzucam, brzmiąc żałośnie.
No, ale poważnie, co do cholery?
Wzdycha.
– Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że do tego dojdzie.
Parskam śmiechem.
– Do czego właściwie? Bawisz się we wciskanie parówy z inną ko…?
Przerywa mi.
– Nie. Do tego. Do końca – wypowiada z emfazą. – Nie planowałem nikogo poznawać, ale serce nie sługa.
– Chyba kutas nie sługa – mamroczę.
Ignoruje przytyk i ciągnie:
– Mamy różne cele. Moje życie i kariera pędzą po konkretnie wyznaczonym torze.
„Konkretnie wyznaczonym torze”? Ja pierdzielę, przeczytał to w jakiejś apce ze złotymi myślami? Brzmi, jakby wykuł to na pamięć, a potem powtarzał sobie przed snem. Przerywam mu, bo właśnie w ten sposób się spieramy – w naszym przypadku pełne zdania to rzadkość. Lubię przeskakiwać do końca, a on woli wszystko przeciągać.
– Kiedy przyjedziesz po swoje rzeczy?
Natychmiast milknie. Wiem, że chciałby jeszcze długo uzasadniać swoje kiepskie decyzje, a teraz pozbawiony tej możliwości, powraca do irytacji.
– Nie bądź taka, Soph.
Kręcę głową, otwierając zawór zwalniający ciśnienie, więc z moich ust pada piskliwy dźwięk, który z braku lepszego określenia można nazwać przekleństwem.
W tej samej chwili mój rozmówca robi coś niewyobrażalnego.
– Chciałem przedyskutować tę kwestię jak dorośli, ale najwyraźniej wymagam zbyt wiele.
Pragnę rzucić jakąś zabawną ripostę, ale cholerna pula genowa cały humor przekazała mojej siostrze. Brak mi cierpliwości do konfrontacji z kimś, kto celowo mnie wkurza. Może lepiej, że się rozstajemy, bo od początku byliśmy skazani na porażkę.
– Przyjedź po swoje graty w ciągu dwóch dni, inaczej klnę się na Boga, że – pragnę wykrzyczeć, że je spalę – oddam je ubogim.
_To mu wygarnęłaś, Sophie._
Znów wzdycha.
To dla mnie znak, by się rozłączyć, jednak on jak zawsze okazuje się w tym szybszy.
– Na przypale albo wcale – szepczę w pustej kuchni.
W zeszłym roku mój pracodawca w ramach kampanii radzenia sobie ze stresem promował internetowy poradnik medytacji. Nie uznałam sugerowanych tam mantr, jak „ogarnia mnie błogość” za naturalne czy bliskie mojemu sercu. Nigdy nie czułam, aby ogarnęła mnie jakakolwiek błogość, więc odniosłam wrażenie, że to ściema. Zmieniłam ton i postanowiłam wykorzystać swoją standardową metodę, żeby się uspokoić. _Na przypale albo wcale_, powtarzam w myślach, ale kiedy gniew wciąż się we mnie kotłuje i nie znajduje ujścia, poddaję się, rzucam telefon na blat i idę do garażu po pusty karton. Chwilę później wyrzucam ze swojej szafy jego ubrania, drwiąc z eleganckich koszul i wyprasowanych spodni, które wciąż spoczywają w foliowych pokrowcach z pralni.
Nie wprowadził się do mnie oficjalnie, ale zaskakuje mnie, ile swoich rzeczy zdążył rozmieścić po moim domu. Zbieram je przez kolejne pół godziny – z pogardą wrzucam wszystko do pudła, którego zawartość z satysfakcją wysypuję na frontowy trawnik, a potem wracam po resztę.
Powtarzam tę czynność.
Wielokrotnie.
Kiedy kończę, nie ma już we mnie gniewu, pozostaje jedynie pogruchotane ego. Czuję się niemal tak sponiewierana, jak wtedy, gdy w zeszłym tygodniu próbowałam crossfitu. Koniec kolejnego związku stał się tak wielką rutyną jak poranna kawa i tak przewidywalny jak odbiór śmieci we wtorki. Do tej pory powinnam już przywyknąć. Przecież mogłam się tego spodziewać. Jak zawsze zresztą. _Ale w taki sposób?_ Może właśnie dlatego nie angażuję się w związki na sto procent, bo wydaje mi się, że dzięki temu będę mniej cierpieć, gdy nadejdzie nieuchronny koniec.
Jednak bycie potraktowaną jak śmieć zawsze boli.
Do domu wchodzi moja siostra, a po piętach depcze jej syn. Widzę, że Lola lekko się uśmiecha. Nie tylko wspiera mnie w każdej sytuacji, w którą się pakuję, ale jest też gotowa rzucić się z pięściami w mojej obronie. Zawsze była typem osoby, która najpierw działa, a dopiero potem myśli. Stanowi chaotyczne yin dla mojego lubującego się w kontroli yang.
Śmieje się dźwięcznie, wskazując przez ramię na trawnik.
– Proszę, powiedz, że czekasz na mój powrót, żebym mogła to dokończyć.
Odwraca się w stronę dużego okna z widokiem na resztki obecności mojego byłego już chłopaka porozrzucane po spalonej słońcem trawie i rozkłada szeroko ręce, jakby chciała doprecyzować, co ma na myśli. Cwaniacki uśmieszek rozciąga się na jej twarzy niczym flaga na wietrze. Mój związek właśnie się rozpadł – większość rodzeństwa wzięłaby się za pocieszanie. Ale nie Lola. Ona wie, że wpadłam w furię i straciłam nad sobą panowanie, więc przybywa mi na ratunek.
Benji omija matkę, ściska mnie jak zawsze po powrocie do domu, po czym podchodzi do lodówki i wyjmuje z niej niebieskiego Gatorade’a, zanim spokojnym, zaskakująco dojrzałym jak na jego wiek głosem pyta:
– Możemy spalić rzeczy Kena czy coś?
Lola i Benji od zawsze nazywali mojego partnera Kenem. Robili to nawet w jego obecności. Tak naprawdę ma na imię Chance. Mój klan jest wojowniczy.
Powoli kiwam głową.
– Za dwa dni. – Wiedzą, że nie mówię poważnie.
Lola i tak zaciera ręce.
– Zbudujemy stos ze spodni, na którym umieścimy jego kukłę z tymi dziwacznymi pistacjami o smaku wasabi, supermocnym żelem do włosów i kokosowym balsamem do opalania, a potem to wszystko podpalimy.
Benji wskazuje ruchem głowy w kąt kuchni.
– Zapomniałaś o jego Nespresso.
Natychmiast staję w obronie ekspresu na kapsułki.
– Zostaje jako nagroda pocieszenia. Zżyłam się z tą maszyną.
Siostrzeniec unosi pięść, więc przybijam żółwika.
– I zarąbiście.
– Zgadzam się. Zabierze go po moim trupie – dodaje Lola, rzucając wielgachną torebkę na wysoki stołek przy wyspie i siadając na drugim. – Naprawdę chcę usłyszeć, co doprowadziło do rozpadu SophKena, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. – Wyciąga coś z tylnej kieszeni i przesuwa po blacie w moją stronę, jakby przedstawiała odpowiedź na wszystkie moje bolączki.
A przynajmniej chwilową odskocznię od całego tego bałaganu.
To dwa bilety na koncert. Minęło kilka lat, odkąd pozwoliłam sobie na coś takiego, bo takie imprezy zazwyczaj są drogie. Lola mnie zaintrygowała. Biorę więc bilety, czytam, co na nich napisano, i marszczę nos.
– Thicker Than Water? Nigdy o nich nie słyszałam.
Uderza dłonią w starą deskę do krojenia, odchyla głowę i prycha. Z zamkniętymi oczami i twarzą skierowaną do sufitu, wyjaśnia:
– A kogo to obchodzi? Idziesz się zabawić. Ze swoją ulubioną siostrą.
– Moją jedyną siostrą – poprawiam.
Opuszcza głowę i po mistrzowsku trzepocze sztucznymi rzęsami, ignorując przytyk.
– Upijemy się, będziemy tańczyć i wzdychać do przystojniaków na scenie.
– Brzmi nieźle – mówi Benji, grzebiąc w szafce z przekąskami.
Obie odwracamy się w jego stronę.
Wyciąga baton zbożowy, a potem zerka na nas, gdy uparcie milczymy.
– Oczywiście pomijając alkohol. – Wzrusza ramionami.
Kiwamy głowami z matczyną i cioteczną aprobatą. Lola wyciąga rękę nad blatem i przybija piątkę ze swoim czternastoletnim synem.
Rozglądam się po kuchni, myśląc o wszystkim, co mogłabym robić wieczorem – głównie nurzać się w rozstaniu, roztrząsać przeszłość i analizować w nieskończoność każdą podjętą decyzję, wciskając w siebie śmieciowe jedzenie.
– Idziemy – oznajmia stanowczo Lola. – Nie zamierzam zostawić cię samej, żebyś mogła użalać się nad sobą albo żałować, że w ósmej klasie ścięłaś włosy, by wyglądać jak Pink.
– Rihanna – poprawiam. – Niech cię szlag jasny trafi, czytaczko w myślach.
Kręci głową, a mimo to uśmiecha się triumfalnie.
– Dobrej zabawy – życzy nam Benji, odchodząc korytarzem w kierunku swojego pokoju.
– Wzajemnie! – odpowiadam pokonana.
Benji dość szybko zmienia swoje krótkotrwałe hobby. Dziś rozmawia w sieci z ludźmi z zespołu, który założył zaledwie kilka tygodni temu. Grają coś, co zwie się post-bop jazzem. Uczy się grać na perkusji. To, czego brakuje w jego nieoszlifowanym talencie, nadrabia pasją. I głośnością. Z każdym dniem wali w bębny coraz donośniej.
– Jedziesz! – wykrzykuje Lola, podkreślając to gestem, bo jak zwykle przesadza.
Zawstydzony siostrzeniec kręci głową, po czym zamyka za sobą drzwi.
Kiedy syn znika poza zasięgiem słuchu, Lola zwraca się do mnie:
– Chcesz o tym pogadać? Mam pod materacem ostry nóż. Mogłabym całkiem dyskretnie poćwiartować Kena i raz na zawsze pozbyć się ciała. – Wie, że lubię pławić się w myślach, więc rzuca mi koło ratunkowe.
– Doceniam tę krwawą propozycję…
– Troskliwą – poprawia.
– Tę troskliwą propozycję – przyznaję – ale nie ma czego roztrząsać. Rzucił mnie dla innej. Nie spodziewałam się czegoś takiego.
– A to sukinsyn – syczy z oburzeniem.
Biorę ścierkę ze zlewu i wycieram blat, na którym po pospiesznym lunchu zostało trochę masła orzechowego.
– No. Sukinsyn.
– Kim ona jest? – Wygląda na tak oszołomioną, jak sama się czuję.
Wzruszam ramionami.
– Mówił, że pracuje w centrum, w nowym salonie spa. Sprzedawał im wodę. „Kliknęło” – wyjawiam, pokazując palcami cudzysłów. – Nie słyszałam już, co mówił dalej, bo się wyłączyłam.
Chance zajmuje się dystrybucją „butikowej” wody mineralnej, rozwijając start-up swojego przyjaciela. To filtrowana kranówka z niewielką domieszką owocowych aromatów, za którą śpiewają sobie niezłą cenę. Przynajmniej mają ładną etykietkę.
– A to sukinsyn – powtarza. – Nie ma bata, spalimy jego rzeczy.
– Albo mogłybyśmy zjeść lody i ponownie obejrzeć drugi sezon _Fleabag_. – Phoebe Waller-Bridge zawsze potrafi poprawić nastrój.
Lola kręci głową.
– Kuszące, bo to mój ulubiony sezon. Wiesz, że lubię seksownych księżulków, ale dziś wychodzimy. Pozbędziemy się Kena z twojego organizmu jak niedogotowanego kurczaka.
Krzywię się.
– Ohyda.
Wzrusza ramionami na znak zgody.
Przyglądam się sobie. Pracuję w domu, więc obecnie noszę spodenki z obciętych dresów i koszulkę na ramiączkach, w której spałam.
– Chyba powinnam się przebrać, co?
– Porządny seks na pocieszenie nie wydarzy się, jeśli będziesz siedzieć w piżamie. Wskakuj pod prysznic, a potem włóż coś, co sprawi, że poczujesz się jak bogini, którą zresztą jesteś. Może ten czarny, obcisły top bez pleców, którego jeszcze nigdy nie nosiłaś? Wciśnij się w niego. Imprezujemy, siostra!
Nie kręci mnie przygodny seks i Lola o tym wie, ale nikt nie potrafi tak skutecznie przypomnieć mi o mojej własnej wartości, jak ona. To chyba pierwszy raz, kiedy role się odwróciły i postanowiła otoczyć mnie opieką, gdy potrzebuję wypchnięcia poza strefę komfortu.
Podchodzę do okna, opieram dłonie na biodrach i obserwuję następstwa mojego wybuchu złości.
– Wniesiesz to wszystko z powrotem do środka, prawda? – rzuca Lola tonem osoby, która od początku wiedziała, jak to się skończy. Ni mniej, ni więcej, tak właśnie będzie.
Przez chwilę stoję w milczeniu, ciężko wzdychając, a potem przytakuję.
– Przyniosę kartony z garażu i ci pomogę.
Warto mieć w życiu kogoś, kto cię zrozumie.
A nawet jeśli nie będzie się z tobą w czymś zgadzał, to i tak poda ci pomocną dłoń.