Świat jest teatrem - ebook
Świat jest teatrem - ebook
Brawurowa, osadzona w Moskwie roku 1911, powieść kryminalna, gdzie w świecie teatru, namiętności są niezmiernie silne, ambicje wygórowane, motywy działań skomplikowane, rzeczywistość miesza sie z teatralną fikcją, a osoby wymyślone - z wielkimi rosyjskimi postaciami ze świata sceny tamtych czasów.
Piękna aktorka Eliza Altairska-Lointaine, pierwsza od lat miłość Fandorina jest szykanowana, a mężczyźni z jej otoczenia zaczynają umierać w dziwny sposób. Ich samobójstwa to tylko pozory. Znakomitemu detektywowi śledztwo zleca sama wdowa po Czechowie...
Finezyjna intryga, barwny obraz epoki i... tekst sztuki, napisanej przez Fandorina, by zbliżyć sie do Elizy. Fandorin traci rozeznanie, co jest grą, a co prawdziwym życiem, kiedy aktorzy są sobą, a kiedy odgrywają role. Czy jego śledztwo pójdzie fałszywym tropem?
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-273-0295-3 |
| Rozmiar pliku: | 975 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Najistotniejszy wniosek, który on wyciągnął z przeżytych lat, sprowadzał się do możliwie krótkiej maksymy, wartej wszystkich filozoficznych teorii razem wziętych: _starzeć się –_ _jest dobrze._ „Starzeć się” oznacza „dojrzewać”, czyli stawać się nie gorszym, ale lepszym – silniejszym, mądrzejszym, doskonalszym. Natomiast jeżeli człowiek, starzejąc się, odczuwa nie zysk, lecz stratę, to oznacza, że jego statek zmylił kurs.
Kontynuując morską metaforę, można powiedzieć, że rafy pięćdziesięciolecia, o które dość często rozbijają się mężczyźni, Fandorin ominął, płynąc pod pełnymi żaglami i z rozwianą banderą. Co prawda niewiele brakowało, żeby zbuntowała się załoga, ale wszystko skończyło się pomyślnie.
Próba rebelii miała miejsce akurat w dniu obchodów pięćdziesięciolecia Fandorina, co, rzecz jasna, nie było przypadkiem. W połączeniu cyfr jest niewątpliwa magia i nie dostrzegają jej wyłącznie ci, którym zwyczajnie brakuje wyobraźni.
Erast Pietrowicz, wówczas pasjonujący się nurkowaniem, uczcił urodziny spacerem w skafandrze po morskim dnie, a wieczorem usiadł na werandzie i obserwował wałęsających się po esplanadzie ludzi. Sącząc rumowy poncz, powtarzał w myślach: „Mam pięćdziesiąt lat, mam pięćdziesiąt lat”, jak gdyby usiłował uchwycić smak nieznanego napoju. Nagle jego wzrok zatrzymał się na niedołężnym staruszku w białym kapeluszu. Wyschniętą, trzęsącą się mumię toczył w fotelu na kółkach służący Mulat. Wzrok matuzalema był mętny, z podbródka zwisała nitka śliny.
„Mam nadzieję, że nie dożyję takiego wieku” – pomyślał Fandorin – i nagle zrozumiał, że się przestraszył. A jeszcze bardziej przestraszył się tego, że przestraszyła go myśl o starości.
Pogodny nastrój ulotnił się bezpowrotnie. Fandorin wrócił do hotelowego pokoju przebierać paciorki nefrytowego różańca i rysować na papierze hieroglif „starość”. Kiedy już cała kartka była upstrzona wizerunkiem symbolu we wszystkich możliwych stylach, problem się rozwiązał, koncepcja się ukształtowała. Rebelia na statku została zdławiona. Erast Pietrowicz osiągnął pierwszy stopień świadomości.
Życie nie może być schodzeniem, lecz ciągłym wznoszeniem się aż do ostatniej chwili. To raz.
W często cytowanym wersie Puszkina „Dzień za dniem leci, każda godzina unosi cząsteczkę życia” __ tkwi kardynalny błąd. Najprawdopodobniej albo poeta miał chandrę, albo jest to zwyczajna pomyłka. Ten wers należy czytać w następujący sposób: „Dzień za dniem leci, każda godzina _przynosi_ cząsteczkę życia”. Jeżeli człowiek żyje właściwie, bieg czasu czyni go nie biedniejszym, lecz bogatszym. To dwa.
Starzenie się powinno być intratną transakcją handlową, naturalną wymianą mocy fizycznej i umysłowej na moc duchową, piękna zewnętrznego na wewnętrzne. To trzy.
Wszystko zależy od gatunku twojego wina. Jeżeli jest tanie, z czasem skwaśnieje. Jeżeli zaś szlachetne, stanie się lepsze. Stąd wniosek: im człowiek staje się starszy, tym lepszy __ musi się stawać pod __ względem _jakości_. To cztery.
No i pięć. Z mocy fizycznej i umysłowej Erast Pietrowicz również nie zamierzał rezygnować. W tym celu opracował specjalny program.
W każdym kolejnym roku życia należy zdobywać nowy ląd. A nawet dwa: jeden sportowy i fizyczny, a drugi intelektualny. Wówczas starzenie się będzie ciekawe, a nie straszne.
Dosyć szybko powstał perspektywiczny plan przyszłej ekspansji – i to taki, że na jego realizację mogło nie wystarczyć kolejnych pięćdziesięciu lat.
Wśród wciąż jeszcze niezrealizowanych intelektualnych celów Fandorin umieścił solidne opanowanie języka niemieckiego, gdyż wojna z Niemcami i Austro-Węgrami najwyraźniej była nieunikniona; opanowanie chińskiego (tutaj jednego roku nie wystarczy, konieczne będą dwa, a i to tylko dzięki temu, że z chińskimi znakami już się zaznajomił); wypełnienie wstydliwej luki w wiedzy o świecie i gruntowne zgłębienie kultury muzułmańskiej – w tym celu trzeba będzie nauczyć się arabskiego i przestudiować w oryginale Koran (co zajmie ze trzy lata); bliższe zapoznanie się z literaturą klasyczną i współczesną (na to Erastowi Pietrowiczowi wiecznie brakowało czasu) i tak dalej, i tak dalej.
Zadania sportowe na najbliższy czas to: nauczyć się pilotować aeroplan, poświęcić jeden rok na ciekawą i korzystną dla koordynacji ruchów olimpijską rozrywkę – skoki o tyczce, zająć się alpinizmem, koniecznie nauczyć się nurkować bez skafandra, ale z ustnikiem nowego typu, w którym udoskonalony regulator tlenu umożliwia zanurzenie się na znaczną głębokość. Ech, nie da się wszystkiego wymienić...
W ciągu pięciu lat, które upłynęły od dnia, kiedy to Fandorin przestraszył się strachu, metodyka prawidłowego starzenia się zdążyła zaowocować dobrymi wynikami. Co roku pokonywał kolejny stopień, a ściślej rzecz biorąc dwa, tak więc na siebie dawnego, pięćdziesięcioletniego, patrzył teraz z góry.
Do swoich pięćdziesiątych pierwszych urodzin Erast Pietrowicz w charakterze osiągnięcia intelektualnego nauczył się języka hiszpańskiego, którego mu bardzo brakowało w trakcie wypraw po Morzu Karaibskim. „Stopniem” dla ciała stała się dżygitówka. Konno jeździł rzecz jasna już wcześniej, ale nie tak znowu dobrze, a przecież jest to potrzebna umiejętność i do tego niezwykle wciągające zajęcie – o wiele przyjemniejsze od wyścigów automobilowych, które już zdążyły mu się znudzić.
Przed ukończeniem pięćdziesiątego drugiego roku życia Fandorin nauczył się mówić po włosku i znacznie podwyższył swoją sprawność w japońskiej szermierce kenjutsu. Tę wspaniałą naukę przybliżył mu japoński konsul, baron Sigeyama, posiadający najwyższy dan. Pod koniec nauki Erast Pietrowicz pokonywał barona w dwóch walkach z trzech (w tej jednej ustępował mu tylko dlatego, by nie urazić senseja).
Pięćdziesiąty trzeci rok życia został poświęcony z jednej strony antycznej i nowożytnej filozofii (wykształcenie Fandorina zakończyło się niestety na gimnazjum), z drugiej zaś jeździe na motocyklu, która pod względem intensywności wrażeń nie ustępowała jeździe konnej.
W minionym 1910 roku umysłem Erasta Pietrowicza zawładnęła najszybciej rozwijająca się współczesna nauka – chemia, natomiast ciało zabawiał Fandorin żonglerką (wydawałoby się, że to głupstwo, błahostka, lecz doskonali synchronizację ruchów i precyzyjną motorykę).
W obecnym zaś sezonie wydało mu się logiczne przejście od żonglerki do chodzenia po linie, które jest wspaniałym sposobem na wzmocnienie równowagi fizycznej i psychicznej.
Ćwiczenia intelektualne były po części związane z ubiegłorocznym zainteresowaniem chemią. Kolejne dwanaście miesięcy Fandorin postanowił poświęcić swojej dawnej pasji – nauce kryminalistycznej. Wyznaczony termin już upłynął, lecz badania trwały, ponieważ obrały niespodziewany i wielce perspektywiczny kierunek, którym oprócz Erasta Pietrowicza nikt się na poważnie nie zajmował.
Chodziło o nową metodę podejścia do świadków i podejrzanych: jak ich mianowicie zmusić do całkowitej szczerości? W czasach barbarzyńskich wykorzystywano metodę okrutną i mało pewną – tortury, tymczasem okazało się, że maksymalnie pełne i wiarygodne zeznania można uzyskać, wykorzystując połączenie trzech typów oddziaływania: psychologicznego, chemicznego i hipnotycznego. Jeżeli najpierw stworzyć właściwy portret psychologiczny człowieka dysponującego potrzebną informacją, lecz niezamierzającego się nią podzielić, później zaś za pomocą odpowiednich preparatów osłabić jego wolę sprzeciwu, a na koniec poddać sesji hipnozy – szczerość będzie absolutna.
Wyniki eksperymentów robiły wrażenie. Jednak zrodziły się poważne wątpliwości dotyczące ich korzyści praktycznych. Nie chodziło nawet o to, że Fandorin za nic w świecie nie udostępniłby swoich odkryć państwu (strach pomyśleć, jak mogliby wykorzystać tę broń niezbyt delikatni panowie z Ochrany lub żandarmerii). Sam Erast Pietrowicz w trakcie jakiegokolwiek dochodzenia nie pozwoliłby sobie raczej na uczynienie z innego człowieka, nawet bardzo złego, przedmiotu chemicznego oddziaływania. Immanuel Kant, który twierdził, że ludzi nie wolno traktować jako środka prowadzącego do osiągnięcia celu, nie pochwalałby tego – a po roku studiów filozoficznych Fandorin uważał królewieckiego mędrca za największy autorytet moralny. Dlatego też badanie kryminalistycznego „problemu szczerości” miało dla Erasta Pietrowicza oderwany od życia, akademicko-naukowy charakter.
Otwarta pozostawała kwestia etyki stosowania nowej metody w przypadku ścigania wyjątkowo okrutnych przestępstw, a także przestępstw stwarzających szczególne zagrożenie dla społeczeństwa i państwa.
Właśnie o tym Fandorin w skupieniu rozmyślał czwarty dzień z rzędu – od momentu, kiedy zrobiło się głośno o zamachu na przewodniczącego Rady Ministrów Stołypina. Pierwszego września wieczorem w Kijowie pewien młody człowiek dwukrotnie strzelił do czołowej postaci rosyjskiego życia politycznego.
Wiele elementów w tym wydarzeniu wyglądało wręcz fantasmagorycznie. Po pierwsze, krwawy dramat wydarzył się nie gdzie indziej, tylko w teatrze, na oczach licznie zgromadzonej publiczności. Po drugie, sztuka była nader wesoła (_Bajka o carze Sałtanie_)_._ Po trzecie, na widowni był obecny bynajmniej nie bajkowy, lecz najprawdziwszy car, na którego morderca nawet nie zwrócił uwagi. Po czwarte, teatr był strzeżony do tego stopnia, że żaden Gwidon nie dostałby się tam nawet pod postacią komara. Widzów wpuszczano wyłącznie na podstawie imiennych przepustek wydawanych przez Ochranę. Po piąte – i to było najbardziej niewiarygodne – terrorysta taką przepustkę posiadał, przy czym nie podrobioną, lecz autentyczną. Po szóste, mordercy nie tylko udało się wejść do teatru, ale też wnieść broń palną...
Z informacji, które docierały do Erasta Pietrowicza (a źródła informacji Fandorin miał pewne), wynikało, że aresztowany nie udzielił na razie żadnych wyjaśnień, mogących rozwiązać tę zagadkę. No i właśnie tu przydałyby się nowe metody prowadzenia przesłuchania!
W czasie kiedy premier umierał (rana niestety była śmiertelna) i kiedy nieumiejętni śledczy trwonili cenny czas, ogromne imperium, i bez tego obciążone mnogością problemów, chwiało się w posadach – tylko patrzeć, jak padnie, przewróci się niczym przeładowany wóz drabiniasty, z którego na ostrym zakręcie spadł woźnica. Zbyt wiele znaczył dla kraju Stołypin.
Stosunek Fandorinа do tego człowieka, który przez bez mała pięć lat w zasadzie niepodzielnie rządził Rosją, był niejednoznaczny. Szanując męstwo i stanowczość premiera, wiele rozwiązań kursu Stołypina Erast Pietrowicz uważał za niesłuszne, a nawet niebezpieczne. Niemniej nie było żadnych wątpliwości co do tego, że śmierć Stołypina była dla państwa straszliwym ciosem, który zagroził krajowi pogrążeniem się w nowym chaosie. Teraz bardzo wiele zależało od szybkości i skuteczności dochodzenia.
Nie ulegało wątpliwości, że Fandorin zostanie włączony do czynności śledczych w charakterze niezależnego eksperta. Tak było już nieraz, kiedy śledztwo w jakiejś nadzwyczajnej sprawie grzęzło w martwym punkcie, a przecież nie sposób _bohaterze, księciu Gwidonie Sałtanowiczu i o pięknej księżniczce Łabędzicy_ – (przyp. tłum.). sobie wyobrazić sprawy bardziej pilnej i ważnej niż kijowski zamach. Co więcej, Erast Pietrowicz osobiście znał przewodniczącego Rady Ministrów – kilka razy na jego prośbę uczestniczył w szczególnie zawiłych lub delikatnych dochodzeniach wagi państwowej.
Czasy, kiedy Fandorin z powodu sporu z władzami był zmuszony opuścić rodzinne miasto i kraj, były zamierzchłą przeszłością. Osobisty wróg Erasta Pietrowicza, onegdaj najpotężniejszy człowiek w stolicy (a raczej te szczątki, które pozostały z jego dostojnego ciała), już od dawna spoczywał w pompatycznym grobowcu niespecjalnie opłakiwany przez mieszkańców miasta. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by Fandorin spędzał w Moskwie tyle czasu, ile zapragnie. Nic – poza przyzwyczajeniem do przygód i nowych wrażeń.
Będąc w stolicy, Erast Pietrowicz mieszkał w oficynie wynajmowanej w Małym Uspienskim Zaułku, powszechnie znanym jako Świerszczowy Zaułek. Dawno, dawno, jakieś dwieście lat temu, kamienny budynek wzniósł tutaj kupiec o nazwisku Świerszcz. Kupiec zmarł, później wiele razy zmieniali się właściciele domu, lecz sympatyczna nazwa zachowała się w pamięci mieszkańców Moskwy. Wypoczywając po podróżach lub dochodzeniach, Fandorin mieszkał tu spokojnie i cicho – niczym świerszcz za piecem.
Mieszkanie było wygodne i dla dwóch osób całkiem wystarczające: sześć pokoi, łazienka, wodociąg, elektryczność, telefon – wszystko za sto trzydzieści pięć rubli miesięcznie wraz z węglem do holenderskiego pieca. Właśnie w tych ścianach realizowana była większość punktów sportowo-intelektualnego programu, opracowanego przez emerytowanego radcę stanu. Niekiedy z przyjemnością wyobrażał on sobie, jak znudzony podróżami i przygodami zamieszka wreszcie w Świerszczowym Zaułku na stałe i całkowicie odda się porywającemu procesowi starzenia się.
Kiedyś. Jeszcze nie teraz. Nie tak znowu prędko. Najprawdopodobniej po siedemdziesiątce.
Do nudy i przesytu Erastowi Pietrowiczowi było jeszcze daleko. Poza granicami świerszczowego zapiecka pozostawało zbyt wiele różnych, fantastycznie interesujących miejsc, wydarzeń i zjawisk. Od niektórych dzieliły go tysiące kilometrów, od innych – wieki.
Jakieś dziesięć lat temu Fandorin poważnie zainteresował się podwodnym światem. Zbudował nawet na podstawie własnego projektu submarinę; zarejestrował ją na dalekiej wyspie Aruba i nieustannie doskonalił jej konstrukcję. Pociągało to za sobą nie lada wydatki, lecz kiedy za pomocą submariny udało się podnieść z dna drogocenny ładunek, hobby nie tylko zwróciło się z nawiązką, lecz także uwolniło Erasta Pietrowicza od konieczności pobierania honorariów za prowadzenie dochodzeń i detektywistyczno-kryminalistyczne konsultacje.
Teraz mógł podejmować się wyłącznie spraw ciekawych albo takich, z których z tych czy innych przyczyn nie wypadało zrezygnować. W każdym razie status człowieka pracującego bez wynagrodzenia lub oddającego przysługę jest o wiele przyjemniejszy od bycia najemnym pracownikiem, nawet cieszącym się dużym autorytetem.
Niemniej Fandorin rzadko i przez krótki czas mógł cieszyć się spokojem. Wszystkiemu winna była reputacja, którą zdobył w międzynarodowych kręgach w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Od czasu nieszczęsnej wojny japońskiej do niezależnego eksperta często zwracało się też jego własne państwo. Zdarzało się, że Erast Pietrowicz odmawiał – jego wyobrażenia na temat dobra i zła nie zawsze zbiegały się z rządowymi. Na przykład niechętnie podejmował się spraw wewnątrzpolitycznych, chyba że chodziło o jakieś wyjątkowo nikczemne przestępstwo.
Od zamachu na premiera zalatywało właśnie nikczemnością. Zbyt dużo tu było niewytłumaczalnych, dziwnych elementów. Z poufnie uzyskanych informacji wynikało, że kilka osób w Petersburgu myślało podobnie. Przyjaciele ze stolicy powiadomili Fandorina przez telefon, że wczoraj do Kijowa udał się minister sprawiedliwości, aby osobiście stanąć na czele dochodzenia. To oznacza, że Ochrana oraz departament policji nie cieszą się zaufaniem władz. Jak nie dziś, to jutro do śledztwa zostanie włączony również „niezależny ekspert” Fandorin. Jeśli zaś nie zostanie włączony, będzie to znaczyło, że zgnilizna w aparacie państwowym sięgnęła samej góry...
Erast Pietrowicz już wiedział, jak należy postępować.
Kwestię chemicznego sposobu oddziaływania należało jeszcze przemyśleć, natomiast zastosowanie wobec mordercy metod psychologicznych i hipnotycznych wydawało się całkiem zasadne. Należy rozumieć, że to w zupełności wystarczy. Terrorysta Bogrow musi powiedzieć to, co jest najważniejsze: czyim był narzędziem, kto zapewnił mu przepustkę i wpuścił do teatru z rewolwerem.
W tym celu dobrze by było zmusić do szczerości naczelnika kijowskiego Zarządu Ochrany, podpułkownika Kuliabkę oraz zastępcę dyrektora departamentu policji, radcę stanu Wierigina, który był odpowiedzialny za bezpieczeństwo. Z tymi w najwyższym stopniu podejrzanymi osobami – uwzględniając rodzaj ich działalności, tudzież ogólną zawodową niedbałość – można się nie patyczkować. Na poddanie się hipnozie raczej się nie zgodzą, ale gdyby tak spotkać się z każdym z nich prywatnie, w cztery oczy, i kapnąć sekretnego preparatu do ulubionego koniaku podpułkownika oraz do herbaty abstynenta Wierigina? Zaraz by opowiedzieli o tajemniczej przepustce, a także o tym, dlaczego obok premiera w czasie antraktu nie było nikogo z ochrony. I to w warunkach, kiedy na Piotra Arkadjewicza kolejny rok z rzędu polowali i eserzy, i anarchiści, i po prostu samotni tyranobójcy...
Fandorin aż wzdrygał się na myśl o tym, że za zamachem na premiera mogą stać organa odpowiadające za ochronę imperium. Już czwarty dzień nieswój krążył po mieszkaniu, to przebierając paciorki zielonego różańca, to rysując na papierze jakieś sobie tylko znane schematy. Palił cygara, cały czas żądał herbaty, ale prawie nic nie jadł.
Masa – służący i przyjaciel, jedyna na świecie bliska mu osoba – doskonale wiedział, że kiedy pan jest w takim stanie, lepiej się do niego nie zbliżać. Japończyk przez cały czas był obok, lecz przed oczy się nie pchał, siedział cicho jak mysz pod miotłą. Odwołał dwie miłosne randki, po herbatę do chińskiego sklepu wysyłał dozorczynię. Wąskie oczy człowieka Wschodu płonęły żywym ogniem – Masa czekał na ciekawe wydarzenia.
W ubiegłym roku oddany powiernik Fandorina również skończył pięćdziesiątkę. Przełomową datę potraktował z prawdziwie japońską powagą. Zmienił swoje życie jeszcze bardziej radykalnie niż jego pan.
Po pierwsze, zgodnie z dawną japońską tradycją ogolił głowę – na dowód tego, że pod względem ducha przechodzi w stan mnisi i, przygotowując się do odejścia w zaświaty, wyrzeka wszystkich doczesnych przyjemności. Wprawdzie Fandorin na razie nie zauważył, żeby Masa choć trochę zmienił swoje przyzwyczajenia celadona. Zresztą zasady japońskich mnichów nie nakazują wstrzemięźliwości cielesnej.
Po drugie, Masa postanowił przyjąć nowe imię, żeby całkowicie zerwać z dawnym sobą. Tutaj jednak wyniknęła komplikacja: okazało się, że wedle prawa Imperium Rosyjskiego zmienić imię można wyłącznie przy okazji chrztu. Japończyka ta przeszkoda nie powstrzymała. Z przyjemnością przeszedł na prawosławie, zawiesił na piersi solidny krzyżyk, zaczął gorliwie żegnać się na widok wszystkich kopuł, a nawet na dźwięk bicia dzwonów, co wcale nie przeszkadzało mu wciąż zapalać kadzidełka przed domowym buddyjskim ołtarzykiem. Według dokumentów teraz miał na imię nie Masahiro, tylko Michaił Erastowicz (po ojcu chrzestnym). Fandorin musiał też dać świeżo upieczonemu chrześcijaninowi swoje nazwisko – Japończyk prosił o to jak o największą nagrodę, którą suzeren może obdarzyć oddanego wasala za długą i ofiarną służbę.
Paszport paszportem, lecz Erast Pietrowicz zastrzegł sobie prawo zwracać się do służącego po staremu – Masa. Bezlitośnie zabronił chrześniakowi zwracać się do siebie „оtoo-san” (ojciec), a tym bardziej „ojczuruku”.
A więc siedzieli Erast Pietrowicz i Michaił Erastowicz w domu cztery doby bez przerwy, niecierpliwie spoglądając na telefon w oczekiwaniu wezwania. Jednak bakelitowa skrzynka milczała jak zaklęta. Niezmiernie rzadko niepokojono Fandorina z błahych powodów, ponieważ mało kto znał numer jego telefonu.
_Ciąg dalszy w wersji pełnej_
------------------------------------------------------------------------
Wiersz bez tytułu ***, przełożył Mieczysław Jastrun (przyp. tłum.).
Gwidon Sałtanowicz – syn tytułowego cara z bajki Puszkina, której pełny tytuł brzmi: _Bajka o carze Sałtanie, o jego synu, sławnym i potężnym bohaterze, księciu Gwidonie Sałtanowiczu i o pięknej księżniczce Łabędzicy_ – (przyp. tłum.).