Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Światła nad portem - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 sierpnia 2026
2663 pkt
punktów Virtualo

Światła nad portem - ebook

Nowa seria bestsellerowej pisarki Miriam Georg, autorki Sagi północnej i Utraconej

Hamburg, 1886 rok. Lily Karsten, córka bogatego armatora, w głębi serca marzy, by zostać pisarką. W świecie dziewczyny kobiece ambicje znaczą jednak tak niewiele, że jej nadzieje na przyszłość muszą ustąpić miejsca obowiązkom.

Podczas uroczystości nadania imienia nowemu statkowi wiatr zrywa Lily z głowy kapelusz. Jeden z robotników rzuca się, by go odzyskać, i ulega wypadkowi. Dziewczyna jest wstrząśnięta – zarówno losem mężczyzny, jak i obojętnością jej otoczenia na cierpienie niewinnego człowieka.

Niedługo potem do posiadłości Karstenów przybywa Johannes Bolten, przyjaciel rannego robotnika, który w jego imieniu domaga się sprawiedliwości. Poruszona Lily postanawia stanąć po jego stronie, nieświadoma, że ten gest dobroci wciągnie ją w niebezpieczną, pełną napięcia grę. Im częściej spotyka Johannesa, tym trudniej jej ignorować rodzące się uczucia. To, co miało być walką o godność, szybko zaczyna przeradzać się coś bardziej osobistego.

Serce Lily bije coraz mocniej na myśl o mężczyźnie z zupełnie innego świata. Dziewczyna nie przeczuwa jednak, że Johannes skrywa przed nią tajemnice zdolne zniszczyć ich oboje – i to zanim uczucie między nimi zdąży się rozwinąć...

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68851-35-9
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

O_czy kobiety lśniły gorączkowym blaskiem. Łokciami przeciskała się przez tłum. Pot spływał jej po twarzy, suknia była podarta i ubrudzona sadzą. Jedną ręką ciągnęła za sobą dziewczynkę z zaczerwienionym noskiem, drugą podtrzymywała niemowlę spoczywające na jej biodrze._

_Alfred Karsten dostrzegł ją pierwszy. Szukając córki, omiatał wzrokiem tłum, wypatrując rudych włosów Lily pośród falujących kapeluszy dam i cylindrów panów. Wzdrygnął się, napotkawszy wzrok tej kobiety. Wpatrywała się w niego płonącymi oczami. Od razu zrozumiał, że jej gniew skierowany był przeciwko niemu._

_Znieruchomiał na chwilę i zmarszczył brwi, próbując odgadnąć, czego ona może od niego chcieć. Było oczywiste, że nie należała do gości. Musiała przyjść prosto z dzielnicy nędzy; niemal czuł bijące od niej ubóstwo. Ci, którzy ją zauważyli, śledzili ją wzrokiem i odsuwali się na bok._

_Karsten chciał się odwrócić i wydać polecenie, by dyskretnie ją usunięto. Był przekonany, że znalazła się tu przypadkiem, wśród eleganckiego towarzystwa._

_Nagle kobieta odepchnęła damę w fioletowej sukni z turniurą, która stała jej na drodze. Dama gwałtownie sapnęła i omal nie wypuściła z dłoni parasolki przeciwsłonecznej. Karsten otrząsnął się z odrętwienia – ta nędznie wyglądająca nieznajoma właśnie publicznie napadła na żonę jednego z najbardziej znanych radców handlowych Hamburga. Samo zgłoszenie tego incydentu mogłoby bez procesu zaprowadzić ją do więzienia. To, że zaryzykowała, najwyraźniej nie zdając sobie nawet sprawy z grożących jej za to konsekwencji, utwierdziło go w przekonaniu, że coś jest z nią nie w porządku. Sprawiała wrażenie chorej, ogarniętej amokiem. Ani na chwilę nie spuszczała z niego wzroku._

_Dreszcz przebiegł mu po plecach, jakby poraził go prąd; na ramionach wystąpiła gęsia skórka. Instynktownie zasłonił własnym ciałem żonę, Syltę, lekko odsuwając ją przy tym do tyłu. Spojrzała na niego zdezorientowana, a on skinął głową Franzowi._

_Syn potrzebował zaledwie kilku sekund, by pojąć sytuację. Nie zmieniając spokojnego wyrazu twarzy, wydał krótki rozkaz robotnikom portowym, zatrudnionym tego dnia jako ochrona. Mężczyźni stali w szeregu za sceną, ręce trzymali za plecami i patrzyli sztywno przed siebie. Trzech natychmiast wystąpiło z szeregu i ruszyło w stronę kobiety._

_Zanim jednak zdążyli ją pochwycić, zaczęła krzyczeć:_

_– Karsten! Mój mąż zszedł z twojego statku jako kaleka. Jak teraz wyżywimy siedmioro dzieci? Wszyscy pomrzemy w nędzy. Pracował dla ciebie przez dziesięć lat, a potem wyrzuciłeś go jak parszywego psa!_

_Jeden z mężczyzn chwycił wrzeszczącą kobietę w pasie i próbował ją odciągnąć, podczas gdy pozostali odgradzali ją od tłumu. Puściła dziewczynkę, drapała, krzyczała, próbowała go ugryźć. Omal nie wypuściła z rąk niemowlęcia. Mężczyzna brutalnie chwycił ją za włosy i wykręcił jej wolną rękę do tyłu._

_Kiedy zrozumiała, że nie ma szans, nagle zmieniła ton – krzyk przeszedł w rozpaczliwe błaganie:_

_– Proszę! Jak mamy przeżyć?! – wołała. – Mój mąż potrzebuje pracy! Nasze dzieci umrą._

_Jakby na potwierdzenie jej słów, oba maluchy zaczęły głośno płakać._

_– Zabierzcie ją stąd! – warknął Franz, uspokajająco uśmiechając się do tłumu, po czym skinął głową kolejnemu robotnikowi, który natychmiast podbiegł, by pomóc._

_Mężczyzna bez wahania chwycił dziewczynkę, przerzucił ją przez ramię i odszedł. Pozostali złapali kobietę za ramiona i pociągnęli za nim. Wkrótce jej rozpaczliwe wołania i płacz dzieci ucichły, zagłuszone podekscytowanymi szeptami tłumu._

_Alfred ukradkiem otarł czoło chusteczką. To mogło skończyć się inaczej. W takich sytuacjach dobrze było mieć u boku Franza, który nigdy nie miał skrupułów, gdy trzeba było działać zdecydowanie._

_Stojący wokół ludzie wydawali się poruszeni, lecz nieszczególnie wstrząśnięci. Każdy z nich zetknął się już z podobną sytuacją. Wiedzieli, że Karstenowie nie ponoszą winy za ten incydent._

_Alfred uśmiechnął się do nich uspokajająco. Przez chwilę przemknęła mu przez głowę myśl, że kobieta ma rację. Ona i jej dzieci prawdopodobnie umrą z głodu. Niemowlę już wyglądało bardziej na martwe niż żywe. Skoro ojciec, jedyny żywiciel rodziny, został kaleką, nie pozostało jej nic innego, jak wysyłać starsze dzieci na żebry, a to raczej nie wystarczy, by wyżywić dziewięcioosobową rodzinę._

_Żyli w okrutnym świecie, w bezwzględnym systemie, lecz to nie on go stworzył. Czy miałby wypłacać zasiłek chorobowy każdemu robotnikowi? Westchnął cicho na tę absurdalną myśl. To doprowadziłoby go do ruiny. Dla takich niesprawiedliwości nie było prostych rozwiązań. Kobieta, jak wiele innych w podobnym położeniu, musi pogodzić się ze swym losem._

_A jednak... Coś w tej małej dziewczynce, która trzymała się matczynej spódnicy, nie dawało mu spokoju. W dziwny sposób przypominała mu Lily... To samo nieśmiałe, a zarazem ciekawskie spojrzenie i delikatne piegi na nosie. Pokręcił głową, jakby chciał przegnać tę myśl, i sam się zdziwił, gdy odwrócił się do syna i szepnął mu do ucha:_

_– Każ przekazać tej kobiecie pięćdziesiąt marek odszkodowania._

_Franz nie zmienił wyrazu twarzy, lecz spojrzenie, którym zareagował, było pełne niedowierzania._

_– Oszalałeś? – syknął._

_– Po prostu to zrób!_

_Alfred nie miał ochoty na dyskusję. Odwrócił się, lecz Franz chwycił go za rękaw._

_– Jeśli damy jej pieniądze, wkrótce wszyscy zaczną się ich od nas domagać._

_Alfred zawahał się przez moment. Sprzeciw syna był uzasadniony._

_– Dobrze. Dostanie pieniądze tylko pod warunkiem, że nikomu nie powie, skąd pochodzą. Jeśli ktoś zgłosi się do nas i powoła na nią, zażądam natychmiastowego zwrotu całej sumy. To powinno ją uciszyć!_

_Franz nadal nie wyglądał na przekonanego._

_– Ojcze, to kompletna bzdura..._

_– Zrób, co mówię!_

_Ostry głos Alfreda nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. Jego syn miał wkrótce przejąć interesy, a tym samym całe jego życiowe dzieło. Ale to Alfred nadal podejmował decyzje._

_Franz rzucił mu jeszcze jedno niedowierzające spojrzenie, po czym odwrócił się z zaciśniętymi zębami, by wykonać polecenie._

_Alfred westchnął cicho i skierował wzrok na Titanię. Nie mógł być bardziej dumny: statek był prawdziwą ucztą dla oczu. Zbudowany w tradycyjnym stylu, a jednocześnie wyposażony w najnowocześniejszą niemiecką technologię. Wodowanie odbyło się w Liverpoolu, gdzie został zbudowany, lecz chrzest miał się odbyć tutaj, na wodach Hamburga, zgodnie z miejscową tradycją._

_Żagle były oflagowane aż po topy masztów, na rufie powiewała niebiesko-biała bandera Karstena, a na dziobie zawieszono okazały wieniec z kwiatów. Wszystko było gotowe. Pozostał tylko jeden problem – brakowało matki chrzestnej. Bez niej ceremonia nie mogła się rozpocząć._

_Wyjął zegarek kieszonkowy i spojrzał na niego z niepokojem. Powinna już dawno tu być._

_Gdzie jest Lily?_1

Ręka Lily znieruchomiała nad kartką. Ze stalówki spadła kropla atramentu i utworzyła na kartce niebieską łzę, która rozpłynęła się lekko na brzegach, tam gdzie włókna papieru naruszyły jej gładką powierzchnię. Lily tego nie zauważyła. Wpatrywała się w dal. W zamyśleniu zmarszczyła brwi, aż nad nosem pojawiło się małe wgłębienie, które jej matka pieszczotliwie nazywała zmarszczką myślicielki.

Nad Hamburgiem powietrze drgało od upału, a niebo rozciągało się jak bezkresny błękitny ocean. Zdawało się, że nad miastem zawisła ciężka kopuła gorąca, tłumiąca każdy ruch. Nawet wody Alsteru, które Lily widziała, siedząc przy biurku, nie mieniły się jak zwykle drobnymi, wirującymi wzorami. Rzeka płynęła leniwie, niczym zielonobłękitne lustro.

Barwa wody, ciężki zapach róż pnących się pod jej oknem i osobliwa cisza unosząca się nad miastem budziły w Lily bolesne uczucie, ściskające ją w piersi. Znała je dobrze. Często ogarniało ją w upalne dni, gdy w powietrzu unosił się słodki powiew lata. Najsilniejsze bywało wieczorami, kiedy siedziała z matką a tarasie i czytały sobie nawzajem na głos, a Michel się im przysłuchiwał.

Od kilku minut szukała słowa, które mogłoby je opisać. Już skreśliła słowo „tęsknotę” – to nie było to. „Melancholia” również nie trafiała w sedno. Było to coś podobnego, lecz pragnęła znaleźć słowo idealne, najwierniej oddające jej stan.

„Jeśli potraficie wyrazić w kilku zdaniach dokładnie to, co czujecie, potraficie pisać!” – mawiała pani Finke, jej dawna nauczycielka.

Lily wzięła sobie te słowa do serca. Tylko że wciąż nie potrafiła im sprostać.

Napisała „przeczucie” i zmarszczyła brwi, przyglądając się literom pochylonym lekko w prawo. To nadal nie było dokładnie to, choć zawierało cząstkę prawdy. Czuła się tak, jakby na coś czekała, jakby powietrze niosło obietnicę przyszłości. Mimo to zdecydowanym ruchem przekreśliła słowo. Nie potrzebowała półprawd – chciała precyzji.

Kilka tygodni później, przeglądając zapisane strony, poczuła dreszcz. W cieniu wydarzeń to słowo nabrało zupełnie nowego znaczenia.

Teraz jednak oznaczało jedynie oczekiwanie na długie, gorące lato, podczas którego chciała przede wszystkim pisać. Pisać i czytać. I tańczyć. I całować się. Niekoniecznie w tej kolejności. Lecz o tym decydował Henry. Zawsze był taki poprawny, tak surowo przestrzegał zasad, jakby od tego zależało jego życie. Oficjalnie mogli spotykać się wyłącznie w czyimś towarzystwie, lecz zamiast omijać ten zakaz i potajemnie ją adorować, jak można by się spodziewać, uparcie nalegał na jego przestrzeganie. Czasami ogarniała ją nawet lekka złość, że robił tak niewiele, by zdobywać jej względy.

Tak, byli już sobie obiecani, a nawet oficjalnie zaręczeni. To jednak nie znaczyło, że Henry powinien przestać pisać do niej listy i sprawiać, by czuła się w jego oczach piękna i pożądana.

– Traktujesz mnie już jak coś oczywistego! – zarzuciła mu kiedyś.

Spojrzał na nią z przestrachem i obiecał poprawę. I rzeczywiście się poprawił – przyniósł jej czekoladę i wiersz.

Czekolada i wiersz nie były złe, na pewno mogła się nimi pochwalić w seminarium – chociaż Henry nie napisał wiersza sam, tylko spisał go od Brentana², którego poezja była dla niej zbyt słodka. Marzyła o ekscytujących pocałunkach w holu i romantycznych nocnych spotkaniach, na które musiałaby wymykać się z domu – jak w książkach pożyczonych potajemnie od Bertym, które chowała na półce za utworami Goethego. Henry jednak nie był człowiekiem do takich rzeczy.

Kiedy pomyślała, że dzisiaj zobaczy go na chrzcie statku, uśmiechnęła się. Kochała go, nie było co do tego wątpliwości. Chciał ją tam zawieźć, lecz był tak zajęty studiami medycznymi; wkrótce miał zdawać egzaminy końcowe. Równie dobrze mogła pojechać z Franzem.

Rodzice wyruszyli już ponad dwie godziny temu – przed uroczystością odbywało się jeszcze przyjęcie w Alsterarkaden³, na które Lily nie chciała jechać. Uważała takie spotkania za strasznie nudne.

Gdy w tym momencie pomyślała o chrzcie, uświadomiła sobie, że siedzi tu już zbyt długo. Musiała się przygotować!

Stojące powietrze sprawiało, że z zakamarków pokoju wydobywał się silny zapach dywanu i starego drewna, dając przedsmak tego, jak gorąco będzie podczas chrztu, który miał odbyć się na świeżym powietrzu i – o ile jej było wiadomo – w miejscu zupełnie pozbawionym cienia. Lepiej więc nie nakładać pudru, bo spłynie jej po policzkach. Zresztą nie miała już na to czasu.

Rzuciła przerażone spojrzenie na zegar stojący w korytarzu i pobiegła do komody. Dobrze, że Seda już rano upięła jej włosy. Tylko kilka rudych loków wymknęło się z kunsztownej fryzury i należało je wsunąć z powrotem na miejsce. Była to daremna praca, ponieważ i tak wyskoczą ponownie, gdy Lily będzie się więcej ruszać.

Jej nowa suknia wisiała w szafie wyprasowana i pachnąca. Spojrzała na nią z niezadowoleniem. W bieli wyglądała blado i niemal upiornie. Zawsze miała wtedy wrażenie, że znika w tym materiale. Ale ojciec nalegał: „Matka chrzestna musi wyglądać jak najmłodziej i jak najbardziej niewinnie, a co lepiej to podkreśli niż biała koronkowa suknia?”.

Ze spinką do włosów w zębach zrzuciła szlafrok i zadzwoniła dzwoneczkiem przy łóżku.

– Seda, jestem spóźniona! – zawołała w głąb korytarza, mając nadzieję, że pokojówka jest w pobliżu.

Zadzwoniła jeszcze raz. Dopiero teraz w pełni dotarło do niej, jak bardzo jest spóźniona. Franz mógł pojawić się lada chwila, a ona nie była jeszcze nawet w połowie gotowa.

W koszuli nocnej usiadła przed lustrem, sięgnęła po róż i w pośpiechu musnęła nim policzki.

– O nie... to było za dużo!

Teraz wyglądała, jakby miała gorączkę. Zanurzyła chusteczkę w misce z wodą i przetarła twarz. Nie pomogło – róż rozmazał się na policzkach w postaci wilgotnych smug. Szybko odwróciła ściereczkę i suchym końcem pocierała skórę tak mocno, jak tylko mogła. Kiedy skończyła, drobne loki okalające twarz sterczały jak naelektryzowane, a policzki płonęły.

– Dobrze, że nie muszę dziś wygłaszać przemówienia przed prawie setką osób – powiedziała do swojego odbicia w lustrze i się skrzywiła. – Och, czekaj... Przecież to ma być właśnie dzisiaj!

Westchnęła i rzuciła ściereczkę w kąt. Jak to się znowu stało? Przecież miała tyle czasu. Całe przedpołudnie! Jak zawsze, gdy siedziała przy biurku, a myśli zamieniały się w słowa, słowa w zdania, a zdania w postacie i historie, czas stawał się od niej niezależny. Rozmywał się, rozpływał, a gdy Lily podnosiła wzrok, przekonana, że minęła tylko chwila, okazywało się, że już go nie ma.

Jej wzrok padł na nowy kapelusz. Przygryzła wargę. „Nie ma mowy!” – powiedział jej ojciec. „Każdego innego dnia, ale nie na chrzciny!”. Lily wiedziała, że mówił poważnie. Kapelusz był nieco odważny, to prawda. Duży, ciemnozielony, ozdobiony szeroką wstążką w małe kropki i ogromnym, kołyszącym się piórem. Ekstrawagancki, przyciągający wzrok i zgodny z najnowszą modą, która z zasady nie podobała się jej konserwatywnemu ojcu. A jednak Lily uwielbiała ten kapelusz. Poza tym osłoniłby jej twarz od słońca.

Wciąż jeszcze zastanawiała się, czy zaryzykować i zignorować ojcowski zakaz, gdy do pokoju weszła Seda.

– Jesteśmy spóźnione, prawda? – zapytała, sięgając po gorset leżący na łóżku.

– Bardzo spóźnione!

Lily zrzuciła z siebie koszulę nocną, uniosła ręce i stanęła przed Sedą, aby ta mogła ją zasznurować.

Gorset, podobnie zresztą jak suknia, został uszyty według najnowszej mody. Był długi, spłaszczał brzuch i modelował sylwetkę – podkreślał biodra, biust i pośladki. Już w dłoniach Sedy wydawał się niepokojąco wąski i niewygodny. Lily przymierzała go dotąd tylko raz i już po kilku minutach prosiła Sedę, aby go rozpiąć, bo czuła się w nim jak w pancerzu. Nie miała pojęcia, jak przetrwa w nim tak upalny dzień. Musiała koniecznie pamiętać o buteleczce z solami trzeźwiącymi – inaczej jeszcze zemdleje i runie ze sceny prosto na tłum.

– Żeby być piękną, trzeba cierpieć! – zauważyła Seda, widząc w lustrze udręczoną minę Lily, i posłała jej pokrzepiający uśmiech.

Lily skinęła głową z zaciśniętymi ustami i chwyciła się słupka łóżka. Pokojówka ciągnęła sznurki z całej siły, ściągając stalowe fiszbiny i formując talię swojej pani w kształt kirysu⁴. Przy każdym pociągnięciu Lily wzdrygała się, czując, jak jej brzuch jest coraz bardziej ściskany. Miała wrażenie, że w jej żołądku zalega ciężki kamień.

Seda sięgnęła po miarkę krawiecką i ze skupioną miną owinęła ją wokół talii Lily.

– Pięćdziesiąt trzy centymetry. – Skinęła głową z zadowoleniem.

– Z taką talią mogłabyś dobrze zarabiać na rogach ulic – odezwał się za nimi męski głos.

Lily odwróciła się. W drzwiach stał Franz. Spojrzał na nią z lekką pogardą. Seda natychmiast się zarumieniła i spuściła wzrok. Lily wiedziała, że pokojówka uważa jej starszego brata za niezwykle atrakcyjnego i że skrycie się w nim podkochuje. Franz jednak, jak zwykle, zachowywał się tak, jakby w ogóle jej nie zauważał.

– Jak zawsze szarmancki! – syknęła Lily w odpowiedzi.

On natomiast wykrzywił usta w szyderczym uśmiechu.

– Konie są już zaprzęgnięte. Musimy jechać.

– Przecież widzisz, że nie jestem jeszcze gotowa!

– Miałaś cały dzień.

– Tak, ale to trochę trwa. Nie zaczną przecież beze mnie.

Jak zawsze, gdy rozmawiała z Franzem, w jej głosie pobrzmiewała złośliwa irytacja.

Brat oparł się o framugę drzwi i spojrzał na zegar w holu.

– Chcesz więc, żeby całe towarzystwo czekało na ciebie? Typowe. W końcu Ziemia kręci się przecież wokół Lily Karsten. – Uniósł brwi. – Daję ci jeszcze pięć minut. Konie stoją na słońcu – dodał bez emocji, następnie po raz kolejny rzucił pogardliwe spojrzenie na jej dekolt mocno odsłaniający piersi i zniknął.

Lily wycedziła za nim soczyste przekleństwo, aż Seda wzdrygnęła się z oburzeniem.

– Jakby go obchodziły konie! On po prostu chce mnie skompromitować – stwierdziła Lily.

Nie było szans, żeby zdążyła w pięć minut. Musiała jeszcze włożyć suknię, a włosy też nie były gotowe.

– Nie odważy się... – mruknęła, wiedząc jednocześnie, że nie tylko się odważy, ale nawet będzie się cieszył, że odjedzie bez niej i wystawi ją na pośmiewisko. Przez chwilę gorączkowo się zastanawiała.

– Seda, biegnij szybko na dół i powiedz Agnes, żeby Toni zaprzągł dla mnie dorożkę. Franz pojedzie beze mnie, jestem tego pewna!

Seda natychmiast upuściła miarkę i pobiegła do drzwi. Lily stała przez chwilę bezradnie, zastanawiając się, co mogłaby zrobić bez jej pomocy, po czym podeszła do lustra, by poprawić włosy. Już po kilku sekundach zrozumiała jednak, że to bez sensu. Powietrze było zbyt wilgotne, loki skręcały się we wszystkich kierunkach. Sfrustrowana wrzuciła spinki z powrotem do miseczki. W tej samej chwili usłyszała przez otwarte okno chrzęst końskich kopyt na żwirze.

– Co? Przecież nie minęło jeszcze pięć minut! – krzyknęła i wybiegła na balkon.

Ledwie zdążyła dostrzec cylinder Franza i jego złośliwy uśmiech, gdy machał jej na pożegnanie z okna powozu, który właśnie przejeżdżał przez bramę i kierował się w dół Alei Bellevue. Lily kopnęła ze złością balustradę i szybko cofnęła nogę, gdyż przeszył ją ostry ból.

– Ty draniu! – krzyknęła za nim, ale powóz zniknął już za drzewami rosnącymi wzdłuż ulicy.

Podskakując na jednej nodze, wróciła do pokoju.

– Seda! Gdzie jesteś? – zawołała z desperacją. Teraz naprawdę musiała się uwijać.

Piętnaście minut później Lily Karsten zbiegła po szerokich schodach do holu. Jej policzki wciąż były nieco zbyt zarumienione, lecz poza tym zarówno jej strój, jak i wystająca spod kapelusza fryzura wyglądały nienagannie. Talia w białej sukience była tak ściśnięta, jakby miała pęknąć przy pierwszym gwałtowniejszym ruchu. Gdy rzuciła ostatnie spojrzenie w lustro nad kominkiem, podeszła do niej Agnes, ich gospodyni.

– Och, Lily. Mamy problem! – zawołała zmartwiona i zamilkła, patrząc z osłupieniem na zielony kapelusz na głowie dziewczyny. – Ależ, Lily... Twój ojciec ci przecież zabronił...

Jak zawsze, gdy były same, zwracała się do niej na ty.

– Tak, tak, wiem, ale nie było innego wyjścia! Nie zdążyłam poprawić fryzury. – Lily, która w ostatniej chwili zdecydowała się na bunt, już zaczynała tego żałować. Machnęła ręką, by uciąć temat, zanim służąca zacznie ją strofować. – Co właściwie się stało?

– Koń kuleje – oznajmiła Agnes z ponurą miną. – Toni właśnie to zauważył. Dorożka nie może jechać!

– Co?

Lily spojrzała na nią z przerażeniem. Przed oczami zatańczyły jej drobne punkciki i musiała na chwilę oprzeć się o balustradę.

_To przez gorset_ – pomyślała i spróbowała wziąć jak najgłębszy wdech i wydech.

A może zrobiło jej się słabo przez myśl o niecierpliwych gościach z hamburskiej elity, czekających na nią w palącym słońcu.

– To niemożliwe... – sapnęła.

– Co teraz zrobimy? – Agnes złożyła ze smutkiem ręce. Jak zawsze, gdy się denerwowała, wyglądała jak nastroszona kura.

Lily opanowała się, wzięła głęboki oddech i minęła ją, wybiegając z domu.

Na okrągłym podjeździe stała mała dorożka, której ojciec używał, gdy wyjeżdżał sam na miasto. Przed nią stał i parskał Silber, czarny ogier, kupiony jesienią zeszłego roku. Toni właśnie pochylał się i oglądał jego przednie kopyto.

– Co mu jest? – zapytała Lily, która już po kilku stopniach z trudem łapała oddech.

– Dzień dobry, panno Lily! – Toni uchylił czapki, wciąż trzymając kopyto. – Nie wiem... kostka jest opuchnięta. W żadnym wypadku nie może teraz ciągnąć dorożki.

– W takim razie szybko przyprowadź innego konia! – Lily otarła czoło. Zaczynała się pocić. – Jestem już spóźniona! – zawołała z rozpaczą.

Toni skinął głową, marszcząc brwi.

– Dałem już znać, ale to trochę potrwa.

Lily wiedziała, że Toni ma rację. Najpierw trzeba było odpiąć Silbera, potem zaprzęgnąć nowego konia, którego jeszcze nie było widać, może nawet go oczyścić lub wyczyścić mu kopyta.

– Nie mamy na to czasu!

Stajenny bezradnie przeczesał dłonią włosy. Agnes, która wybiegła za Lily, miętosiła fartuch.

– Co mamy zrobić?! – zawołała. Na jej policzkach okolonych czepkiem pojawiły się jaskrawe rumieńce. – Jeśli nie dotrzesz na czas, będzie katastrofa!

– Wiem! – jęknęła Lily i rozejrzała się bezradnie, jakby miała nadzieję, że jakimś cudem zobaczy powóz wjeżdżający na podjazd. – Cholerny Franz, zostawił mnie samą!

Tupnęła nogą jak małe dziecko i przez chwilę miała ochotę rwać sobie włosy z głowy. Nagle jej wzrok padł na coś błyszczącego, opartego o ścianę przy drzwiach wejściowych.

Nowy rower Franza.

Lily zmarszczyła brwi. Przez głowę przemknęła jej myśl. Zupełnie absurdalna, szalona myśl. Przygryzła wargę. Czy mogłaby się na to odważyć? Nie, to byłoby skrajnie niestosowne. A może jednak?

Widziała przecież zdjęcia kobiet na rowerach. Były to jednak wyścigi kolarskie, zawody sportowe, i to w Belgii czy Francji, a nie w Hamburgu. I kobiety też ubrane były inaczej, na pewno żadna z nich nie miała na sobie takiej sukni jak Lily. Nie, to byłoby zbyt szalone.

Umiała jeździć na rowerze. Namawiała Franza tak długo, aż w końcu zgodził się, burcząc pod nosem, poćwiczyć z nią na dziedzińcu. Nie radziła sobie z jego starym bicyklem, mającym z przodu wielkie koło, ale ten rower był nowoczesny, absolutnie innowacyjny, a więc łatwy w obsłudze również dla niej.

To było wspaniałe uczucie... Ten wiatr we włosach, chrzęst kół na żwirze. Michel biegał wokół niej, śmiejąc się i próbując ją dogonić. Czuła się wolna. Jakby mogła po prostu zjechać z podjazdu wprost na Bellevue i zniknąć. Jej nogi w mgnieniu oka zaniosłyby ją do celu, gdziekolwiek chciałaby się znaleźć. Bardzo zazdrościła starszemu bratu, że mógł jeździć nim po mieście. Sprowadził ten pojazd specjalnie z Anglii i zapłacił za niego aż trzysta marek.

„Jeśli go porysujesz i ja się o tym dowiem, wówczas nie zbliżaj się nawet do mnie!” – zagroził Franz, a ona wiedziała, że mówił poważnie.

Ale przecież nie miała zamiaru porysować roweru, a jazda na nim była dziecinnie prosta, gdy miało się już wprawę. Największy problem stanowiła suknia, która mogłaby wkręcić się w koła lub łańcuch. Ale jeśli jedną ręką będzie ją trzymać, a drugą kierować... Spojrzała na bezradne twarze Agnes i Toniego.

– Wyślę chłopca na rynek, żeby ściągnął dorożkę! – zaproponowała Agnes, ale Lily machnęła ręką.

– Zanim przyjedzie, chrzciny się skończą!

Wahała się jeszcze przez ułamek sekundy, po czym ruszyła zdecydowanym krokiem. Konie nie były wcale dużo szybsze od roweru, a mogła wyruszyć natychmiast. Musiała tylko zadbać o jedno – żeby uczestnicy uroczystości jej nie zobaczyli.

Bo wtedy wybuchłby skandal.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------PRZYPISY

1 _Pani Bovary_ część 2 rozdział 3, tłumaczenie: Ludwika Kaczyńska . ↩

2 Clemens Brentano – niemiecki poeta i powieściopisarz, jedna z głównych postaci niemieckiego romantyzmu. ↩

3 Alsterarkaden – zabytkowe arkady handlowe w centrum Hamburga, położone nad kanałem Kleine Alster, jedno z najbardziej charakterystycznych i wytwornych miejsc w mieście. Mieszczą się tam eleganckie butiki i sklepy jubilerskie oraz kameralne kawiarnie i restauracje z widokiem na wodę. ↩

4 Kirys – element zbroi chroniący tułów (klatkę piersiową i brzuch), zwykle wykonany z metalu. Był sztywny i dopasowany, nadawał sylwetce charakterystyczny kształt – szerokie ramiona i wąską talię. W XIX wieku modna była tzw. talia kirysowa, nawiązująca kształtem do rycerskich kirysów, osiągana dzięki bardzo wydłużonym, zwężającym się gorsetom sięgającym poniżej naturalnej talii. ↩
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij