-
nowość
-
promocja
Światłodawca. Cykl Czerwony świt. Tom 6 - ebook
Światłodawca. Cykl Czerwony świt. Tom 6 - ebook
Darrow powraca w emocjonującej kontynuacji Czasu mroku.
Żniwiarz jest legendą, bardziej mitem niż człowiekiem. Ale jest także Darrowem: mężem, ojcem, przyjacielem.
Po druzgocącej klęsce Darrow marzy o powrocie do Virginii, swojej żony i Suwerenki, by bronić Marsa przed Lysandrem. A Lysander, który zamierza zniszczyć Powstanie i przywrócić zwierzchnictwo Złotych, jest gotowy w imię swoich ambicji niszczyć całe światy.
Kiedyś światy potrzebowały Żniwiarza. Dzisiaj potrzebują Darrowa.
Tak oto rozpoczyna się jego podróż powrotna do domu, międzyplanetarna przygoda, w której spotykają się starzy przyjaciele, wykuwają się nowe sojusze, a rywale ścierają się na polach bitew.
Ponieważ sen Eo jest nadal żywy – i po czasie mroku nastanie nowa era: epoka światła, zwycięstwa, nadziei.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68591-76-7 |
| Rozmiar pliku: | 3,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Republika Solarna_
Darrow z Lykos / Żniwiarz – arcyimperator Republiki Solarnej, mąż Virginii, Czerwony
Virginia Augustus / Mustang – aktualna Suwerenka Republiki Solarnej, żona Darrowa, prymus domu Augustus, siostra Szakala z Marsa, Złota
Pax Augustus – syn Darrowa i Virginii, Złoty
Dio z Lykos – siostra Eo, żona Kierana z Lykos, matka Rhonny, Czerwona
Kieran z Lykos – brat Darrowa, arcygubernator Marsa, Czerwony
Rhonna z Lykos – bratanica Darrowa, córka Kierana, Wyjec, lansjer, Szczeniak nr Dwa, Czerwona, zaginęła podczas upadku Heliopolis
Deanna z Lykos – matka Darrowa, Czerwona
Sevro Barca / Goblin – imperator Republiki, mąż Victry, Wyjec, Złoty
Victra Barca – żona Sevro, z domu au Julii, Złota
Electra Barca – córka Sevro i Victry, Złota
Ulysses Barca – syn Sevro i Victry, zabity przez Harmony i Czerwoną Rękę
Dancer / senator O’Faran – senator, niegdyś jeden z dowódców Synów Aresa, trybun bloku Czerwonych, Czerwony, zabity w Dniu Czerwonych Gołębi
Kavax Telemanus – prymus domu Telemanus, klient domu Augustus, Złoty
Niobe Telemanus – żona Kavaxa, klient domu Augustus, Złota
Daxo Telemanus – dziedzic domu Telemanus, syn Kavaxa i Niobe, senator, trybun bloku Złotych, Złoty, zabity przez Lilath au Faran
Thraxa Telemanus – pretor Wolnych Legionów, córka Kavaxa i Niobe, Wyjec, Złota
Alexandar Arcos – najstarszy wnuk Lorna au Arcos, dziedzic domu Arcos, sprzymierzony z domem Augustus, lansjer, Szczeniak Jeden, Złoty, zabity przez Lysandra au Lune
Lorn au Arcos – były Rycerz Gniewu, głowa domu Arcos, mentor Darrowa z Lykos, Złoty, zabity przez Lilath au Faran i Adriusa au Augustus
Cadus Harnassus – imperator Republiki, zastępca dowódcy Wolnych Legionów, inżynier, Pomarańczowy
Orion Aquarii – nawarcha Republiki, imperator Białej Floty, Niebieska, zabita podczas operacji Tartar
Oro Sculpturus – nawarcha Republiki, dowódca obrony gwiezdnej Fobosa, Niebieski
Colloway Char – pilot z największą liczbą zestrzeleń we flocie Republiki, Wyjec, Niebieski
Holiday Nakamura – _dux_ Lwiej Gwardii Virginii, siostra Trigga, klient domu Augustus, centurion Legionu Pegaz, Szara
Żywe Srebro / Regulus Sun – najbogatszy człowiek w Republice, szef Sun Industries, Srebrny
Matteo – mąż Regulusa Sun, Różowy
Theodora – przywódczyni agentów zwanych Drzazgami, klient domu Augustus, Różowa Róża, stracona przez Vox Populi
Błazen – Wyjec, klient domu Barca, Złoty
Pestka – Wyjec, klient domu Barca, Złota
Min Min – Wyjec, snajper i ekspert od uzbrojenia, klient domu Barca, Czerwona, zabita przez Plugastwo
Brzydal – Wyjec, klient domu Augustus, Złoty
Cassius au Bellona – syn Julii au Bellona, były Olimpijski Rycerz, dawny mentor Lysandra au Lune, Złoty
_Wspólnota_
Atalantia au Grimmus – dyktatorka Wspólnoty, córka Pana Popiołów Magnusa au Grimmus, siostra Ai i Moiry, były klient domu Lune, Złota
Lysander au Lune – wnuk byłej Suwerenki Octavii, dziedzic rodu Lune, patrona domu Grimmus, Złoty
Atlas au Raa / Rycerz Strachu – brat Romulusa au Raa, legat Legionu Zero („Gorgony”), dawniej pod kuratelą domu Lune, klient domu Grimmus, Złoty
Ajax au Grimmus / Rycerz Burzy – syn Ai au Grimmus i Atlasa au Raa, dziedzic domu Grimmus, legat Żelaznych Lampartów, Złoty
Kalindora au San / Rycerz Miłości – Olimpijski Rycerz, ciotka Alexandra au Arcosa, klient domu Grimmus, Złota
Julia au Bellona – matka Cassiusa, który nie utrzymuje z nią kontaktów, nieprzyjaciółka Darrowa, prymus pozostałości domu Bellona, princeps senatus Dwustu, Złota
Pallas au Grecca – kapitan drużyny rydwanowej domu Bellona, klientka tego domu, Złota
Scorpio au Votum – prymus domu Votum, Złoty
Cicero au Votum – dziedzic domu Votum, legat Legionu Skorpion, Złoty
Cipio au Falthe – prymus domu Falthe (wojownicy z Ziemi mający obsesję na punkcie czystości)
Asmodeus au Carthii – prymus domu Carthii (stoczniowcy z Wenus), Złoty
Rhone ti Flavinius – _dux_ domu Lune, dowódca _Legio XIII Dracones_ (Straży Pretoriańskiej), Szary
Demetrius ti Interimo – centurion _Legio XIII Dracones_ z Luny, Szary
Markus ti Lacrima – centurion _Legio XIII Dracones_ z Luny, Szary
Drusilla ti Pistris – dekurionka _Legio XIII Dracones_ z Luny, Szara
Kyber ti Umbra – legionistka z _Legio XIII Dracones_ z Luny, Szept Lysandra au Lune, Szara
Magnus au Grimmus / Pan Popiołów – były arcyimperator za rządów Octavii au Lune, Niszczyciel Rei, Złoty, zabity przez Wyjców i Apolloniusa au Valii Rath
Octavia au Lune – była Suwerenka Wspólnoty, babka Lysandra, Złota, zabita przez Darrowa
Aja au Grimmus – córka Pana Popiołów Magnusa au Grimmus, Złota, zabita przez Sevro, Cassiusa, Virginię i Darrowa
Glirastes Mistrz Stwórca – architekt i wynalazca, Pomarańczowy
Exeter – pokojowiec Glirastesa, Brązowy
Pytha xe Virgus – kapitan _Światłodawcy_, była druga pilotka _Archimedesa_, Niebieska
_Dominium Obrzeża_
Dido au Raa – współkonsul Dominium Obrzeża, żona byłego Suwerena Dominium Obrzeża Romulusa au Raa, z domu au Saud, Złota
Diomedes au Raa / Rycerz Burzy – syn Romulusa i Dido, taksarcha Falangi Błyskawicy, Złoty
Seraphina au Raa – córka Romulusa i Dido, lochagos Jedenastej Jazdy Pyłu, Złota, zginęła w bitwie
Helios au Lux – współkonsul Dominium Obrzeża dzielący urząd z Dido, były Rycerz Prawdy, Złoty
Romulus au Raa / Władca Pyłu – były prymus domu Raa i Suweren Dominium Obrzeża, Złoty, popełnił rytualne samobójstwo
Gaia au Raa – matka Romulusa au Raa i babka Diomedesa i Thalii, Złota
Thalia au Raa – młodsza siostra Diomedesa, Złota
Vela au Raa – siostra Atlasa i Romulusa, legatka, Złota
Grecca au Codovan – władczyni Ganimedesa, Złota
_Obsydianowi_
Sefi Milcząca – królowa Obsydianowych, przywódczyni Walkirii, siostra Ragnara Volarusa, Obsydianowa, zabita przez Volsunga Fá
Valdir Nieścięty – wódz wojenny, partner królowej Sefi, uwięziony za zdradę Republiki, Obsydianowy
Ragnar Volarus – były przywódca Obsydianowych, Wyjec, Obsydianowy, zabity przez Aję au Grimmus
Volsung Fá – król Obsydianowych, ojciec Sefi, dziadek Volgi Fjorgan, znany niegdyś jako Vagnar Hefga, Obsydianowy
Volga Fjorgan – córka Ragnara, była współpracowniczka Ephraima ti Horn, Obsydianowa
Ur Pożeracz Radości – zwany Włócznią Tronu Ultima Thule, Obsydianowy
Skarde Olsgur – jarl _Volk_, z plemienia Krwawego Barana, Obsydianowy
Sigurd Olsgur – syn Skarde’a, wojownik z plemienia Krwawego Barana
_Inni_
Aurae – hetera domu Raa i towarzyszka Cassiusa, Różowa
Apollonius au Valii Rath / Minotaur – dziedzic domu Valii Rath, wielomówny, Złoty
Tharsus au Rath – brat Apolloniusa au Valii Rath, Złoty
Vorkian ti Hadriana – centurion legionów domu Rath, Szary
Lyria z Lagalos – Gamma z Marsa, klient domu Telemanus, Czerwona
Liam z Lagalos – siostrzeniec Lyrii, klient domu Telemanus, Czerwony
Cheon – chiliarcha Czarnych Sów, Córka Ateny, Czerwona
Harmony – przywódczyni Czerwonej Ręki, była członkini Synów Aresa, Czerwona, zabita przez Victrę
Figment – wolny strzelec, Brązowa
Fitchner au Barca / Ares – były przywódca Synów Aresa, ojciec Sevro, Złoty, zabity przez Cassiusa au Bellona
Ephraim ti Horn – wolny strzelec, były członek Synów Aresa, mąż Trigga ti Nakamura, Szary, zabity przez Volsunga FáRozdział 1. _Darrow_. Rozbitek
1
_Darrow_
Rozbitek
Nasze słońce unosi się w ciemności w asyście księżyców zrobionych ze śmieci. Dawno temu, kiedy planety zostały przekształcone przez rodzaj ludzki, pozostałości po wielkich przedsięwzięciach terraformujących stopiono za pomocą pras orbitalnych w kule wielkości księżyców i pchnięto w stronę Sola. Większość tych śmieci, pochwyconych przez grawitację słońca, dokonała żywota po trwającym stulecia marszu pogrzebowym w jego nuklearnych piecach, ale kilkaset guzdrał nadal krążyło wokół swojego ostatecznego miejsca zgonu.
Przycumowany do jałowego krajobrazu zapomnianego odpadkowego księżyca, który kiedyś nosił nazwę katalogową Piechur–1632, wrak korwety zwanej _Archimedesem_ ukrywa się w cieniu rzucanym przez wysoką na kilometr skarpę ze śmieci. Marsjańscy niewolnicy, zamienieni w żołnierzy, których następnie zamieniono w rozbitków, pełzają po statku. Nasze palniki spawalnicze rozbłyskują na kadłubie. Nasze skafandry kosmiczne to cuchnące mokradła. Utknęliśmy dwieście milionów kilometrów od domu, a ja gotuję się w pocie, mdłościach i niezadowoleniu.
Ten cholerny Bellona. Arogancki Niezrównany palant.
Połamię mu kolana, jeśli jeszcze kiedyś go zobaczę. To on powinien się czołgać po tym kadłubie. Powiedziałbym mu to prosto w twarz, ale on zabrał jedyny relikt w hangarze bazy, jaki jeszcze był w stanie latać, i wykradł się wraz z Aurae, swoją Różową wspólniczką, kiedy spałem. Nagrał krótką wiadomość z dobrą radą, żebym zajął się swoimi ranami, i zostawił po sobie bałagan, którego sam narobił – swój okaleczony statek – żebyśmy go naprawili. Łajdak.
Ponad dziesięć lat z dala od przestronnych grobowców Olimpii ani odrobinę nie umniejszyło spektakularnego zacięcia Cassiusa do okazywania protekcjonalności. A co najgorsze, w sposób absolutnie dla siebie typowy nie śpieszy się. Sześć tygodni temu wyruszył z misją do Gwiezdnej Faktorii – ekliptycznej placówki handlowej położonej pomiędzy orbitami Merkurego i Wenus – żeby zdobyć hel potrzebny nam do _Archimedesa_. A w tym czasie ja albo gniję w starej bazie Synów Aresa ukrytej w brzuchu śmieciowego księżyca, albo siedzę przyssany do burty jego statku jak pracowita pąkla, zabijam czas spawaniem i zarazem wiem, że tego czasu zostaje nam coraz mniej.
Do diabła, możliwe, że już w ogóle go nie mamy.
Pozbawiony łączności ze światem zewnętrznym, nie mam pojęcia, jaki obrót przybrała wojna, którą zacząłem. Nie wiem, czy Virginia i Victra zdołały przetrwać zjednoczenie Złotych z Obrzeża i Rdzenia. Nie mam pojęcia, czy Sefi powróciła do Republiki i czy Lysander wykorzystał moją porażkę na Merkurym, żeby wspiąć się na Tron Poranka.
Nie wiem, czy wróg nie spalił już Marsa, mojej rodziny, mojego domu.
Myślę o Marsie, o wyżynnych wrzosowiskach i szepczących lasach…
Nie. Virginia kazała mi wytrwać.
Już raz zostałem uwięziony. Wiem, że muszę odepchnąć myśli o domu, zanim zamienią mnie we wrak człowieka. Nie pierwszy raz szukam schronienia w gniewie. Chcę walczyć. Potrzebuję walki. Takim mnie stworzono – bym spalał się w wiecznej daremnej walce. Jednak zamiast niej, zamiast ruchu naprzód, który koi moją niespokojną naturę, dostaję jedynie monotonny szum generatorów i dni zlewające się ze sobą, nieskończoną litanię codziennych obowiązków.
Ja zacząłem tę wojnę. Inni ją kończą. Muszę uciec. Atalantia musi umrzeć. Atlas musi umrzeć. Lysander musi umrzeć. Wyobrażam sobie, jak płaszczą się przede mną, moje uszy są głuche na ich błagania, moja dłoń wyciska z nich życie, kiedy krew wzbiera w ich oczach.
Te krwawe fantazje w żadnej mierze nie łagodzą mojego przygnębienia. Gniew, który kiedyś sprawiał, że planety drżały, został pozbawiony zębów. Odebrano mi mój mit, zadając klęskę, pozbawiono mnie armii za sprawą moich błędów, straciłem przyjaciół i rodzinę z powodu wymagań, jakie im stawiałem, i wiem, że nienawiść nie zwróci mi tego, co przepadło, i nie naprawi tego, co zniszczyłem.
Słońce szalało przez ponad cztery i pół miliarda lat. Ja szalałem przez szesnaście. Nic dziwnego, że słońce ma więcej paliwa na zbyciu. Nawet mój gniew na Cassiusa wydaje się nieszczery. Nie mam już czym go karmić, nie jestem w stanie żywić tego wiecznego gniewu na siebie i innych. Nie po tym, co zrobiłem.
Uciekłem z Merkurego, ocaliłem życie za cenę Wolnych Legionów i tego, co ostało się z mojego szacunku dla samego siebie. Poprowadziłem dzieci Marsa na planetę z dala od ich domu, obiecawszy im, że zakończymy wojnę, by następnie porzucić je na pastwę wroga i ratować własną skórę. Moje serce zostało pochowane wraz z moją armią w tamtejszych piaskach. Jednakże moje ciało nadal wlecze się przed siebie, jak to ono, bez względu na zniszczenie, jakie zostawia za sobą.
Odkąd wymknąłem się z Merkurego z garstką moich ludzi, zsuwamy się po równi pochyłej. Cassius uratował nas ledwie dwustu z Heliopolis, ale ucieczka nie okazała się prosta. Dręczeni przez dewastatory Grimmusów, rozminęliśmy się z flotą Telemanusów. Przegapiliśmy naszą szansę na powrót do domu. Ledwie udało nam się dokuśtykać do bazy na Piechurze, zanim Cassius odleciał.
Ciszę przerywają tylko rozmowy innych spawaczy. Jeden opowiada dowcip, dostatecznie zabawny, żebym na chwilę przestał się biczować. Słucham innych głosów. Przypominają mi wiertaczy gawędzących w tunelu nad moim świdroSzponem w Lykos. Ich kiepskie żarty działają kojąco, moje myśli powracają do zniszczonej książki, którą Aurae zostawiła w hełmie mojego skafandra kosmicznego, zanim wymknęła się z Cassiusem.
W liściku, który zostawiła razem z tomikiem, napisała, że był on jej ścieżką przez ciemność niewoli na Obrzeżu. Czułem wściekłość po tym, jak Aurae i Cassius odlecieli, niewiele brakowało, a wykorzystałbym tę książkę w charakterze papieru toaletowego. Jednakże zawsze czułem, że Różowi są najbardziej uciskanym z Kolorów, a ich ciężki los przepoił niektórych nadnaturalną siłą wewnętrzną. Nauczyły mnie tego Evey i Theodora. Dlatego bardziej z szacunku dla nich niż dla Aurae przeczytałem pierwszą stronę. Szybko zaczęła irytować mnie mętność stylu. Jakbym czytał księgę wróżb, powtarzającą oklepane mądrości w postaci ezoterycznych metafor. Mimo to zapamiętałem kilka linijek, które wydały mi się celne.
„Ścieżkę wybrukowano kamieniami, które wydają się identyczne. Kiedy kroczysz po złu, nie zatrzymujesz się dla odpoczynku i nie patrzysz w dół, bo dobro może znajdować się zaledwie jeden krok dalej. Następny może oznaczać koniec, kolejny radość, ale kamienie nie są twoim celem. Są tylko twoją drogą do końca ścieżki”.
Zastanawiam się nad tymi słowami, kiedy spawam nowy arkusz do kadłuba. Może to tylko kolejny kamień na brukowanej drodze. Może to nie jest miejsce wiecznego potępienia. Może to dar.
Prawda jest taka, że powinienem był umrzeć na Merkurym. Prawda jest taka, że wszystko po tamtym piekle naprawdę jest darem, nawet to miejsce. Naprawianie stareńkiej pięćdziesięciometrowej korwety może być nużące, ale praca daje człowiekowi cel. Każdy przyspawany arkusz to krok naprzód. A każdy taki krok naprzód zbliża mnie do rodziny. Wrócimy do domu. Pod warunkiem, że Cassius wróci z helem, którego potrzebujemy do reaktora. A także pod warunkiem, że Harnassusowi rzeczywiście uda się naprawić reaktor.
Może dziś wieczorem przeczytam kolejną stronę.
Chociaż uparty ze mnie sukinsyn, więc może jednak nie.
W moim systemie łączności rozlegają się trzaski.
– Spawacz dwadzieścia trzy, jak mnie słyszysz? – Chowam palnik i odsuwam się na linie zabezpieczającej. – Spawacz dwadzieścia trzy. Zapomnij na chwilę o swoich egzystencjalnych lękach i odpowiedz…
– Tu spawacz dwadzieścia trzy. Co jest grane, Thraxa? Wysypka znowu daje ci się we znaki?
Nie mogąc znaleźć żadnego skafandra dość szerokiego, żeby pomieścił jej kolosalne uda, wojownicza Thraxa ugrzęzła w bazie. Codziennie narzeka, że wolałaby honorowe samobójstwo, które zamierzała popełnić w Heliopolis, od codziennej nudy zarządzania zmianami.
– Słońce wzejdzie za trzydzieści minut. Bądź tak miły i zbierz swoją drużynę, zanim ugotujecie się w skafandrach.
Oglądam się przez ramię na wschodni horyzont śmieciowego księżyca.
– Nie za wcześnie?
– Masa _Archimedesa_ przyśpiesza obroty księżyca. Wszyscy wiemy, że przespałeś zajęcia z fizyki, ale zaufaj mi w tej kwestii albo jutro twój kutas będzie wyglądał jak hydra. I bez tego zostałeś solidnie napromieniowany.
– Możemy na tej zmianie skończyć kadłub – odpowiadam.
– Następna zmiana może go skończyć. Zresztą donikąd się nie wybieramy bez helu i naprawionego reaktora. Wracaj.
Niechętnie zgadzam się i ogłaszam swojej ekipie koniec zmiany. Spawacze śmigają wzdłuż lin zabezpieczających z powrotem do bazy, a ja ich liczę. Kiedy ostatni ląduje w bazie, schodzę z kadłuba, odpycham się i zsuwam do śluzy.
Przy śluzie zatrzymuję się, żeby zrobić coś, czego nie robiłem ani razu podczas moich zmian przy spawaniu. Oglądam się na skalisty horyzont. Cieniutki sierp słońca wychodzi zza księżyca. Żar zniekształca cętkowaną powierzchnię, kaldery rozprężeniowe wypuczają się, aż buchają pyłem i toksycznymi gazami. Pył i gaz łączą się wokół skarpy z zielono czarnego plastiku i w końcu wyciągają się za księżycem w postaci ogona jarzących się cząsteczek.
Widziałem rzeczy, których Czerwonemu górnikowi nigdy nie powinno być dane ujrzeć. Niewypowiedzianą zgrozę, niemożliwe piękno. Rzeczy, przy których ten ogon z cząsteczek wydałby się czymś zwyczajnym. Dzisiaj jednak odbieram to inaczej. Odrobinę bardziej chcę dostrzec piękno tutaj, na tym kamieniu w brukowanej drodze. Może to przez tę książkę. Może to wpływ napromieniowania. Bez względu na powód czuję, że dziś mam dość siły, aby spojrzeć w innym kierunku, poza mroczną sylwetkę _Archimedesa_, ku rozległej połaci gwiazd w dali, gdzie mój wzrok zatrzymuje się na słabym, czerwonawym światełku.
Dom.
Kosmos jest pusty i milczący, ale moją pamięć wypełnia bogactwo dźwięków z domu. Zamykam oczy i słyszę szept bogoDrzewi, szum Morza Termicznego, łopot skrzydeł gryfa, Victrę krzyczącą na Sofoklesa, Sevro rechocącego z córkami, brzęki i warkot, gdy Pax majstruje coś w warsztacie, głos mojej żony.
Przez jedną idealną chwilę widzę obiecany świt, mój powrót na Marsa, do domu. A potem wszystko znika. Księżyc obrócił się do słońca. Światło przepala się przez moje powieki i w końcu nawet moje złote oczy nie mogą tego dłużej znosić. Czas zejść.Rozdział 2. _Darrow_. Książka
2
_Darrow_
Książka
O ile Merkury był nieustannym atakiem na moje nerwy, o tyle Piechur 1632 jest powolnym oblężeniem mojego umysłu.
Dawna baza Synów Aresa to spartańskie, klaustrofobiczne miejsce. Zbudowano ją wewnątrz Piechura, żeby zapewnić pierwszym komandosom Synów ukrytą przystań, skąd mogliby nękać wenusjańskich panów niewolników. Porzucono ją jedenaście lat temu, kiedy tutejszy garnizon dołączył do mojej floty w desperackim ataku na Lunę. Osiem miesięcy temu dowlekliśmy się do niej i przekonaliśmy się, że jej korytarze są zimne i otwarte na próżnię. Uruchomiliśmy ponownie generator zasilany z baterii słonecznych i udało nam się przywrócić warunki do zamieszkania. Znaleźliśmy zapasy wody i kalorii, kiedy najbardziej tego potrzebowaliśmy. Jednak temperatura i grawitacja pozostają niskie, a wrogie promieniowanie poza wyłożonymi ołowiem ścianami sprawia, że czujemy się jak podczas oblężenia. I tak wyglądamy. Jesteśmy chudzi i bladzi, mimo słonecznych blizn po Merkurym na twarzach. Prawie wszyscy wyłysieliśmy, a ci, którzy mogą, noszą brody na pamiątkę Ragnara.
Oderwani od wojny, nieświadomi ruchów przyjaciół i wrogów, odcięci od wszelkiej łączności z domem, żyjemy zmartwieniem, które towarzyszy nam jak stały refren. Rutyna jest naszym jedynym wybawieniem.
Martwię się o syna, kiedy razem z resztą mojej drużyny przechodzę dekontaminację w myjni i ściskam kluczyk do grawicykla, który dostałem od niego przed wyjazdem z Luny, tak jak kiedyś ściskałem obrączkę Eo w myjni w Lykos. Martwię się o Virginię, kiedy garbiąc się idę wąskimi, wyciętymi świdrami korytarzami do mesy. Siorbiąc liofilizowaną papkę białkową, martwię się o Sevro, który przepadł bez śladu, gdy Luna wpadła w ręce Vox. Pozostali, równie łysi jak ja, też się martwią. O swoich własnych bliskich. O domy. Stracony czas. Stracone światy. Razem tworzymy morze zmartwienia w słabym blasku chemicznych świateł. Staramy się ukrywać te troski przed sobą nawzajem jak coś mrocznego, sekretnego i wstydliwego. Jak wszyscy zagubieni żołnierze, moi ocaleńcy są zmęczeni i cisi – poza tymi chwilami, w których są groteskowi, nonszalanccy albo wulgarni. Szczerość ujawnia się tylko w skrępowanym milczeniu albo tych cichych momentach, gdy lira Aurae wypełnia mesę pieśniami z Obrzeża, które jakimś cudem przypominają nam o naszych własnych domach.
Nie pierwszy raz brakuje mi jej piosenek. Jest inaczej, odkąd wymknęła się razem z Cassiusem.
Jem szybko, odstawiam tacę, życzę dobrej nocy moim żołnierzom i opieram się pokusie rzucenia im żartu, żeby otrzymać od nich uśmiech. Wiedzą, że ich przyjaciele zginęli przez moje błędy. Wiedzą też, że w następnym cyklu znowu zajeżdżę ich przy pracy prawie na śmierć. To moje zadanie. Jeśli nie korzystasz z maszyny, psuje się. Jak Synowie Aresa, kiedy wcieliliśmy ich stopniowo do wojska Republiki. Albo ta baza. Z kolei narzędzie, którym posługujesz się zbyt często, rozpada się – jak Orion na Merkurym. Jak Sevro na Wenus. Dowodzenie to stąpanie po cienkiej linie, zwłaszcza gdy przegrywasz.
Zaglądam do warsztatu, żeby zorientować się w postępach w pracy Harnassusa, i zastaję go ze stadkiem mechaników pochylonych nad częściami z reaktora _Archimedesa_. Mężczyzna o wydatnych kostkach dłoni i nosie pijaka trochę przypomina małpę. Ma bujniejszą brodę niż ja, poprzetykaną siwizną. Klucze i wkrętarki pobrzękują w tle, kiedy podchodzi, żeby ze mną porozmawiać.
– Cześć, Cadus.
– Cześć. Podobno kadłub jest już gotowy?
– Prawie. Trzecia zmiana będzie miała zaszczyt zakończyć prace. Nie zajmie im to więcej niż pół godziny. Jesteś pewien, że powłoka wciąż będzie nas chronić przed czujnikami? Tylko dzięki temu mamy szansę wrócić do domu.
– Teoretycznie tak. Pod warunkiem, że nie rozcieńczymy za bardzo warstwy powlekającej. Mamy szansę skończyć zaraz po was.
Rozpromieniam się.
– Naprawdę? Próby, które przeprowadziliście, nie wyglądały pierwszorzędnie…
– Bo nie jesteś inżynierem. Jeśli dostaniemy potrzebny hel, _Archimedes_ będzie gotowy do lotu, kiedy Bellona wróci. O ile właśnie Grimmus go nie torturuje.
– Pewnie jesteś jedynym, który wierzy, że on zamierza wrócić – mówię, zerkając na jego ludzi.
Wzrusza ramionami.
– Nie byłoby nas, żebyśmy mogli w niego wątpić, gdyby wcześniej nas nie uratował. Obawiam się jednak, że chuć go oślepia. Powinniśmy bardziej uważać na tę jego Różową.
– Co prawda to nie nasza sprawa, ale wątpię, żeby sypiali ze sobą.
Harnassus jest zaszokowany.
– Serio? Facet jest w niej zadurzony po uszy.
– Wątpię, żeby miał coś do powiedzenia w tej kwestii.
Po wylądowaniu na Piechurze Cassius opowiedział mi o swojej ucieczce z Obrzeża. Był tam więźniem razem z Lysandrem i został zmuszony do serii nieuczciwych pojedynków na Io. Zaimponował Diomedesowi au Raa, który sfingował jego śmierć, żeby go ochronić po tym, jak wyszedł z walk cało. Ukrył Cassiusa w swojej posiadłości w pobliżu Europy, a w zamian Cassius dał mu słowo, że nie ucieknie do czasu zakończenia wojny. Aurae, hetera domu Raa, pomogła Cassiusowi wymknąć się z posiadłości Diomedesa na _Archimedesie_. Twierdziła, że sympatyzuje z Republiką. Razem pognali do Rdzenia, żeby ostrzec Republikę przed zamiarem Obrzeża włączenia się do wojny. Spóźnili się. Od tamtego czasu Aurae jest członkinią załogi Cassiusa.
– No dobrze, nawet jeśli się nie bzykają, tylko dlatego, że wygląda jak driada, śpiewa jak syrena, przemawia jak wyrocznia i ma cholerne alibi, nie znaczy, że nie jest agentką Kryptei.
– Gdyby pracowała dla wywiadu Obrzeża, już byśmy nie żyli – odpowiadam.
Nazywanie Kryptei wywiadem Obrzeża to komplement. Oczywiście praca wywiadowcza należy do ich obowiązków, ale najważniejszym i najbardziej podstępnym zadaniem jest utrzymanie hierarchii w Dominium za wszelką cenę.
– Chyba że właśnie kieruje na nas Krypteję. Musisz to przyznać: opanowała zdumiewający wachlarz umiejętności nawet jak na heterę Raa. Medycznych, inżynierskich. Nie do końca mieszczą się w zakresie kompetencji kurtyzany.
Mrużę oczy.
– Rozmawiałeś z Brzydalem, co?
Krzywi się.
– Facet lubi ostatnio pogadać. Sieje zwątpienie, jakby to było jego powołanie. Może powinieneś do niego zajrzeć?
Nie wiem, czy mam jeszcze do powiedzenia cokolwiek, co wyciągnęłoby Brzydala z depresji. Przychodzi mi jednak do głowy pewna myśl: może książka Aurae bardziej przemówi do niego niż do mnie. Brzydal lubi czytać.
Ściskam Harnassusa za ramię i ruszam do wyjścia.
– Cadusie! – wołam jeszcze. – Jeśli uważasz, że Aurae jest z Kryptei, to czemu zrobiłeś jej lirę?
Zanim odleciała z Cassiusem, Aurae grała na lirze i śpiewała pieśni ze swoich światów żołnierzom przy kolacji. Harnassus nigdy nie przegapił jej występu.
– Dla żołnierzy – kłamie, rumieniąc się.
***
Wmawiam sobie, że zaglądam do Brzydala, żeby dodać mu otuchy, ale tak naprawdę robię to, bo sam czuję się samotny. Ze wszystkich ocalałych tylko z nim łączą mnie wspólne wspomnienia z Instytutu. Szukam tej iskierki z naszych dni dawnej chwały u starego członka mojego stada.
Biorę dwa termosy rozwodnionej kawy z przetwornika, zgarniam swoją torbę treningową i książkę Aurae z pokoju i idę przez górny labirynt bazy do pokoju łączności. Zastaję Brzydala skąpanego w blasku monitorów pod termalnymi kocami obok grzejnika. Wygląda bardziej jak ożywiony stos prania niż legenda, którą był. Serce mi pęka.
Brzydal nie jest powszechnie docenianym człowiekiem, ponieważ jego poświęcenia zawsze miały miejsce w cieniu – ku jego wielkiemu rozgoryczeniu. Marzy mu się światowe życie, zazdrości sławy Collowayowi albo Sevro. Kiedy go poznałem w Instytucie, był brzydkim i leniwym darmozjadem. Nadal jest darmozjadem i prędzej amputowałby sobie jądro niż zapłacił za drinka, ale po trzech latach pracy na tyłach wroga (po tym, jak Mickey go wyrzeźbił, a Theodora stworzyła mu nową tożsamość, żeby mógł przeniknąć do Legionów Popiołów), nikt nie mógłby o nim powiedzieć, że jest leniwy.
Początkowo zachwycił się tajną misją. Wcześniej był wiecznie zakompleksiony, za to kiedy wynurzył się z sali pooperacyjnej Mickeya – barczysty, z surową twarzą Rzymianina i podbródkiem niemal równie doskonałym jak podbródek Cassiusa i tylko odrobinę większym – pierwszy raz zobaczyłem człowieka, który tak dobrze czułby się we własnej skórze.
– Teraz wyglądam godnie, stary, teraz wyglądam, psiajucha, jak ktoś godny zerżnąć całą trupę baletową. Jaki znowu Bellona? Legiony Popiołów, nadchodzę – powiedział, przyjmując olimpijską pozę.
Był nagi. Miał epickie proporcje. Nawet Theodora zaklaskała.
A teraz? Teraz Brzydal znowu jest brzydki i nienawidzi tego. Kiedy Heliopolis upadło, został oskalpowany i stracił nogę. Ukrywa siną bliznę, która zaczyna się tuż nad jego brwiami, pod wełnianą czapką, ale w magazynach w bazie nie znaleźliśmy protez, więc musi mu wystarczyć plastikowy kołek z piankową podkładką w miejscu styku z kikutem.
Moje dowodzenie zniszczyło tego człowieka. Dwa razy. Gorycz sączy się z jego każdego słowa, ale trwał przy mnie w Heliopolis, zanim upadło. Pomógł mi otrząsnąć się z rozpaczy. Więc teraz ja mogę przełknąć jego gorycz.
– Jakieś wieści od Bellony? – pytam, podając mu kawę.
Nie dziękuje.
– O, to dzisiaj nazywamy tego, który ściął głowę Aresowi, jego prawdziwym imieniem? – Dąsa się. – Niestety Podbródek i Syrena nadal się błąkają.
– Zawsze musisz o tym przypominać?
– Daj spokój, wczorajsza rozmowa była taka zabawna. Tyle miałeś przymiotników dla Nieodpowiedzialnej Pizdy. Orlego Zdrajcy. A nawet parę przysłówków.
– Byłem…
– Zgorzkniały i pijany? Jesteś chodzącym gniewem, gdy jesteś zgorzkniały i pijany. Naprawdę myślę, że ta wojna już byłaby wygrana, gdybyś funkcjonował w ten sposób przez cały czas, ale obawiam się, że wtedy zostalibyśmy tylko my dwaj i nasza autarkia. – Śmieje się z własnego doboru słów, wysoka mowa kontrastuje z jego niskim urodzeniem. – Bądźmy szczerzy, każdy czuje gorycz w kwestii Bellony, przez całe życie. Ten Wstrętny Adonis dostał wszystkie dobre karty, co?
– I żadną nie zagrał, jak trzeba.
– Z wyjątkiem tego podbródka z dołeczkiem. Och, te oblane rosą doliny, które zbadał… Królestwo za to, żeby być włoskiem na tej brodzie.
Opieram się pokusie zerknięcia na jego podbródek z dołeczkiem. W przeciwieństwie do całej naszej reszty Brzydal nadal goli się gładko.
– Masz cokolwiek na czujnikach? – pytam.
– Zero, mój łysy i brodaty panie. – Obejmuje obiema dłońmi termos, żeby je ogrzać. Paznokcie ma obgryzione do żywego. – Radar i lidar wciąż są zwalone. Próbowałem stworzyć jakieś filtry, żeby odcedzić zupę, zresztą sam wiesz wszystko. – Pije kawę, przełyka i odchyla głowę. – Może dla ciebie rutyna to zdrowie psychiczne, ale mnie doprowadzasz do szaleństwa.
– Nie wychodziłeś stąd od trzech dni. – Kiwam głową na wiadro z nieczystościami. – Twój wystrój wnętrza zaczyna bardzo przypominać styl Sevro.
Rozgląda się.
– Zero nefrytów. Zero złotych ścian. Zero jedwabi. To nie ma nic wspólnego z legowiskiem tego dezertera.
– Brzydal, wiesz, że postąpił tak, jak uważał za słuszne.
Brzydal spluwa na ziemię.
– Spędziłem trzy lata wśród socjopatów Atalantii dla Republiki, kiedy on przyssał się do cycka swojej Złotej królowej. A popatrz na moją nagrodę. – Zdejmuje czapkę i pokazuje okaleczoną głowę. – Kiedy my umieraliśmy, Sevro czmychnął do domu. A ja czekam tu, aż ta Różowa doprowadzi do nas Jeźdźców Pyłu.
– Fakt, że nieprzeciętna z niej osóbka, ale nie jest z Kryptei.
Brzydal marszczy brwi.
– To czym jest?
Zastanawiam się nad umiejętnościami Aurae, nad książką, nad tym, że czasem patrzy na mnie jak sędzia.
– Przyjaciółką. Mam nadzieję.
– Módlmy się, żebyś miał rację. Bo oni tam są i polują na nas. Będą chcieli ściąć ci głowę za zniszczenie stoczni na Ganimedesie. Tobie i Victrze. A Jeźdźcy Pyłu nigdy nie przestają, dopóki nie osiągną celu.
Podzielam jego szacunek dla oddziałów tropicieli z Obrzeża, ale nie mówię o nich podenerwowanym tenorem. To by zakrawało niemal na ironię losu, gdyby nas znaleźli i zawlekli mnie z powrotem na Obrzeże, żebym zapłacił za swoje grzechy. Jednak to nie z ich powodu i nie z powodu Aurae Brzydal sra do wiadra, bo boi się opuścić stację czujników. I nie chodzi też o Ajaxa au Grimmus, który najbardziej zbliżył się do odkrycia nas, kiedy pięć miesięcy temu jego niszczyciel, _Pantera_, przeleciał pięćdziesiąt tysięcy kilometrów od nas. Brzydal słusznie obawia się tylko samego Rycerza Strachu.
Współczuję mu, bo podzielam to uczucie.
– Atlas na nas nie poluje – mówię. Brzydal patrzy na mnie jak Pax, kiedy budziłem go z koszmaru. – Nasz trop wystygł. W skali całego Układu jesteśmy mniejsi niż zooplankton na grzbiecie kryla na wszystkich morzach wszystkich światów razem wziętych. Nawet jeśli nie uznał, że jesteśmy martwi, to nie będzie marnował czasu na szukanie nas.
– Chcesz powiedzieć, że nie będzie go marnował, skoro wie, dokąd chcemy dotrzeć – mruczy Brzydal. Może nie powinienem był podsuwać mu tej konkluzji. – W mordę, szefie. Nawet jeśli Bellona wróci z helem… Czeka nas długa droga do domu, a wylądowaliśmy na samym końcu łańcucha pokarmowego. Jeśli patrol wroga nas wypatrzy… nie będziemy mieli dokąd uciekać. Te statki z Obrzeża są szybsze od nas. Chociaż to nie ma znaczenia. Większość ludzi i bez tego myśli, że Mars już padł.
– Musisz przestać podsycać w nich pesymizm. Jesteś Wyjcem. Ludzie oczekują, że nadasz reszcie ton. Ja też. Poza mną jesteś tu jedynym ze starej sfory.
– Jakiej sfory? Dwóch to nie sfora, łaskawy panie. Dwóch to szczątki kołujące na wodzie wokół otworu odpływowego. – Patrzy na mnie. – Odrzucasz rzeczywistość, szefie. Boisz się stawić czoło faktom. Sefi i jej _Volk_ porzucili Wolne Legiony, żeby ukraść sobie królestwo na Marsie. Biała Flota jest stracona. Orion nie żyje. Wolne Legiony obróciły się w pył. Senat zostawił nas na lodzie. Virginia nie wysłała wsparcia na Merkurego. Sevro porzucił nas dla swojej małej Złotej rodzinki. Błazen i Pestka spiksieli. Nie ma naszej sfory. Nasze wojsko gnije nabite na pale. Nie obwiniam cię. Nie obwiniam siebie. Nie obwiniam żołnierzy. Obwiniam motłoch, który stchórzył, i polityków, którzy spiskowali.
Tyle jeśli idzie o iskrę, której w nim szukałem. Nie wyjmują książki Aurae z torby. Brzydal nie potrzebuje słów. Musi wrócić do domu.
– Mimo to… Jak chcesz skamleć, to przede mną, nie przed ludźmi.
– Jasne, pewnie. – Popija kawę. – Dałem ciała.
***
Zostawiam Brzydala w nielepszej formie, niż go zastałem, lecz także – mam nadzieję – w niegorszej, i idę do sali treningowej na _Archimedesie_ pępowiną, która łączy statek z bazą. Białą okładzinę plami przelany na przestrzeni wielu lat pot; większość należała do Cassiusa i Lysandra, ale pod ich nieobecność zostawiłem też własne ślady. Ponieważ Lysander złamał mój sierpak, muszę posługiwać się brzytwami ćwiczebnymi z wyposażenia sali – dokładnie tymi samymi, z którymi trenował on. Czuję się idiotycznie, gdy zdejmuję jedną z nich ze ściany. Słowa Brzydala dręczą mnie bardziej, niż bym chciał.
Jaki cel ma trening? Moje ostrze nie może naprawić tego, co zostało zniszczone.
Chociaż nie mogę ścierpieć tego faktu, uraza wobec Sevro gryzie mnie tak samo jak Brzydala. Porzucił mnie, kiedy najbardziej go potrzebowałem. Mógłbym mu to wybaczyć. Trudniej wybaczyć, że zdradził wojsko. Był pierwszym towarzyszem w Wolnych Legionach i kiedy odszedł, w szeregi zakradło się zwątpienie. We mnie też. Co gorsza, jego decyzja podważała także moją. Najbardziej na świecie pragnąłem wrócić do Paxa, gdy został porwany. Uratować go. Dowieść ostatecznie, że zawsze może na mnie liczyć. Wybrałem obowiązki imperatora kosztem obowiązków ojca. A teraz samotnie bawię się bronią.
Cisza mnie dusi. Prawie zawracam. Nikt nie zauważy, jeśli zrobię sobie wolny dzień. Nikt nie ośmieli się powiedzieć, że nie pracuję dość ciężko. Znowu ziewam. Może dzisiaj się tylko porozciągam. Ciału dobrze by to zrobiło. Łatwiej stawię czoło jutrzejszemu dniowi, jeśli będę wypoczęty.
Prawie się uginam. Jednakże do tej pory już się nauczyłem, że głos rozsądku to mój wróg. Jest we mnie tchórz, który boi się niewygody. Ten tchórz podsuwa mi pociechę w postaci wymówek. Ale to właśnie tchórz przygotowuje człowieka na porażki. To tchórz sprawia, że człowiek je akceptuje, bo przywykł do wynajdowania dobrych powodów, aby przestać. A tchórza w sobie można zabić tylko w jeden sposób.
Zrzucam torbę i zakładam strój ćwiczebny.
– Cześć, nauczycielu – mówię do komputera sfery treningowej.
– Witaj, szermierzu numer trzy.
Głos komputera jest kobiecy i uwodzicielski, dokładnie taki, jaki wybrałby Cassius. Dziesięć lat temu zdumiałbym się, że rozmawiam z komputerem, ale gwałtowny rozwój techniki w czasach Republiki sprawił, że niegdyś zakazane rozwiązania stały się upiornie powszechne. W porównaniu z systemami Żywego Srebra ten komputer to troglodyta.
– Znowu profil grawitacyjny Marsa?
– Nie.
– Profil walk na asteroidach?
– Nie. Losowe interwały od 0,2 do 4,5 G. Zaliczmy dzisiaj cały Układ. Skończymy na Marsie.
Rozcieram lewe przedramię. Mam nadzieję, że wytrzyma ponad 4 G.
– Przyjęłam. Czas?
– Twój wybór.
– Przyjęłam, szermierzu numer trzy. Przygotowuję sesję numer sto sześćdziesiąt osiem.
Tłumię kolejne ziewnięcie, kiedy sala się rozgrzewa. Rozciągam ramiona. Są sztywne po wysiłku przy spawaniu i niezliczonych wybiciach, jakie zaliczyłem na przestrzeni lat. Lewe płuco mi się zaciska, kiedy biorę głęboki wdech – pamiątka po brzytwie, którą Lysander wbił mi w pierś w Heliopolis. Potrząsam lewą ręką: kości zostały strzaskane, kiedy mój sierpak zderzył się z ostrzem, które Lysander zabrał zabitemu Alexandrowi. Aurae, podejrzanie biegła w medycynie, powkładała kości w mojej lewej ręce z powrotem na swoje miejsca i zastosowała katalizator wapnia, ale będę potrzebował Rzeźbiarza, żeby odzyskać pełną sprawność.
Boli mnie ręka. Dobre przypomnienie niewyrównanych rachunków.
Nachodzi mnie myśl, kiedy czekam, aż nagrzeją się studnie grawitacyjne w sali. Gdy trenowałem z Lornem, mówił do mnie, podczas gdy ja płynąłem przez kolejne postawy Drogi Wierzby. Brakuje mi metronomu jego głosu i mam dość ciszy.
– Komputer, połącz się z moim osobistym terminalem.
Wyjmuję z torby terminal i książkę Aurae, skanuję dwadzieścia pierwszych stron. Każę komputerowi odczytywać tekst, a potem przechodzę do pozycji zimowej z Drogi Wierzby z ostrzem trzymanym nad głową w obu dłoniach. Zamieram.
– Komputer. Próbka głosu z holopliku 1 3 1, przemowa Suwerenki z okazji Saturnaliów.
Chwilę później głos Virginii wypełnia pokój.
„Tym, którzy piszą, byśmy mogli czytać, tym, którzy upadają, byśmy mogli iść, tym, którzy przyszli przed nami, żebyśmy mogli nadejść po nich – słowa podziękowania”.
Sfera treningowa zaczyna swój program. Początkowo grawitacja zmienia się powoli; kiedy pokonuję pierwszą gałąź pozycji zimowej i opuszczam ostrze w ukośnym cięciu, przekształceniu ulega kierunek ciążenia. Stękam z bólu, ale moje ciało rozgrzewa się i znika sztywność. Wkrótce słychać tylko szept ćwiczebnego ostrza, szuranie moich stóp, mój oddech i głos Virginii.
„Pierwsza prawda: ścieżka do Doliny jest nieprzenikniona, wieczna i doskonała. Nie da się jej ujrzeć oczami ani poczuć pod stopami. Wije się zgodnie z własną wolą. Kończy się tam, gdzie musi. Wspina się wtedy, kiedy chce. Opada wtedy, gdy powinna”.
Przechodzę do ciosów jesieni, wyginam się do tyłu, wyskakuję w przód w ataku.
„Ciągnie się głęboko w skały, które wykopujemy, i wraca ku naszym sercom. Wije się przed nami i za nami, we wszystkich kierunkach i zarazem w żadnym. Chociaż możemy ją przejść, nigdy jej nie opanujemy. Chociaż możemy widzieć ścieżkę, nigdy nie poznamy prawdy. Ścieżka do Doliny jest nieprzenikniona, wieczna i doskonała. Trzeba nią podążać za wszelką cenę”.
Po pierwszej prawdzie następuje sześć kolejnych, a ja przechodzę przez kolejne pory roku Drogi Wierzby przy zmiennej grawitacji. W ciągu godziny narracja powtarza się kilkanaście razy, płynąc, kiedy leżę na plecach i dyszę.
„Czwarta prawda: najwyższe dobro to wiatr z kopalni. Przepływa przez skałę, wokół ludzi i ponad ziemiami. Wiatr nie zważa na przeszkody, chociaż te kształtują jego ścieżkę. Kiedy czujesz zapach rdzy, który niesie, albo słyszysz echo narzędzi w ciemności, uśmiechnij się i raduj. Ścieżka jest pod tobą, a ty jesteś na niej. Musisz tylko iść”.
Lewa ręka mnie boli. Ściska i pali mnie w płucu, ale mój umysł jest cudownie pusty, gdy słucham głosu Virginii. Słowa książki są – jak uznałem na początku – mętne. Nie rozumiem ich jeszcze (nie mówiąc już o ich zaakceptowaniu), ale przypominają mi coś, co czytałem dawno temu, kiedy trenowałem z Matteo. To nie był Dumas ani Grecy, tylko coś, co umyka mojej pamięci. Książka Aurae wydaje się znajoma i niesie pociechę jak echo kołysanki z dzieciństwa.
Wracam do swojej kwatery w stanie podobnym do transu. Z braku wody posługuję się tępym nożem, żeby zdrapać pot i martwy naskórek, zanim przejdę do kolejnego punktu wieczornego rytuału. Nagrywam wiadomość dla żony, jakbyśmy dopiero co rozmawiali, i zapisuję ją razem z resztą bez przejrzenia. Potem nagrywam wiadomość dla syna, kolejny rozdział świadectwa nieobecnego ojca.
Wiele miesięcy temu zacząłem mu opowiadać o swoim życiu. Jest to coś, co powinienem był zrobić osobiście, ale teraz nawet jeśli nie zdołam do niego wrócić, to może ta historia do niego dotrze. Dzisiaj zaczynam od dnia, w którym poznałem Virginię w Instytucie, i kończę na tym, jak razem z Cassiusem i Sevro wyliśmy jak wilki i biegliśmy po oświetlonych księżycem równinach ze sztandarem Minerwy.
Kończę i siadam na łóżku, pusty i zadowolony. W książce mówiono o pustce jak o czymś, czego używamy. Pudełka, kubki. Pełne są bezużyteczne, ponieważ posługujemy się ich pustką, żeby je napełnić. Kartkuję książkę, żeby znaleźć tę frazę. Zanim mi się uda, rozlega się wrzask alarmu – ktoś się zbliża.
Znaleźli nas.
Wyskakuję z łóżka, czuję radość, która budzi we mnie wyrzuty sumienia. Nareszcie walka, okazja – to potrafię. Ubieram się z ponurą satysfakcją, gotowy zabijać.
W pokoju rozbrzmiewa głos Brzydala:
– Wszyscy na stanowiska bojowe. Wszyscy na stanowiska. Zbliża się dewastator Votum.