Święta Krew - ebook
„Święta Krew” pokazuje, że świętość i profanacja nie zawsze stoją po przeciwnych stronach prostego moralnego równania. Że to, co ludzkie, cielesne, grzeszne i kruche, bywa również miejscem odsłonięcia najgłębszej prawdy o człowieku. Że można stracić wiarę w instytucję, a zarazem odzyskać szacunek dla tajemnicy. Że Bóg, jeśli w ogóle jest obecny w tej opowieści, działa nie przez triumf i deklarację, lecz przez pęknięcie. Książka została utworzona z pomocą AI.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-934-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Są powieści, które prowadzą czytelnika przez fabułę, i są takie, które prowadzą go również przez jego własne lęki. Święta Krew należy do tej drugiej kategorii. To książka napisana z rozmachem, ale i z rzadką dyscypliną wewnętrzną — thriller, który nie zadowala się samą intrygą, bo od pierwszych stron dotyka spraw większych: prawdy i jej ceny, winy i jej dziedziczenia, wiary i jej ciemnych sobowtórów, miłości, która potrafi zbawiać, ale bywa też formą przemocy.
Ta opowieść działa na kilku poziomach jednocześnie. Najpierw przykuwa uwagę jak klasyczny kryminał: jest tajemnicza śmierć, są kolejne tropy, jest śledztwo prowadzone w cieniu instytucji, które bardziej niż cokolwiek innego boją się skandalu. Potem jednak książka odsłania swoje głębsze warstwy. Wtedy okazuje się, że nie chodzi jedynie o odkrycie, kto zabił i dlaczego, ale również o coś znacznie trudniejszego: kto ma prawo opowiadać historię, kto fałszuje przeszłość, kto kontroluje pamięć i kto ponosi odpowiedzialność za prawdę, której zbyt długo nie dopuszczano do głosu.
Na szczególne uznanie zasługuje sposób, w jaki powieść wykorzystuje przestrzeń religijną. Kościoły, klasztory, podziemia, zakrystie, archiwa, rozmównice i krypty nie są tu jedynie dekoracją. One oddychają, mają ciężar, temperaturę i własną pamięć. Autor bardzo umiejętnie pokazuje, że miejsca święte bywają również miejscami ludzkiego lęku, pychy, namiętności i rozpaczliwych prób ukrycia tego, co zbyt długo pozostawało pod ziemią. W efekcie czytelnik otrzymuje nie tylko sensacyjną historię, ale też sugestywny portret świata, w którym sacrum i grzech nie stoją po przeciwnych stronach, lecz często mieszkają pod jednym dachem.
Najmocniejszym filarem tej książki są jednak bohaterowie. Nie są papierowi, nie są jednowymiarowi, nie służą wyłącznie fabule. Każde z nich niesie własny ciężar i własny rodzaj pęknięcia. Była zakonnica, oficer służb, kobieta rozdarta pomiędzy rygorem a głodem bliskości. Hierarcha, którego publiczna surowość skrywa prywatną winę i niespełnienie. Archiwistka, której umysł jest ostrzem, a serce — ruiną. Konserwator zabytków, cichy i wierny, stanowiący przeciwwagę dla świata kłamstw, polityki i duchowych gier. To właśnie dzięki nim Święta Krew nie osuwa się w prostą sensację. Zamiast tego staje się opowieścią o ludziach, którzy próbują przeżyć siebie samych.
Warto też podkreślić psychologiczną wiarygodność tej historii. Tutaj nic nie dzieje się wyłącznie „dla efektu”. Każdy czyn ma swoją cenę, każde milczenie ma historię, każda decyzja zostawia ślad. Powieść bardzo przekonująco pokazuje, jak przeszłość potrafi kolonizować teraźniejszość i jak długo ukrywana prawda zaczyna żyć własnym życiem. Szczególnie przejmujący jest motyw dziedziczenia nie tylko krwi, ale także mechanizmów obronnych, lęków i sposobów kochania. To właśnie ten psychologiczny wymiar sprawia, że książkę czyta się nie tylko z napięciem, ale również z wewnętrznym niepokojem.
Siłą Świętej Krwi jest również język. Z jednej strony klarowny, komunikatywny, mocno osadzony w konkretach; z drugiej — nasycony atmosferą i znaczeniem. Autor potrafi pisać o teologii bez zadęcia, o zbrodni bez taniej dosłowności, o uczuciach bez sentymentalizmu. To szczególnie ważne w powieści, która dotyka spraw tak łatwo wpadających w przesadę. Tutaj nie ma przesady. Jest napięcie, gęstość i literacka pewność ręki.
Czytelnik znajdzie w tej książce także coś, co rzadko udaje się połączyć: erudycję i narracyjną energię. Wątki historyczne i teologiczne nie są wykładem doklejonym do akcji, lecz organiczną częścią opowieści. Powieść zadaje ważne pytania o Kościół jako instytucję, o mit reformy, o siłę fałszerstwa i podatność ludzi na opowieści, które chcą uznać za prawdziwe, bo zbyt dobrze pasują do ich tęsknot albo lęków. Jednocześnie nie traci tempa. To książka mądra, ale nie ciężka; ambitna, ale nie hermetyczna.
Nie sposób pominąć jeszcze jednego waloru: tej historii naprawdę się wierzy. Nie dlatego, że udaje dokument, lecz dlatego, że bardzo dobrze rozumie mechanizmy ludzkiego świata. Władza kocha ciszę. Instytucje kochają kontrolę. Ludzie boją się prawdy, zwłaszcza wtedy, gdy prawda mogłaby rozbić porządek, na którym zbudowali całe życie. W tym sensie Święta Krew jest czymś więcej niż thrillerem. Jest powieścią o cenie, jaką płaci się za podtrzymywanie mitu.
Trzeba też wyraźnie zaznaczyć, że wszystkie osoby, miejsca, dialogi, wydarzenia i sytuacje przedstawione w tej książce stanowią FIKCJĘ LITERACKĄ. Bohaterowie tej opowieści są postaciami wykreowanymi na potrzeby fabuły, a wszelkie podobieństwa do realnych osób, środowisk czy zdarzeń pozostają przypadkowe lub wynikają wyłącznie z artystycznego wykorzystania ogólnych realiów historycznych, społecznych i religijnych. To ważne dopowiedzenie, bo siła tej książki polega właśnie na tym, że potrafi brzmieć prawdziwie, pozostając literaturą.
Oddając tę powieść w ręce czytelnika, warto uprzedzić tylko o jednym: nie jest to książka, którą łatwo odłożyć i równie łatwo zapomnieć. Zostaje. Zostaje obrazami, pytaniami, napięciem między tym, co święte, a tym, co ludzkie. Zostaje również przez swoją odwagę — bo odwaga w literaturze nie polega wyłącznie na stawianiu mocnych tez, lecz na umiejętności pokazania, że największe katastrofy rodzą się nie tylko z nienawiści, ale także z wypaczonej miłości, z lęku i z prób ochrony tego, czego nie da się ochronić kłamstwem.
Jeśli więc szukają Państwo książki, która wciąga jak rasowy thriller, porusza jak dramat psychologiczny i myśli jak dobra literatura teologiczno-obyczajowa, Święta Krew spełni te oczekiwania z nadmiarem. To powieść mroczna, inteligentna i głęboko ludzka. A właśnie takie książki pamięta się najdłużej.Rozdział 1. Konfesjonał
Kraków budził się niechętnie, jak człowiek po nieprzespanej nocy.
Mgła leżała na Rynku Głównym niczym mokry całun, gęsta i chłodna, przesiąknięta zapachem wilgotnego kamienia i spalin z pierwszych autobusów linii 152, które o piątej czterdzieści pięć zaczynały kursować wzdłuż Plant. Była pierwsza dekada października, ta pora roku, kiedy krakowskie poranki mają w sobie coś z gotyckiego malarstwa — kontrast między ciepłem kościelnych wnętrz a zimnem ulic jest tak ostry, że ludzie wchodzący do świątyń wyglądają, jakby uciekali przed czymś więcej niż tylko chłodem.
O godzinie szóstej jedenaście zakrystian kościoła Mariackiego, pan Władysław Pękala, lat sześćdziesiąt trzy, przekręcił klucz w żelaznych drzwiach bocznego wejścia od strony placu Mariackiego i wszedł do nawy jak co dzień od dwudziestu siedmiu lat. Miał na sobie szary polar, granatowe spodnie od dresu i buty trekkingowe firmy, której nazwy nigdy nie potrafił poprawnie wymówić. W lewej ręce trzymał termos z kawą zbożową, w prawej plastikową torbę z kanapkami — dwie z żółtym serem, jedna z dżemem truskawkowym, bo żona od lat uważała, że bez czegoś słodkiego Władek robi się nie do zniesienia przed południem.
Rutyna zakrystiana kościoła Mariackiego jest rzeczą godną osobnego opisu. Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, najsłynniejsza gotycka świątynia w Polsce, żyje rytmem, którego nie zakłóciły ani wojny, ani komunizm, ani nawet niedawna pandemia. O szóstej piętnaście otwierają się drzwi. O szóstej trzydzieści zapala się oświetlenie w nawach bocznych. O szóstej czterdzieści pięć pojawia się ksiądz, który odprawia pierwszą mszę, zwykle cichy, niedospany franciszkanin z pobliskiego klasztoru lub jeden z wikarych parafii Mariackiej. O siódmej dzwon na wieży wybija godzinę i zaczyna się msza, na którą przychodzi zwykle od ośmiu do dwunastu osób — głównie starsze kobiety, emerytowani profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego i bezdomny pan Zygmunt, który śpi w portalu kościoła i traktuje poranny obrzęd jako bilet wstępu do ciepłego wnętrza.
Tego dnia rutyna pana Władysława zatrzymała się przy trzecim konfesjonale po prawej stronie.
Konfesjonały w kościele Mariackim to rzeźbione dębowe meble z siedemnastego wieku, ciemne od lakieru i pokoleń ludzkich oddechów. Mają kształt niewielkich domków — centralna kabina dla spowiednika, dwie boczne przegrody z klęcznikami dla penitentów, ażurowe kratki, przez które głos przechodzi stłumiony, jakby sama architektura nakazywała dyskrecję. W nocy, gdy kościół jest pusty, konfesjonały wyglądają jak strażnice opuszczonego miasta — nieruchome, masywne i odrobinę złowrogie.
Władysław Pękala nie był człowiekiem, którego łatwo przestraszyć. Dwadzieścia siedem lat pracy w miejscu, gdzie codziennie mijał ołtarz Wita Stwosza, kryptę królewską i setki turystów z całego świata, wyposażyło go w rodzaj nieporuszonego stoicyzmu. Widział ludzi mdlejących z wrażenia na widok Marii wydobytej spod dłuta mistrza, widział złodziei próbujących odłupać kawałek gotyckiego filaru, widział małżeństwo Japończyków, które podczas zwiedzania pobrało się potajemnie, klękając przed ołtarzem bez wiedzy jakiegokolwiek duchownego. Nic go nie zaskakiwało.
Ale tego poranka, podchodząc do trzeciego konfesjonału, poczuł coś, czego nie potrafił nazwać. Później, w rozmowie z policjantami, powiedział, że był to zapach. Nie smród rozkładu — do tego nie doszło, ciało było zbyt świeże. Raczej coś subtelniejszego. Zapach, który kojarzył mu się z wizytą u matki w szpitalu, tydzień przed jej śmiercią. Słodkawy, metaliczny, jakby powietrze samo się zmieniło w substancję.
Zasłona konfesjonału — ciężka, bordowa, aksamitna — była zaciągnięta od wewnątrz. To pierwszy szczegół, który zwrócił uwagę Pękali. Zasłony konfesjonałów w kościele Mariackim nigdy nie są zaciągane od wewnątrz po godzinach. Księża, kończąc spowiedź, zostawiają je odsunięte. To niepisana zasada. Zaciągnięta zasłona oznacza obecność spowiednika. Obecność spowiednika o szóstej jedenaście rano, na trzy kwadranse przed mszą, nie miała sensu.
Pan Władysław postawił termos na kamiennej posadzce, kanapki położył na ławce i odsunął zasłonę.
Ksiądz prałat Andrzej Cisek siedział na drewnianym siedzeniu spowiednika w pozycji, która z daleka mogła wyglądać na naturalną — głowa lekko przechylona w lewo, dłonie złożone na kolanach, oczy zamknięte. Miał na sobie czarny garnitur, białą koszulę z koloratką i ciemny płaszcz przerzucony przez oparcie. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak kapłan, który zasnął po wyczerpującym dniu. Ale skóra jego twarzy miała odcień, który Władysław Pękala rozpoznał natychmiast — ten sam odcień, który widział na twarzy matki w szpitalnym łóżku. Szaroniebieski, woskowy, nieludzki.
Pan Władysław cofnął się o krok. Potem zrobił coś, co później sam uznał za irracjonalne, ale co w tamtym momencie wydało mu się jedynym słusznym odruchem: przeżegnał się, nachylił i delikatnie dotknął dłoni księdza. Była zimna. Nie chłodna — zimna. Taka temperatura, w której nie ma już żadnej negocjacji z życiem.
Władysław Pękala wyciągnął telefon z kieszeni polaru i zadzwonił na numer alarmowy. Potem usiadł na ławce, otworzył termos i zaczął pić kawę zbożową. Trzęsły mu się ręce, ale był to jedyny objaw emocji, na jaki sobie pozwolił. Dwadzieścia siedem lat przy Stwoszu. Człowiek się hartuje.
Pierwsza ekipa policji dotarła na miejsce o szóstej trzydzieści osiem. Dwóch funkcjonariuszy z komisariatu przy ulicy Szerokiej, młodych, niedoświadczonych, wyraźnie onieśmielonych skalą miejsca. Kościół Mariacki nie jest zwykłą sceną przestępstwa. To narodowe sanktuarium, przestrzeń, w której każdy ruch kamery, każda żółta taśma, każdy foliowy but zakładany na policyjny trzewik nabiera ciężaru symbolicznego. Jeden z funkcjonariuszy, sierżant Kowal, wchodząc do nawy, automatycznie zdjął czapkę i przeżegnał się. Potem przypomniał sobie, że jest na służbie, i niezdarnie założył ją z powrotem.
Śmierć została oficjalnie stwierdzona o szóstej pięćdziesiąt dwie przez lekarza pogotowia ratunkowego. Wstępna przyczyna zgonu — zatrzymanie krążenia. Brak widocznych śladów przemocy. Brak krwi, ran, siniaków. Twarz spokojna. Gdyby nie lokalizacja i godzina znalezienia, cała sprawa trafiłaby do kategorii zgonów naturalnych osób starszych i skończyłaby się na jednym akapicie w protokole.
Ale nie skończyła się.
Powodem był komisarz Ewa Stelmach z Komendy Miejskiej, która dotarła na miejsce jako trzecia, bo akurat wracała z nocnego dyżuru i złapała wezwanie na radiu. Stelmach, czterdzieści sześć lat, suche blond włosy, twarz jak z obrazu Modiglianiego — długa, o dużych oczach i wąskich ustach — miała opinię osoby, która widzi rzeczy, których inni nie zauważają. Jej specjalnością były właśnie takie przypadki: pozornie czyste zgony, które po bliższym przyjrzeniu okazywały się czymś innym.
Stelmach obejrzała ciało metodycznie, bez emocji. Podniosła dłonie zmarłego, obejrzała paznokcie. Sprawdziła kieszeń marynarki, z której wyciągnęła portfel, różaniec, telefon komórkowy starego typu i chusteczkę do nosa. Potem sięgnęła do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjęła złożoną kartkę papieru.
Była to pojedyncza kartka wyrwana z notesu, rodzaj tych małych, spiralnych notesików, które kupuje się na stacjach benzynowych. Na kartce, napisane wyraźnym, starannym pismem — pismo człowieka, który całe życie pisał ręcznie, nie na klawiaturze — znajdowało się jedno słowo.
Jedno jedyne słowo, napisane niebieskim atramentem, dużymi literami: JERUZALEM.
Komisarz Stelmach stała przez chwilę, trzymając kartkę w lateksowej rękawiczce, i patrzyła na nią, jakby to słowo miało się zaraz zmienić w coś innego. Potem schowała kartkę do woreczka dowodowego i podniosła wzrok na zakrystiana.
— Znał go pan? — zapytała.
Władysław Pękala pokiwał głową.
— Ksiądz prałat Cisek. Przychodził tu regularnie. Co drugi piątek spowiadał w tym właśnie konfesjonale. Od lat.
— Od ilu lat?
— Odkąd pamiętam. Na pewno piętnaście, może dwadzieścia.
— Był umówiony na dzisiejszy poranek?
— Nie. Dzisiaj nie ma żadnych spowiedzi porannych. Ranną mszę odprawia ojciec Grzegorz od franciszkanów. Nikogo tu nie powinno być o tej porze.
— A wczoraj wieczorem, przy zamykaniu, konfesjonał był pusty?
Pan Władysław zmarszczył brwi.
— Zamykałem o dwudziestej. Sprawdziłem wszystkie nawy. Konfesjonały były puste. Jestem pewien.
Stelmach skinęła głową i wróciła do ciała. Coś ją niepokoiło, ale jeszcze nie potrafiła tego nazwać. Dopiero godzinę później, gdy technik kryminalistyki delikatnie rozchylił kołnierz koszuli zmarłego, zobaczyła to — maleńki, niemal niewidoczny ślad po nakłuciu, tuż pod lewym uchem, w miejscu, gdzie szyja łączy się z żuchwą. Punkt tak drobny, że mógł być ukąszeniem owada. Ale komisarz Stelmach nie wierzyła w owady w październiku, w gotyckim kościele, na szyi siedemdziesięcioletniego prałata znalezionego martwego o świcie w zamkniętym konfesjonale.
Zadzwoniła do prokuratury o ósmej piętnaście. O ósmej trzydzieści sprawa została formalnie zakwalifikowana jako zgon wymagający dalszego wyjaśnienia. O dziewiątej rano do kościoła Mariackiego dotarli ludzie z prokuratury, a wraz z nimi ktoś, kogo komisarz Stelmach nie spodziewała się zobaczyć — kobieta w ciemnym płaszczu, ciemnych włosach spiętych w niski kok i z identyfikatorem, który Stelmach rozpoznała natychmiast. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Magdalena Szaflarska nie lubiła kościołów.
To nie było proste. Ludzie, którzy nie lubią kościołów, zazwyczaj po prostu w nich nie bywają. Omijają je tak, jak omija się restaurację, w której kiedyś dostało się zatrucia pokarmowego — odruchowo, bez dramatyzmu. Magdalena nie mogła sobie na to pozwolić. Kościoły były jej terenem operacyjnym. Przez ostatnie dziewięć lat, odkąd przeszła szkolenie w Emowie i dołączyła do Wydziału ds. Bezpieczeństwa Wewnętrznego ABW ze specjalizacją w środowiskach religijnych, odwiedziła więcej kościołów, klasztorów, kurii i sal parafialnych niż niejeden biskup. Znała topografię kościelnej władzy w Polsce lepiej niż większość księży — wiedziała, który sufragan jest na noże z metropolitą, który proboszcz prowadzi nieoficjalną działalność gospodarczą, który zakon ma kłopoty z alkoholem wśród swoich członków, a który z molestowaniem. Była w tym dobra. Może nawet za dobra.
Problem polegał na tym, że za każdym razem, gdy przekraczała próg kościoła, czuła w sobie coś, co nie miało nic wspólnego z profesjonalizmem. Zapach kadzidła, echo kroków na kamiennej posadzce, bladozłote światło przesączone przez witraże — wszystko to uruchamiało w niej mechanizm, którego nie potrafiła wyłączyć. Siedem lat w klasztorze karmelitanek bosych. Siedem lat ciszy, modlitwy, postu i absolutnego poddania regule. Wstąpiła, mając dwadzieścia jeden lat, prosto po studiach na Wydziale Prawa UJ, w akcie, który jej ówczesna przełożona, matka Aniela, nazwała łaską powołania, a który Magdalena po latach zaczęła rozumieć jako ucieczkę. Ucieczkę przed pytaniem, które nosiła w sobie od dzieciństwa jak kamień w bucie: kim była kobieta, która ją urodziła i zostawiła na progu domu zakonnego w Nowej Hucie trzydzieści osiem lat temu?
W klasztorze pytanie to nie znikło. Zmieniło tylko formę. Zamiast szukać matki biologicznej, Magdalena szukała Matki z wielkim M — Tej, która nie porzuca, nie odchodzi, nie zostawia niemowlęcia w koszyku z niebieskim kocem i karteczką, na której ktoś napisał drżącą ręką imię: Magdalena. Przez siedem lat szukała i nie znalazła. W ósmym roku odeszła, zostawiając za sobą habit, celę i regułę świętej Teresy z Ávili. Zabrała ze sobą tylko medalik Matki Bożej Szkaplerznej, który nosiła na szyi od nowicjatu.
Nosiła go do dziś.
Gdy weszła do kościoła Mariackiego tamtego październikowego poranka, medalik leżał pod jej bluzką, dotykając skóry. Magdalena poczuła jego zimny dotyk i odruchowo zacisnęła szczękę. Potem ruszyła prawą nawą w stronę konfesjonału, omijając techników kryminalistyki, komisarz Stelmach i dwóch prokuratorów, którzy stali przy filarze i rozmawiali ściszonymi głosami. Jej kroki były pewne, szybkie, bez wahania. Tak chodzą ludzie, którzy wiedzą, dokąd zmierzają i wolą nie myśleć o tym dlaczego.
— Szaflarska, ABW — powiedziała, pokazując identyfikator komisarz Stelmach. — Przejmuję koordynację.
Stelmach zmierzyła ją wzrokiem od stóp do głów. Magda znała to spojrzenie — policjanci zawsze tak patrzyli na ludzi z Agencji. Mieszanka niechęci, ciekawości i ostrożności.
— Na jakiej podstawie? — zapytała Stelmach.
— Artykuł pięć ustęp jeden ustawy o ABW. Zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa.
— Mamy martwego księdza w konfesjonale. To jest morderstwo albo zgon naturalny. Gdzie tu bezpieczeństwo państwa?
Magda nie odpowiedziała od razu. Wyciągnęła telefon, otworzyła aplikację z zaszyfrowaną pocztą i pokazała Stelmach ekran z jednym zdaniem, podpisanym przez naczelnika Wydziału. Stelmach przeczytała, kiwnęła głową z wyrazem twarzy, który mówił wyraźnie, że nienawidzi służb specjalnych i wszystkiego, co ze sobą niosą, po czym cofnęła się o krok.
— Proszę bardzo. Będziemy współpracować czy mam zabrać swoich ludzi?
— Zostańcie. Potrzebuję waszych techników i pani notatek. Ale raport końcowy idzie do mnie.
Stelmach wzruszyła ramionami.
— Muszę wiedzieć jedno. Znaliście tego księdza?
Magda spojrzała na ciało w konfesjonale. Andrzej Cisek. Siedemdziesiąt dwa lata. Doktor teologii, prałat, kawaler orderu papieskiego Pro Ecclesia et Pontifice, przez piętnaście lat sekretarz prymasa Polski, autor trzech książek o teologii moralnej — jednej z nich Magda używała jako podręcznika podczas studiów prawniczych, bo profesor od prawa kanonicznego umieścił ją na liście lektur uzupełniających. Znała jego nazwisko, znała jego twarz ze zdjęć, ale nigdy go nie spotkała osobiście. W bazie danych ABW figurował jako osoba o niskim priorytecie — emerytowany hierarcha bez aktywnego wpływu na bieżącą politykę kościelną. Nic, co mogłoby uzasadniać interwencję Agencji.
Ale to jedno słowo na kartce — JERUZALEM — zmieniło wszystko.
— Znaliśmy go — odpowiedziała Magda. — Peryferyjnie. Dlaczego pani pyta?
— Bo ten człowiek nie wszedł tu sam o szóstej rano. Kościół był zamknięty od ósmej wieczorem. Zakrystian potwierdza, że sprawdził wnętrze. A ten ksiądz siedzi w konfesjonale, ubrany, ogolony, z portfelem w kieszeni i różańcem w dłoni, jakby przyszedł na spowiedź. Ktoś go tu wprowadził, posadził i zostawił. Albo ktoś go tu zabił i ustawił jak lalkę. Tak czy inaczej, ta osoba miała klucze.
— Ile osób ma klucze do kościoła?
— Sprawdzam. Zakrystian mówi o czterech kompletach. Jeden jego, jeden proboszcza, jeden u biskupa, jeden zapasowy w zakrystii.
Magda skinęła głową i podeszła bliżej konfesjonału. Przyjrzała się twarzy Ciska. Spokojna, bez wyrazu bólu czy zaskoczenia. Jeśli umarł w wyniku przemocy — a ślad po nakłuciu pod uchem sugerował coś w tym rodzaju — to sprawca zadbał, aby śmierć wyglądała jak sen. To nie było działanie amatorskie. To wymagało wiedzy medycznej i zimnej głowy. Ktoś podszedł do siedemdziesięcioletniego prałata na tyle blisko, by wbić mu igłę w szyję, i zrobił to z precyzją, która nie zostawiła żadnego śladu walki.
Magda sięgnęła do kieszeni płaszcza i włożyła lateksowe rękawiczki. Potem uklękła przy konfesjonale i zajrzała pod siedzenie. Nic. Sprawdziła boczne przegrody. Na klęczniku lewej przegrody — tej przeznaczonej dla penitenta — leżała drobna rzecz, którą technicy najwyraźniej przeoczyli lub jeszcze nie zdążyli zdjąć. Mały, prostokątny kawałek kartonu, wielkości wizytówki. Magda podniosła go ostrożnie.
Na jednej stronie — nic. Na drugiej, tym samym starannym pismem, co słowo JERUZALEM na kartce znalezionej w kieszeni płaszcza: liczba. Tylko cyfry.
1987.
Magda obróciła kartonik w palcach. Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt siedem. Rok. Data. Może numer. Może szyfr. Cztery cyfry, które same w sobie nie znaczyły nic, ale w połączeniu ze słowem Jeruzalem tworzyły kombinację, od której Magdzie zrobiło się chłodno.
Wstała i odwróciła się do Stelmach.
— Potrzebuję pełnej dokumentacji fotograficznej konfesjonału, obu przegród i każdego centymetra posadzki w promieniu trzech metrów. Potrzebuję sekcji zwłok w trybie pilnym, z pełną toksykologią — wszystkie grupy substancji, łącznie z peptydami i alkaloidami. I potrzebuję listy wszystkich osób, które kontaktowały się z prałatem Ciskiem w ciągu ostatnich trzydziestu dni.
— Trzydziestu? — Stelmach uniosła brwi.
— Trzydziestu.
— Nie chce pani zacząć od ostatnich czterdziestu ośmiu godzin, jak normalni ludzie?
Magda nie odpowiedziała. Patrzyła na ołtarz Wita Stwosza, który właśnie zaczął łapać pierwsze promienie światła wpadające przez wschodnie witraże. Złoto, błękit, szkarłat — kolory rozkładały się na kamiennej posadzce jak liturgiczne szaty. Przez ułamek sekundy Magdalena Szaflarska nie była oficerem ABW stojącym nad ciałem zamordowanego księdza. Była dwudziestodwuletnią nowicjuszką klęczącą w kaplicy klasztoru karmelitanek bosych, z czołem opartym o zimne drewno ławki, modlącą się o łaskę, której nigdy nie otrzymała.
Potem ten moment minął i wróciła do siebie — twardej, analitycznej, skupionej.
— Proszę też o zabezpieczenie monitoringu ze wszystkich kamer w promieniu dwustu metrów od kościoła. Za ostatnie siedemdziesiąt dwie godziny.
— To mogę zrobić — powiedziała Stelmach. — Ale musi mi pani powiedzieć, czego szukamy. Bo ja mam martwe ciało i ślad po igle. A pani przychodzi z identyfikatorem ABW i twarzą kogoś, kto wie więcej, niż mówi.
Magda spojrzała na nią. Miała ochotę powiedzieć prawdę — że nie wie prawie nic, że słowo JERUZALEM pojawiło się w starej, archiwalnej notatce z lat dziewięćdziesiątych, którą czytała dwa lata temu, przeglądając materiały dotyczące infiltracji polskich środowisk kościelnych przez służby PRL, i że tamta notatka była tak enigmatyczna, iż nikt w Wydziale nie potraktował jej poważnie. Nazwa grupy, niepotwierdzona, kilka pseudonimów, wzmianka o jakimś projekcie. Nic konkretnego. Nic, co uzasadniałoby oderwanie oficera operacyjnego od bieżących spraw.
A jednak — teraz to słowo leżało na kartce w kieszeni martwego prałata, w konfesjonale kościoła Mariackiego, o świcie.
— Szukamy kogoś, kto zabija cicho — powiedziała w końcu Magda. — I wie, jak się poruszać w kościele.
O dziesiątej rano Magda siedziała w samochodzie zaparkowanym na ulicy Mikołajskiej i rozmawiała przez telefon z pułkownikiem Markiem Soszyńskim. Rozmowa była krótka i nieprzyjemna, jak większość rozmów z Soszyńskim.
Soszyński miał głos, który brzmiał jak szlifierka do betonu — chropowaty, niski, pozbawiony modulacji emocjonalnej. Mówił krótkimi zdaniami i nie znosił, gdy ktoś odpowiadał mu pełnymi.
— Cisek nie żyje — powiedziała Magda.
— Wiem. Dostałem informację godzinę temu. Co masz?
— Ślad po nakłuciu pod uchem. Prawdopodobnie trucizna, czekamy na toksykologię. I kartkę ze słowem Jeruzalem w kieszeni płaszcza.
— Jeruzalem. — Soszyński powtórzył to słowo tonem, który u innego człowieka wyrażałby zaskoczenie, ale u niego oznaczał jedynie, że przetwarza informację. — To z akt Kruka?
— Tak. Notatka z dziewięćdziesiątego trzeciego. Kapitan Kruk prowadził rozpracowanie środowiska byłych dysydentów kościelnych. Natrafił na wzmiankę o grupie używającej tej nazwy. Projekt został zamknięty w dziewięćdziesiątym piątym z powodu braku materiału operacyjnego.
— A teraz ten materiał siedzi martwy w konfesjonale. Cisek był na liście Kruka?
— Peryferyjnie. Jako kontakt drugiego stopnia.
— Kto jeszcze jest na tej liście?
— Sprawdzam. Większość osób z notatki Kruka albo nie żyje, albo nie figuruje w żadnych aktualnych bazach. To byli ludzie z lat osiemdziesiątych — duchowni, historycy, archiwiści. Wymarli albo wyemigrowali.
— Znajdź tych, którzy nie wymarli. I dowiedz się, czym to Jeruzalem naprawdę było. Bo jeśli ktoś zaczyna zabijać starych księży i zostawia wizytówki z nazwami konspiracyjnych grupek z PRL-u, to albo mamy wariata z obsesją historyczną, albo coś, co się właśnie budzi.
— Jest jeszcze data — powiedziała Magda. — Na osobnej kartce, przy konfesjonale. Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty siódmy. Prawdopodobnie rok.
Cisza. Soszyński milczał przez pięć sekund, co w jego wykonaniu było odpowiednikiem głośnego przekleństwa.
— Osiemdziesiąty siódmy — powtórzył. — Rok przed Okrągłym Stołem. Trzecia pielgrzymka papieska. Wyrok na Popiełuszkę dwa lata wcześniej. Co mogło się wydarzyć w osiemdziesiątym siódmym, co kogoś tak interesuje teraz?
— Jeszcze nie wiem.
— To się dowiedz. I Szaflarska — jedna rzecz. Ten prałat Cisek miał koneksje. Znał ludzi na szczytach. Jego śmierć, jeśli się okaże, że to morderstwo, będzie sprawą polityczną. Kuria będzie się bronić. Media będą szaleć. Potrzebuję, żebyś trzymała to nisko i cicho. Żadnych konferencji, żadnych przecieków. Raport do mnie osobiście, raz dziennie, zaszyfrowany.
— Rozumiem.
— I jeszcze jedno. Jeśli ta sprawa dotknie kogoś na górze — mówię o naprawdę wysoko — to chcę wiedzieć pierwszy. Przed prokuraturą, przed ministrem, przed kim bądź. Jasne?
— Jasne.
Soszyński rozłączył się bez pożegnania, co było jego standardowym sposobem kończenia rozmów. Magda odłożyła telefon na siedzenie pasażera i przez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc przez szybę na ulicę Mikołajską. Ludzie szli do pracy, do kawiarni, do szkół. Normalny krakowski poranek. Nikt nie wiedział, że w konfesjonale kościoła Mariackiego leży ciało człowieka, który prawdopodobnie został zamordowany z chirurgiczną precyzją. Nikt nie wiedział, że w kieszeni tego człowieka znajdowało się słowo, które mogło być kluczem do czegoś, co wydarzyło się ponad trzydzieści lat temu.
A Magdalena Szaflarska nie wiedziała jeszcze — nie mogła wiedzieć — że to słowo, ta data i to martwe ciało w konfesjonale są początkiem drogi, która zaprowadzi ją do odpowiedzi na pytanie, które nosiła w sobie od trzydziestu ośmiu lat.
Zacisnęła palce na kierownicy. Pod bluzką medalik dotykał jej skóry.
Jeruzalem, pomyślała. Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt siedem.
Co wyście zrobili?
Przekręciła kluczyk w stacyjce i włączyła się do ruchu. Przed nią było kilkadziesiąt godzin pracy, setki stron akt do przejrzenia, dziesiątki rozmów do przeprowadzenia. Gdzieś w tym mieście — a może poza nim — była osoba, która zabiła prałata Ciska i zostawiła po sobie dwa komunikaty: nazwę i datę. Wiadomość, którą ktoś miał odczytać. Może policja. Może ABW. A może ktoś zupełnie inny — ktoś, kto wiedział, czym jest Jeruzalem i co wydarzyło się w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym.
Magda miała zamiar znaleźć i jedno, i drugie. I nie zamierzała pytać o pozwolenie.
Wieczorem tego dnia, w rezydencji metropolity krakowskiego przy ulicy Franciszkańskiej, arcybiskup Henryk Jaworski stał przy oknie swojego gabinetu na pierwszym piętrze i patrzył na ciemną ulicę. Miał na sobie czarną sutannę, piuskę i wyraz twarzy, który jego najbliżsi współpracownicy określaliby, jako skupiony, ale który w istocie był maską zakrywającą coś znacznie bardziej pierwotnego. Strach.
Na biurku za nim leżał telefon, z którego pięć minut wcześniej usłyszał wiadomość: prałat Andrzej Cisek nie żyje, znaleziony w kościele Mariackim, okoliczności wyjaśniane.
Arcybiskup Jaworski zamknął oczy. Za zamkniętymi powiekami zobaczył twarz Ciska — nie tę starą, pomarszczoną, z dzisiejszych czasów, ale młodą, z lat osiemdziesiątych, z tamtych wieczorów w piwnicy pod kościołem świętego Marcina, gdzie kilkunastu ludzi w świetle świec planowało coś, co miało zmienić Kościół, a skończyło się, jako najlepiej strzeżona tajemnica ich życia.
Jeruzalem.
Henryk Jaworski otworzył oczy, odsunął się od okna i podszedł do biurka. Otworzył dolną szufladę, sięgnął pod stos dokumentów i wyciągnął starą, pożółkłą kopertę, której nie otwierał od lat. Trzymał ją w dłoniach przez długą chwilę, ważąc ją jak relikwiarz. Potem schował ją z powrotem, zamknął szufladę na klucz i usiadł w fotelu.
Jeśli Cisek nie żyje — pomyślał — to ktoś wie.
I jeśli ktoś wie o Cisku, to wie i o mnie.
Arcybiskup metropolita krakowski, człowiek, którego nazwisko wymieniano szeptem jako przyszłego polskiego kandydata na papieża, sięgnął po różaniec leżący na biurku i zaczął się modlić. Ale tym razem — po raz pierwszy od lat — słowa modlitwy nie przynosiły ukojenia. Brzmiały pusto jak kroki w pustym kościele.
Za oknem Kraków tonął w ciemności. Na wieży Mariackiej hejnalista zagrał ostatni hejnał dnia, urwany w połowie frazy, jak zawsze — na pamiątkę tatarskiej strzały, która przeszyła gardło trębacza siedemset lat temu.
Niektóre rany, pomyślał arcybiskup, nigdy się nie zamykają.
Schował różaniec do kieszeni sutanny i sięgnął po telefon. Wybrał numer, którego nie wybierał od ponad dekady. Numer z rzymskim prefiksem. Czekał sześć sygnałów. Potem usłyszał głos — kobiecy, niski, spokojny, z lekkim akcentem, który mógł być zarówno polski, jak i włoski.
— Henryk — powiedział głos. Nie pytanie. Stwierdzenie. Jakby właścicielka głosu wiedziała, że zadzwoni. Jakby czekała.
— Ireno — odpowiedział arcybiskup. — Cisek nie żyje.
Cisza. Potem:
— Wiem.
I w tej jednej sylabie — wiem — było wszystko to, czego arcybiskup Jaworski się obawiał. Pewność. Kontrola. I absolutny brak zaskoczenia.
Połączenie zostało przerwane.
Arcybiskup odłożył telefon i przez długi czas siedział nieruchomo w ciemnym gabinecie, słuchając ciszy, która wypełniała rezydencję. Gdzieś w głębi budynku zegar wybił jedenastą. Na ulicy Franciszkańskiej przejechał samotny tramwaj. W krypcie katedry wawelskiej, pięćset metrów dalej, za zamurowaną ścianą, w ciemności absolutnej i nieprzerwanej od trzydziestu sześciu lat, leżał kamienny sarkofag, o którego istnieniu wiedziało coraz mniej żywych ludzi.
Po tej nocy miało ich być jeszcze mniej.