Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Święte potwory - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 czerwca 2026
43,99
4399 pkt
punktów Virtualo

Święte potwory - ebook

Poznajcie finał powieści „Mali złodzieje”!

Nie każdy potwór rodzi się z ciemności. Niektóre powstają z tego, w co ludzie wierzą najbardziej.

Dawno, dawno temu dziewczyna, która zbudowała swoje życie na kłamstwach, stworzyła legendę większą od siebie. Tak narodziła się opowieść o Fenigowej Zjawie, o której jedni szeptali z nadzieją, a inni z lękiem. Teraz ta legenda zaczęła zwracać się przeciwko niej.

Kiedy na cesarskich dworach dochodzi do serii brutalnych morderstw, karmiony plotką i strachem kraj coraz bardziej wierzy w winę Fenigowej Zjawy. Śmierć Błogosławionej Cesarzowej wywołuje panikę, a Vanja zostaje wciągnięta w śledztwo, od wyniku którego zależy jej dobre imię i bezpieczeństwo jej bliskich. Choć przysięgała, że będzie działać sama, dla swojego dobra i dobra cesarstwa, musi połączyć siły z prefektem, któremu kiedyś złamała serce…

Krwawa intryga, magia i potwór mający jej twarz zmuszają Vanję do walki z legendą, jaką sama stworzyła. Jeśli nie powstrzyma narastających oskarżeń, straci nie tylko swoje imię, lecz także wszystko, o co do tej pory walczyła.

Dawno, dawno temu czytelnicy pokochali baśń o niepokornej dziewczynie. Teraz ta baśń dobiega końca w wyczekiwanym finale trylogii „Mali złodzieje”. Jesteście gotowi go poznać?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8399-567-0
Rozmiar pliku: 5,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Dawno, dawno temu, u samego zarania wiosny, na najsamotniejszej ścieżce w lesie córka Śmierci i Fortuny dotarła do rozstaja dróg.

Sama wybrała dla siebie tę samotność, sama narzuciła sobie ten wybór. Przez dwa tygodnie jechała wraz z Dzikim Gonem, spłacając dług i uciekając przed największą, najgorszą ze swoich zbrodni. Gdy odsłużyła już wymagany czas, Brunne Łowczyni okazała się na tyle szczodra, żeby zostawić ją w wybranym przez nią miejscu, jeśli tylko będzie ono leżało w domenie Łowczyni.

Ale jeśli córka Śmierci i Fortuny zdążyła czegokolwiek się nauczyć, to tego, że trudno jej utrzymywać więzy.

Nie potrafiła powiedzieć Łowczyni, dokąd ma ją zabrać, nawet gdy już zbliżał się świt. Zatem Brunne zostawiła ją tutaj, na rozstaju dróg.

Boska córka dostrzegała ironię sytuacji.

Stała w rzednącym półmroku lasu pod nefrytowym niebem, tonąc w szmerze liści poruszanych łagodnym wiatrem, trącana ptasimi śpiewami. Ciągnęły ją obie drogi, lecz musiała wybrać jedną z nich.

Szlak prowadzący na wschód doprowadziłby ją do Rammelbecku, gdzie odnalazła swoje powołanie. Nie brakowało drobnych despotów, którzy wykorzystywali bezbronnych i za pomocą luksusowych przywilejów osłaniali się przed konsekwencjami. Doprowadziłby ją do nowego początku: możliwości dalszego wykorzystywania szemranych talentów, by mogła wdzierać się do złotych kokonów tych ludzi. By mogła stać się mściwym duchem wszystkich tych, których zawiodło prawo.

Ale…

Droga na zachód zawiodłaby ją do Helligbrücke.

Do Helligbrücke, gdzie znalazłaby chłopca, który oddał jej wszystko – swoje zaufanie, swoją miłość, swoje ciało w łóżku, które dzielili – ona zaś porzuciła go z powodów, które, jak nie przestawała sobie powtarzać, były słuszne, a jednak tak gorzkie, że aż paliły. Mentorka chłopca zamierzała wykorzystać dziewczynę przeciwko niemu, żeby musiał wybierać pomiędzy nią a swoim marzeniem o tym, żeby zostać prefektem. I dziewczyna rozumiała, że cokolwiek by zrobiła, zawsze byłaby niczym rozkopany grób, w który on mógłby wpaść.

„Czegokolwiek dotknie, to popada w ruinę” – powiedziała przed laty jej matka, dziewczyna odcięła się zatem od chłopca, zanim zgnilizna zdążyłaby się rozprzestrzenić.

Ale przez minione dwa tygodnie zastanawiała się… Czy to na pewno było najlepsze rozwiązanie? Po prostu zniknąć, zamiast kazać chłopcu, by stawił czoła brutalnym prawdom, których oboje raczej powinni unikać? Czy pozwoliłby jej odejść? Albo, co gorsza, czy nalegałby, żeby została? I czy ona sama by to zniosła, skoro pozwoliła już, żeby oddał jej wszystko, co miał?

Córka Śmierci i Fortuny stała na rozstaju dróg, zaś okrutne światło dnia pęczniało, wykrwawiając się zza horyzontu. Rozważała, zastanawiała się, zmagała ze sobą. I w końcu…

Ruszyła na zachód, w stronę Helligbrücke.

Kilka dni później, o zmierzchu, chłopiec, którego kochała, otworzył drzwi swojego pokoju i ujrzał ją siedzącą na parapecie otwartego okna.

Opowiedziała mu wszystko. Kłócili się, płakali, ustępowali sobie, wyciągali do siebie ręce, zaś poranek, gdy nadszedł, zastał ich w jednym łóżku. Tak samo stało się kolejnego poranka i jeszcze jednego, aż dni przeszły w tygodnie i w miesiące.

Były rozmowy, spory, niepewne sojusze. Ona zaczęła pomagać w rodzinnym warsztacie introligatorskim, gdzie uczyła się zszywać składki papieru i wybijać wzory na skórze. On poprosił swoich zwierzchników, żeby przydzielali mu wyłącznie sprawy oddalone nie więcej niż o tydzień drogi od Helligbrücke, zaś gdy koledzy odciągali go na bok, udzielał im tylko krótkich odpowiedzi: „Tak, to ona była _Pfennigeist_. Nie, już nią nie jest. Nie, nie martwi mnie to”.

Nigdy nie komentował ani jednym gorzkim słowem, gdy omijały go awanse, gdy szepty ścigały ich na ulicy, gdy do rozwiązania sprawy innego prefekta oddalonego o pół cesarstwa wystarczało mu zaledwie przeczytać wstępny raport, a potem musiał czekać, żeby przekonać się, czy nie została zanadto spartaczona. Ona jednak wszystko wyczuwała, odczytywała to w zmarszczkach otaczających jego usta, w napięciu jego barków, gdy każdego wieczora całował ją w czoło przed zdmuchnięciem świecy stojącej na stoliku nocnym przy ich łóżku.

Nigdy nie odcięła nikomu sakiewki ani nie chowała kart w rękawach, chyba że chodziło o pokazanie sztuczki siostrzeńcom i bratankom, nawet już tak wiele nie kłamała. Nieszczególnie dobrze szło jej introligatorstwo, ale lubiła jego rodzinę, lubiła ich klientów, takie życie było spokojne i szczere. Wystarczało jej.

(I to właśnie było kłamstwo).

Dostrzegał to za każdym razem, gdy jej spojrzenie padało na dworzanina w zdobnej liberii, na wspaniałe powozy przetaczające się obok żebrzących dziewcząt, a nawet na bliznę widniejącą na horyzoncie za Helligbrücke.

Oboje wyczuwali powietrze wyczerpujące się w trumnach, w których oboje żywcem pogrzebali swoje marzenia. Mimo to żadne z nich nie było gotowe sięgnąć po łopatę – bo mogłoby to oznaczać, że zawali się grunt, na którym stali.

Nawet gdy centymetr po centymetrze, dzień za dniem, rok za rokiem te groby osuwały się w zapadliska.

Ale to nie jest moja opowieść. Nie takiego wyboru dokonałam.

Nie tak się ona kończy.

Gdy z sercem tak straszliwie wyczerpanym po dwóch tygodniach niekończącego się wyżymania stanęłam na rozstaju dróg, wreszcie postanowiłam pójść na… wschód. By nawiedzać tych, których nie mogło tknąć prawo. By podążyć ścieżką, która zaczęła się od błagań świętej, a skończyła na zaprzężeniu sprawiedliwości do naprawiania szkód, nie tylko do karania przestępców. By zacząć od Rammelbecku i wyszarpać Błogosławionemu Cesarstwu Almandu wszystko to, co zdołam.

I niełatwo szło mi się tą ścieżką. Kilka tygodni później ruszy­łam do Helligbrücke, desperacko pragnąc znów ujrzeć Emerica. Obserwowałam z tylnych szeregów tłumu, jak otoczony znajomymi i rodziną był wyświęcany na najmłodszego prefekta w dziejach.

Prefekta związanego złożoną przysięgą, żeby mnie odszukać i powstrzymać.

Wciąż nie umiałabym powiedzieć wam, czy dokonałam właściwego wyboru, kiedy porzuciłam go tamtego dnia w maju.

Ale w chwili jego wyświęcenia serce znowu mi pękło, ponieważ wiedziałam, że znalazł się tam, gdzie było mu pisane. W cesarstwie tkwiła dziura, do której w każdej godzinie wpadały dziewczęta takie jak ja. Jedynie ktoś taki jak on był gotów wyciągnąć rękę, żeby je złapać.

Zaś tam, gdzie kończył się jego zasięg, zaczynała się moja ścieżka.

Zatem tamtego dnia, w dzień przesilenia letniego, po raz trzeci i ostatni odwróciłam się od niego i uciekłam. Pogrzebałam swoje serce na rozstaju dróg i zamiast niego sięgnęłam po zjawę.ROZDZIAŁ 1

DOM ŚMIERCI

Minęło niemal szesnaście miesięcy, odkąd wybrałam tę drogę i dzięki sprytowi oraz oszustwom zaszłam na tyle daleko, że ludzie znali mnie teraz głownie jako _Pfennigeist_.

Stuk, stuk. Wózek katafalkowy, w którym akurat się ukrywałam, ruszył po łupkowych płytach pokrywających podłogę kaplicy, koła zajęczały, a fałdy porządnej białej lnianej taniny zafalowały ze wszystkich stron. Postarałam się powstrzymać jęknięcie, gdy poczułam w kończynach ból, a później włożyłam jeszcze większy wysiłek w próby powstrzymania odrazy wywołanej faktem, że ta fucha miała być prosta.

Chodziło tylko o jeden pierścień. Owszem, jeden, ale wystawiony publicznie tu, w świątyni Śmierci w Lüdz, przez dziesięć dni, zatem moje jedyne okienko czasowe rozciągało się pomiędzy upierdliwą dwugodzinną uroczystością żałobną a upiornymi obrzędami grzebalnymi, ku którym właśnie się toczyliśmy.

Jeden pierścień, tyle że wciąż tkwiący na palcu zmarłego _prinz-wahl_ Ludwiga von Wälfta, który leżał wystrojony jak na odpust ledwie pół metra nade mną.

Jeden pierścień, na którego kradzież z jego obrzydliwego i głupiego trupa będę miała minutę, gdy dotrzemy do końca tej pochylni, zanim zrobi to ktoś inny.

I tak szczerze – bliskość zwłok wcale nie stanowiła najpaskudniejszego elementu. Książę Ludwig był poniekąd błaznem. Nasze ścieżki pierwszy raz przecięły się w Dänwiku dwa kwietnie temu, gdy dla bardzo wkurzonego świętego musiałam wykraść będący w jego posiadaniu relikt, a potem była już tylko równia pochyła. Jeśli oceniać po mdłych, pustych panegirykach o „zasługach dla domu Wälft” i „człowieku kierującym się obowiązkiem i honorem”, chyba nawet jego rodzina nie był pogrążona w szczególnej żałobie.

Co gorsza, czułam, że kończyny mam albo ogarnięte skurczami, albo zupełnie omdlałe po tym, jak musiałam tu sterczeć przez całą tę przeklętą przez bóstwa uroczystość, zaś jeśli dwóch akolitów pchających wózek nie raczy się pospieszyć, to pewnie zaraz odpadnie mi noga.

I właśnie to miało być proste. Ale jeśli czegoś można się spodziewać po rodach panujących, to niepotrzebnych komplikacji.

Wózek znowu zadrżał, pokonując solidną szczelinę pomiędzy płytami. Krzykliwe ozdoby Ludwiga pobrzękiwały makabrycznie. Być może powiem matce chrzestnej Śmierci, że jej świątyni w Lüdz przydałoby się świeże spoinowanie podłóg. Ale to później. Zawsze stawała się oziębła, gdy _Pfennigeist_ wdzierała się na jej teren, i choć trupa obrabiałam po raz pierwszy, wątpiłam, czy potraktuje mnie uprzejmie za to, że robię to pod jej dachem. (Na co mogę odpowiedzieć, że po prostu ma pecha. Dwa lata wcześniej przeszłyśmy niemal przez to samo z matką chrzestną Fortuną. Przebywałam w domu Śmierci, więc dopóki tylko uznawała mnie za córkę, również w swoim).

Z tyłu cichły pomruki rozchodzącego się tłumu. Dotarliś­my już niemal na miejsce. Musieliśmy tylko dotrzeć do komnaty na końcu tego długiego, pochyłego korytarza. Później akolici odejdą, żeby przygotować kolejny (serio przerażający) etap obrzędów pogrzebowych domu Wälft, i właśnie wtedy ruszę do działania.

Tor jazdy wózka się wyrównał. Po jeszcze jednej upierdliwej płycie zatrzymaliśmy się, a czarne rąbki szat akolity zamiotły podłogę.

– Co za banda dupków – mruknął pod nosem.

Jego partner westchnął.

– Przyzwyczaisz się. A teraz chodź, ustawimy piłę.

Nie wiedziałam, czy przesunął się po mnie cień, czy też pomiędzy mną a lnianym całunem przemknął węgielny pył – ostrzeżenie Fortuny, gdy moje szczęście obracało się w pecha.

Dostałam odpowiedź, kiedy moja otępiała lewa stopa z cichym łupnięciem zsunęła się przez krawędź wózka.

– Co to było? – Pierwszy akolita zatrzymał się nagle.

Całkowicie znieruchomiałam.

– Chyba coś jest nie tak z wózkiem.

Drugi akolita się nie zatrzymał.

– Po prostu jest obciążony złotem.

– Hmm.

Pierwszy był po mojej prawej, ale zaraz potem kroki obu zaczęły mnie okrążać. Usłyszałam rumor i skrzypienie ciężkich drzwi otwierających się w pobliżu. Zaryzykowałam i wciągnęłam pozbawioną czucia stopę z powrotem na dolną platformę, siłą woli zmuszając tkaninę, żeby się nie poruszyła. Pierwszy akolita przystanął w rogu.

– Później – odezwał się drugi, któremu byłam teraz winna życie. – Chcą, żeby w ciągu godziny wystawić posąg.

Pierwszy odsunął się, szurając stopami. Drzwi się zatrzasnęły, ale dalej wstrzymywałam oddech, nasłuchując ich milknących głosów. Dopiero gdy zrobiło się cicho, wysunęłam głowę. Zostałam sama z trupem.

Chciałabym móc powiedzieć, że wydostałam się z wózka z kocią gracją, jednak wyglądało to raczej tak, jakby budyń spadał ze stołu. Gdy się wyturlałam, poczułam pod dłońmi piekący chłód płyt podłogi, ale nawet jeśli zimno przeniknęło też przez moje bryczesy, nie poczułam tego, bo odrętwiałe nogi zachowywały się teraz jak niewypieczone ciasto.

Nie miałam czasu czekać, aż odzyskam czucie. Podniosłam się z trudem, zaraz straciłam równowagę i wyciągnęłam gwałtownie rękę, żeby przytrzymać się wózka…

Tyle że poniewczasie uświadomiłam sobie, że pociągnęłam za ceremonialny strój żałobny Ludwiga. Ciało wydało z siebie smrodliwy bulgot, a potem zaczęło zsuwać się przez krawędź.

– Och, _scheit_ – zaświszczałam i zorientowałam się, że staram się jednocześnie rozruszać nogi i powstrzymać martwego księcia-elektora przed rozlaniem się na mnie.

Dwie złote monety leżące na jego oczach spadły z głuchymi brzęknięciami. Zdołałam podeprzeć się na sztywnym kolanie i wepchnąć go z powrotem na wózek. Łzy napłynęły mi do oczu, gdy doszło do kolejnej… emisji. Ludwig zmarł trzeciego września, ponad tydzień wcześniej, ale rytuały Śmierci pozwoliły zachować go w niezmienionym stanie, dopóki leżał w jej świątyni. Niestety dla nas wszystkich działanie obrzędów dobiegło końca tuż przed pogrzebem i we flakach już zaczął gromadzić mu się gaz.

Schowałam złote monety do kieszeni, chwiejnie stanęłam na nogach i rozejrzałam się dookoła: kamienne ściany, łuk prowadzący do długiej rampy, po prawej szerokie drzwi, za którymi zniknęli akolici, po lewej węższe, z czwartej strony ślepy zaułek. Miałam tylko kilka minut, zanim wrócą akolici.

Podeszłam do węższych drzwi i otworzyłam je szarpnięciem. Znajdował się za nimi schowek z półkami zapełnionymi zapasowymi czarnymi szatami akolitów, kaftanami roboczymi, pudełkami ze świecami na Widmowy Szabas przypadający w przyszłym miesiącu i innymi rupieciami.

Nasunęłam szatę na prostą szarą koszulę i bryczesy, strzepnęłam rąbki, naciągnęłam kaptur i zamknęłam drzwi schowka, po czym wróciłam do zwłok Ludwiga. Większość jego ozdób pogrzebowych była niestety zbyt nieporęczna albo zbyt rzucała się w oczy, żeby je podwędzić. Na palcach miał jednak mnóstwo złotych pierścieni, o wiele więcej niż tylko ten, o który mi chodziło, a nigdy nie stroniłam od przydzielania sobie premii. Podwinęłam rękawy, chwyciłam go za nadgarstek – i spotkałam się z zaskakującym oporem.

Zmarszczyłam brwi. Zwłoki wciąż musiały znajdować się w stanie stężenia pośmiertnego, gdy poddawano je obrzędom konserwacyjnym, ale ręce leżały skrzyżowane na piersi w pozie grzebalnej. Musiano je tak ustawić, zanim zesztywniały.

Całkiem możliwe, że ktoś starał się nadać mu ciut więcej godności po śmierci. Uznałam to za dziwne, ale niewarte tracenia czasu. Zabrałam się znów do pracy.

Zaś matka chrzestna Śmierć postanowiła, że zabrnęłam o jeden most za daleko.

– Chyba już o tym rozmawiałyśmy, Vanju – oznajmiła lodowatym tonem za moimi plecami. – To kwestia szacunku.

Westchnęłam, po czym położyłam złote monety z powrotem na powiekach Ludwiga.

– Wiesz przecież, że nie o to mi chodziło.

Nie odpowiedziałam, sortując pierścienie na tanie i fajne.

– Nie zamierzasz się do mnie odzywać? – Śmierć pojawiła się przede mną i choć jej oblicze wciąż pokazywało twarze umierających w tym momencie osób, na każdej z nich widniał wyryty gniew. – Będziesz tak po prostu udawać, że mnie tu nie ma?

Podniosłam ciężką błyskotkę ze złota wysadzanego topazami, a potem wskazałam trupa i swoje usta, przekazując tym gestem, że jestem zajęta.

– Och, jesteś zbyt zajęta, jak widzę. – W głosie Śmierci słychać było jeszcze silniejsze rozdrażnienie.

Poddałam się i zdecydowałam na szept:

– Twoi akolici mogą nas usłyszeć.

– Może powinnaś była wziąć to pod uwagę, zanim postanowiłaś obrabować zmarłego w mojej świątyni – warknęła Śmierć, machając dłonią, za którą popłynął dym ze stosu pogrzebowego. Pomieszczenie zostało zamknięte w kokonie ciszy. – Załatwione. I wydawało mi się, że wyraziłam się jasno, Vanju. Moja domena jest dla ciebie niedozwolona.

– To jest… – zaczęłam nakładać tanie pierścienie z powrotem, żeby nazbyt nagie palce trupa nie zdradziły, że przy nim buszowałam – kwestia osobista. Pamiętasz Benna?

– Owszem – odparła Śmierć i w tym samym momencie knykieć strzelił nieprzyjemnie.

– Wiem, że go nie lubiłaś…

– Nie byłam mu niechętna – zaprotestowała. – On po prostu… nie pasował do ciebie tak jak inni zalotnicy.

– Możesz powiedzieć „Emeric” – wycedziłam. Śmierć unios­ła dłonie, a ja jedynie skrzywiłam się gniewnie. – No wiesz, większość rodziców byłaby szczęśliwa, że ich córka upolowała sobie księcia.

– Większość córek wiedziałaby, że… polują właśnie na księcia. – Pauza zrobiona przez Śmierć ociekała namaszczeniem.

Wzdrygnęłam się. Zaczęliśmy całkiem przyzwoicie zeszłego sierpnia jako wyluzowany barman i jego ponura, tajemnicza klientka. Chciałabym móc powiedzieć, że skończyliśmy też przyzwoicie, ale po tym, jak Zakon Prefektów Boskich Sądów przyłapał Ludwiga na praniu pieniędzy, książę postanowił, że załatwi sobie dziedzica, dopóki może to zrobić legalnie… i że nada się do tego Benno, syn z nieprawego łoża, którego zaniedbywał przez niemal dwadzieścia lat.

Padł najprostszy argument za zerwaniem w historii związków międzyludzkich: „Tak naprawdę jestem księciem”. Serio, członek jednego z rodów panujących? Dajcie spokój, mam przecież gust. Reszta przebiegła w miarę standardowo: wrzaski, osobiste docinki, ja wychodząca przez okno na drugim piętrze.

– Powiedz mi, że nie okradasz martwego ojca swojego byłego kochanka tylko dla błahej zemsty. – Śmierć nie brzmiała jak szczególnie udobruchana.

Rzuciłam jej nieco skrzywdzone spojrzenie.

– Jeśli już dokonuję zemsty, to nie zadowalam się błahą.

– Jeśli już dokonujesz zemsty – rzekła ostrzegawczo – nie powinno się to odbywać w imię _Pfennigeist_.

Najgorsze, że była to prawda. _Pfennigeist_ skakała po całym Błogosławionym Cesarstwie Almandu od zeszłego maja, ujawniając skorumpowanych urzędników, zwracając skradzione pamiątki rodowe, wyciągając zaległe wynagrodzenia od chciwych pracodawców – tego typu rzeczy. W sumie to powstał już cały system. Wnioskodawca udawał się pod Ołtarz Hazardzisty w najbliższej kaplicy Fortuny, zostawiał czerwonego feniga i modlił się o pomoc. Jeśli do następnego ranka fenig zniknął, wnioskodawca wiedział, że został wysłuchany.

Ale wspólny wątek modlitw doczekujących się odpowiedzi wyglądał tak: pomagałam ludziom, którzy nie mieli dokąd pójść. Których zawiedli wszyscy ci, co mieli ich chronić. Którzy stali się ofiarami, bo nie mieli jak się bronić.

Innymi słowy: przeciwieństwo członkini jednego z rodów panujących, która zeszłej soboty zostawiła feniga na Ołtarzu Hazardzisty w Lüdz, prosząc mnie, żebym ograbiła trupa.

Wskazałam na jeden pierścień, który zostawiłam nietknięty. Był ohydny, uformowany na kształt złotej głowy ogara z żółtym diamentem zaciśniętym w zębach.

– To sygnet domu Wälft. Benno potrzebuje go do formalnej ceremonii koronacyjnej, ale jeśli zaginie, uroczystość przesunie się aż do czasu po Karnevalu i w tym czasie poszukają zastępstwa. Ciotka Benna chce, żeby to jej syn Waldemar został księciem-elektorem, i zapłaciła mnóstwo za to sześciotygodniowe opóźnienie, które osłabi roszczenia Benna.

Zaczęłam ściągać sygnet. Uznałam za niepokojące, że nie chciał się ruszyć.

– Czyli to w porządku być hieną cmentarną, jeśli tylko dostajesz za to stosowne wynagrodzenie? – spytała chłodno Śmierć.

– Nie jestem żadną hieną cmentarną. To trik nazywany upuszczeniem pierścienia. – W przeszłości lubiłam planować swoje skoki niczym grę w znajdź damę. Najważniejsze to odwrócić uwagę obserwatora, sprawić, by skoncentrował się na fałszywym zwycięstwie, podczas gdy ty będziesz trzymać wygrywającą kartę poza jego polem widzenia. Jednak ten numer został oparty na nowszym schemacie. – Zaczynasz od kogoś, kto jest bogaty, arogancki i chciwy…

Urwałam w samą porę, bo przez napierającą ciszę przebiły się odgłosy kroków. Nie należały do akolitów. Były to głośne łupnięcia podeszew drogich butów schodzących po rampie.

_Scheit_. Zjawił się wcześniej, niż się spodziewałam. Mocno pociągnęłam za sygnet, lecz bez skutku. Nie ustępował.

Kolejny element sztuczki z upuszczeniem pierścienia właśnie stał się trudniejszy.

Zdążyłam spuścić rękawy i kaptur, zanim do pomieszczenia wkroczył wysoki mężczyzna o kluchowatej twarzy, ubrany w czarny aksamitny dublet. Waldemar. Na chwilę zatrzymał rozbiegany wzrok na kupce pierścieni leżących na piersi trupa, a ominął nim Śmierć, więc przynajmniej przed nim się ukrywała.

Przesunął dłonią po żółtych obręczach niemal identycznych jak te Ludwiga.

– Jestem tu po sygnet.

W standardowo wykonywanym upuszczeniu pierścienia „znajduje się” na podłodze jakąś krzykliwą błyskotkę. W mojej wersji miał to być sygnet księcia. I w każdym wariancie fortelu trzeba zmusić cel, żeby sobie zapracował na nagrodę.

Rozluźniłam mięśnie twarzy, żeby w każdym calu wyglądać jak prostaczka, której spodziewałby się ktoś taki jak wysoko urodzony von Wälft.

– Nic nie wiem na ten temat.

Śmierć przekrzywiła głowę.

– Wszystko zostało ustalone – rzekł zwięźle Waldemar. – Moja matka dokonała oczekiwanej… dotacji.

Istotnie kilka dni wcześniej Cordula von Wälft wpłaciła całkiem solidny datek. Na rzecz mojej sakiewki. Szokująco łatwo było udawać przed nią wysokiej rangi duchowną ze świątyni Śmierci. Wystarczyło włożyć mnóstwo smutnych czarnych ciuchów i wyglądać tak, jakby cały czas spoglądało się za całun śmiertelności.

Wydęłam policzki, wydmuchnęłam powietrze i wzruszyłam ramionami, po czym wróciłam do ściągania Ludwigowi pierścieni.

– Nie wiem nic o żadnych datkach. Zabieram pierścienie dla księcia Benedikta.

– Masz przekazać je mnie – warknął wyniośle Waldemar. Każdy potencjalny oszust wierzy bezgranicznie w jedną rzecz: w swoją wyższość nad głupcem, którego wziął na cel. – Ten sygnet jest moim dziedzictwem. To ja jestem prawdziwym, pełnokrwistym dziedzicem domu Wälft, najstarszego i największego z rodów panujących Almandu, i nie pozwolę, by świątynni robole mnie tego pozbawili.

(Każdy ród panujący twierdzi, że jest najstarszy i największy. Można powiedzieć, że to wszystko kwestia względna).

Zamrugałam tępo, a potem powtórzyłam:

– Mam zabrać te pierścienie do księcia Benedikta.

– Moja matka mówiła… – Waldemar najpierw podniósł głos, a potem urwał, gdy przypomniał sobie, że właśnie próbuje dokonać przestępstwa. – No dobrze. Ile?

– Za ten? – Podniosłam pierścień z kupki tanich. W normalnym upuszczeniu pierścienia w tym momencie spytałabym go, ile jego zdaniem jest warta błyskotka, którą „właśnie znalazłam”.

I również wtedy cel uznałby, że ma szansę zostać oszustem.

– Nie, syg… Tamten. – Wskazał odpowiednią ozdobę i zerknął gniewnie na swoją sakiewkę. – Dwa gildeny?

Pierwsza oferta zawsze jest świadomie zaniżona. Sądził, że nie znam prawdziwej wartości pierścienia. Demonstracyjnie zaczęłam rozważać propozycję.

– No nie wiem, panie. Mam zabrać pierścienie do…

– Dziesięć gildenów – powiedział z desperacją. Przypadł pospiesznie do mnie i wcisnął mi monety w dłonie. – Ja… ja sam zabiorę go do Benedikta. Chcę tylko… – Waldemar wykrzywił się, gdy dotarł do niego smród Ludwiga – poczuć obecność swojego wuja. Przez krótką chwilę.

Znów bezradnie wzruszyłam ramionami.

– Chyba tak będzie w porządku. Nie będę musiała sama zanosić.

Obserwował, praktycznie oblizując wargi, jak chowam pieniądze, a potem ściągam Ludwigowi sygnet. Gdy pierścień znalazł się już w jego chciwej łapie, Waldemar bez słowa pomknął z powrotem w górę rampy. Uznałam, że dziesięć gildenów to dość niewielka suma za tytuł książęcy, zwłaszcza dla kogoś tak niecierpliwego.

Tak niecierpliwego, że nie zauważył, jak wyciągam z kieszeni tani podrobiony sygnet.

I jak udaję, że zdejmuję go Ludwigowi, a jednocześnie zakrywam go rękawem.

Jeśli dopisze mi szczęście, nikt nie zauważy, że to tandetna robota z mosiądzu i szkła, dopóki nie dostarczę prawdziwej wersji Bennowi.

Na tym właśnie polega magia upuszczenia pierścienia: chciwość obiektu sztuczki każe mu oszukać prostaka, lecz domniemany cwaniak dostaje tylko bezwartościowy śmieć.

Gdy uniosłam dłoń, prawdziwy sygnet wciąż ze mnie szydził. Zaś dezaprobata Śmierci wciąż rozchodziła się z niej niczym trupia zgnilizna.

Nie jest tajemnicą, że ze wszystkich ludzi, z którymi poszłam chociaż na drinka – grono to osiągnęło już oszałamiającą liczbę pięciu osób – Śmierć najbardziej lubiła Emerica, który zresztą o wiele długości wyprzedzał następnego w kolejności. (Jeśli dopadniecie mnie w niewłaściwej chwili, to być może przyznam, że akurat w tej kwestii moje poglądy są zbieżne ze Śmiercią). Choć zatem sprawiało mi to ból, uznałam, że najlepiej mi pójdzie z przeciągnięciem jej na swoją stronę, jeśli zrobię to jego sposobem: poprzez przedłożenie sprawy.

– Książę Ludwig miał całe lata, żeby ogłosić siostrzeńca swoim dziedzicem. Nie zrobił tego. – Chwyciłam palec z pierścieniem, zaparłam się butem o tors Ludwiga, żeby nie zsunął się z wózka, i pociągnęłam, ignorując okropne odgłosy wydawane przez naprężone chrząstki. – Wybrał Benna. Jeśli dostarczę sygnet dziedzicowi wybranemu przez Ludwiga… – usłyszałam, jak żebro pęka mi pod stopą – uszanuję tym sposobem zmarłego.

– Na jego piersi został odcisk podeszwy – zauważyła Śmierć.

– Uszanuję wolę zmarłego – doprecyzowałam przez zaciśnięte zęby. Jak tak dalej pójdzie, zaraz złamię mu palec. Puściłam go, zestawiłam stopę na ziemię, a potem wyłowiłam spod szaty łańcuszek i znalazłam zwisającą z niego kryształową płytkę długości kciuka. Zdobyłam ją w wyniku nieciekawej przygody, jaką przeżyłam w styczniu wraz z paroma bardzo skłonnymi do dramatyzowania wynalazcami, ale najważniejsze było to, że płaski kryształ o kształcie łzy działa jak potężniejsza wersja okularów Emerica: ukazywał wszelkie ukryte zaklęcia, klątwy, grimlingi. Wszystko, czego nie zdołałoby wychwycić ludzkie oko.

Ale gdy teraz zamknęłam jedno oko i przysunęłam soczewkę do drugiego, ujrzałam jedynie ten żałosny pierścień i czerwone lśnienie zawsze obecne wokół moich palców. Sygnet nie był zaklęty, tylko po prostu utknął.

Jednak Śmierć sprawiała wrażenie, jakby mogła ustąpić. Postanowiłam spróbować pchnąć ją jeszcze bardziej ku zmianie zdania:

– Istnieje też problem ze studniami w dzielnicy biedaków, które należy naprawić przed porą deszczową. Nie uda się tego zrobić bez podpisu Benna, ale po Karnevalu będzie już za późno.

– Hmm…

Już ją niemal miałam.

– A pozostałe pierścienie?

– Traktuję je jako znaleźne.

Prychnęła, ale miałam wrażenie, że wreszcie zdołałam przejść inspekcję. I rzeczywiście tak było, bo zaraz potem powiedziała:

– Pospiesz się, Vanju. I niech ci to nie wejdzie w krew.

Śmierć zniknęła w kłębie dymu, jednak po jej odejściu matka chrzestna Fortuna najwyraźniej uznała, że przyda mi się pomoc, bo jej złocista iskierka szczęścia zaczęła migotać nad łojową świecą wiszącą blisko mnie na ścianie.

– Dziękuję – wydyszałam, rozumiejąc sugestię. Wyciągnęłam nóż z buta, odcięłam z rękawa Ludwiga krótki odcinek tasiemki, po czym użyłam czubka noża, żeby wsunąć wstążkę pomiędzy obrączkę a skórę palca. Gdy już przewlokłam tkaninę, pochyliłam świecę, żeby tłusty stopiony łój popłynął po metalu i martwej skórze. Woń, jaka się uniosła, można by zapewne uznać za zbrodnię wojenną.

Z załzawionymi oczyma odstawiłam świecę na kinkiet, obróciłam się i zorientowałam… że zwłoki Ludwiga płoną.

_SCHEIT_.

Dłonią zaczęłam przyklepywać płonącą plamę na jego piersi. Gdy uzupełniłam wysiłki o kilka dmuchnięć, zdołałam zgasić płomienie, ale w jedwabiu widniała teraz spora wypalona dziura.

Kiedy się w nią wpatrywałam, nie umknęła mi ciemna szrama głębokiej, zaschniętej rany tuż nad sercem Ludwiga.

To nie mogła być prawda.

Nachyliłam się, czując, jak puls galopuje mi coraz gwałtowniej. Nie było wątpliwości: mężczyzna został pchnięty w serce.

Ktoś zamordował księcia-elektora?

Ale to oznaczało, że prefekci mogą pomyśleć… Emeric może…

Dość.

Ludwig był oskarżony o pranie pieniędzy. Najoczywistsze wytłumaczenie wyglądało tak, że któryś z jego nielegalnych partnerów biznesowych nie zamierzał iść ze statkiem na dno. Nic nie wiązało mnie z tym morderstwem. Nie bez powodu nadrzędna zasada, jaką się kierowałam, brzmiała: „nie panikuj”.

Ale… potrzebowałam drogi ewakuacyjnej, tak na wszelki wypadek.

Zaczerpnęłam znów tchu. Minął już miesiąc. Musiałam kiedyś ruszyć dalej. To mógł być mój ostatni tydzień w Lüdz.

Panika osłabła do znośnego brzęczenia. Wróciłam do smarowania pierścienia natłuszczoną tasiemką, aż wreszcie się przesunął. Przejechał przez najgrubszy knykieć, a potem pokonał resztę drogi z niepokojącym chrzęstem. Niemal rzuciłam nim o ścianę w triumfalnym geście, ale powstrzymałam się i zamiast tego wsunęłam błyskotkę wraz z pozostałymi do kieszeni bryczesów.

Choć byłam zajęta, do gardła podeszła mi gula. Odejście oznaczało zakończenie spraw z Chłopcem Numer Pięć, Kasparem, akurat gdy zaczęło się wydawać, że dokądś zmierzamy. To dziwne, że tak mi się zdarzało raz za razem.

Równie dziwne było to, że ból przeszywający mi pierś mógł oznaczać rozczarowanie lub… ulgę.

Byłam zbyt zajęta dąsaniem się na samą siebie i poprawianiem szaty, by w porę zauważyć ostrzegawczy węgielny pył na czarnym tle.

Znów zbliżały się dźwięki kroków i głosy – tym razem od drzwi.

Wracali akolici, którzy, w przeciwieństwie do Waldemara, będą wiedzieć, że nie należę do ich świątyni.

_Scheit, scheit, scheit_. Pospiesznie poprawiłam ubranie Lud­wiga tak, żeby ukryć wypaloną dziurę, ale gdy zaczęłam rozglądać się za możliwościami ucieczki, moje szczęście uległo wyczerpaniu. W schowku nie było dość miejsca. Gdybym pobiegła rampą do góry, dostrzegliby mnie. Nawet gdybym zdążyła na czas schować się pod wózkiem…

Zgrzytnięcie zasuwki w drzwiach. Powietrze gęstnieje do szarości.

Nie mogłam w to uwierzyć. Zaraz zostanę złapana. Po latach niewidzialności, niesłyszalności _Pfennigeist_ zostanie pojmana.

Nie, moment, sprawa wyglądała znacznie gorzej. Ludwig wyraźnie został zamordowany, tymczasem ja kręciłam się wokół jego zwłok. Prefekci uznają, że byłam wmieszana w zabójstwo, zaś Emeric…

Drzwi skrzypnęły.

Rozległ się dziwny trzask, zupełnie jakby kłoda pękła w kominku, a potem dobiegł mnie chrzęst rozbijającego się szkła.

Zaś świat stał się… czerwony.

Nie w jednolitym, rdzawocynobrowym odcieniu Szkarłatnej Panny, tylko w lśniącej, pryzmatycznej czerwieni, w której tańczyły karmin, miedź i amarant. Światło opadło na mnie niczym ścierka do kurzu.

W drzwiach stał akolita i wpatrywał się bezpośrednio we mnie.

Zamarłam, szykując się na zderzenie z rzeczywistością.

Zamiast tego akolita obrócił się do kompana.

– Czujesz dym?

– W sensie, że z krematorium…?

– Nie taki – warknął pierwszy. Nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem, chwycił przód wózka. – Sam nie wiem, bardziej jak palone włosy. Nieważne, przytrzymaj mi drzwi.

Drugi akolita przesunął po mnie wzrokiem, gdy przyciskałam się do drzwi, żeby wózek mógł mnie minąć. Tkwiłam zupełnie nieruchomo, oszołomiona.

Świece zamigotały, gdy drzwi znów się zamknęły.

– Hmm – mruknął jeden z akolitów po drugiej stronie – wydaje się jakby lżejszy.

Sięgnęłam po kryształową soczewkę, ale rubinowe światło roztrzaskało się w tej samej chwili, gdy się poruszyłam. Poczułam zawroty głowy. Zatoczyłam się i oparłam dłonie na kolanach, żeby nie upaść.

– Śmierci – wysapałam – co to było?

Rąbki jej szaty splecione z dymu wzbijającego się ze stosów pogrzebowych poderwały się nad podłogę. Dłoń chwyciła mnie pod brodą.

Przez chwilę czułam się tak, jakbym znowu miała cztery lata i to nie Śmierć, lecz Fortuna zadzierała mi głowę, by spytać: „Jak masz na imię?”, kiedy moja matka uciekała zimą z rozstaja dróg.

Śmierć delikatnie uniosła mi twarz, przyglądając się jej. Gotowa byłabym powiedzieć, że robiła to niemal z ostrożnością. Jej przemieniająca się twarz jeszcze pogarszała wir szalejący w mojej głowie.

Wreszcie puściła mnie po długiej chwili.

– _Pfennigeist_ – rzekła ponuro.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij