Święto Zmarłych - ebook
Święto Zmarłych - ebook
"Święto Zmarłych" to ostatnia powieść cyklu, którego głównym bohaterem jest komisarz Ricciardi. Jesienią 1931 roku w smaganym deszczem Neapolu znaleziono ciało ubogiego chłopca. Choć wszystkie poszlaki wskazują na to, że przyczyną śmierci był nieszczęśliwy wypadek, wiedziony intuicją i niezwykłym darem poznawania myśli zmarłych, komisarz Ricciardi podejmuje śledztwo, które zaprowadzi go w niespodziewane miejsca i ciemne zakamarki miasta, szykującego się na wizytę samego Duce.
Tymczasem o serce zielonookiego komisarza zabiegają dwie kobiety, pochodzące z dwóch różnych światów. Czy Riccardi zdecyduje się porzucić kawalerskie życie i zwiąże się z pełną ciepła sąsiadką z naprzeciwka? A może wpadnie w sidła zastawione na niego przez pewną siebie, bogatą wdowę obracającą się w najwyższych kręgach elit społecznych?
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7392-775-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Świt wydobył z nocy i deszczu zarysy kształtów. Gdyby ktoś teraz tędy przechodził, u podnóża monumentalnych schodów prowadzących do Capodimonte zobaczyłby dziecko i psa. Musiałby być jednak niezwykle spostrzegawczy: w słabym świetle wczesnego ranka ledwo dawało się ich zauważyć.
Siedzieli tam, nieporuszeni, obojętni na wielkie, zimne krople nieustannie spadające z nieba. Przycupnęli na kamiennej ławce w ozdobnej niszy, znajdującej się na podeście u dołu schodów. Po stopniach płynął potok niosący gałęzie i liście z lasu otaczającego królewską rezydencję.
Gdyby ktoś przechodził obok i zatrzymał się, żeby popatrzeć, mógłby się zastanawiać, dlaczego strumień wody i śmieci omija dziecko i psa, lekko tylko ich opryskując. Nisza zapewniała schronienie nawet przed deszczem. Tylko sierść na grzbiecie psa falowała co jakiś czas, jak gdyby pod wpływem wiatru.
Ktoś mógłby się zastanawiać, czemu chłopiec i pies tkwią tam bez ruchu w zimny, jesienny poranek. Dziecko było szare, siedziało z rękami na kolanach, stopami zwisającymi nad ziemią, głową lekko pochyloną i oczami pogrążonymi we śnie czy zamyśleniu. Pies zdawał się spać z głową opartą na łapach. Jego biała, nakrapiana sierść była przemoczona, jedno ucho uniesione, nieruchomy ogon spoczywał wzdłuż boku.
Ktoś mógłby się zastanawiać, czy na kogoś czekają. A może wracają myślami do jakiegoś wydarzenia, które zapadło im w pamięć? Może są zasłuchani w jakiejś delikatnej muzyce?
Deszcz wzmagał się, potężna ulewa sprzeciwiała się wschodowi słońca. Ani pies, ani dziecko nie reagowali, gniew wody nie robił na nich żadnego wrażenia. Z nosa jednego z nich i z podniesionego ucha drugiego spływały zimne strużki.
Pies czekał.
Chłopcu nic już się nie śniło.II
poniedziałek, 26 października 1931 roku
Telefon zadzwonił o wpół do szóstej, godzinę przed końcem nocnej zmiany.
Ricciardi nie miał nic przeciwko nocnym dyżurom w kwesturze, kiedy przychodziła jego kolej. Były to przeważnie spokojne godziny, które można było poświęcić na lekturę lub przyjemny sen na sofie w pokoju obok gabinetu. Nieczęsto zdarzało się, żeby odpoczynek czy rozmyślania zakłóciło pukanie proszącego o pomoc strażnika. Zbrodnie popełnione w nocy odkrywa się dopiero rano. Niebezpieczna jest właśnie ta godzina, kiedy światło dzienne uchyla zasłonę ciemności.
Obmywszy się nad umywalką w końcu korytarza, Ricciardi wracał akurat do gabinetu, kiedy zobaczył, że po schodach mozolnie wspina się brygadier Maione.
– Panie komisarzu, no i nie mogli poczekać na koniec naszej zmiany. Dzwonił jakiś mężczyzna z placu Tondo di Capodimonte. Mówi, że ma tam mleczarkę z kozą, która płacze.
Ricciardi pomyślał chwilę, wycierając ręce.
– A to teraz wzywają nas nawet do płaczących mleczarek? Ale kto tam płacze, mleczarka czy koza?
Maione rozłożył ręce, wciąż dysząc po wspinaczce na schody.
– Jeszcze się żarty pana komisarza trzymają! Tymczasem leje jak z cebra, a my mamy godzinę do końca zmiany, więc musimy pójść w ten deszcz aż do Capodimonte. Sprawa jest poważna: wygląda na to, że na tych wielkich schodach leży martwe dziecko. Znalazła je dziewczyna, która wyszła z kozą ze swojego gospodarstwa, żeby sprzedać mleko. Mówi, że to jej rewir. Zobaczyła dziecko i potrząsnęła nim, ale się nie poruszyło. Poprosiła o pomoc w sąsiednim domu i zawiadomił nas jedyny mężczyzna, który miał telefon. No naprawdę, czy to nie mogło się stać dwie godziny później? Wtedy musiałby tam drałować Cozzolino, on jest młody i pracowity. A mnie, kiedy jest wilgoć, od razu bolą plecy i nie mogę się wyprostować.
Ricciardi już włożył płaszcz przeciwdeszczowy.
– Naprawdę się starzejesz. Chodźmy! Zobaczymy, co się stało. Może to tylko żart. Wiesz, że ludzie lubią, jak policjanci muszą biegać w deszczu. Potem wrócisz do domu i się wysuszysz.
Ricciardi codziennie wracał do domu tą samą drogą, którą teraz szli do Capodimonte. Długi spacer w pewnym momencie zamieniał się w zapierającą dech w piersiach wspinaczkę: szło się ulicą Toledo, pełną imponujących arystokratycznych pałaców, następnie przez place Carità i Spirito Santo, obok Muzeum Narodowego. Tędy przebiegała granica między wytwornym centrum miasta a labiryntem uliczek dzielnicy portowej Quartieri Spagnoli oraz dzielnicy Sanità, które kipiały życiem, bólem, radością i ubóstwem.
Każdego ranka i wieczoru, czując na sobie nieufne spojrzenia ludzi, którzy muszą ukrywać, w jaki sposób zarabiają na życie, Ricciardi rozmyślał o tym, jak wiele ta trasa mówiła o mieście, a mówiła właściwie wszystko.
Zmieniała się w zależności od pory roku: w upalne lata ukazywała gnijący w słońcu brud. Pachnącą wiosną kręcili się na niej sprzedawcy owoców i kwiatów, oferujący swoje towary zamożnym przechodniom. Zimą ulice te przypominały pustynię, a podejrzane interesy przenoszono do mieszkań na parterze, osłoniętych przed zimnym, wiejącym bez chwili przerwy wiatrem.
W tę wilgotną jesień długą trasę przecinało tyle strumieni, ile odchodziło od niej uliczek, niosących śmieci i brud z odległego wzgórza w stronę niewidocznego stąd, dalekiego morza.
Maione przeskakiwał przez największe kałuże, na próżno usiłując ochronić buty przed zamoczeniem.
– Zabije mnie, jak nic. Moja żona mnie utłucze. Nie ma pan pojęcia, komisarzu, jaką bestią się staje, gdy mi czyści buty z błota i brudu. Mówię jej: zostaw, sam to zrobię. A ona na to: „Nie gadaj bzdur! Jestem żoną brygadiera, muszę mu czyścić buty”. Pytam więc, po co tak narzeka. I słyszę: „Wyczyszczę je, ale mógłbyś trochę bardziej uważać!”.
Trzymając w ręku duży czarny parasol, brygadier usiłował ochronić siebie i komisarza przed deszczem. Ricciardi jak zwykle nie włożył kapelusza i nie przejmował się pogodą. Maione płynnie zmienił temat.
– Nie rozumiem pana, komisarzu. Nie mówię, że powinien pan mieć parasol, skoro pada od trzech dni. Fakt, że to może człowieka wkurzyć! Ale przynajmniej kapelusz, dlaczego pan go nie nosi? Jest pan młody, ale proszę mi wierzyć, kiedy skończy pan tyle lat co ja, każda kropla deszczu będzie jak wbity w głowę sztylet.
Ricciardi szedł szybko, z rękami zanurzonymi w kieszeniach płaszcza przeciwdeszczowego.
– Wiesz, nie znoszę kapeluszy, głowa mnie od nich boli. W końcu pochodzę z gór, zimno i wilgoć mi nie przeszkadzają. Nie martw się, myśl o tych swoich chorobach i nie pobrudź sobie butów.
Dotarli do punktu trasy, którego Ricciardi nie lubił najbardziej – do mostu, który zbudowali Burbonowie, aby dojeżdżać do pałacu królewskiego, omijając dzielnicę Sanità, nadal jedną z najbardziej niebezpiecznych części miasta. Z jakiegoś dziwnego i tajemniczego powodu ten wysoki wiadukt, przypominający most bez rzeki, którego filary zapadały się w uliczki biegnące poniżej, upodobali sobie samobójcy.
To, co Ricciardi nazywał „Zdarzeniem”, czyli dręcząca go, bolesna zdolność poznawania ostatniej myśli ludzi zmarłych gwałtowną śmiercią, w pobliżu tego mostu stawało się ciężarem nie do zniesienia. Napotykał tam zawsze przynajmniej jednego zmarłego, który słysząc kroki komisarza, podnosił głowę i powtarzał swoje ostatnie słowa, wypowiedziane w chwili śmierci, zanim jego dusza na zawsze opuściła ciało. Pożegnalny list pisany do jednego tylko adresata, którym był Ricciardi.
W ten deszczowy poranek komisarz dostrzegł oczami duszy wyraźny obraz dwojga młodych ludzi trzymających się za ręce. Chłopak miał skręcony kark i wykręconą do tyłu głowę, jakby mu ją nasadzono tył na przód. Szeptał: Nigdy bez ciebie, nigdy.
Klatka piersiowa dziewczyny była zmiażdżona, a twarz prawie całkowicie zniszczona przez uderzenie. Z pozostałej na jej miejscu krwawej miazgi płynęła myśl: Nie chcę umierać, jestem młoda, nie chcę.
Ricciardi pomyślał, że miłość pochłonęła być może więcej ofiar niż wojna. A nawet na pewno.
Dalej, na tej samej balustradzie, gruby staruszek ze zmiażdżoną czaszką mówił: Nie mogę ich oddać, nie mogę. Pewnie chodziło o długi, pomyślał komisarz, przyspieszając kroku i zostawiając w tyle zmęczonego brygadiera. Kolejna nieuleczalna choroba. Boże, jaki on był zmęczony. Zawsze tak samo, zawsze to samo.
Dotarli w końcu do placu Tondo di Capodimonte, gdzie zaczynały się monumentalne schody. Ostatni odcinek pokonali z wyraźnym trudem, ponieważ droga zamieniła się w rwący potok pełen gałęzi i liści, który trzeba było pokonać pod prąd. Maione przestał przejmować się butami i spochmurniał. Ricciardi, który miał przed oczami dostępny tylko jemu widok samobójców, posmutniał jeszcze bardziej niż zwykle.
U podnóża schodów, zaraz na pierwszym podeście, zebrał się tłumek gapiów. Parasole zasłaniały to, co znajdowało się za nimi. Przybycie Maionego i Ricciardiego w towarzystwie dwóch strażników natychmiast rozproszyło tłum. Maione wysapał ze złością:
– Jak zwykle. Jedyną rzeczą silniejszą od ciekawości jest strach przed wplątaniem się w kłopoty, gdy tylko pojawi się policja.
Ricciardi natychmiast zobaczył chłopca, siedzącego na czymś w rodzaju kamiennej ławki pod lewą przyporą. Był niskiego wzrostu – stopami nie dotykał ziemi – i cały mokry od deszczu. Jego podniszczone ubranie było przesiąknięte wodą. Miał na sobie parę drewniaków, które nie zakrywały odmrożonych stóp. Usta chłopca były sine, a półotwarte oczy wpatrzone w pustkę.
Duże wrażenie zrobiły na komisarzu jego ręce, leżące na kolanach jak dwa martwe ptaki. Białe, znacznie bledsze od zsiniałych z zimna nóg, wydawały się komisarzowi symbolem rezygnacji. Wokół nie widział żadnych znanych mu z przeszłości obrazów: dziecko nie umarło gwałtowną śmiercią, raczej z zimna lub głodu, a może z powodu choroby. Pozostawione samo sobie, pomyślał Ricciardi, na pastwę złej pogody, przemocy, samotności. Bez możliwości wyboru.
Jeśli czegoś nienawidził, to właśnie śmierci dzieci. Poczucia straty, rezygnacji, niewykorzystanych szans. „Naród czy cywilizację ocenia się także po tym, jak troszczy się o dzieci” – przeczytał kiedyś w jakiejś książce. A zatem w tym mieście nie działo się dobrze.
Maione wyrwał go z zamyślenia.
– Przed wyjściem z komisariatu kazałem zadzwonić do szpitala, zarówno do lekarza sądowego, jak i po wóz do transportu zwłok, zaraz tu będą. Tam jest mleczarka, ta z kozą na postronku. Chce pan z nią porozmawiać? Właściciel telefonu to ten mężczyzna z parasolem. Powiedziałem mu, że nie jest nam potrzebny i może odejść, ale nie chce się ruszyć. Czy mam im kazać tu przyjść?
Wargi okutanej w chustkę mleczarki drżały. Była młoda, niewiele starsza niż to martwe dziecko, w jednej ręce trzymała sznur, do którego uczepiona była koza, w drugiej metalową bańkę na mleko. Zacinając się i jąkając z zimna, strachu i zakłopotania, opowiedziała, jak schodziła po schodach na swój codzienny obchód z mlekiem. Uważała, żeby nie upaść, kiedy nagle koza pociągnęła ją w bok. Na początku ostatniego podestu siedział i warczał jakiś pies.
– Tam jest, widzi go pan? Poszedł tam, kiedy wróciłam z domu tego człowieka, co ma telefon. Potem już się nie ruszał.
W odległości około dwudziestu metrów Ricciardi zobaczył psa siedzącego na tylnych łapach, nieruchomego jak posąg. Obserwował ich z uwagą. Kundel jakich wiele, o białej, brudnej sierści w brązowe łaty, wydłużonym pysku i z podniesionym uchem.
Dziewczyna zaczęła opowiadać, jak najpierw usiłowała sprawdzić, czy dziecko śpi, a potem pobiegła do najbliższego budynku, skąd zadzwoniła do swojego klienta, księgowego Caputo. Mężczyzna w średnim wieku, niski, w okularach w złotej oprawce, zrobił krok do przodu i uchylił kapelusza.
– Panie komisarzu, za pozwoleniem, jestem księgowy Ferdinando Caputo, do usług. Ta dziewczyna ma na imię Caterina, przychodzi co dwa dni. Ja trawię tylko kozie mleko, krowie leży mi na żołądku i jest mi niedobrze przez cały dzień. A więc dziś rano Caterina wbiegła na podwórko i zaczęła krzyczeć: „Niech pan biegnie, szybko! Pomocy! Na schodach leży jakieś dziecko i nic nie mówi”. Dopiero co się obudziłem, byłem jeszcze w koszuli nocnej, wyskoczyłem z łóżka i podbiegłem do okna...
Maione prychnął, zirytowany:
– Proszę się streszczać, przejdźmy do rzeczy. Z całym szacunkiem, nie obchodzi nas, w czym pan śpi. Więc co się stało potem, zszedł pan?
– No nie, miałem zejść w szlafmycy i koszuli nocnej? Powiedziałem tej dziewczynie, ona ma na imię...
– To już wiemy, Caterina, policjant też to zapisał, i że nazywa się Antonelli...
Księgowy się obraził.
– O co chodzi, brygadierze? Żartuje pan sobie ze mnie? Chciałem wszystko dokładnie opowiedzieć, przecież to w panów interesie. Dziewczyna weszła do mieszkania, a ja zadzwoniłem na policję. To wszystko.
Ricciardi machnął ręką.
– W porządku, dziękuję wam obojgu. Policjant spisał nazwiska i adresy. Jeśli będzie taka potrzeba, to was wezwiemy, ale nie sądzę, że tak się stanie. Możecie już iść.
Kiedy brygadier i komisarz zostali sami, podeszli do zwłok. Ricciardi zastanawiał się, dlaczego o tej godzinie nie pojawił się jeszcze żaden krewny lub znajomy, szukający małego dziecka, które nie wróciło do domu. Maione, przykucnąwszy, z zainteresowaniem przyglądał się nieboszczykowi.
– Panie komisarzu, musimy sprawdzić, czy to dziecko ma jakąś rodzinę. Ubranie wygląda jak wyciągnięte ze śmietnika, spodnie są tak szerokie, że musiał dwa razy obwiązać się sznurkiem, żeby mu nie spadły. A koszula jest z płótna na worki. Niech pan popatrzy na te drewniaki, palce na wierzchu w taki ziąb. To dziecko ulicy, bezdomne, proszę mi wierzyć. Bez przyjaciół i bez rodziny.
Ricciardi popatrzył na siedzącego nieopodal psa, który uważnie obserwował policjantów.
– Bez rodziny być może tak. Ale przynajmniej miał przyjaciela. Szkoda, że nic nam nie powie. A, są i służby medyczne, może dowiemy się czegoś więcej o śmierci naszego małego samotnika.
------------------------------------------------------------------------
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
------------------------------------------------------------------------