Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Święty Franciszek Tylko nie mów o nim: Biedaczyna z Asyżu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Święty Franciszek Tylko nie mów o nim: Biedaczyna z Asyżu - ebook

Czy popularność tego świętego nie zaciemnia jego prawdziwego wizerunku?

Przyjaciel ludzi prostych. Patron ekologów, który kochał zwierzęta. Średniowieczny asceta. Stygmatyk i mistyk. To pierwsze skojarzenia, które zwykle przychodzą nam do głowy w związku ze św. Franciszkiem z Asyżu. I – trzeba przyznać uczciwie – mało który święty ma w Kościele tak silną markę jak on. Czy jednak właśnie ta popularność i etykietki, które chętnie mu przypisujemy, nie przyczyniły się do spłycenia jego przesłania?

Trzej znani franciszkanie – Leonard Bielecki OFM, Andrzej Zając OFMConv i Tomasz Grabiec OFMCap – rozmawiają z Maciejem Rajfurem, dziennikarzem „Gościa Niedzielnego”. To rozmowy między innymi o tym, że…

• Franciszek wcale nie założył zakonu franciszkanów ani nie był wegetarianinem.

• Franciszkanie od stuleci wywierają silny wpływ na Kościół, ponieważ wiedzą, że o Bogu należy mówić w sposób prosty, ale nie infantylny.

• Samotność to jedna z najpoważniejszych chorób naszych czasów. Jest cicha, ale potrafi bardzo boleć. A święty z Asyżu ma na nią sposób.

• Radość i szczęście wcale nie są efektem dobrze zaprojektowanego stylu życia, a śmierć może być naszą siostrą. Ile w tych kwestiach zależy od nas?

Te rozmowy pokazują mniej znane oblicze Świętego Franciszka z Asyżu – bez uproszczeń i bez infantylizacji. Takiego, jaki naprawdę był. I – co ważniejsze – jaki na pewno nie był.

Maciej Rajfur - Dziennikarz tygodnika „Gość Niedzielny”, rzecznik prasowy archidiecezji wrocławskiej oraz dyrektor Wydziału Komunikacji Społecznej wrocławskiej kurii. Prywatnie szczęśliwy mąż Kamili i spełniony ojciec dwójki dzieci: Róży oraz Metodego. Kocha wspinaczkę górską, piłkę ręczną i podróże.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Wiara i religia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8404-216-8
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Czy to normalne, że niepełnoletni nastolatek wsiada w środku tygodnia do pociągu, jedzie samotnie 130 kilometrów do większego miasta, aby uczestniczyć w wieczornym nabożeństwie, którego nie ma w jego rodzinnej miejscowości? A potem wraca nocnym pociągiem, by następnego dnia zdążyć do szkoły na godzinę ósmą.

Nie wiem. Współcześnie wielu osobom taka historia może wydać się mało wiarygodna. Nastolatki raczej nie kojarzą się dziś z tłumnym chodzeniem do kościoła. A jednak właśnie w taki sposób – jakieś 20 lat temu – rozpoczęła się moja poważna przygoda ze św. Franciszkiem.

Choć, gwoli ścisłości, muszę przyznać, że wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej – za sprawą mojej starszej siostry. Kiedy wyjechała na studia do Wrocławia, zamieszkała na terenie parafii prowadzonej przez franciszkanów konwentualnych. To właśnie z nimi związała swoje życie religijne w czasie studiów. Należała do franciszkańskiego duszpasterstwa akademickiego, uczestniczyła w spotkaniach formacyjnych, angażowała się w życie wspólnoty i właśnie przy franciszkanach kształtowała swoją duchowość.

A ponieważ była – i nadal jest – dobrą siostrą, regularnie zapraszała swojego młodszego brata do siebie. Dzięki temu już jako gimnazjalista (tak, wtedy istniały jeszcze gimnazja) zacząłem zaglądać do franciszkanów. Poznawałem ich od mniej formalnej strony: podczas spotkań duszpasterstwa, wspólnych rozmów, wyjazdów i zwyczajnego bycia razem. Nie ukrywam, że to mnie inspirowało i lubiłem ten czas. Chętnie więc przyjeżdżałem do siostry z pragnieniem, że kiedy zostanę studentem, doświadczę takiej żywej wspólnoty działającej przy parafii.

Dla chłopaka z niewielkiego miasta było to bowiem coś zupełnie nowego. W mojej rodzinnej parafii posługiwali księża diecezjalni. Nie znałem od środka życia i działalności zakonników, nie wiedziałem, czym się charakteryzuje ich duchowość, a nawet codzienność. Tymczasem tutaj odkrywałem świat braci mniejszych, którzy żyli według określonego charyzmatu, tworzyli wspólnotę i potrafili być jednocześnie bardzo blisko zwyczajnych ludzkich spraw.

To właśnie siostrze zawdzięczam mój franciszkański sentyment. Kiedy kilka lat później sam rozpocząłem studia, w pewnym sensie poszedłem jej śladami. Ale o tym jeszcze będzie okazja opowiedzieć. Tymczasem siostra wyjechała na studia za granicę, a mnie coś nieustannie przyciągało do św. Franciszka.

Wracam więc do moich corocznych październikowych wypraw, od których rozpocząłem tę opowieść.

Przyjeżdżałem wtedy jako licealista do Wrocławia na transitus – wyjątkową modlitwę odprawianą raz w roku, w wigilię liturgicznego wspomnienia św. Franciszka. Nabożeństwo to upamiętnia przejście najsłynniejszego mieszkańca Asyżu do domu Ojca i sprawowane jest przede wszystkim w kościołach franciszkańskich.

Przyznam szczerze, że do dziś pozostaje ono moim ulubionym nabożeństwem, obejmowanym ogromnym sentymentem. Rozpoczyna się przy zgaszonych światłach. W ciszy do świątyni wchodzi procesja franciszkanów niosących zapalone świece. Jest w tym coś niezwykle przejmującego. Atmosfera skupienia, śpiew, światło świec przebijające mrok kościoła – wszystko razem tworzy modlitwę inną niż pozostałe.

Pamiętam, że gdy przyjeżdżałem na to nabożeństwo, spotykałem młodych ludzi – moich rówieśników – zaangażowanych w życie franciszkańskiej parafii. Zwyczajnie im zazdrościłem. Mieli na co dzień dostęp do czegoś, co dla mnie było wyjątkowym doświadczeniem, ale przeżywanym zaledwie raz w roku. Powiedziałem im to kiedyś wprost. Jako nastolatek z mniejszego miasta przyznałem, że zazdroszczę im obecności franciszkanów otwartych na ludzi. Nigdy nie zapomnę ich reakcji – kompletnie mnie nie zrozumieli.

Dla nich ta obecność wydawała się czymś oczywistym. Stanowiła część codzienności, której nawet szczególnie nie zauważali. Tymczasem dla mnie ten jeden październikowy wieczór był wydarzeniem, na które czekałem przez cały rok. Niektórzy dziwili się nawet, że przyjeżdżam specjalnie na jedno nabożeństwo, spędzając kilka godzin w podróży tylko po to, by w nim uczestniczyć. A jednak właśnie ten transitus głęboko zapadł mi w pamięć.

Później, kiedy zamieszkałem już na stałe we Wrocławiu, uczestniczyłem w nim jako student, następnie jako mąż, a w końcu jako ojciec rodziny.

Przez lata wiele rzeczy w moim życiu się zmieniło, ale to nabożeństwo pozostało niezmiennie ważnym punktem każdego października. Spotkaniem ze św. Franciszkiem, które zawsze przeżywałem bardzo osobiście. Oczywiście znałem go wcześniej z lekcji religii i języka polskiego. Przeczytałem _Kwiatki św. Franciszka_, znałem podstawowe fakty z jego życia. Wiedziałem o nim na pewno więcej niż o większości innych świętych, ponieważ należał do najbardziej rozpoznawalnych postaci chrześcijaństwa. A jednak dopiero po latach zacząłem rozumieć, jak niewiele tak naprawdę o nim wiedziałem.

***

Kolejne wspomnienie wiąże się z wyjazdem do Rzymu na beatyfikację Jana Pawła II. Korzystając z tej wyjątkowej okazji, odwiedziliśmy z rodziną również Asyż. Było to dla mnie ogromne przeżycie, jedno z tych doświadczeń, które zostają w człowieku na długie lata.

Szczególnie poruszyła mnie modlitwa przy grobie św. Franciszka, na którą czekałem z wielką niecierpliwością. Miałem wtedy 20 lat i jak każdy młody człowiek nosiłem w sercu wiele pytań, niepewności i obaw związanych z przyszłością. Przy grobie świętego powierzyłem mu wszystkie swoje problemy, wyzwania i marzenia. Zostawiłem tam także wiele wątpliwości, których nie umiałem jeszcze sam rozwiązać. Modliłem się o udane i dobre życie, choć wtedy nie potrafiłbym jeszcze dokładnie powiedzieć, co to właściwie znaczy. Studiowałem już na wymarzonym kierunku. Nie miałem większych problemów. Wychowywałem się w pełnej, szczęśliwej rodzinie, którą omijały wielkie kryzysy czy nieszczęścia. Oczywiście to nie oznacza, że nie miałem swoich trosk. Było ich sporo, tak samo jak marzeń.

Z perspektywy czasu myślę, że św. Franciszek rzeczywiście maczał palce w moim życiu i okazał się skutecznym orędownikiem. Wiele z tego, o czym wtedy marzyłem, spełniło się w sposób, którego nie byłbym w stanie przewidzieć. Wymarzone studia, a później piękna zawodowa przygoda, która trwa do dziś – praca, jakiej sam nigdy bym sobie nie zaplanował. Jest także coś, co pozostaje dla mnie największym spełniającym się marzeniem: rodzina. Kochająca żona i dwójka dzieci.

Pamiętam, że stojąc wtedy przy grobie św. Franciszka, nie snułem wielkich wizji kariery ani spektakularnych sukcesów. W mojej głowie pojawiała się raczej nieśmiała projekcja prostego życia, w którym będę czuł się szczęśliwy i spełniony. Takiego bez przesadnych ambicji i wybujałych planów. Życia pełnego przygód, ale toczącego się zgodnie z wolą Bożą i przeżywanego z pokojem serca. Dziś, patrząc na własną historię, mam poczucie, że otrzymałem znacznie więcej, niż wtedy potrafiłem sobie wyobrazić. Czuję wielką wdzięczność, dlatego żartobliwie myślę, że Franciszek chyba rzeczywiście przejął się moimi sprawami.

Od tamtego czasu nie byłem ponownie w Asyżu. Mimo to coraz częściej myślę, że powinienem tam wrócić. Nie po to, by o coś jeszcze prosić, ale zwyczajnie podziękować. Za wysłuchane modlitwy, za otrzymane łaski i za drogę, którą udało mi się przejść.

Gdzieś głęboko w pamięci zachowały się również wyjazdy w moich licealnych latach na Franciszkańskie Spotkania Młodych do Kalwarii Pacławskiej. Z perspektywy mojego rodzinnego miasta był to właściwie drugi koniec Polski. Sama podróż wydawała się wielką wyprawą, a miejsce, do którego zmierzaliśmy, posiadało w sobie coś wyjątkowego. Kalwaria Pacławska zachwycała mnie pięknem przyrody. Otaczające ją wzgórza, lasy i przestrzeń sprzyjały wyciszeniu. Jednak nie tylko natura robiła tam na mnie wrażenie. Równie ważni byli ludzie, których spotykałem, oraz atmosfera autentycznego poszukiwania Boga. To wszystko odcisnęło na mnie bardzo silne i pozytywne piętno.

Właśnie tam, podczas nocnych adoracji Najświętszego Sakramentu, rozeznawałem swoją drogę życia. Dla młodego człowieka była to niezwykła możliwość. Przyjść do kaplicy późnym wieczorem albo nawet w środku nocy i po prostu trwać przed Bogiem. Dziś wydaje się to czymś oczywistym, ale wtedy było dla mnie doświadczeniem niezwykle głębokim.

Nastoletnie serce jest często niespokojne. Chce wiedzieć wszystko od razu. Szuka odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie potrafi nawet dobrze sformułować. Tak było również ze mną. Przyjeżdżałem do Kalwarii Pacławskiej z całym bagażem marzeń, lęków, niepewności i pytań o przyszłość. To tam, w ciszy adoracji, moje często pogubione serce powoli dojrzewało. Oczywiście wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dopiero po latach, wracając wspomnieniami do tamtych wakacji, zrozumiałem znaczenie godzin skupienia. Pamiętam, jak głowa wręcz parowała od myśli. Jak bardzo chciałem już znać odpowiedzi na pytania, których poznać jeszcze nie mogłem. Jak wiele wątpliwości wypowiedziałem wtedy wobec Boga. Ile próśb, pytań i pretensji zaniosłem przed Najświętszy Sakrament. To wszystko wie tylko On.

Dzisiaj jestem przekonany, że pozornie zwyczajne godziny modlitwy miały ogromny wpływ na moje dalsze życie. Pomagały mi cierpliwie szukać swojego miejsca w świecie i uczyły zaufania, którego wtedy bardzo potrzebowałem.

Wakacyjne dni spędzone w Kalwarii Pacławskiej wśród franciszkanów pozostaną dla mnie jednymi z najpiękniejszych wspomnień młodości. Właśnie tam doświadczyłem połączenia trzech rzeczy, które do dziś uważam za niezwykle ważne: żywego Boga, życzliwego i otwartego człowieka oraz piękna stworzonego świata. Dlatego teraz mogę śmiało powiedzieć, że chciałbym, aby moje dzieci miały okazję przeżyć coś podobnego.

Później, kiedy rozpocząłem studia, jeszcze mocniej związałem się z franciszkanami konwentualnymi, potocznie nazywanymi czarnymi (obecnie coraz częściej zastępują tradycyjne czarne habity szarymi). Patrząc z perspektywy czasu, dostrzegam pewną ciekawą prawidłowość. Przez niemal cały okres studiów, mimo że kilkukrotnie zmieniałem miejsce zamieszkania, trafiałem do parafii prowadzonych przez franciszkanów. Raz byli to konwentualni, innym razem kapucyni. Jakby ta duchowość nieustannie pojawiała się na mojej drodze, choć nigdy specjalnie tego nie planowałem.

Franciszkański charyzmat był więc obecny w moim życiu przez wiele lat i to w sposób całkowicie naturalny. Z czasem zaprzyjaźniłem się z kilkoma braćmi. Zdarzało nam się wspólnie podróżować, chodzić po górach, organizować wydarzenia parafialne czy angażować się w różne inicjatywy ewangelizacyjne. Jednocześnie pozostawałem człowiekiem niezależnym. Nie chciałem zapisywać się do żadnego duszpasterstwa ani formalnie wiązać się z konkretną wspólnotą. Nigdzie nie bywałem regularnie. Lubiłem zachowywać pewną swobodę. Byłem trochę takim wolnym strzelcem z franciszkańskim rysem.

Nigdy nie zapomnę górskich wypraw z zaprzyjaźnionym franciszkaninem, podczas których oglądaliśmy wschody i zachody słońca ze szczytów. Długie rozmowy na szlaku, przekomarzanie się, żarty i poważne rozprawy. Spanie pod gołym niebem w śpiworach. Rozgwieżdżone niebo, rykowisko i złote barwy wieczorem oraz o poranku. Zdjęcia z tych wędrówek do dzisiaj wywołują u mnie ciarki na plecach.

Dlatego przyznaję przed samym sobą, że to właśnie u boku braci mniejszych w dużej mierze stawałem się mężczyzną. Choć według metryki byłem już dorosły, w rzeczywistości musiałem jeszcze wiele zrozumieć, przepracować i uporządkować. Potrzebowałem czasu, doświadczeń i rozmów, które pomogłyby mi dojrzeć. Właśnie wtedy, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy, uczyłem się odpowiedzialności, patrzenia na życie z szerszej perspektywy i stawiania pytań ważniejszych niż te, które zajmowały mnie na co dzień. Franciszkanie nie dawali mi gotowych recept na życie. Pomagali natomiast szukać właściwych pytań. A to, jak dziś sądzę, bywa znacznie cenniejsze od szybkich odpowiedzi i porad typu „instant”.

***

Franciszkańska duchowość pociągała mnie swoją otwartością, prostotą i dobrocią. Miałem przy tym ogromne szczęście do braci mniejszych. Na mojej drodze stawali ludzie naprawdę inspirujący, serdeczni i autentyczni. Tacy, którzy wiedzieli, czego chcą od życia, po co wybrali zakon i dlaczego każdego dnia starają się żyć Ewangelią.

Nie jeden raz prowadziliśmy długie rozmowy na poważne tematy. Wiele spraw mi wyjaśnili. Pomogli spojrzeć na niektóre problemy z innej perspektywy, uporządkować myślenie, zrozumieć pewne mechanizmy działania człowieka i świata. Ale były też kwestie, w których nie dawali gotowych odpowiedzi. Zostawiali mnie z pytaniami, które musiałem sam przemyśleć i samodzielnie udźwignąć. W tamtym czasie bywało to frustrujące. Dziś jednak traktuję te sytuacje jako cenną lekcję odpowiedzialności za własne życie i własne decyzje. Za to również jestem im wdzięczny.

Co ciekawe, mimo całej tej bliskości z franciszkanami nigdy nie chciałem zostać jednym z nich. Ani jako nastolatek, ani później jako student nie rozważałem poważnie wstąpienia do zakonu. Nie czułem takiego powołania. Fascynował mnie ich sposób życia, ale zawsze miałem poczucie, że moja droga prowadzi gdzie indziej.

Po studiach los po raz kolejny zaprowadził mnie w pobliże franciszkanów. Zupełnie nieplanowanie zamieszkałem niedaleko parafii, domu prowincjalnego oraz seminarium franciszkanów reformatów, potocznie nazywanych brązowymi. Kolejny przypadek? A może – patrząc z perspektywy wiary – coś więcej niż przypadek.

Do dziś regularnie zaglądam do tej parafii. Uczestniczę tam we Mszach Świętych, nabożeństwach, korzystam z sakramentu pokuty. Szczególnie bliską tradycją stały się dla mnie adwentowe poranne roraty. Co roku uczestniczę w nich razem z córką. Wstajemy jeszcze przed świtem i idziemy z lampionem do kościoła, gdy większość miasta jeszcze śpi. Jest w tym coś niezwykle pięknego. Dla dziecka stanowi przygodę, dla ojca okazję do wspólnego przeżywania wiary. Światło lampionów, poranny chłód, cisza ulic i franciszkańska atmosfera tworzą wspomnienia, które – mam nadzieję – pozostaną z nami na długo.

Mogę więc powiedzieć, że w ciągu życia poznałem całkiem dobrze wszystkie trzy męskie gałęzie franciszkanizmu: franciszkanów konwentualnych, kapucynów i reformatów – nie tylko prywatnie, przez wieloletnią obecność w ich parafiach i środowiskach, ale również zawodowo. Od lat pracuję bowiem jako dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, a jednym z obszarów moich zainteresowań stała się działalność franciszkanów.

Napisałem na ten temat co najmniej kilkadziesiąt artykułów. Relacjonowałem wydarzenia organizowane przez różne wspólnoty franciszkańskie, opisywałem ich inicjatywy duszpasterskie, społeczne i ewangelizacyjne. Przeprowadziłem także wiele wywiadów z braćmi mniejszymi wszystkich trzech gałęzi zakonu – od młodych kleryków i zakonników rozpoczynających swoją drogę, aż po przełożonych najwyższego szczebla, z generałem zakonu włącznie.

Nie piszę tego, by się chwalić. Chcę jedynie pokazać, że przez wiele lat miałem okazję z bliska przyglądać się życiu Zakonu Braci Mniejszych. Poznawać codzienność, sukcesy, trudności, sposób myślenia i przeżywania wiary jego reprezentantów. Dzięki temu franciszkanizm nie stał się dla mnie jedynie abstrakcyjną ideą czy historycznym zjawiskiem. Miał konkretne twarze, głosy, historie i doświadczenia ludzi, których spotykałem – w zdecydowanej większości były one inspirujące.

Pamiętam również pewien niepozorny przedmiot, który przez długi czas mi towarzyszył. Od znajomego otrzymałem różaniec wykonany z czarnego sznurka. Nie był zakończony tradycyjnym krzyżykiem, lecz znakiem tau. Niezwykle prosty, ale jednocześnie bardzo solidny. Zabierałem go niemal wszędzie. Szczególnie często towarzyszył mi podczas górskich wędrówek. Nie bał się deszczu, błota ani ciężkich warunków. Z czasem stał się czymś więcej niż zwykłym różańcem – był małym symbolem mojego przywiązania do franciszkańskiej duchowości.

Kilka razy zdarzyło się, że ktoś zwrócił na niego uwagę właśnie ze względu na znak tau. Dla wielu osób był on czymś nietypowym i nie pasował do ich wyobrażenia różańca. Takie sytuacje często stawały się początkiem rozmowy o św. Franciszku, jego duchowości i franciszkańskiej tradycji. Także jako nastolatek i student przez długi czas nosiłem na szyi łańcuszek ze znakiem tau. Dziś może brzmi to nieco sentymentalnie, ale pamiętam, że byłem z tego dumny. Nie dlatego, że chciałem się czymkolwiek wyróżniać, ale raczej dlatego, że ten znak kojarzył mi się z czymś dobrym i ważnym. Przypominał o wartościach, które wtedy stopniowo odkrywałem.

Przez wszystkie te lata – a mówimy już o blisko dwóch dekadach – postać św. Franciszka nieustannie przewijała się w moim życiu. Była obecna w ludziach, których spotykałem, w miejscach, do których trafiałem, w wydarzeniach, w których uczestniczyłem. Muszę jednak uczciwie przyznać, że nigdy nie podjąłem większego wysiłku, aby naprawdę dobrze go poznać. Jego duchowi synowie w dużej mierze zaspokajali moje potrzeby religijne. Głosili Ewangelię, towarzyszyli mi na różnych etapach życia, pomagali odnajdywać właściwe kierunki. Żyłem blisko franciszkańskiego charyzmatu, coraz lepiej poznawałem zakon i jego funkcjonowanie, ale sam św. Franciszek pozostawał gdzieś obok.

Nigdy nie sięgnąłem systematycznie po jego pisma. Nie próbowałem głębiej wejść w jego myślenie, modlitwę czy sposób patrzenia na świat, bo nie odczuwałem takiej potrzeby. Co więcej, nikt szczególnie mnie do tego nie zachęcał. Jako młody człowiek byłem zajęty sprawami, które wydawały mi się wtedy najważniejsze. Rozmawiałem z franciszkanami o wszystkim, co nurtuje młodego człowieka próbującego żyć po chrześcijańsku we współczesnym świecie. Dyskutowaliśmy o etyce seksualnej, relacjach między kobietą a mężczyzną, o pracy, pieniądzach, odpowiedzialności, powołaniu, wyborach zawodowych i sensie życia. To były tematy, które rzeczywiście poruszały moje serce.

A św. Franciszek? Stał gdzieś obok tego wszystkiego. Jak życzliwy sąsiad, którego codziennie mijasz. Wiesz, że jest. Lubisz go. Szanujesz. Zamienisz kilka słów, zapytasz o zdrowie, uśmiechniesz się, ale zaraz biegniesz dalej do swoich spraw. Nie masz dla niego więcej czasu. Tak właśnie było ze mną i św. Franciszkiem.

***

Ostatnio próbowałem sobie to wszystko, co tu opisuję, dobrze przypomnieć i uporządkować. Wracałem myślami do różnych etapów życia, szukając momentu, który mógłbym nazwać przełomem w relacji ze św. Franciszkiem. Dziś jednak wiem, że prawdopodobnie nie było żadnego konkretnego punktu zwrotnego, żadnego spektakularnego wydarzenia, które skierowałoby mnie bezpośrednio ku niemu.

Franciszek oczywiście był obecny. Spotykałem go w zakonnikach, których poznawałem. W parafiach, do których trafiałem. W wydarzeniach, w których uczestniczyłem. W duchowości, która przez wiele lat była mi bliska. Był obecny, ale raczej w tle. Nie wysuwał się na pierwszy plan.

Nie zapaliłem się nigdy szczególnie do tego, by zgłębiać jego pisma, medytować jego słowa czy analizować jego życiową postawę. Nie uczestniczyłem w rekolekcjach poświęconych św. Franciszkowi. Nie pochłaniałem książek o nim. Nie oglądałem filmów, w których był głównym bohaterem. Nie należałem do grona osób, które fascynowały się jego biografią i znały ją w najdrobniejszych szczegółach. Po latach wydaje mi się to dość ciekawym zjawiskiem, choć nie potrafię go do końca nazwać.

Oczywiście życie chrześcijanina nie kręci się wokół Franciszka ani żadnego innego świętego. W centrum zawsze pozostaje Bóg. To On jest początkiem i celem wiary. Święci mają prowadzić do Niego, a nie skupiać uwagę na sobie. Jednak kiedy na horyzoncie pojawił się pomysł napisania tej książki, zacząłem zadawać sobie pytanie, czy rzeczywiście znam człowieka, któremu poświęcę kilkaset stron. I wtedy dotarło do mnie coś zaskakującego. Tak naprawdę nie znałem go dobrze. Spotykałem Franciszka przez całe życie. W różnych miejscach, okolicznościach i ludziach. Towarzyszył mi pośrednio przez niemal 20 lat. A jednak nigdy nie zatrzymałem się przy nim na dłużej.

Po chwili przyszła kolejna myśl. Doszedłem do wniosku, że… pierwszym odbiorcą tej książki powinienem być ja sam. Mógłbym oczywiście zamknąć się na kilka miesięcy z biografiami Franciszka, przeczytać wszystko, co zostało o nim napisane, a potem spróbować stworzyć kolejne opracowanie jego życia. Mógłbym na kilkuset stronach przekonywać czytelników, jaki naprawdę był święty z Asyżu. Ale niemal od razu uznałem, że to nie jest moja droga. To nie jest mój dziennikarski styl.

Owszem, czytać warto. I zrobiłem to. Jednak znacznie ciekawsze wydawało mi się coś innego. Skoro chcę poznać Franciszka, to może powinienem zapytać tych, którzy od pokoleń próbują żyć jego ideałami? Tych, którzy poświęcili temu całe życie – duchowych synów świętego z Asyżu. Nie tylko po to, by odpowiadali na moje pytania. Chciałem również zachęcić ich do ponownego odkrywania swego patrona i mistrza. Do spojrzenia na niego świeżym wzrokiem. Do zmierzenia się z pytaniem, kim jest dla nich dzisiaj.

Bo przecież także im pewne rzeczy mogły spowszednieć. To naturalne. Każdy człowiek, nawet żyjąc w bliskości z wielkimi ideami, może po latach przestać dostrzegać niezwykłość praktykowanego charyzmatu. Czasem potrzeba nowego pytania, nowej perspektywy albo rozmowy z kimś z zewnątrz, by na nowo odkryć coś, co wydawało się oczywiste.

Pojawiło się we mnie też inne pytanie: czy świat naprawdę potrzebuje kolejnej książki o św. Franciszku? Przecież wydaje się, że napisano już o nim wszystko. Powstały setki książek, tysiące artykułów, opracowań naukowych, świadectw, rozważań i komentarzy. Trudno wymyślić coś, czego wcześniej nie powiedziano. Nie miałem złudzeń. Ani ja, ani moi rozmówcy nie odkryjemy nowego Franciszka. Nie wymyślimy koła na nowo. Możemy jednak zrobić coś innego. Możemy spróbować skonfrontować Franciszka ze współczesnością.

Mamy rok 2026. Trwa jubileusz 800. rocznicy śmierci św. Franciszka. On sam się nie zmienił. Nie zmieniły się jego słowa, jego wybory, jego sposób przeżywania Ewangelii. Zmienił się natomiast świat. I to w sposób, który trudno było sobie wyobrazić jeszcze kilkadziesiąt lat temu.

Dzisiaj różnica mentalna między dziadkiem a wnukiem jest często ogromna. Coraz częściej podobne różnice pojawiają się nawet między ojcem a synem. Bywa, że rodzeństwo dzieli nie tylko kilka lat metrykalnych, ale także zupełnie odmienny sposób postrzegania rzeczywistości. Rozwój technologii rozpędził świat do niewiarygodnej szybkości życia. Dla wielu współczesnych nastolatków ja sam, 35-letni mężczyzna, jestem już przedstawicielem innej epoki. Moje dzieciństwo i młodość wydają się dla nich czymś równie albo bardziej odległym niż opowieści moich rodziców, których słuchałem.

Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że kiedy dorastałem, Internet funkcjonował głównie na komputerach stacjonarnych i był limitowany. Każda minuta po prostu nabijała rachunek. Smartfony nie były codziennością. Media społecznościowe dopiero raczkowały. Nikt nie rozmawiał o sztucznej inteligencji, algorytmach czy cyfrowych asystentach. Nie do pomyślenia była wizja, że ta technologia w tak wielu miejscach może zastąpić ludzką pracę. Życie toczyło się z zupełnie inną prędkością. Dla mnie symbolem tego tempa jest fakt, że kiedy chodziłem do podstawówki, moja mama co czwartek, idąc z pracy, zachodziła do kiosku, by kupić najnowsze numery moich ulubionych gazet. Świeża dostawa prasy dla ucznia – to dzisiaj brzmi naprawdę archaicznie. Bo współcześnie dzieciaki mają tę dostawę codziennie, przez 24 godziny na dobę w smartfonach.

Właśnie dlatego zacząłem zadawać sobie pytania. Gdzie w tym wszystkim jest św. Franciszek? Co ma do powiedzenia człowiek żyjący osiem wieków temu ludziom funkcjonującym w rzeczywistości Internetu, mediów społecznościowych i sztucznej inteligencji? Czy jego doświadczenie jest jeszcze aktualne? Czy jego rady mają dziś sens? Być może jego sposób patrzenia na człowieka pomoże komuś, kto żyje w świecie nieustannego pośpiechu, przebodźcowania i cyfrowego hałasu?

Pytania te wydały mi się naprawdę wartymi postawienia przed szerszym gronem odbiorców. Dlatego w tej książce postanowiliśmy skonfrontować skromnego człowieka ze średniowiecza z rzeczywistością XXI wieku.

***

Drugim powodem powstania niniejszej publikacji było moje coraz częstsze napotykanie uproszczonego, a czasem wręcz zniekształconego obrazu św. Franciszka. Szczerze mówiąc, długo mnie to specjalnie nie raziło. Żyjemy w czasach, w których wiele spraw poznajemy powierzchownie. Czytamy nagłówki zamiast książek. Oglądamy skróty zamiast pełnych wypowiedzi. Upraszczamy rzeczywistość, ponieważ często brakuje nam czasu, by wejść w nią głębiej.

Nie miałem więc pretensji do ludzi, którzy wiedzieli o Franciszku niewiele. Tym bardziej, że sam nie uważałem się za specjalistę w tej dziedzinie. Nigdy nie poświęciłem wystarczająco dużo czasu, by naprawdę dobrze go poznać. Co innego jednak zwykła niewiedza, a co innego sytuacja, kiedy ktoś świadomie wykorzystuje postać świętego do promowania własnych idei.

Coraz częściej spotykałem się z próbami zaprzęgania św. Franciszka do różnych współczesnych sporów. Ludzie wybierali z jego życia pojedyncze fakty, wyrywali je z kontekstu, a następnie budowali na nich narracje, które miały potwierdzać wcześniej przyjęte tezy. Niekiedy prowadziło to do zwykłych uproszczeń. Czasami do manipulacji. A bywało, że Franciszek stawał się narzędziem służącym do uderzania w innych ludzi.

Co ciekawe, spotykałem się z tym nie tylko poza Kościołem, ale również w jego wnętrzu. Właśnie to wydawało mi się szczególnie paradoksalne. Wówczas mocniej rodziło się we mnie przekonanie, że warto spróbować wrócić do źródeł. Nie po to, by stworzyć kolejną idealizowaną opowieść o świętym. Nie po to, by udowodnić jakąś tezę. Ale po to, by spróbować zobaczyć Franciszka takim, jaki był naprawdę.

Dlatego postanowiłem – przede wszystkim dla samego siebie – odkłamać św. Franciszka. Jest zbyt ważną postacią w historii chrześcijaństwa. Zbyt inspirującym człowiekiem. Zbyt niezwykłym świadkiem Ewangelii. Zdecydowanie zbyt ważnym, by pozostawić go uproszczeniom, schematom i przypadkowym interpretacjom.

Wiele stwierdzeń w tej książce było dla mnie jak uderzenie mokrą ścierką w twarz. Przepraszam za porównanie – chodzi o coś otrzeźwiającego. Były również takie fragmenty, które musiałem mocno przetrawić, bo rodziły we mnie niekontrolowany odruchowy bunt. Świadkiem tych słów jest moja małżonka, która widziała, jak w przeróżnych sytuacjach wracałem do stwierdzeń z roboczej wówczas wersji książki. Tak mocno to we mnie pracowało.

Nie wiem, z jakiego powodu i wyboru trzymacie Państwo tę książkę w rękach. Przyczyny mogą być liczne. Ale po cichu przyjmuję, że także w czytelnikach będzie ona intensywnie pracować. Może zbulwersuje, a może pozytywnie zaskoczy – to dobrze. Nie chciałbym, żeby ktoś ją przeczytał, odłożył na półkę i powiedział, że „fajne, warto było”. Chciałbym, żeby Państwo z nami podyskutowali. Tak wewnętrznie, z konieczności na odległość.

Może znajdzie się fakt, teoria, idea, której po prostu nie przyjmujecie. A może coś tak rozdrażni, że odłożycie książkę na półkę. Wspaniale, tylko proszę – wróćcie do niej. Szybko zauważycie, że ja to też przeżywam i komunikuję o tym wprost moim rozmówcom. To nie oznacza, że obrażam i odrzucam św. Franciszka. Inspiracja w moim rozumieniu nie polega bowiem na automatycznym, bezwiednym przyjęciu wszystkiego do siebie. Polega na ścieraniu się myśli, powstawaniu nowej wewnętrznej jakości. Można budować na wspólnym fundamencie, ale nie bezrefleksyjnie.

Dlatego mam nadzieję, że Franciszek po przeczytaniu tej książki nie będzie dla Państwa „fajnym” gościem. On nie był fajny.

Mówiłem, że pojawiał się w tle mojego życia regularnie i konsekwentnie, ale nigdy nie stawał w centrum uwagi. Dopiero podczas pracy nad tą książką zrozumiałem, jak wiele mnie ominęło. Odkryłem, że u Franciszka znalazłbym wiele odpowiedzi, których wtedy szukałem. Nie gotowych recept, ale ważnych tropów, wskazówek i intuicji. Znalazłbym spojrzenie na człowieka, wolność, relacje, pracę czy bogactwo, które mogłoby pomóc mi lepiej przeżywać tamten czas.

Na szczęście pewne rzeczy można odkryć także później, a wiadomo, że lepiej późno niż wcale. Dziś, po latach, wracam do Franciszka z większą dojrzałością i doświadczeniem. Odczytuję jego słowa inaczej niż odczytałbym je jako nastolatek czy student. Ze zdziwieniem odkrywam, że wiele z jego intuicji nie tylko się nie zestarzało, ale wydają się jeszcze bardziej aktualne niż kiedyś. Może właśnie dlatego ta książka w ogóle powstała. Bo czasem trzeba przejść długą drogę, żeby naprawdę spotkać człowieka, którego obecność towarzyszyła nam niemal przez całe życie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij