Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Świeża ziemia - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
19 marca 2026
40,00
4000 pkt
punktów Virtualo

Świeża ziemia - ebook

Codzienność zniszczyła wszystko, co kiedykolwiek miało znaczenie. Każdy dzień wyglądał tak samo, a rutyna zaczęła działać jak brutalny system, którego nie da się tak łatwo porzucić. Gdy ponura pętla prozy życia zaczyna zaciskać się wokół szyi, w głowie zaczyna kiełkować jedna, uporządkowana myśl — przerwać wszystko i zacząć od nowa. Warszawski śledczy, Oskar Górski dochodzi właśnie do takiego momentu. Zmęczony i wypalony podejmuje decyzję, która ma zmienić jego życie. Prosty w założeniu, choć radykalny krok, mający zapewnić mu spokój, którego od dawna nie doświadczał. Ale każdy nowy początek niesie ze sobą nie tylko możliwości, lecz także ryzyko. Czy tym razem będzie inaczej? A może to, co miało dać mu wolność, wciągnie go w szereg wydarzeń, których nie sposób już zatrzymać — i które pokażą, że czasem zmiana kierunku otwiera drzwi do spraw, o jakich lepiej było nie wiedzieć?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 527 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Z miarową prędkością mijał coraz to rzadziej porozsiewane zabudowania. Wyjazd z miasta zbliżał się nieubłaganie, jednak to był dopiero początek długiej podróży. Warszawa, którą pozostawiał za sobą, powoli szarzała opuszczana nie tylko przez niego, ale także przez uciekające promienie słońca. Decyzja o wyprowadzeniu się z tak wielkiego, prężnie rozwijającego się miasta, podczas gdy jest się u szczytu swojej kariery zawodowej, wydaje się skrajnie kuriozalna. Od tego nierozważnego pomysłu próbowali odwieść go nie tylko współpracownicy, ale także rodzina i przyjaciele. Nie otrzymał aprobaty od nikogo, nie usłyszał słów wsparcia ani nawet akceptacji, że może robić z własnym życiem, co tylko zechce. Nie zabrakło natomiast wielu słów krytyki, oskarżeń o porzucanie szanowanego stanowiska, o rezygnację z możliwości rozwoju czy opuszczenie wszystkiego, co mu bliskie. Mimo licznych przeciwności nie zawahał się. Niewątpliwie był w pełni świadomy potencjalnych konsekwencji swojej decyzji oraz tego, że całkowicie odmieni to jego dotychczasową egzystencję, ale było już za późno na ewentualną zmianę zdania.

Niedaleko przed wyjazdem z miasta niewielki wskaźnik na desce rozdzielczej niebezpiecznie przechylił się w stronę literki E, informując tym samym o niskim stanie paliwa. Mężczyzna zjechał na najbliższą stację benzynową, która przypuszczalnie była ostatnią w granicach Warszawy. Zatrzymał samochód obok wolnego dystrybutora, zatankował i poszedł zapłacić.

– Niezły wóz – siwy sprzedawca machnął głową w kierunku ciemnobrązowego Mercedesa. – Pan wybiera się gdzieś dalej?

– Wyjeżdżam z miasta – spojrzał na swój samochód, którego wąska tylna kanapa wyładowana była bagażami. – Potrzebuję nowego środowiska, przede wszystkim czegoś mniejszego, spokojniejszego.

– Muszę przyznać, że zapakowanie całego dobytku do Mercedesa SL to wyczyn godny podziwu – uśmiechnął się, wydając resztę. – Niech Pan na siebie uważa, przyjezdni w małych mieścinach nie mają lekko.

– Zapamiętam to. Do widzenia – pożegnał się i chwilę później znowu był w trasie.

Po paru minutach jazdy, gdy niebo stało się całkowicie czarne, w końcu minął białą tabliczkę ze skreślonym napisem _Warszawa_ – Przeklęte miejsce – mruknął sam do siebie. Uniósł wzrok na lusterko wsteczne, gdzie napotkał znużone spojrzenie mężczyzny o ciemnych włosach i jasnych tęczówkach. Ostatni raz spojrzał na odbicie tylnej szyby, w której powoli zanikał zarys znienawidzonego miasta. Miał przed sobą jeszcze wiele godzin podróży, a punkt docelowy oddalony był o dobre pięćset kilometrów od stolicy. Mimo to już po przekroczeniu granic miasta poczuł nieopisaną ulgę.Rozdział I

– Chłopie, czyś ty zdurniał? Z Warszawy? – gruby, zdumiały głos podstarzałego komisarza posterunku policji w Kwiczeniu rozniósł się po niedużym gabinecie. – Panie Górski, prawie osiem lat kariery jako śledczy w stolicy, a wy zdecydowaliście się na przeniesienie tutaj? Przecież to się kupy nie trzyma!

– Panie Czesławie, może to wszystko brzmi odrobinę niedorzecznie, ale wyjazd z tego miasta naprawdę był w pełni przemyślany. W rzeczywistości Warszawa jest przytłaczającym miejscem, szczególnie dla kogoś na moim stanowisku – opanowany ton warszawiaka sprawił, że komisarz Kuć z ciężkim westchnieniem opadł na fotel i przejechał otwartą dłonią po swojej łysej czaszce.

– A to czemu? Roboty wam pewnie nie brakuje, to na co tu narzekać? Tutaj zanudzicie się na śmierć, a i pensja wyraźnie mniejsza – po tych słowach sięgnął po leżącą przed nim paczkę fajek, wyciągnął z niej papierosa i odpalił. Po chwili odchylił niewielki kartonik w stronę swojego rozmówcy, proponując mu wyrób tytoniowy. – Poza tym, tak z ręką na sercu, chciało się Panu przenosić aż na drugi koniec kraju i to na takie zadupie?

Śledczy poczęstował się papierosem. – Sprawa jest prosta, otóż im większa odległość, tym mniejsze prawdopodobieństwo powrotu – obrócił fajkę między palcami, rozejrzał się po bladożółtych ścianach pomieszczenia i zatrzymał zamyślony wzrok na zaciekach w rogu sufitu. – W stolicy nie ma czego szukać. Tym bardziej, jeśli posiadasz szczere ambicje, aby spełniać się jako rzetelny gliniarz.

– Ale dlaczego akurat Kwiczeń? Przecież ta mieścina jest zapomniana przez samego Boga.

– Znajomy sprzedawał tutaj dom za śmieszne pieniądze, więc grzechem było nie skorzystać z jego oferty.

– Eh, nie rozumiem Pana, ale nie będę się kłócił. W końcu to pańskie decyzje i pańskie życie, a ja potrzebuję kogoś na stanowisko w trybie natychmiastowym – Kuć dźwignął się z fotela i wyciągnął dłoń w stronę śledczego. – Zatem Panie Oskarze jedyne co mogę zrobić, to przywitać was w naszych szeregach. Możecie zaczynać od jutra.

Mężczyzna również wstał i uścisnął dłoń nowego przełożonego. – Serdecznie Panu dziękuję.

Po opuszczeniu posterunku Górski wsiadł do swojego samochodu, wrzucił do schowka papierosa, którego cały czas trzymał w dłoni i odjechał w kierunku nowego miejsca zamieszkania. Był to niewielki domek na skraju miejscowości. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności przed wyjazdem śledczego pewien znajomy z warszawskiej komendy sprzedawał ten dom. Podobno nieruchomość zyskał po zmarłych niedawno rodzicach, jednak nie zamierzał jej zachowywać ze względu na lokalizację i nieprzyjemne wspomnienia, o których niechętnie podejmował jakąkolwiek dyskusję. Górski, nie wnikając w prywatne wątki życiorysu kolegi po fachu, postanowił wynegocjować posiadłość za dogodną sobie cenę. W tamtym momencie był już zdecydowany co do wyprowadzki z Warszawy, jednak to zakup domu zdefiniował, gdzie dokładnie się przeniesie. Gdy tylko dowiedział się czegoś więcej na temat Kwiczenia, był zachwycony podjętą przez siebie decyzją. Zagubiona w lasach miejscowość wydawała się całkowitym przeciwieństwem tego, od czego mężczyzna uciekał ze stolicy. W wyobrażeniach warszawiaka zaciszne, usytuowane pośrodku niczego miejsce było idealne, aby porzucić wielkomiejskie zbrodnie i zacząć spokojniejsze życie.

Podczas przejazdu przez główną ulicę Kwiczenia, przy której znajdował się posterunek policji, uwadze Górskiego nie umknęły wręcz wwiercające się w karoserię mercedesa spojrzenia tutejszych mieszkańców. W wyniku tego przez myśl przemknęły mu słowa sprzedawcy ze stacji benzynowej, który ostrzegał go przed brakiem akceptacji ze strony małomiasteczkowych ludzi. Wiedział, że czeka go pierwszy etap adaptacji w środowisku zupełnie odmiennym od znanego mu dotychczas. Pomimo świadomości potencjalnych zmagań przy zderzeniu odmiennych światopoglądów, warszawiak nie zaprzątał sobie nimi głowy dłużej niż przez ten krótki moment. Uznał, że raczej nie bardzo obchodzą go opinie obcych mu osób. Natomiast w razie braku akceptacji przecież będzie miał do dyspozycji odznakę oraz jurysdykcję gliniarza.

Po niespełna dziesięciu minutach, uwzględniających pomylenie dróg i nawrót, śledczy zjechał z głównej drogi na szutrową trasę pośrodku gęstego lasu, która prowadziła bezpośrednio do jego nowego domostwa. Ogromna, oddzielona od dziczy drucianym płotem posesja, na której znajdowała się chata, niewielka szopa, oraz oddalona od reszty zawalona stodoła, była widocznie zaniedbana. Opanowały ją gęste, wijące się krzaki. Śledczy zaparkował samochód na wybrukowanym podjeździe, tuż przed zamkniętą, stalową bramą wjazdową. Gdy przeszedł przez furtkę, od razu ruszył kamienną, przyozdobioną gdzieniegdzie chwastami, ścieżką w stronę wolnostojącego budynku. Zlustrował wzrokiem dom, który prezentował się naprawdę schludnie. Był nieduży, ale solidny. Na pierwszy rzut oka kondycja drewnianych desek składających się na konstrukcję budowli budziła zaufanie, podobnie jak schody prowadzące na werandę i do drzwi wejściowych. Już po pierwszym kroku na modrzewiowym stopniu wszelkie dotychczasowe przypuszczenia okazały się faktem, a z każdym kolejnym nawet najmniejsze obawy zostawały rozwiane. Nie było najmniejszych wątpliwości, że poprzedni właściciele jeszcze za swojego życia musieli bardzo dbać o ten dom. Gdy Górski dotarł na szczyt schodków, nie spieszył się do drzwi wejściowych. Powolnie rozejrzał się wokół siebie, analizując otoczenie. Weranda nie wyróżniała się niczym szczególnym. Symetryczny układ centralnie umieszczonego wejścia oraz dwóch identycznych okien w równej odległości z obu stron drzwi był nad wyraz typowy. To, w połączeniu z monotonnym kolorem modrzewiowego drewna jednolicie zlewającego się z elewacją całego domu sprawiało, że można go było określić wręcz nudnym. Jednak uwagę śledczego przykuł fakt, że na całym tarasie nie dostrzegł ani jednej ozdoby sugerującej obecność poprzednich mieszkańców. Nie było żadnego zasuszonego kwiatka czy koła od powozu, jedynie najzwyklejsze drewniane krzesło stojące w samotności. Pustka ta mocno gryzła się z zadbanym domem i tym, że wcześniejsi właściciele jeszcze stosunkowo niedawno tu mieszkali, a syn po ich śmierci nie przyjechał tu ani razu. Górski trwał chwilę w zamyśleniu, aż nie przemknęła mu przez głowę myśl, że zapewne wszystko, co tu było, zostało rozkradzione. W końcu ruszył się z miejsca w kierunku wejścia i wydobył klucze z kieszeni, a gdy po chwili przekręcił je w zamku, usłyszał, jak ciężki mechanizm odryglował drzwi. Powoli wszedł do spowitego w ciemnościach środka, jednocześnie poszukując ręką gdzieś na ścianie włącznika światła.

– Jasna cholera! – gdy tylko żarówka rozbłysła, śledczy zauważył niecałe półtora metra przed sobą ogromnego jelenia. Szybko zdał sobie sprawę, że zwierzę jest wypchane, więc zrobił krok w jego kierunku – Jaki debil trzyma coś takiego w domu? – zapytał sam siebie, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu. Wewnętrzna konstrukcja była równie typowa dla drewnianego domu, jak zewnętrzna. Natomiast wystrój pozostawiał wiele do życzenia. Zza zadu niegdyś wypatroszonego zwierzęcia rozpościerał się widok na coś w stylu salonu. Ogromna skórzana kanapa, wraz z kompletnie niedopasowanym do niej fotelem obszytym kwiecistym materiałem, stały przy drewnianej ścianie, którą przykrywał kilim. Mężczyzna zbliżył się do sofy obłożonej przedmiotami. Spoczywały na niej jakieś pudła oraz wyglądająca na solidną, podłużna drewniana skrzynka. Obok mebla znajdowała się niewielka komoda, a na niej lampka. Pozornie niczym niewyróżniające się pomieszczenie posiadało wiele nietypowych elementów, przypuszczalnie dekoracyjnych. Każdy kąt pełny był przeróżnych, kurzących się gratów. Na telewizorze stojącym naprzeciw kanapy, poza serwetką, spoczywała czaszka dzika, której towarzyszyła figurka Maryi. Dalej w głąb domu Górski napotkał kamienny kominek, a nad nim powieszoną głowę dorodnego łosia. Na ścianach przeplatały się ze sobą przeróżne obrazy, jedne z podobiznami świętych, inne z jeleniem na rykowisku bądź jakąś sceną polowania, a także kilka portretów rodzinnych. No i nie zabrakło również monidła. Kuchnia, znajdująca się zaraz na prawo od ogromnego kominka, była odrobinę mniej krzykliwa niż centralnie położony salon. Poza skórami spoczywającymi na krzesłach oraz żyrandolem wiszącym nad stołem, który wykonany był z poroży zwierzyny, nie było zbyt wielu obiektów krzyczących o specyficznych upodobaniach poprzednich właścicieli. Toaleta była chyba najnormalniejszą przestrzenią w całym budynku. Nie znajdowało się tam nic oprócz różowawej muszli klozetowej, podwieszonej pod sufitem spłuczki oraz niewielkiej umywalki. Ostatnim, co zostało śledczemu do eksplorowania, było piętro, a także tajemnicze pomieszczenie, do którego prowadziły drzwi na lewo od głównego wejścia i wypchanego jelenia. Mężczyzna nie czuł się na siłach, aby sprawdzać zawartość tajemniczego pokoju, dlatego wrócił się do samochodu po kilka najpotrzebniejszych rzeczy i wraz z nimi ruszył na górne piętro. Schody znajdowały się na lewo od kominka, dzięki czemu wspinając się po nich, można było dokładniej przyjrzeć się głowie łosia.

– Cóż… ekscentryczny wystrój. – Górski pokręcił głową, mijając zawieszony na ścianie fragment zwierzęcia. Chwilę później znalazł się w sypialni, gdzie czekało na niego łóżko małżeńskie. Po tak długiej podróży samochodem był wykończony, zatem widok ogromnej powierzchni do spania sprawił mu niemałą przyjemność. Zanim jednak położył się spać, wziął szybki prysznic. Łazienka, na całe szczęście, niczym się nie wyróżniała, natomiast w sypialni nie mogło zabraknąć paru dekoracji tematycznych. Gdy warszawiak ułożył się wygodnie na materacu, ciekawość kazała mu dokładniej omieść wzrokiem otaczającą go przestrzeń. Nie musiał się szczególnie rozglądać, aby dostrzec, że centralnie naprzeciw łóżka, na drewnianej komodzie stała wypchana kaczka, której martwe spojrzenie wwiercało się w Górskiego. Mężczyzna nie był w stanie tego wytrzymać, dlatego też zdecydował się wstać i odwrócić ptaszysko twarzą do ściany. Jednak gdy podszedł bliżej, przekonał się, że stworzenie musiało zostać wypchane bardzo wiele lat temu, ponieważ jego facjata rozjechała się w kilku różnych kierunkach. Dziób przekrzywił się odrobinę na prawo i za bardzo w dół, a oczy przez to przybrały postać niepokojącego wytrzeszczu. Długo się nie zastanawiając, poirytowany Górski dźwignął dawno zabite zwierzę, podszedł z nim do okna, otworzył je i cisnął ptakiem przed siebie.

– Co za obrzydlistwo. Trzeba być zdrowo popieprzonym… – warszawiak zamaszyście zamknął okno, jednocześnie bluzgając pod nosem na poprzednich właścicieli. Gdy tylko powrócił do łóżka, zasnął tak szybko, jak szybko kaczka sięgnęła trawnika.Rozdział II

– Jak zapewne przypuszczacie Panie Górski, nie pracuje u nas zbyt wiele osób. A w zasadzie poza mną jesteście jedynym pracownikiem. Posterunek jest skromny, ale na obecne warunki całkowicie wystarczający – komisarz odchylił się na fotelu, spojrzał na swojego rozmówcę i mocno zaciągnął się papierosem. – Oczywiście jesteście świadomi, że żadnej sensacji tu nie zaznacie?

– Zgadza się, dlatego tu jestem.

– Dobrze. Zanim rozpoczniecie służbę, przedstawię wam parę istotnych szczegółów. Otóż munduru nie dostaniecie, nie mamy na to środków ani możliwości. Tym bardziej dotyczy to samochodu służbowego. Broni nie mamy żadnej na stanie, ale ale… – mężczyzna zrobił krótką pauzę – Dostaniecie osobistą pałkę policyjną. Tylko żeby było jasne, to dopiero za kilka dni.

Warszawiaka nieco zaskoczyły braki w zaopatrzeniu, jednak nie miał innego wyjścia, jak przystać na panujące warunki. – Myślałem, że pałka jest podstawowym wyposażeniem…

– Podstawowym… – Kuć powolnie powtórzył po swoim rozmówcy – Widzicie, tutaj nie wszystko jest takie jak wedle wielkomiejskich zasad. Z czasem się nauczycie, że to inny świat. Nie dostaniecie wszystkiego od ręki, a na niektóre rzeczy trzeba sobie ciężko zapracować, jak na szacunek wśród ludu. Ale jakoś sobie poradzicie. A teraz koniec gadania, ruszajcie do roboty.

Górski słysząc słowa przełożonego, delikatnie uśmiechnął się pod nosem. Nieco rozbawiło go prostolinijne podejście przełożonego. Na przestrzeni całej swojej policyjnej kariery zdążył przyzwyczaić się do znacznie poważniejszego, albo przynajmniej bardziej formalnego podejścia do służby. Tutaj nowy pracodawca, odsyłając go _do roboty,_ nawet nie wydał mu jasnych rozkazów, czym powinien się zająć ani dokąd udać.

Nie wiedząc za bardzo jak zagospodarować swoje pierwsze godziny pracy, warszawiak postanowił ruszyć na rutynowy obchód, który jednocześnie pozwolił mu na zapoznanie się z okolicą. Wraz z opuszczeniem budynku posterunku, przeszły go pierwsze refleksje dotyczące odmienności wiejskiego środowiska. Spokój. Na ulicy nie działo się nic, w zasięgu wzroku majaczyły tylko pojedyncze osoby, a jedyne obecne samochody to jego własny mercedes oraz zielony polonez komisarza. Brak charakterystycznego dla miasta zgiełku zdawał się bardzo dobrym znakiem zwiastującym, że wszystko idzie po myśli śledczego. Cisza. Wszystko zdawało się płynąć w powolnym tempie, bez zakorkowanych ulic, tłumów czy zorganizowanych grup przestępczych. Górski wziął głęboki wdech – Zapowiada się bardzo dobrze… – Mruknął sam do siebie i ruszył w kierunku centralnej części wsi, gdzie znajdował się kościół.

Ze względu na małe rozmiary wioski śledczy dotarł na miejsce po niespełna kilku minutach, idąc wolnym krokiem. Prosta droga prowadziła do niewielkiego skrzyżowania formującego literę Y, gdzie pomiędzy rozwidlającymi się ulicami zlokalizowana była budowla sakralna. Kościół charakteryzowała ryglowa konstrukcja, wypełniona murem z cegły, a także przylegająca do niego drewniana dzwonnica. Zapraszająca wiernych na świętą ziemię żeliwna brama osadzona w kamiennym łuku, była szeroko otwarta, co nie umknęło uwadze warszawiaka. Personalnie nie należał on do osób wierzących ani szczególnie zainteresowanych szeroko pojętymi sprawami religijnymi, ale jednocześnie był świadomy, jak istotną wartością jest wiara dla ludzi z prowincji. Czy ze względu na to nie warto zdobyć sympatię sił niebieskich? Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo, Górski wkroczył na posesję i udał się do środka budynku, którego drzwi były uchylone. Wnętrze nie wyróżniało się zbytnio na tle innych kościołów. Rzędy drewnianych ław zajmowały przeważającą część otwartego pomieszczenia, murowane ściany przyozdobione były obrazami przedstawiającymi rozmaite sceny biblijne, gdzieniegdzie stały figury świętych postaci, a zwieńczeniem całości był pozłacany ołtarz. Bezpośrednio przed nim krzątał się wysoki, szczupły mężczyzna, zamiatający podłogę. Gdy tylko dostrzegł śledczego, upuścił miotłę i pobiegł na zakrystię. Taka reakcja była co najmniej zaskakująca, jednak po krótkiej chwili z pomieszczenia, w którym zniknął spłoszony człowiek, wyszedł ksiądz.

– Szczęść Boże, najmocniej p-przepraszam za naszego k-k-kościelnego. Kubuś cierpi na autyzm, stąd taka R-reakcja. Pan jest nowym p-policjantem?

– Dzień dobry. Zgadza się, Oskar Górski, nowy policjant – mężczyzna wyciągnął rękę w kierunku kapłana o dość masywnej budowie, siwiejących włosach oraz nieco za dużych, okrągłych okularach.

– He-henryk Głuszak, proboszcz. Co pana s-sprowadza do naszej świątyni? – proboszcz uścisnął dłoń śledczego, jednak w jego tonie było czuć nutę wyższości bądź niechęci. – Chyba nie jest p-p-pan przeciwnikiem kościoła? Bo kościół w działania p-po-policji nie wnika.

Czyli sojuszu nie będzie_…_ – Skąd ten pomysł? Jedynie chciałem się kulturalnie przywitać i zapoznać. Chyba przedstawiciele sił niebieskich nie potępiają wizyt organów ścigania?

– Nic z t-tych rzeczy – powaga nie opuszczała proboszcza. – A-ale lepiej niech P-pan zapamięta, że uniesiona r-r-ręka na kościół będzie p-p-potępiona.

Wypowiedź księdza, która najprawdopodobniej miała dać do zrozumienia warszawiakowi, iż jego wrogość do sług bożych nie będzie akceptowana, wywołała nieco odmienny skutek. Mężczyzna słysząc, jak kapłan z patetyzmem wyjąkał _p-p-potępienie_, włożył wszelkie swoje starania, aby tylko nie parsknąć śmiechem.

– Oczywiście, będę mieć to na uwadze. Nie jestem tu, aby robić sobie wrogów – Górski z trudem zachował kamienną twarz.

– Nie chcę p-pana straszyć ani do si-siebie zniechęcać, w k-k-końcu szacunek do bliźniego to p-podstawa. Jednak z-z-zasady zawsze trzeba u-ustalić – pokojowa postawa policjanta sprawiła, że Głuszak spuścił trochę z tonu.

Powstrzymując kolejną falę śmiechu, warszawiak zdał sobie sprawę, że dialog z kapłanem nie zaprowadzi do niczego konkretnego i nie chodzi tu o jąkanie. Dlatego też, nie przeciągając rozmowy, grzecznie się pożegnał, a następnie opuścił świątynię.

Mimo bezowocnego finału owa wizyta na _ziemi świętej_ nie była zbędna. Pozwoliła ona na zorientowanie się jakie nastawienie do jego osoby ma proboszcz, czyli osoba ciesząca się szacunkiem w tutejszej społeczności. Dzięki temu Górski mógł wstępnie oszacować, z czym przyjdzie mu się mierzyć w razie nieprzewidzianych konfliktów, czy innych poruszeń występujących pośród mieszkańców Kwiczenia.

Podczas kolejnych godzin pracy Oskar przeszedł całą wioskę. Zapoznał się z paroma przechodniami, którzy nie byli skorzy do rozmowy, ale przynajmniej się przedstawili, po czym szybko uciekali. Wedle pierwszego wrażenia, tutejsi mieszkańcy nie wydawali się zbyt gościnni, ani nawet sympatyczni, co przypomniało śledczemu słowa Kucia, na temat _zapracowania sobie na szacunek wśród ludu_. Mimo tego nie poczuł się zniechęcony, a jedynie odrobinę zmęczony. Zaskakująco największa życzliwość spotkała go od strony dwóch mężczyzn siedzących pod sklepem. Ukłonili się, powitali, życzyli miłej pracy, a jeden z nich nawet zaproponował tanie wino, którym się raczyli.

– Zgłupiałeś Romeczku? Szanowny Pan milicjant jest miastowy, on ma zasady – starszy z pijaczków skarcił swojego kompana.

– Ale Rysiu kochany, ja chciałem kulturalnie ugościć w naszych skromnych progach.

– Panowie, serdecznie wam dziękuję, ale na służbie nie mogę. Możecie za to wypić moje zdrowie.

– Panie milicjancie, wypijemy. A jak po służbie będzie milicjanta suszyło, to zapraszamy do gospody. – Rysiek wskazał butelką na budynek znajdujący się po drugiej stronie ulicy, około kilkuset metrów dalej.

– Zastanowię się – warszawiak, odrobinę rozbawiony otrzymanym mianem _milicjanta_, uśmiechnął się pobłażliwie do dwójki mężczyzn. Na odchodne skinął do nich głową i zaintrygowany obecnością knajpy we wsi, ruszył w jej kierunku.

Prosta droga biegnąca na południe od kościoła przecinała całą miejscowość. Górski dotarł nią pod bar o dźwięcznej nazwie _Widełki_. Dopiero zbliżając się do lokalu, zauważył, że tuż przed nim znajduje się prostopadła do głównej ulicy szutrowa droga. Zanim jednak zdecydował się na sprawdzenie, dokąd prowadzi, postanowił zajrzeć do swojego pierwotnego celu. Gdy wszedł do środka, silny zapach dymu papierosowego uderzył jego nozdrza z taką siłą, że niemal wyrzuciło go z powrotem, ale po krótkiej chwili zdołał się przyzwyczaić i ruszył dalej w głąb niezbyt dużego pomieszczenia. Ściany pokryte były boazerią chłonącą aromat tytoniu, wódki i bóg jeden wie, czego jeszcze, a na podłodze spoczywało zielonkawożółte gumoleum. Klimat lokalu był, delikatnie mówiąc, przytłaczający, jednak obecnym w środku klientom zdawało się to nie przeszkadzać… albo przynajmniej ich stan pozwalał się tym nie przejmować. Omijając stoliki, Oskar dotarł do lady, za którą stał młody chłopak oraz kobieta o ciemnorudych włosach.

– Proszę, proszę… witamy naszą świeżą krew w szeregach organów ścigania. A byłam przekonana, że szanowny komisarz na swoje miejsce weźmie jakiegoś młodziaka – szeroko uśmiechnięta kobieta zza baru zlustrowała wzrokiem śledczego.

– Na swoje miejsce? – komentarz dziewczyny nieco zdziwił warszawiaka. Oparł on łokcie o blat i nachylił się, oczekując na odpowiedź.

– Przecież Kuć szukał kogoś na swoje stanowisko, bo ma zostać sołtysem… – rudowłosa urwała wypowiedź w pół, po czym uniosła głos. – Zaraz, zaraz. Nie powiedział ci o tym?!

Górski spojrzał na nią lekko zmieszany, jednak zanim zdążył otworzyć usta, kobieta kontynuowała.

– Chociaż w sumie można się było tego po nim spodziewać, a tobie to i tak nie zrobi dużej różnicy w wykonywaniu pracy – zrobiła krótką pauzę. – A w ogóle to jestem Aleksandra Ziemińska – wyciągnęła otwartą dłoń do Oskara, a następnie wskazała na młodego, ciemnowłosego chłopaka – a ten tu, to mój kuzyn, Michał.

– Oskar Górski, miło mi. Wyglądam ci na starego? – zapytał, nawiązując do jej początkowej wypowiedzi.

– Co? Nie, po prostu nie wyglądasz na żółtodzioba, z którego bez większych trudności Kuć zrobiłby swojego pachoła od brudnej roboty. A tak to dałabym ci góra nie wiele więcej niż sobie – wzruszyła ramionami.

– Pachoła… – śledczy parsknął. – Widzę, że mogę się od ciebie dowiedzieć sporo ciekawych faktów na temat tutejszych mieszkańców.

– To nie jest takie proste, najpierw musisz sobie na to zasłużyć – kobieta rzuciła mu rozbawione spojrzenie.

Warszawiak pokręcił głową. – Ciężka sprawa z tym waszym zaufaniem. To może chociaż zdradzisz mi, skąd wszyscy tutaj wiedzą, że jestem _nowym policjantem_? Przecież nie mam munduru, ani nawet durnej plakietki.

– Akurat to jest prosta sprawa. Tutaj wszyscy się znają, a co za tym idzie, wszelkie informacje rozchodzą się z prędkością światła. Każdy we wsi wiedział, że Kuć szuka kogoś na stanowisko, a kiedy już znalazł, to każdy wiedział, że znalazł miastowego – Ziemińska ponownie zmierzyła wzrokiem Oskara – A dalej to już oczywiste, nie wyglądasz na tutejszego, dlatego łatwo połączyć wątki.

– Niesamowite…

– Trochę tu pomieszkasz i sam zrozumiesz – do rozmowy wtrącił się dotychczas milczący kuzyn kobiety.

– Z kim miałeś już przyjemność porozmawiać? – zainteresowana kobieta obróciła się w kierunku Górskiego, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

– Parę osób spotkanych przelotem, ale chyba najbardziej… ciekawy wydaje mi się ksiądz – śledczy zrobił wymowną minę. – Sposób, w jaki ten człowiek się wypowiada, naprawdę silnie skłania człowieka do przemyśleń.

Kuzynostwo spojrzało na siebie porozumiewawczo i po chwili oboje wybuchli śmiechem. – Zaczekaj, aż usłyszysz mszę w jego wydaniu – wykrztusił z siebie chłopak.

W wyniku trwającej jeszcze jakiś czas rozmowy z Olą oraz Michałem warszawiak dowiedział się, że to młody mężczyzna na co dzień obsługuje lokal, a kobieta, jako jego właścicielka, jedynie dogląda interesu. Dodatkowo duet zza baru wspomniał śledczemu o swoim rodzinnym domu, znajdującym się na końcu szutrowej drogi, która wcześniej wzbudziła jego zainteresowanie. Górski spędził jeszcze chwilę w towarzystwie zaskakująco pozytywnie do niego nastawionych ludzi z knajpy, po czym wrócił do swoich obowiązków. Do końca pracy zdołał on dokładnie poznać topografię wioski, zlokalizować najistotniejsze punkty w okolicy, a także zaznajomić się z kilkoma kolejnymi mieszkańcami. Oczywiście nie byli oni skorzy do bratania się z miastowym policjantem. Ku pozytywnemu zaskoczeniu Oskara, przez cały dzień na ulicach nie wydarzyło się nic, co wymagałoby jego interwencji. Mężczyzna w bardzo dobrym humorze powrócił na posterunek.

– No i jak wam się podobało? – Od progu powitał go gruby głos komisarza Kucia, któremu towarzyszył zapach palonego papierosa.

Warszawiak prowadzony głosem przełożonego wkroczył do jego gabinetu. – Muszę Panu przyznać, że pierwszy dzień przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Jest spokojnie, cicho, a próg przestępczości zdaje się zachwycająco niski.

– Bardzo cieszą mnie wasze słowa – podstarzały policjant zgasił niedopałek w popielniczce z czarnego szkła i zaraz sięgnął po paczkę fajek. – Widzicie, bo u nas tak jest. Ludzie są uczciwi i poukładani. Czasem tylko zdarzają się jakieś pijackie awantury czy rodzinne waśnie.

– Nie wątpię. Muszę Panu przyznać rację co do zapracowania sobie na zaufanie wśród tutejszej społeczności.

– Co, dali wam popalić? – na twarzy Czesława Kucia pojawił się szeroki uśmiech.

Górski jedynie skinął głową, po czym zmienił temat – czy mogę zadać Panu pytanie?

– Śmiało, walcie jak w dym! – Komisarz ruchem dłoni zaprosił śledczego na fotel przed sobą. – Siadajcie.

Górski usiadł i zapytał wprost – Co było przyczyną zatajenia przede mną faktu, że ma pan zostać sołtysem, a ja w zasadzie jestem osobą przyjętą na pana stanowisko?

– Aj tam zaraz _zatajenie_ – Kuć parsknął rozbawiony – Po prostu to nie była jakaś ważna sprawa. Czy byście o tym wcześniej wiedzieli, czy nie, w waszej pracy i wynagrodzeniu nic się nie zmieni. Wy się tak nie napinajcie. A najlepiej to przywyknijcie, że tutaj nie jest miasto, tutaj nie wszystko będzie takie formalne.

Po tych słowach warszawiak wewnętrznie nieco się zirytował, jednak zdecydował się zachować profesjonalną postawę. Wymusił na sobie delikatny uśmiech i jedynie przytaknął przełożonemu, tylko po to, aby nie wdawać się z nim w bezsensowną dyskusję oraz aby nie stracić w jego oczach.

Dalsza rozmowa z komisarzem nie trwała zbyt długo. Zaraz po jej zakończeniu warszawiak opuścił posterunek, wsiadł do swojego samochodu i ruszył w kierunku domu. Kiedy mijał budynek Widełek, przez myśl przeszło mu dzisiejsze spotkanie z Aleksandrą Ziemińską. Niewątpliwie kobieta go zaintrygowała, przede wszystkim dlatego, że dokładnie tak jak on, ona również nie wygląda na tutejszą. Może to właśnie z nią warto zawiązać swoistego rodzaju sojusz?Rozdział III

Minęły niespełna dwa tygodnie, odkąd Oskar Górski rozpoczął swoje nowe życie w Kwiczeniu. Zdążył się już w miarę zaaklimatyzować, chociaż do tutejszych obyczajów dalej nie przywyknął i nie spodziewał się, żeby kiedykolwiek się to zmieniło. Mieszkańcy wioski byli prości, ale jednocześnie poczciwi, a czasami nawet uczynni… w szczególności, gdy czegoś potrzebowali. Dla warszawiaka ich zachowania oraz poglądy przeważnie wydawały się zabawne, dzięki czemu w rozmowach z nimi odnajdywał swoistego rodzaju atrakcję. Jednak w dalszym ciągu czuł, że niektórzy nie do końca akceptują jego osobę. Śledczy nie miał pewności, czy owa niechęć jest personalna, czy wynika jedynie z jego miejskiego pochodzenia, ale nie szukał odpowiedzi na to pytanie. Uznał, że jeśli ktoś ma się do niego przekonać, to w swoim czasie.

Tego wieczoru, kiedy po codziennym dyżurze śledczy wracał do domu, na miejscu czekała go niespodzianka. Gdy zjechał z głównej drogi na szutrową, prowadzącą na jego posesję, zauważył na poboczu pomarańczowego Fiata 126p. Górski zatrzymał się, nie spuszczając oczu z maszyny, której lakier był gdzieniegdzie zarysowany, a karoseria wgnieciona. Widok ten nieco go zaintrygował, ponieważ zazwyczaj w okolicach jego drogi dojazdowej nie było żywego ducha, a chociaż Maluch do żywych nie należał, to jawnie zwiastował czyjąś obecność. Warszawiak uważnie rozejrzał się dookoła, ale właściciela pojazdu nie zlokalizował. Siedział tak jeszcze przez kilka sekund, walcząc ze swoim instynktem detektywistycznym, przejawiającym się silną potrzebą bliższego przyjrzenia się sprawie. Może ktoś porzucił pojazd w konkretnym celu? Może nie stoi tu przypadkiem? Ostatecznie Górski wytłumaczył sam sobie, że zaparkowany Fiat nic nie musi znaczyć, a najprawdopodobniej jutro już go nie będzie. Jeśli jednak minie go jadąc rano na posterunek, to dopiero wtedy podejmie jakieś działania. Warszawiak wrzucił bieg i powoli ruszył dalej. Gdy już dojeżdżał do domu, zauważył kogoś, kto kręcił się pod jego ogrodzeniem. Czyżby znalazł się właściciel pomarańczowego Malucha? Oskar, niezauważony przez intruza, wyłączył światła w mercedesie i zatrzymał się w odległości kilkudziesięciu metrów tak, aby móc go obserwować, po czym zgasił silnik. Przez zmrok nie był w stanie dokładnie zidentyfikować kim był, ale wiedział, że to mężczyzna o szczupłej, choć absolutnie niemającej nic wspólnego z aktywnością fizyczną sylwetce. Nie wzbudzał ani respektu, ani niepokoju. Po krótkiej chwili nieproszony gość okazał się włamywaczem, ponieważ podjął ewidentną próbę przeskoczenia przez płot. Śledczy przyglądał mu się jeszcze przez moment, ale widząc jego dość nieudolne ruchy, postanowił interweniować. Wysiadł z samochodu i ruszył w kierunku podjazdu, a w tym samym czasie intruz znajdował się już u szczytu ogrodzenia.

Górski odchrząknął – mogę w czymś panu pomóc?

Młody włamywacz, przestraszony głosem warszawiaka, stracił równowagę i przeleciał na drugą stronę płotu, lądując na brukowanym podjeździe jak kłoda. Na ten widok Oskar jedynie pokiwał głową w geście dezaprobaty, a następnie przeszedł przez furtkę, tym samym pokazując intruzowi, że wcale nie była zamknięta.

– Co…? Ja? Nie! Ja tylko… – mężczyzna pozbierał się na równe nogi, ale zanim zdążył dokończyć zdanie, śledczy mu przerwał.

– Wiesz, że wtargnięcie na czyjś teren prywatny jest karalne? – Zmierzył go dokładnie wzrokiem. Chłopak miał gęstą, brązową czuprynę, wyraziste kości policzkowe i wąsy, które ewidentnie miały podbić jego ego. Sprawiał wrażenie pewnego siebie, ale jednocześnie mocno nieokrzesanego.

– Ale ja się nie włamuję! – nieproszony gość zaczął gorączkowo wyjaśniać. – Chciałem tylko zapukać do drzwi, a tu nie ma żadnego dzwonka ani nic…

– Wystarczyło pchnąć furtkę… – mina Oskara przejawiała rozbawienie, chociaż nie chciał dać tego po sobie poznać. – Ale do rzeczy, kim jesteś i co tu robisz?

– Nazywam się Bernard Szulc, jestem dziennikarzem i strasznie chciałem pana poznać! – w głosie młodego, około dwudziestoparoletniego chłopaka dało się wyczuć ekscytację.

Ostatnim, czego mógł spodziewać się śledczy, był jego osobisty fanatyk – Mnie? Niby to dlaczego?

– Dlaczego? Pan jest tym gliniarzem z Warszawy! Zapewne ma pan na koncie wielkie sprawy, afery, gangsterów… – Szulc przerwał, żeby złapać oddech, po czym szybko kontynuował. – W wielkim świecie pewnie miałeś styczność z samymi wielkimi spawami.

– Ej, spokojnie młody, ochłoń. Praca policjanta w wielkim mieście nie do końca opiera się na samych _wielkich sprawach_. Jasne, ogólnych interwencji jest znacząco więcej niż tutaj, ale te największe mimo wszystko są okazyjne.

– Ale i tak! Przecież to niesamowite, tyle materiału – chłopak sięgnął do tylnej kieszeni spodni po notes, który prawie upuścił. – Mogę przeprowadzić z panem wywiad?

Chaos, jaki otaczał początkującego dziennikarza, wręcz przerażał Oskara. Przyglądając się zachowaniu swojego rozmówcy, na myśl przyszedł mu pomarańczowy Maluch, którego zmaltretowany wygląd zewnętrzny sugerował niedbałego kierowcę. – Ten Fiat zaparkowany przy głównej ulicy należy do ciebie?

– Tak – Bernard odparł z entuzjazmem. – Samochód jest mój… znaczy mojego ojca, ale ja nim przyjechałem.

– To wiele tłumaczy – mruknięcie Górskiego było niemal niesłyszalne dla rozmówcy. – A co do wywiadu, to nie ma opcji.

– Dlaczego?!

– Młody, nie znam cię, to raz. Włamujesz mi się na posesję, to dwa. Nigdy w życiu nie udzielałem wywiadów, to trzy. A poza tym, czy ty w ogóle pracujesz dla jakiejś gazety albo stacji?

Na twarzy Szulca pojawił się wyraźny grymas zakłopotania. Zaczął unikać wzroku rozmówcy, a jego odpowiedź była niespójna.

– Obecnie jestem bardziej takim wolnym strzelcem…

– O, świetnie! Czyli na domiar wszystkiego jeszcze mnie okłamałeś – Śledczy zbliżył się do chłopaka, po czym wskazał na otwartą furtkę. – Spadaj stąd albo cię aresztuję za wtargnięcie na teren prywatny.

– Przepraszam pana, naprawdę! Nie miałem żadnych złych zamiarów – wycofując się asekuracyjnym krokiem w kierunku wyjścia, Bernard próbował jeszcze wyjaśnić serię niefortunnych zdarzeń. – Staram się o posadę w gazecie wojewódzkiej, ale powiedzieli mi, że nie przyjmą mnie, jeśli nie wykażę się predyspozycjami. W Szczecinie nie mam szans na dobry materiał, bo zaraz mnie ktoś wygryzie…

– I w tych okolicznościach szukasz sensacji w takiej dziurze, pośrodku lasu? – zdziwiony ton warszawiaka sprawił, że chłopak zaczął jeszcze szybciej i jeszcze chaotyczniej opowiadać, dlaczego się tu znalazł.

– Trochę nie mam gdzie indziej szukać, mam tu dziadka i znam okolicę… znaczy, jestem ze Szczecina, ale spędzałem tu kiedyś sporo wakacji. Dziadek zabierał mnie na ryby a babcia, jak jeszcze żyła… – zrobił pauzę, orientując się, że zaczyna snuć opowieści o skrajnie nieistotnych szczegółach. – To akurat nie jest ważne. Ale, w każdym razie, jak tylko usłyszałem, że przyjechał tu warszawski policjant, na dodatek z sukcesami na koncie, to pomyślałem, że to moja szansa.

Oskar przez moment wpatrywał się w początkującego dziennikarza, po czym westchnął głęboko. Nieproszony gość wywoływał w nim coś na kształt litości, chociaż nie wydawał się złym człowiekiem. Mimo roztaczającego się wokół niego nieładu sprawiał wrażenie całkiem bystrego i zawziętego. Śledczemu przeszło przez myśl, że ambitny chłopak może być dla niego użyteczny. Skoro zna okolicę oraz tutejszych ludzi, a jednocześnie jest chętny do rozmowy to znaczy, że będzie z niego niezłe źródło informacji.

– Dobra młody, przyjdź do mnie w sobotę, jakoś koło osiemnastej. Wywiadu ci nie udzielę, ale zobaczymy, czy będę w stanie jakoś pomóc.

– Naprawdę? Dziękuję panu ogromnie! Będę na pewno! Jestem panu ogromnie wdzięczny!

– Jeszcze nic nie zrobiłem, także nie masz za co być wdzięczny. Ale skoro jesteśmy umówieni to zmykaj, zanim się rozmyślę. Widzimy się za dwa dni.

Po wygłoszeniu kolejnych podziękowań Szulc w końcu opuścił posesję i ruszył w kierunku głównej drogi, wchodząc w półmrok lasu. Gdy intruz zniknął z pola widzenia, Oskar nareszcie dotarł do swojego domu, gdzie czekała go odgrzewana kolacja oraz butelka piwa.

Następnego dnia, podczas swojego rutynowego patrolu, Oskar postanowił wstąpić do Widełek. Jego wizyty w tym miejscu nie należały do najczęstszych, chociaż mijał budynek codziennie. Właścicielka zdecydowanie go zaintrygowała, ale jednocześnie nie chciał składać jej zbyt częstych wizyt w pracy, żeby nie zostać opacznie zrozumianym. Tym razem zdecydował się jednak na zajrzenie do lokalu, przede wszystkim w celu zorientowania się, czy Ziemińska wie coś na temat Bernarda. Gdy zmierzał w kierunku restauracji, był świadkiem, jak z jej wnętrza zamaszystym krokiem wychodził nieznany mu mężczyzna o czarnych, siwiejących włosach postawionych do góry na żel… dużą ilość żelu. Zaraz za nim wybiega wściekła Ola.

– Możesz sobie najwyżej pomarzyć, buraku jeden! – wrzeszczała do faceta o aparycji żigolaka w kryzysie wieku średniego. Na grzbiecie miał skórzaną kurtkę motocyklową, a pod nią opinającą koszulę, za którą skrywał się wyhodowany, całkiem pokaźny brzuch. Dwa pierwsze guziki ubrania były rozpięte, aby włosy na klatce piersiowej były dumnie wyeksponowane, a zaraz nad nimi spoczywał na szyi, zwieńczający stylizację złoty, nieelegancko gruby łańcuch.

– To się jeszcze okaże mała! Zobaczysz, sama będziesz mnie błagać, żebym odkupił cały ten teren – arogancja człowieka wywołała u Górskiego irytację dlatego też, mijając się z nim, trącił go z barku. – Jak chodzisz?!

– Najmocniej przepraszam – nie zwalniając kroku, śledczy wyciągnął usta w ironicznym uśmiechu, na co awanturnik bluzgał jeszcze chwilę pod nosem, po czym udał się w swoim kierunku.

Warszawiak zbliżył się do rozjuszonej kobiety stojącej na schodkach przed knajpą.

– Co to za szmaciarz? – zapytał bez powitania.

– Dupek ze Szczecina. Jakieś cztery miesiące temu otworzył na skraju wioski fabrykę, chyba jakichś środków owadobójczych czy czegoś w tym stylu.

– I ta fabryka jest problemem?

– Nie, po prostu po krótkim czasie okazało się, że gość chce stopniowo podkupić wszelkie okoliczne tereny i zamienić je w swoje przemysłowe królestwo – złość dalej nie opuszczała Oli, która w niemocy przysiadła na najwyższym z trzech stopni. – A szczególnie zainteresował się domem mojej matki. Mam już go serdecznie dość.

Oskar milczał przez moment – Przedsiębiorczy… a przy tym dystyngowany.

Sarkastyczny żart śledczego sprawił, że rudowłosa parsknęła śmiechem, dzięki czemu ogarniające ją napięcie nieco ustąpiło w krótkiej chwili.

– Gustujesz w takich? – zapytała go zaczepnie.

– Może gdyby używał nieco mniej żelu do włosów – Górski kontynuował kpinę siadając na schodku, tuż obok niej. – Ale na twoim miejscu nie zastanawiałbym się długo.

– A weź, żarty żartami, ale ten obleśny typ nie omieszkał się do mnie przystawiać. – na to wspomnienie Ziemińską aż przeszedł dreszcz obrzydzenia.

– Czyli przystojny biznesmen musi szukać szczęścia gdzie indziej… – westchnął.

– Koniec! Już dość tych żartów! – skarciła go, mimo że nie mogła opanować rozbawienia.

– Dobra, dosyć. Ale przynajmniej już nie jesteś taka wkurwiona – Oskar posłał jej uśmiech pełen dumy, który ona odwzajemniła.

– Punkt dla ciebie detektywie – delikatnie szturchnęła go ramieniem w ramię.

Ich rozmowa trwała jeszcze przez dobrą chwilę. Dopiero gdy mieli się rozejść, Górskiemu przypomniało się, że istniał konkretny powód, dla którego chciał spotkać się z kobietą. Miał podpytać ją o początkującego dziennikarza.

– A właśnie, miałem wczoraj nietypową wizytę nieproszonego gościa.

– Co dokładnie znaczy _nietypową_?

– Ów intruz próbował włamać się na moją posesję, a wszystko dlatego, że chciał ze mną porozmawiać. Chłopak nazywa się Bernard Szulc, słyszałaś coś o nim?

– Berni? Oczywiście, że o nim słyszałam, a nawet znam go osobiście. Szalony, ale dobry dzieciak. Zazwyczaj jak za coś się zabiera, to dochodzi do katastrofy – na jej twarzy pojawił się grymas pobłażliwego uśmiechu. – Dlatego nawet mnie nie dziwi, że próbował się włamać. Jest dziwny, czasem irytujący i natrętny, ale ma charakter.

– To akurat dało się zauważyć, ale mimo wszystko gość jest nieokrzesany. I niepokojąco zafascynowany moją osobą.

– Poważnie mówisz? Jak widać, młody znalazł sobie autorytet – poklepała Oskara po barku. – Masz czas wieczorem? Wpadnij tutaj, to opowiesz mi o jego odwiedzinach, a ja przytoczę ci parę faktów i historii na jego temat.

W grafiku warszawiaka każdy wieczór w Kwiczeniu dotychczas był wolny. Wracał do domu, coś jadł, poczytał, pogapił się w telewizor, a potem szedł spać. Propozycja spędzenia czasu po pracy na wypiciu piwa i pogadaniu z nową znajomą brzmiała jak miła odmiana. Nie zastanawiając się długo, odparł – Chętnie. W takim razie zajrzę tu po dyżurze.

Reszta patrolu przebiegła spokojnie, z resztą podobnie jak każdy poprzedni, który Górski odbył w tej wsi. Codzienność na takim odludziu była spokojna, ale wiązała się również z silnie odczuwalną rutyną, zarówno w pracy, jak i w życiu. Śledczy nie był sceptyczny względem takiej monotonni, jej przewidywalność w pewnym sensie uznawał za komfortową, jednak brakowało mu chociaż odrobiny emocji. W Warszawie był przyzwyczajony do ciągłego napięcia i szybkiego życia w stresie. Po pracy zazwyczaj spędzał czas ze znajomi, a nawet jeśli się z nikim nie widywał, to gdzie nie wyszedł, tam było pełno ludzi. W Kwiczeniu jego egzystencja zaczęła przypominać samotniczą. Powoli kiełkowało w nim uczucie odosobnienia oraz wyobcowania, dlatego też wizja spędzenia wieczoru w tutejszej spelunie wywoływała u niego zadowolenie i satysfakcję. Gdy wrócił na posterunek, postarał się załatwić wszystkie formalności jak najszybciej, łącznie z zebraniem się do wyjścia.

– Wybieracie się do domu? – znajomy głos Kucia zatrzymał go w momencie łapania za klamkę. Mężczyzna stanął za nim w niedalekiej odległości, skrzyżował ręce na piersi i oparł się ramieniem o ścianę korytarza. Oczywiście w kąciku jego uśmiechniętych ust spoczywał tlący się papieros.

– Nie do końca do domu. W zasadzie to idę do Widełek – wyjaśnił niezobowiązująco, co wywołało nieoczekiwaną reakcję komisarza.

– A już myślałem, że z was jakiś abstynent czy inny dzikus – wybuchnął gromkim śmiechem, jednocześnie poklepując po plecach Górskiego, który jedynie dyskretnie przewrócił oczami. – Ale do rzeczy, skoro idziecie w tamtym kierunku, to zahaczcie o ten adres. Tam mieszka listonosz. Proszę, wręczcie mu to – podał mu kopertę wraz z kartką, na której widniał zapisany numer domu oraz notka do odbiorcy informująca o szybkim nadaniu listu.

– Nie ma sprawy. Załatwię to.

– Będę bardzo wdzięczny, zależy mi na priorytecie tej wiadomości. No, nie zatrzymuję, uciekajcie, zróbcie co trzeba, a potem bawcie się dobrze… – uradowany przyszły sołtys zrobił krótką przerwę, podczas której strzepnął popiół z papierosa. – A co mi tam, jutro możecie przyjechać później.

Dobroduszność przełożonego zaskoczyła Górskiego, ale nie miał temu nic przeciwko. Podziękował mu, kulturalnie się pożegnał, po czym opuścił budynek i wsiadł do samochodu. Jadąc do domu listonosza, mimowolnie zaczął się zastawiać nad zawartością koperty. Jednak przybywając na miejsce szybko ukrócił swoją ciekawość uznając, że to nie jego sprawa. Oskar zaparkował pod wskazanym adresem i podszedł do ciemnobrązowych drzwi domu. Budynek wizualnie nie wyróżniał się niczym względem innych, chociaż w przeciwieństwie do tych sąsiadujących z nim wydawał się nad wyraz spokojny, wręcz jakby nikogo w nim nie było. Mimo podejrzenia nieobecności doręczyciela śledczy zapukał do drzwi. Zero odzewu. Po chwili spróbował ponownie, ale z tym samym skutkiem.

– Do trzech razy sztuka… – mruknął sam do siebie.

Tym razem też nikt nie otworzył. Warszawiak, nie marnując czasu, odwrócił się i zaczął kierować do pojazdu, aż nagle usłyszał, jak ktoś odryglowuje zamek w drzwiach. Ponownie zwrócił wzrok w kierunku budynku, gdzie jego spojrzenie spotkało się z wychylającym się zza delikatnie uchylonych drzwi mężczyzną. Miał długą, szczupłą twarz, kruczo czarne, gęste wąsy oraz krótko ścięte włosy w tym samym kolorze.

– Dobry wieczór, Pan jest listonoszem?

– Ja? Tak – doręczyciel odezwał się nieco paranoicznym tonem, jakby czegoś śmiertelnie się bał.

– Mam dla pana list od Czesława Kucia. Prosił, abym go panu dostarczył – Oskar zbliżył się do rozmówcy, na co ten cofnął się, sprawiając wrażenie spłoszonego. Górski, nie bacząc na dziwne odruchy mężczyzny, wyciągnął w jego stronę dłoń z kopertą. – Komisarz prosił, aby nadać mu specjalny priorytet.

Wąsacz chwycił kawałek papieru, starając się przy tym, aby przypadkiem nie otworzyć szerzej drzwi. – Dobrze, zajmę się tym listem w pierwszej kolejności. Coś jeszcze?

– Nie, to wszystko… – nim zdążył skończyć zdanie, człowiek trzasnął drzwiami, które niezwłocznie zamknął na klucz.

Oskar wpatrywał się chwilę w klamkę – co za dziwaczny typ… – wysapał, po czym potrząsnął głową, jakby chciał wyrzucić z niej tę nietypową konfrontację.

Raptem kilka sekund później śledczy siedział już w swoim samochodzie, którym ruszył do knajpy parę domów dalej. Odległość była na tyle niewielka, że nie było sensu odpalać silnika, ale z drugiej strony Górski bardzo nie chciał zostawiać mercedesa pod domem listonosza. Resztę wieczoru spędził w sympatycznym towarzystwie Oli i jej kuzyna, od których nasłuchał się opowieści o Bernardzie, a także poznał imię doręczyciela o paranoicznych zachowaniach. Mirosław Koźlak…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij