Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Swiftowie - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 kwietnia 2023
44,99
4499 pkt
punktów Virtualo

Swiftowie - ebook

Idealna powieść dla fanów Rodziny Addamsów i Serii niefortunnych zdarzeń! Spookystory z prawdziwego zdarzenia! Przezabawna zagadka kryminalna przepełniona mrocznymi przygodami.

Jest piękny majowy poranek, a rodzina Swiftów właśnie uczestniczy w pogrzebie arcyciotki Schadenfreude. Wszystkiemu przygląda się krytycznym okiem… sama ciotka. Według niej pogrzeb powinien wyglądać jak ślub, tylko do góry nogami. Dlatego Swiftowie ćwiczą. Mowy pogrzebowe, procesję przez cmentarz i dźwiganie trumny.

Taaak, to nie jest zwykła rodzina. Bo w której innej każdy jej nowy członek w dniu narodzin otrzymuje imię wybrane przez matkę na chybił trafił ze Słownika Rodu? Imię pieczętuje los jego nosiciela. I ląduje od razu na tablicy nagrobnej. W końcu martwym jest się dłużej niż żywym.

Breweria Swift jest specjalistką od awantur i wybryków, znawczynią wszystkich tajemnych przejść i zakamarków i właśnie szykuje się do wielkiego zjazdu rodzinnego. Tego dnia jak co roku wszyscy Swiftowie będą poszukiwać dawno zaginionego skarbu prawuja Zdrożnego. Tym razem jednak dzieje się coś nieoczekiwanego – ktoś zrzuca ze schodów ciotkę Schadenfreude!

 

Fragment powieści:

Dawno temu, w czasach rajtuzów i kaftanów, każde dziecko w rodzinie Swiftów otrzymywało imię Mary lub John. Było to wielce niepraktyczne podczas posiłków, bo kiedy ktoś prosił Johna o podanie ziemniaków, po półmisek natychmiast sięgało dziesięć rąk, dlatego Mary Swift XXXV zainicjowała tradycję nadawania dzieciom imion przy użyciu Słownika Rodu. Pomysł się przyjął, a rodzina Swiftów kwitła.

Breweria nie pamiętała dnia swoich narodzin, ale umiała to sobie dokładnie wyobrazić: sala w szpitalu, pielęgniarki, matka, zmęczona i uśmiechnięta, ojciec poprawiający jej poduszki. Wyobrażała sobie także siebie samą, owiniętą jak orzeszek, już wtedy z burzą rudych włosów szalejącą na głowie. Wyobrażała sobie Słownik, co było o tyle łatwiejsze, że patrzyła na niego właśnie w tej chwili: na pradawną, obitą w skórę, monstrualną księgę, pękającą w szwach od stron ze skóry cielęcej, pergaminu i papieru, pełną wpisów wydrukowanych wyraźną, nowoczesną czcionką, napisanych chwiejnie na maszynie oraz nabazgranych odręcznie, niedzisiejszym charakterem pisma z długimi literami s, które wyglądają jak f.

Na pewno Słownik wniesiono, położono na łóżku (Breweria wyobrażała sobie skrzywione miny zdegustowanych pielęgniarek), a potem matka Brewerii otworzyła go na przypadkowej stronie. Zrobiła to z zamkniętymi oczami. Przesunęła palcem po stronie i zatrzymała się na słowie (wraz z towarzyszącą mu definicją), które miało się stać imieniem jej dziecka.

[…] Według tego napisu już zawsze miała zastawiać pułapki i sprawiać kłopoty. Nawet jeśli lubiła swoje imię (a lubiła) i nawet jeśli do niej pasowało (a pasowało), to wolałaby, żeby najpierw zapytano ją o zdanie, zanim to imię przylgnęło do niej na całe życie.

 

Beth Lincoln wychowała się na dawnej wiktoriańskiej stacji kolejowej w północnej Anglii. W dzieciństwie bała się porcelanowych lalek, panter i szaf, które dziwnie na nią patrzyły. Po drodze nie stała się ani wysoka, ani mądra i nigdy nie nauczyła się grać na żadnym instrumencie – spisywała za to opowieści. Nawyk ten został jej do dziś.

Kiedy nie pisze, rzeźbi w drewnie, robi bałagan w swoim mieszkaniu lub rozmawia z najbliższymi o niewyjaśnionych zdarzeniach. Jej ulubione rzeczy to duchy, chipsy i dziwne stare słowa.

Swiftowie to jej debiutancka powieść. Stworzona z miłości do słów, gotyku i klasycznych kryminałów. Beth mieszka w Newcastle upon Tyne ze swoim partnerem i – miejmy nadzieję, że nadal w czasie, gdy to czytasz – psem.

Kategoria: Dla dzieci
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-9784-5
Rozmiar pliku: 10 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1. Niespodziewana Sukcesja

Był jasny, strojny poranek na początku maja, a Swiftowie właśnie uczestniczyli w pogrzebie.

Dom wyglądał wyśmienicie. Z trawników zgrabiono liście, labirynt z żywopłotu przystrzyżono, a posągi wyszorowano za uszami. Rodzina przez cały ranek ćwiczyła przed lustrem mowy pogrzebowe, a teraz z profesjonalnie ponurymi minami maszerowała przez cmentarz w powolnej procesji.

Według arcyciotki Schadenfreude pogrzeb powinien wyglądać jak ślub, tylko do góry nogami. Swiftowie zrobili, co mogli, żeby uszanować jej życzenie. Wzdłuż ścieżki do jej grobu pieniły się bukiety kwiatów, a drzewa ociekały czarnymi wstążkami. Kucharka upiekła nawet posępny tort z czarnym lukrem i ustawiła go na stoliku po lewej stronie grobu. Po prawej gramofon kaszlał melancholijną melodią.

Breweria Swift trzymała przód trumny. Była dużo niższa od pozostałych niosących skrzynię żałobników. Z tyłu szli jej tyczkowata najstarsza siostra Szczęsna i kolosalny wuj Malstrom, więc chociaż bardzo się starała utrzymać trumnę poziomo, ta niepokojąco przechylała się do przodu. Fenomena, idąca na czele procesji i prowadząca siostry przez cmentarz niczym kontroler lotów, rzuciła jej nieufne spojrzenie. Breweria próbowała sobie wyobrazić, że jest wyższa, z niewielkim powodzeniem.

Procesja wiła się wśród nagrobków niczym czarna nić dentystyczna między krzywymi zębami. Po drodze dziewczynka odczytywała nazwiska zmarłych krewnych:

Frasunek Swift

1598–1652

rzeczownik

«zgryzota, troska, zmartwienie»

oraz

Grandilokwencja Swift

1733–1790

rzeczownik

«górnolotność, pompatyczność wysławiania się»

Poprawiła na ramieniu trumnę, która niebezpiecznie się zachwiała. Szczęsna syknęła, więc Breweria zabujała trumną raz jeszcze, tylko po to, żeby zdenerwować siostrę. Jej dłoń zostawiła rozmazany ślad na drogim drewnie, wypolerowanym na wysoki połysk. Ciotce by się to nie spodobało – Schadenfreude była zdania, że na trumnę należy wydać więcej niż na dom, ponieważ martwym jest się dłużej niż żywym – ale jej nie spodobałoby się wiele rzeczy, na przykład otarcia na butach Brewerii, gałązki w jej włosach i myśli w jej głowie.

Na nagrobku po prawej stronie Breweria odczytała:

Występna Swift

1860–1889

przymiotnik

«ta, która jest winna występków»

Breweria pewnie by się z nią dogadała.

Zatrzymali się przed grobem i powstało pewne zamieszanie, ponieważ każde ze Swiftów zaczęło opuszczać trumnę w innym tempie. Malstrom robił to powoli, z godnością, Szczęsna – nieco za szybko, a Breweria nadal myślała o byciu występną, więc nie uważała.

– Brewerio! – ponownie syknęła Szczęsna. – Czy mog­łabyś łaskawie…

To, co znajdowało się w trumnie, zawyło.

Szczęsna krzyknęła i wypuściła ją z rąk. Wezgłowie trumny upadło na trawę z głuchym tąpnięciem, skrzynia zakołysała się i przechyliła do grobu, a wieko spadło. Breweria odskoczyła wprost w pokryty czarnym lukrem tort. Wyciągniętymi rękami zagarnęła garście wilgotnego, pachnącego wanilią ciasta.

Nastała cisza, zmącona jedynie rzężeniem gramofonu. Swiftowie ostrożnie zajrzeli do grobu.

Trumna leżała otwarta. Połyskujący czarny jedwab nagrzewał się od słońca. Naturalnie w środku nikogo nie było – oprócz kota Johna, który zamrugał sennie, rozciąg­nął się z emfazą, a potem podreptał w kierunku lasu. Breweria oblizała dłonie z tortu.

– No cóż – odezwał się głos za ich plecami. – Muszę powiedzieć, że próba wypadła żenująco.

Cała trupa z zawstydzonymi minami odwróciła się do ciotki Schadenfreude, przycupniętej na pomniku Zdrożnego. W jednej ręce ciotka trzymała laskę, a w drugiej – lornetkę teatralną, przez którą właśnie oglądała nieład, jaki Rodzina zrobiła w miejscu jej wiecznego spoczynku.

– W wielki wieczór wszystko pójdzie dobrze, ciotuniu! – Wuj Malstrom poruszył ramionami, tak że stawy mu zaskrzypiały niczym kadłub starego okrętu.

Jedną ręką podniósł Brewerię, uchylił się, kiedy próbowała rozmazać mu lukier na brodzie, a potem z uśmiechem postawił dziewczynkę na nogi.

– W wielki poranek – poprawiła go burkliwie ciotka Schadenfreude. – Chowacie mnie o jedenastej. – Ruszyła w ich stronę, mocniej zaciskając gruby żelazny kołnierz, który oplatał jej szyję. – O dwunastej mam być już w ziemi, o wpół do pierwszej kończycie płakać i wracacie do Domu na lunch, którego za kwadrans pierwsza nie dojecie z rozpaczy. Taki jest grafik. Nie napawasz mnie entuzjazmem, Malstromie.

Życie ciotki Schadenfreude było nad wyraz uporządkowane. Od swojej śmierci oczekiwała tego samego. Włas­nego pogrzebu nie miała szans nadzorować, więc odkąd Breweria pamiętała, ciotka zmuszała Rodzinę do ćwiczenia go raz w miesiącu. Do tej pory ani razu nie udało się zrobić wszystkiego zgodnie z planem.

– Brewerio, Szczęsno, następnym razem spróbujcie równo trzymać trumnę. Czułam się tak, jakbyście znosili mnie ze wzgórza.

– Ale to trudne, bo wuj Malstrom jest od nas dużo wyższy! – poskarżyła się Szczęsna.

– Jeśli wziąć pod uwagę przeciętne tempo wzrostu w wieku nastoletnim, to kiedy ciocia Schadenfreude umrze, powinnyśmy być trochę wyższe – zauważyła Fenomena. Potarła plamę lukru na swoim kitlu. – To powinno przywrócić równowagę.

– Co za wstrętny optymizm! – parsknęła Schadenfreude. – Mogę kopnąć w kalendarz, zanim urośniecie choćby o centymetr. Szczęsno, dekoracje chyba ujdą. Aczkolwiek przydałoby się więcej kokard. Co się zaś tyczy Brewerii…

Breweria przerwała oblizywanie.

– Domyślam się, że to ty umieściłaś tam Johna? – zapytała ciotka.

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

– Koty lubią pudełka.

– Czy mogłabyś przynajmniej zaczekać, aż trafię do grobu, zanim zaczniesz go bezcześcić?

Ta uwaga wydała się Brewerii niesprawiedliwa, ponieważ uważała, że tym razem poszło jej znacznie lepiej. Miesiąc wcześniej zaklinowała trumnę we frontowych drzwiach Domu i potem przez kilka dni wszyscy z Rodziny musieli przechodzić pod spodem, jakby tańczyli limbo.

Kwaśna mina ciotki była odbiciem miny dziewczynki.

– No cóż, jesteś bezsilna wobec swojego imienia – westchnęła Schadenfreude. – Przerwa na lunch. Musimy jeszcze posprzątać przed jutrem.

Po tych słowach pomaszerowali do Domu. Po drodze Breweria przesuwała dłonią po nagrobkach i odczytywała imiona: _Rubryka. Katharsis. Antrepryza. Fason._

„Jesteś bezsilna wobec swojego imienia”.

Otrząsnęła się ze złości wywołanej tym wyświechtanym powiedzeniem ciotki. Nic nie mogło jej dziś zdenerwować.

Dziś był dzień poprzedzający jutro, a jutro zamierzała skraść rodową fortunę.

– Patrz, jak idziesz – warknęła Szczęsna, kiedy Breweria przeskoczyła jakiś nagrobek i wylądowała na jej trasie. – Jak to jest, że ty mi się stale plączesz pod nogami?

– Może dlatego, że są takie wielkie. Trudno je ominąć.

– To nie moje nogi są wielkie, tylko ty jesteś malutka. Zupełnie jakbym stale musiała uważać na mrówkę.

Breweria zaczęła mlaskać jak insekt i rzuciła się na siostrę z dłońmi ułożonymi w kształt kleszczy. Szczęsna gwałtownie się odsunęła.

– Ty naprawdę jesteś dziwna – jęknęła.

Po czym, dzięki znacznie dłuższym nogom, oddaliła się od siostry.

– Wiesz co, powinnaś przestać ją drażnić. – Fenomena poprawiła okulary i rzuciła Brewerii mądre spojrzenie. Była naukowczynią, więc każde jej spojrzenie było mądre. – Nie zapominaj, co się stało z twoją katapultą.

– Nigdy nie zapomnę! – odparła Breweria.

Przecież tłumaczyła, że wcale nie celowała w Szczęs­ną, ale ani ona, ani ciotka Schadenfreude nie chciały jej słuchać. Teraz po Oblężeniatorze 5000 został już tylko popiół w piecu Kucharki, a Breweria poprzysięgła zemstę.

Przede wszystkim kiedy już znajdzie rodzinną fortunę, na pewno nie podzieli się ze Szczęsną.

Kiedy zbliżali się do Domu, zwróciła uwagę na dwie nietypowe rzeczy. Po pierwsze, na podjeździe stał samochód, smukły, butelkowozielony, nisko zawieszony, z nosem jak barrakuda wycelowanym w drzwi wejściowe, jakby były jego zakładnikiem. Po drugie, w ich kierunku pędziła Kucharka, młócąc powietrze rękami i nogami. Na policzku miała rozmazany smar – pewnie właśnie pracowała przy swoim motorze. Zahamowała gwałtownie, wzniecając fontannę żwiru.

– Ona tu jest! – wydyszała.

Breweria krzyknęła z podniecenia, a potem pognała w kierunku Domu, zostawiając Rodzinę w tyle.

Po drodze w myślach robiła inwentaryzację torby, którą trzymała w swoim punkcie obserwacyjnym na dachu. Miała tam linę, latarkę, wytrychy, szpadel, papier i ołówki, nóż do rozcinania listów, lornetkę, paczkę herbatników oraz butelkę wody, na wypadek gdyby utknęła gdzieś w Domu. Kuzyni zapewne przybędą lepiej przygotowani. Ciekawe, czy Fenomenie chciało się w końcu zbudować ten wykrywacz metalu, o który ją prosiła.

W pierwszej chwili w mroku holu Breweria zobaczyła tylko dwie dłonie w białych rękawiczkach. Kiedy jej wzrok się przystosował, dostrzegła resztę. Kobieta była równie blada jak jej rękawiczki, a jej skóra, matowa i jakby obwisła, przypominała jabłko, które leżało w misce z owocami o jeden dzień za długo. To utrudniało odgadnięcie jej wieku. Ubrana była w tweedowy kostium, a kręcone włosy w nieokreślonym kolorze niezbyt wprawnie upięła z tyłu. Gdy odwróciła się w kierunku Brewerii, błysnęły małe okrągłe okulary.

– Matriarchini! Znowu nadszedł ten czas! – zaintonowała. – Oto spotykamy się… Aha.

Zamrugała oczami, przypatrując się dziewczynce, która przypomniawszy sobie o dobrych manierach, ruszyła naprzód z wyciągniętą ręką. Kobieta tylko zerknęła na jej dłonie, umazane ciastem i ziemią z grobu, po czym natychmiast schowała swoje za plecami, jakby ktoś chciał jej podać zdechłego szczura.

Nastała niezręczna chwila ciszy, a tymczasem na miejsce dotarła reszta rodziny. Wuj Malstrom wmaszerował z bagażem, który zapewne należał do tej kobiety: dwiema zmaltretowanymi walizkami z rodzaju takich, na które mówi się „neseser”, pudłem na kapelusze oraz kilkoma dziwnymi skórzanymi tubami związanymi razem. W głowie Brewerii natychmiast zaroiło się od szalonych myśli o zawartości tych tub. Może to teleskopy? Kradzione obrazy? Ostatnio czytała o bardzo długim drewnianym instrumencie muzycznym zwanym didgeridoo, na którym gra się w Australii. Może to Australijka?

Kiedy nieznajoma znów się odezwała, stało się jasne, że na pewno nie pochodzi z Australii. Akcent miała rodem z angielskiego uniwersytetu, a głos przyzwyczajony do bibliotek.

– Ach, matriarchini, jesteś wreszcie! – powiedziała nie bez ulgi, witając ciotkę Schadenfreude ruchem głowy. – I widzę, że Malstrom również! Znowu nadszedł ten czas! Spotykamy się ponownie…

– Sukcesjo, miałaś przyjechać dopiero jutro – przerwała jej z emfazą Schadenfreude.

Sukcesja zaczęła kiwać głową jeszcze szybciej i z jeszcze większym entuzjazmem.

– Tak, tak, ale jak pisałam w liście, mamy do omówienia sprawę niezwykłej wagi…

– Nie otrzymałam żadnego listu – odparła ciotka tonem osoby uważającej wymówki za osobistą zniewagę.

– Ach. – Sukcesja zamilkła. – Ale… przecież wysłałam go tydzień temu, razem z resztą zaproszeń.

Rodzina jęknęła, ponieważ wszystko stało się jasne. Ciotka Schadenfreude nie ufała nikomu w uniformie, niezależnie od tego, czy chodziło o policjantów, żołnierzy, członków orkiestry dętej, sprzedawców, uczniów, strażaków czy kucharzy. Dla pracowników poczty nie robiła wyjątków. Jedynym, którego dopuszczała w pobliże domu, był miejscowy listonosz Sulejman, ale on od dwóch tygodni miał grypę.

– No cóż, skoro już jesteś, chyba nic na to nie poradzimy – stwierdziła. – Dziewczęta, to ciotka Sukcesja. Sukcesjo, to dziewczynki: Szczęsna, Fenomena i Breweria, w kolejności od najstarszej do najmłodszej i od najmniej do najbardziej uciążliwej.

– Yyy… miło mi was poznać – powiedziała Sukcesja.

Breweria wiedziała, że kłamie. A kłamstwo to podstępna istota żyjąca własnym życiem. Jakkolwiek by je ukrywać, w końcu zawsze się objawi: na twarzy, w ruchu dłoni albo w przestępowaniu z nogi na nogę. Brewerii zawsze dobrze szło rozpoznawanie kłamstw, a to dostrzegła tuż pod lewym okiem Sukcesji. Chociaż od tygodni wyczekiwała przybycia ciotki, z jakiejś przyczyny natychmiast poczuła do niej niechęć. Być może chodziło o wodniste oczy, białe rękawiczki albo o to, że patrzyła na Brewerię jak na pleśniejącą rzecz znalezioną na dnie spiżarni.

– I ciocia niby jest ważna? – zapytała dziewczynka z powątpiewaniem.

Malstrom stłumił chichot. Sukcesja wyprostowała się jak struna.

– Jestem – odparła. – Jestem archiwistką. To moja praca… nie, to moje powołanie! – Przycisnęła białe dłonie do piersi, a jej oczy zaszkliły się z emocji. – To moja służba, mój… mój zaszczyt, że mogę rejestrować żywoty Swiftów dla potomności. Strzegę historii naszej Rodziny, prowadzę kronikę naszego dziedzictwa, pielęgnuję nasze zwyczaje…

Ciotka Schadenfreude odchrząknęła.

– À propos, Sukcesjo, gdybyś raczyła przejść do rzeczy… Tylko zwięźle, jeśli łaska – dodała, wyczuwając początek kolejnej przemowy.

– No właśnie, w laboratorium czeka na mnie eksperyment, w którym liczy się czas – wtrąciła Fenomena.

– A ja muszę wymyślić, w co się jutro ubiorę – dodała Szczęsna.

– A ja idę na lunch – stwierdziła ciotka Schadenfreude.

Sukcesja była oburzona.

– Ależ Schadenfreude, przecież dla Fenomeny i Brewerii to pierwszy Zjazd! Tradycja jest najważniejsza!

– No cóż, na tradycję nie czeka w kuchni omlet z grzybami.

Sukcesja z dezaprobatą wydęła wargi. Przez moment wydawało się, że skarci ciotkę Schadenfreude, ale roztropnie uznała, że mogłaby tego nie przeżyć.

– Oto znów nadszedł ten moment! – oznajmiła przez zaciśnięte zęby. – Zebraliśmy się ponownie. Ja, Sukcesja Swift, archiwistka, po zbadaniu ksiąg, zinterpretowaniu znaków i sprawdzeniu, kto kiedy jest dostępny, niniejszym ogłaszam Zjazd Rodzinny Swiftów. Powracamy do Domu naszego Rodu, aby zacieśnić relacje, zachować między nami pokój i poszukiwać naszej zaginionej fortuny, jak to czyniliśmy w minionych dekadach i czynić będziemy w kolejnych, dopóki nasze imiona nie zamilkną. Matriarchini Schadenfreude, czy jesteśmy mile widziani?

– Hm? Cóż, na to wygląda.

– Zatem dokonało się! – Sukcesja rozłożyła ramiona. – Przygotowania do Zjazdu oficjalnie rozpoczęte!2. Słownik

Dawno temu, w czasach rajtuzów i kaftanów, każde dziecko w rodzinie Swiftów otrzymywało imię Mary lub John. Było to wielce niepraktyczne podczas posiłków, bo kiedy ktoś prosił Johna o podanie ziemniaków, po półmisek natychmiast sięgało dziesięć rąk, dlatego Mary Swift XXXV zainicjowała tradycję nadawania dzieciom imion przy użyciu Słownika Rodu. Pomysł się przyjął, a rodzina Swiftów rozkwitła. Na Mary lub Johna ludzie często nie zwracają uwagi, natomiast mało kto zapomni osobę o imieniu Megalomania bądź Dygot.

Breweria nie pamiętała dnia swoich narodzin, ale umiała to sobie dokładnie wyobrazić: sala w szpitalu, pielęgniarki, matka, zmęczona i uśmiechnięta, ojciec poprawiający jej poduszki. Wyobrażała sobie także siebie samą, owiniętą jak orzeszek, już wtedy z burzą rudych włosów szalejącą na głowie. Wyobrażała sobie Słownik, co było o tyle łatwiejsze, że patrzyła na niego właśnie w tej chwili: na pradawną, obitą w skórę, monstrualną księgę, pękającą w szwach od stron ze skóry cielęcej, pergaminu i papieru, pełną wpisów wydrukowanych wyraźną, nowoczesną czcionką, napisanych chwiejnie na maszynie oraz nabazgranych odręcznie, niedzisiejszym charakterem pisma z długimi literami _s_, które wyglądają jak _f_.

Na pewno Słownik wniesiono, położono na łóżku (Breweria wyobrażała sobie miny zdegustowanych pielęgniarek), a potem matka Brewerii otworzyła go na przypadkowej stronie. Zrobiła to z zamkniętymi oczami. Przesunęła palcem po stronie i zatrzymała się na słowie – wraz z towarzyszącą mu definicją – które miało się stać imieniem jej dziecka.

Breweria umiała sobie to wyobrazić tak dokładnie, ponieważ tak samo wyglądał pierwszy dzień życia każdego Swifta. Jedynym znanym jej wyjątkiem była arcyciotka Schadenfreude, która urodziła się pięć tygodni przed terminem podczas wycieczki do Niemiec, dlatego rodzina musiała się zadowolić tym, co miała pod ręką.

Szczęsna pognała po schodach na górę, zanim ciotka Sukcesja skończyła przemawiać. Ciotka Schadenfreude natychmiast wdała się w dyskusję o jadłospisie z Kucharką, Malstrom zaś zajął się pielęgnacją swojego scyzoryka, a konkretnie końcówki z wiecznym piórem. Sukcesja podeszła do wielkiej szklanej gabloty mieszczącej Słownik, otwarty na stronie tytułowej.

Przymiotnik „iluminowany” ma dwa znaczenia: „oświetlony” oraz „ozdobiony kunsztownymi barwnymi wzorami”. O tej stronie można było powiedzieć i jedno, i drugie. Na iluminowanej stronie widniał tytuł zapisany wymyślnymi literami:

Słownik
Rodu
Swiftów

Ciotka Sukcesja podeszła tak blisko, że jej nos był zaledwie kilka milimetrów od szkła. Wzięła do ręki kluczyk, który nosiła na łańcuszku na szyi. Ostrożnie, z nabożną uwagą, otworzyła drzwiczki i drżącą dłonią w białej rękawiczce dotknęła pożółkłej strony.

Piętro wyżej rozległ się taki dźwięk, jakby ktoś kartkował ogromną księgę, razem z nim – nasilający się wrzask, a po chwili na półpiętrze pojawiła się rozpędzona Szczęsna. Uciekała po wielkich schodach, a w ślad za nią leciały ćmy.

Breweria się uśmiechnęła.

Kilka dni po zniszczeniu Oblężeniatora 5000 Sulejman dostarczył jej przesyłkę: niedużą kanciastą paczkę z otworami u góry. W środku znajdowały się dziesiątki gąsienic, które zamówiła z ogłoszenia na ostatniej stronie czasopisma przyrodniczego. Potem wczołgała się do przepastnej szafy Szczęsnej, otworzyła pudełko i wypuściła gąsienice. Karmiły się ubraniami siostry, żuły wełnę, bawełnę i jedwab, robiły się grube i senne, wiły kokony w ciepłej, suchej, ciemnej przestrzeni.

A teraz najwidoczniej się wykluły.

Żałowała, że nie było jej przy tym, kiedy Szczęsna otworzyła szafę i zobaczyła gapiące się na nią ćmy. Każde z aksamitnych ciał miało wielkość jej dłoni, a na skrzydłach dla zmylenia drapieżników widniało dwoje ogromnych żółtych oczu. Teraz ćmy frunęły wściekle mrugającą chmarą w kierunku żyrandola i wzbijały kurz. Ich skrzydła otarły się o twarz Brewerii. Uznała, że to dość przyjemne – jakby znalazła się w centrum miękkiego tornada – ale ciotka Sukcesja zawyła i zaczęła się klepać po włosach, więc chyba była innego zdania. Jedna z ciem, zwabiona iluminacją Słownika, wleciała do szklanej gabloty. Na ten widok Sukcesja krzyknęła tak, jakby ktoś przystawił zapałkę do portretu Mony Lisy.

Wśród hałasów i chaosu Fenomena spokojnie zgasiła światło. Zdezorientowane ćmy się rozproszyły – niektóre skierowały się w głąb domu, ale większość wyleciała na dwór przez otwarte drzwi, żeby w południowym słońcu terroryzować okoliczne ptaki.

Breweria parsknęła śmiechem.

Szczęsna się obróciła, jej oczy były mokre, błyszczące i przepełnione wściekłością.

– Patrz, co narobiłaś! – wrzasnęła, unosząc strzęp niebieskiego jedwabiu.

Kiedyś zapewne była to sukienka, ale ćmy wygryzły w niej tyle dziur, że dałoby się z niej zrobić kostium kąpielowy dla ośmiornicy. Na ten widok Breweria roześmiała się jeszcze głośniej.

– Moje ubrania zniszczone! – jęknęła Szczęsna. – Połowę z nich uszyłam sama!

– I dobrze ci tak!

– Brewerio!

Skórzana kurtka Kucharki zaskrzypiała, gdy ta skrzyżowała ręce na piersiach. Miała tak surowy wyraz twarzy, że Brewerię ścisnęło w żołądku. Dziewczynka spojrzała na Malstroma, swego najlojalniejszego sprzymierzeńca. On też wyglądał na rozczarowanego, przez co poczuła się jeszcze gorzej.

– No co? To Szczęsna zaczęła!

– Ty mały potworze! Ciekawe, co byś powiedziała, gdybym to ja zniszczyła coś, co ty zrobiłaś! – krzyknęła jej siostra.

Żołądek Brewerii cudownie wrócił do właściwych rozmiarów.

– Właśnie że zniszczyłaś! To za Oblężeniatora 5000, ty…

– Tę twoją głupią katapultę? Zbudowałaś ją w jedno popołudnie. Ja te rzeczy szyłam tygodniami!

– Ona nie była głupia, tylko…

Trzask!

Obie dziewczynki zamilkły na dźwięk laski Schadenfreude uderzającej o balustradę. Twarz ciotki była przerażająca, ponura jak głaz. Schadenfreude przeszyła Brewerię spojrzeniem. Dziewczynka poczuła się jak jedna z ciem Szczęsnej, zamknięta w gablocie.

– Sukcesjo, nic ci nie jest?

Ciotka Sukcesja wciąż wytrząsała z włosów wyimaginowane ćmy. Jej białe dotychczas rękawiczki pokrywał kurz.

– Nic… Chyba nic…

– Brewerio – warknęła Schadenfreude – przeproś ciocię.

– Przepraszam – powiedziała prędko dziewczynka. – Na razie nic do cioci nie mam.

– Dobrze. A teraz przeproś siostrę.

– Nie.

Ciotka Schadenfreude wbiła wzrok w Brewerię. A Breweria – w ciotkę. Wyprostowała się, gotowa wierzgać i krzyczeć.

Ale Schadenfreude tylko wzruszyła ramionami.

– W porządku – powiedziała.

Szczęsnej opadła szczęka.

– Co?! Tak po prostu jej odpuścisz?

– Och, oczywiście spotka ją kara – odrzekła ciotka Schadenfreude i rzuciła ponure spojrzenie Brewerii, która właśnie wykonywała skromny taniec zwycięstwa. – Ale wątpię, czy odniesie skutek. Jest, jaka jest. Bezsilna wobec swojego imienia.

– To żadna wymówka!

– Ale jest to wyjaśnienie. – Ciotka Sukcesja klasnęła w dłonie, żeby częściowo strzepnąć kurz. – Bądź co bądź, Słownik ma ogromną moc. Gdyby imię Brewerii nie pasowało, nosiłaby inne.

Breweria zmarszczyła czoło. Mijała Słownik codziennie. To zwyczajna książka. Za duża do czytania w wannie, ale zwyczajna.

– Jak to? – zapytała nieufnie.

– Słownik nazwał mnie Sukcesją, ponieważ wiedział, że stanę się opiekunką rodzinnych archiwów. Twojemu wujkowi nadał imię Malstrom, przewidziawszy jego żeglarską karierę. A ciebie nazwał Brewerią, mając świadomość, że będziesz sprawiała kłopoty.

Fenomena stęknęła sceptycznie.

– Więc mówicie, że Słownik jest… zaczarowany?

– Nie! – załkała Szczęsna. – Mówią, że muszę się pogo­dzić z tym, że mam taką siostrę!

Następnie pobiegła na górę, bucząc w swój kawałek jedwabiu.

Breweria nie zamierzała czuć się winna. Szczęsnej za kilka dni przejdzie. W końcu to tylko parę sukienek. Ich szycie nie mogło trwać aż tak długo.

– Biedna Szczęsna. To nie jej wina, że nosi zwyczajne imię – westchnęła ciotka Sukcesja. Chciała przez to powiedzieć, że imię Szczęsna, podobnie jak Prudencja, Hiacynt, Róża czy Lew, nie zwróciłoby uwagi w nieswiftowskim społeczeństwie. – Tacy Swiftowie zawsze prowadzą doskonale nudny, doskonale przeciętny żywot. Pamiętam arcyciotkę Nadzieję! Urocza kobieta, ale skończyła tragicznie jako okulistka. À propos… – Sukcesja spojrzała przez okrągłe okularki na ciotkę Schadenfreude. – Jeśli chodzi o tę sprawę, którą miałyśmy omówić…

Gdzieś w Domu rozległ się przytłumiony huk.

– Mówiłam, że w moim eksperymencie liczy się czas.

Fenomena westchnęła i poszła sprawdzić, co wybuchło.3. Mapa wnętrza

Gdyby Dom Swiftów kiedykolwiek wystawiono na sprzedaż, ogłoszenie zapewne brzmiałoby tak:

NA SPRZEDAŻ

Uroczy, osobliwy dworek z siedemnastego wieku. Pierwotny budynek z 1602 roku, z późniejszymi przybudówkami. Silna osobowość, bogaty charakter! Pięknie położony w odosobnionym miejscu, z dala od najbliższej wsi – idealny dla kogoś, kto pragnie rzucić wszystko i uciec na odludzie. Wymaga odrobiny miłości.

Tłumacząc na normalny język: Dom był masywnym trzykondygnacyjnym pudłem, do którego przybudówki przylgnęły przez lata niczym stare kawałki gumy do żucia. Wschodnie i zachodnie skrzydło dodano sto lat po wybudowaniu głównego gmachu, a w epoce wiktoriańskiej z tyłu postawiono oranżerię. Na jednym końcu budynku, z przyczyn, których nikt do końca nie rozumiał, arcywuj Barchan dostawił jeszcze wieżyczkę, tak że teraz, za sprawą kanciastych kształtów i niespodziewanej wieży, Dom trochę przypominał łeb nosorożca.

Dawno, dawno temu Swiftowie byli bogaci, a Dom pomimo dziwnego kształtu miał zawsze świeży tynk i drożne rynny. Podobnie jednak jak właściciele on również z czasem podupadł i nie oparł się rozkładowi. Rządziły tu pleśń, kurz i nieporządek. W zapomnianych zakamarkach myszy, ptaki i nietoperze pozakładały ukryte królestwa. Ogólny efekt nie był wcale brzydki, ale ładnym można by go nazwać tylko wtedy, gdyby nieco przekręcić głowę i zmrużyć oczy.

Breweria uwielbiała Dom, ale usiłowała się z niego wyrwać, odkąd tylko potrafiła ustać na dwóch nogach dłużej niż minutę. Z takim imieniem nie spodziewano się po niej niczego innego. Ciotka Schadenfreude robiła, co mogła, żeby nie pozwalać jej włóczyć się nocami po posiadłości, ale szczęście Brewerii polegało na tym, że Swiftowie przerobili gmach nie tylko od zewnątrz; przez kolejne pokolenia ryli w Domu jak myszy w materacu, drążyli tajne korytarze, wydłubywali oczy portretom, żeby umieścić w nich wizjery, dodawali fałszywe ściany w szafkach, a tu i ówdzie dorzucili nawet zapadnie. Breweria znalazła trzy tajne wyjścia, a ciotce Schadenfreude udało się zablokować zaledwie dwa.

Ponieważ tylko nieliczne z takich dodatków pojawiały się na planach Domu, jego mieszkańcy cały czas pozostawali w stanie lekkiego zagrożenia. Na przykład co czwarta książka w bibliotece to prawdopodobnie wcale nie książka, tylko mechanizm uruchamiający którąś z tajnych, nieraz zabójczych pułapek. Arcykuzyn Pulpit przekonał się o tym na własnej skórze, kiedy sięgnął po tom dzieł Edgara Allana Poego i spadł do studni.

Dzieci Swiftów uczono, żeby uważały, co czytają.

Tego popołudnia Breweria została zwerbowana do udziału w kampanii porządkowej, więc założyła nagolenniki. Przygotowania do Zjazdu w wykonaniu Kucharki polegały na tym, że krążyła po Domu, wymachiwała miotełkami do kurzu i pachniała pastą. Pozostałymi niechętnymi żołnierkami zostały Fenomena i Szczęsna. Kucharka unosiła jedną ręką kanapy i stoły (była niezwykle silna, bicepsy miała jak trzy golonki związane razem), a dziewczynki wślizgiwały się pod spód z szufelkami, żeby zgarniać kłaczki i włosy. Wuj Malstrom też pomagał: podnosił Brewerię do narożników pod sufitem, skąd ratowała pająki.

Nie miałaby nic przeciwko tej pracy, gdyby nie ciotka Sukcesja. Jako gościni została zwolniona z porządków, ale bardzo szybko zaczęła zatruwać Dom. Ilekroć Breweria się odwróciła, widziała jej białe rękawiczki i aureolę bezbarwnych włosów, kiedy ciotka pochylała się nad tym czy innym bibelotem i pouczała innych o jego historii. Zupełnie jakby ktoś wstawił do Domu nowy mebel i wszyscy się o niego potykali.

– Och, cudownie! – zawołała Sukcesja i wzięła do ręki jakiś przedmiot znad kominka. – Wygrawerowano tu inicjały E.S. oraz czarną lilię… To symbole Epifanii Swift! W szesnastym wieku wyemigrowała do Hiszpanii. Przewidziała sztormy, które zniszczyły Wielką Armadę. Tylko że nie mówiła po hiszpańsku, więc król Filip jej nie posłuchał. Toż to bezcenny element historii Rodziny!

– To odświeżacz powietrza – szepnęła Kucharka do wuja Malstroma, a ten w odpowiedzi wydał z siebie dźwięk, który u kogoś drobniejszego nazwalibyśmy chichotem.

Sukcesja rozejrzała się podejrzliwie. Jej wzrok padł na Brewerię, która przycupnęła na ramieniu wuja i udawała niewiniątko.

– Hm. Słusznie, że znajdujecie jej zajęcia – stwierdziła ciotka, rzucając Kucharce konspiracyjny uśmiech.

Ta zmarszczyła brwi.

– W jakim sensie?

– Cóż, uganianie się za kimś o imieniu Breweria nie może być łatwe. – Sukcesja łagodnie poklepała Kucharkę po ramieniu. – Z takim imieniem trzeba mieć ją na oku. Kto wie, co z niej wyrośnie!

Uśmiech ciotki nie był okrutny, ale Breweria i tak poczuła ukłucie. Szczęsna, która właśnie polerowała kredens, parsknęła śmiechem. Kucharka zważyła w dłoni miotełkę do kurzu, jakby sprawdzała jej przydatność jako broni. Wuj Malstrom przemieścił się między nią a Sukcesją niczym góra lodowa dryfująca między dwoma okrętami.

– Wiecie co? – zadudnił. – Może przy okazji opowiem o historii Mienia? Sukcesjo, w razie potrzeby na pewno mnie poprawisz.

Dziewczęta nadstawiły uszu. Malstrom był zdecydowanie najlepszym gawędziarzem w Rodzinie. Każda z sióstr choć raz udawała chorobę tylko po to, żeby usiadł przy jej łóżku i przeczytał jakąś bajkę. Zawsze udawał postacie.

Ciotka Sukcesja dostojnie skinęła głową i dała znak, żeby mówił dalej.

– To bardzo stara opowieść – zagrzmiał. – Niemal równie stara jak sam ród Swiftów, a od częstego powtarzania wytarta jak sam Słownik. Dawno temu, kiedy nazwisko Swif­tów było świeże, a Dom dopiero co zbudowany, Prunus Swift zmarł. Zostawił po sobie fortunkę, podzieloną równo na trzy części: po jednej dla każdego z dwóch synów, Przeboga i Zdrożnego, oraz trzecią dla jedynej córki, Uroczny…

– Która przeprowadziła się do Danii, bo dostała obsesji na punkcie _Hamleta _– wtrąciła Sukcesja. – Jej historia jest zresztą fascynująca…

Kucharka syknęła, żeby ją uciszyć.

– To prawda, Uroczna wyruszyła w świat, a Dom zostawiła braciom. Starszy, Przebóg, zajął zachodnie skrzydło. – Malstrom machnął ręką w stronę zachodu, bujając przy tym roześmianą Brewerią, jakby siedziała na noku rei. – Z kolei młodszy, Zdrożny, wprowadził się do wschodniego. Obaj bracia byli jak ogień i woda. Przebóg był człowiekiem przyzwoitym, przynajmniej na tyle, na ile to możliwe u bogacza, a do tego filantropem, co oznacza, drogie dziewczęta, że wydawał dużo pieniędzy na finansowanie sierocińców i tego typu sprawy. Natomiast Zdrożny… – Wuj pokręcił głową i mruknął z dezaprobatą, zupełnie jakby go znał osobiście. – Tak bardzo kochał złoto, że gdyby tylko znalazł kupca na kości ojca, własnoręcznie rozkopałby mogiłę. Miał szeroko zakrojone plany związane ze swoją częścią fortuny. Wszystko, co do grosza, zainwestował w biznes: górnictwo, handel, przemysł, a jeszcze mu było mało. Wściekał się, bo jego zdaniem brat marnował pieniądze. „Daj mi swoją dolę”, powtarzał, „a sprawię, że będziemy bogaci jak króle”. Bracia kłócili się dniem i nocą. Aż pewnego dnia Przeboga znaleziono martwego w ogrodzie, z siekierą w plecach.

Wuj Malstrom dla efektu zawiesił głos.

– Zdrożnego nigdy nie aresztowano, nigdy nie stanął przed sądem – mówił dalej. – Ale że zabił swojego brata, to taki sam pewnik jak to, że niebo jest błękitne, woda mokra, a ja stoję tu przed wami.

W tym momencie opowieści Breweria zawsze miała dreszcze. W Domu do dziś wisiały portrety Zdrożnego. Jeden z dużych obrazów w holu przedstawiał Prunusa z trojgiem dzieci pod wielkim dębem, który niegdyś królował na trawniku przed wejściem. Godzinami wpatrywała się w twarz młodego Zdrożnego, usiłując zobaczyć w niej twarz mordercy.

– Przebóg zostawił trochę pieniędzy żonie i córce, ale ponieważ nie miał męskiego potomka (co w owych czasach miało podobno ogromne znaczenie), cała reszta przypadła Zdrożnemu, włącznie z połową Domu. Zdrożny zaś bez przerwy się bogacił. Został kupcem, potem szlachcicem, a potem lordem. Bratanicę wydał za mąż najszybciej, jak mógł, a jej męża wysłał za granicę. W ogrodzie wzniósł pomnik na własną cześć, ponoć dokładnie w tym miejscu, gdzie zabił Przeboga. Wraz z bogactwem rósł jednak także jego strach. Zdrożny zaczął się śmiertelnie bać innych członków Rodziny, a szczególnie tego, że pewnego dnia ktoś z krewnych mógłby go okraść, tak jak on okradł brata. Wycofał wszystkie fundusze z banku, zakupił za nie złoto, srebro, klejnoty i wszelkie bogactwa, jakie wpadły mu w ręce. Zgromadził skarb godny smoka i zupełnie tak jak smok na nim zamieszkał, ponieważ już do końca życia nie opuścił posiadłości Swiftów. Zamknął się tutaj, nie wpuszczał gości, a ze światem zewnętrznym komunikował się wyłącznie za pomocą listów. Kiedy w końcu zmarł, dopiero po tygodniu ktoś ośmielił się przyjść po ciało.

– Z którego wtedy zapewne zaczęła się już robić galareta – dodała Breweria z makabryczną rozkoszą. – Oczy na pewno zapadły mu się w głąb czaszki, zaczął pęcznieć, a szczury…

– Już dobrze – rzuciła niespokojnie Sukcesja. – Chyba nie musimy aż tak się cieszyć ze śmierci krewnego.

– Kiedy biedna Uroczna dowiedziała się o losie braci, wpadła w straszliwą rozpacz. Wróciła do Anglii, do Domu, który odziedziczyła. Wskutek czynów Zdrożnego Rodzina się rozproszyła, ale Uroczna była mądra: aby ją ponownie zjednoczyć, zaprosiła do Domu wszystkich żyjących Swiftów i namówiła ich do poszukiwania zaginionej fortuny. To był pierwszy Zjazd Rodzinny, sama natomiast została pierwszą matriarchinią.

– No a co ze skarbem? – przypomniała Breweria.

– Rodzina szukała, gdzie się dało, zarówno podczas tamtego Zjazdu, jak i wszystkich kolejnych – zadudnił Malstrom, zbliżając się do puenty – ale dotąd nie natrafiono na żaden ślad Mienia Zdrożnego.

Wuj zamilkł i zapadła brzęcząca cisza. Potem klasnął w dłonie, aż ciotka Sukcesja podskoczyła.

– I tak się kończy ta historia!

– Doskonale ją przedstawiłeś! – zachwyciła się ciotka. Nie mogła się jednak powstrzymać przed dodaniem: – Choć to oczywiście nie zastąpi sztuki autorstwa samej Uroczny, _Tragicznej historii Przeboga i Zdrożnego_. Kuzyn Histrion odegra ją w sobotę. Ta sztuka nie jest z kolei aż tak ekscytująca jak dawne rodzinne księgi rachunkowe i dokumenty podatkowe…

Gdy rozpoczęła wykład na temat rachunkowości sprzed stuleci, Breweria zsunęła się z ramienia wuja Malstroma, który udał, że tego nie widzi, i wymknęła się korytarzem schowanym za zbroją, żeby się zająć swoim tajnym projektem.

Przed rokiem rozpoczęła pracę nad mapą. Jej ambitny plan zakładał zaznaczenie każdego ukrytego zakamarka, każdego zakamuflowanego przejścia, każdej kryjówki w Domu. Większość ludzi uznałaby, że to niemożliwe, ale Breweria to nie większość ludzi. Cechowała ją idealna mieszanka uporu i ciekawości, mieszanka, dzięki której albo odkrywa się zaginione miasta, albo ląduje się w więzieniu. Odnalezienie dróg ucieczki okazało się przydatne, to fakt – ale tak naprawdę Breweria cały czas szukała zaginionej fortuny Swiftów, Mienia Zdrożnego, ukrytego przez samego arcywuja gdzieś na terenie posiadłości.

Miała plany wobec tego skarbu. Zmieniały się w zależności od jej nastroju, ale zawsze wiązały się z przygodą. Gdyby ktoś z krewnych odnalazł go jako pierwszy, jak nic spłonęłaby z zazdrości i byłoby po niej.

Kot John przemaszerował obok z uniesionym ogonem, niosąc w zębach martwą ćmę wielkości gołębia. Breweria w zamyśleniu podrapała go za uchem. Udało jej się zaznaczyć na mapie większość ukrytych pomieszczeń i korytarzy, a teraz skupiała się na podejrzanych obrazach. W powieściach tajne pokoje, sejfy w ścianie albo stare mapy skarbów zwykle znajdowano za najdziwniejszym, najbrzydszym malowidłem, a ponieważ kryminały należały do nielicznych książek w bibliotece, które nie uruchamiały żadnych pułapek (uważano je za pouczające), wielu Swiftów skopiowało ten pomysł przy projektowaniu własnych skrytek. W rezultacie Dom był pełen fatalnych dzieł sztuki.

Na odwrocie mapy Breweria spisała wszystko, co znalazła do tej pory podczas systematycznego penetrowania Domu:

PODEJRZANE OBRAZY NA TRZECIM PIĘTRZE

SYPIALNIA KORALOWA:

Rzęsa wodna (akwarela): sejf w ścianie, zamek zepsuty, pusto

Klaun opłakujący swój los (olej na płótnie): nic

Fabryka konserw o zmierzchu (olej na drewnie): obluzowana cegła, w środku stary pamiętnik (nudny)

Małpa na koniu na biegunach (szkic ołówkiem): wizjer do przylegającej łazienki

ŁAZIENKA:

Mżawka na morzu (akwarela): nic

Syrena jedząca hot doga (akwarela): wizjer do przylegającej sypialni

KORYTARZ NA TRZECIM PIĘTRZE:

Martwa natura z miską pistacji (pastel): jeden czerwony guzik, NIE NACISKAĆ

Księżna z kwaśną miną (olej na płótnie): sejf w ścianie, otwarty, zawiera spleśniałe resztki kanapki

Studium w tuszu (tusz na papierze): wiadomość zapisana chyba czerwoną farbą (?), nieczytelna

Zakonnica dłubiąca w nosie (olej na płótnie): zsyp na pranie

Czyli jak dotąd nic niezwykłego.

Breweria oparła się o ścianę, wyłowiła z kieszeni połówkę brązowiejącego jabłka i zaczęła rozmyślać nad następnym krokiem. Słyszała dobiegające z piętra niżej trele Szczęsnej śpiewającej podczas ścierania kurzów jakąś francuską piosenkę. Na parterze Kucharka wykrzykiwała do Fenomeny nazwy kolejnych potrzebnych rzeczy, bo szykowała się do zakupów na ostatnią chwilę. Gdyby Breweria się pośpieszyła, mogłaby zacząć sprawdzanie Pokoju Limonkowego, zanim ktokolwiek zauważyłby jej nieobecność.

Ogryzek jabłka wrzuciła do zsypu za _Zakonnicą dłubiącą w nosie_. Dłonie miała lepkie, więc wytarła je o tapetę we wnęce za plecami.

I znieruchomiała.

Zamiast tapety poczuła chłodną, lekko nierówną powierzchnię olejnego obrazu na płótnie. Dokładniej przyjrzała się ścianie.

Zrozumiała, że wnęka wcale nie jest wnęką, ale olbrzymim płótnem sięgającym od podłogi do sufitu, wiernie odwzorowującym pusty fragment korytarza. Wzdłuż krawędzi biegła cienka szpara w miejscu, gdzie obraz wstawiono w ścianę. Breweria nigdy by tego nie zauważyła, gdyby nie przesunęła po nim dłońmi.

Serce jej waliło. Wbiła czubki palców w szczelinę wokół krawędzi płótna i przez chwilę żałowała, że nie ma takich paznokci jak Szczęsna. Ku jej zaskoczeniu obraz uchylił się bez trudu, idealnie wyważony na delikatnych zawiasach. Za nim znajdowały się drzwi.

Jeszcze zanim Breweria odchyliła obraz, w myślach już liczyła monety, dlatego odkrycie, że w drzwiach brakuje klamki albo typowego zamka, było dla niej ciosem. Na wysokości jej wzroku znajdował się tylko maleńki okrągły otwór o średnicy niewiele większej niż wykałaczka. Jak każda porządna odkrywczyni Breweria nosiła przy sobie szwajcarski scyzoryk, a jednocześnie jak każ­da dobra magiczka wyspecjalizowana w ucieczkach miała również kilka spinaczy przydatnych przy najmniejszych zamkach. Chociaż dłubała i kombinowała przez kilka minut, nie zdołała zmusić drzwi do otwarcia. Ktokolwiek je stworzył, zrobił to tak, żeby dzieci nie były w stanie ich otworzyć, co jest nie lada sztuką.

Może i Breweria nie potrafiła się dostać do środka, ale to nie znaczyło, że nie może się niczego dowiedzieć. Na początek mocno walnęła w drzwi. Potem rozpłaszczyła się na dywanie, przycisnęła nos do szpary między drzwiami a podłogą i mocno wciągnęła powietrze. Następnie z torby wyjęła lusterko i przyłożyła je pod futryną pod odpowiednim kątem.

W ten sposób udało jej się ustalić kilka faktów. Wnios­kując z echa po uderzeniu w drzwi, pomieszczenie musiało mieć spore rozmiary. Powietrze było chłodne, suche i pachniało starymi książkami. W lusterku zobaczyła tylko mrok, co oznaczało, że zapewne nie ma tam okna.

Powieści kryminalne. Najbezpieczniejsze książki w bibliotece.

Breweria usiadła na ziemi i zastanowiła się, co dalej. Kiedy ktoś mierzy się z problemem, czasami bardzo trudno przyznać, że bezczynność wcale nie jest gorsza od działania. Breweria należała do osób, które lubią działać, więc odejście od drzwi wydawało się porażką. Uznała, że to wcale nie kapitulacja, tylko przegrupowanie przed ponownym atakiem.

Wyjęła długopis, a potem do listy podejrzanych obrazów dodała:

Płótno od podłogi po sufit, kamuflowane (olej na płótnie) – tajny pokój???

Potem nad korytarzem na drugim piętrze, w miejscu, gdzie zgodnie z mapą znajdował się tylko kawałek pus­tej ściany, narysowała duży czerwony znak zapytania.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij