-
nowość
Sygnał piękna. Nowa definicja atrakcyjności kobiecego ciała - ebook
Sygnał piękna. Nowa definicja atrakcyjności kobiecego ciała - ebook
Dlaczego jedne kobiece sylwetki wydają nam się piękne, a inne nie? I dlaczego dwie osoby mogą patrzeć na to samo ciało i widzieć coś zupełnie innego? „Sygnał piękna” proponuje nowe spojrzenie na atrakcyjność kobiecego ciała. Leszek Pokrywka pokazuje, że piękno nie jest prostym zestawem idealnych proporcji. To reakcja na sygnały, które odczytujemy przez biologię, kulturę i własne doświadczenia. Autor analizuje między innymi znaczenie talii, nóg, piersi, masy ciała, umięśnienia i proporcji sylwetki. Pokazuje, dlaczego standardy piękna się zmieniają, dlaczego media potrafią zmienić sposób, w jaki oceniamy ciało, oraz dlaczego osobiste preferencje nie zawsze zgadzają się z dominującym wzorcem. To książka o mechanizmie atrakcyjności — nie o tworzeniu kolejnego ideału kobiecego ciała.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Popularnonaukowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398385435 |
| Rozmiar pliku: | 157 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1. KOBIECE CIAŁO I WSPÓŁCZESNY IDEAŁ PIĘKNA
Co wyróżnia ciała finalistek konkursów piękności
Czy piękno kobiecego ciała można zmierzyć? Nie w całości. Zbyt wiele zależy od obserwatora, kultury, kontekstu i indywidualnych preferencji. Można jednak sprawdzić, czy w ciałach kobiet uznawanych za wyjątkowo atrakcyjne pewne cechy pojawiają się częściej niż u innych. Do tego potrzebowałem grupy, która przeszła już silną selekcję estetyczną. Wybrałem finalistki konkursów piękności. Nie dlatego, że reprezentują jedyny możliwy wzorzec urody, lecz dlatego, że są dobrym przykładem piękna społecznie rozpoznawalnego: sylwetek wybieranych spośród wielu innych i wysoko ocenianych przez jurorów oraz publiczność.
Porównałem je z młodymi studentkami o zbliżonym wieku. Wiele z nich również było atrakcyjnych. Nie interesowała mnie więc banalna różnica między kobietą młodą i szczupłą a przeciętną populacją, w której występuje dziś dużo nadwagi. Chciałem uchwycić subtelniejsze cechy odróżniające sylwetkę atrakcyjną od tej, która w konkursie piękności ma szansę znaleźć się w finale.
Dotychczasowe analizy kobiecej sylwetki często opierały się na kilku podstawowych parametrach: wzroście, masie ciała, obwodzie talii, bioder czy piersi. Uznałem, że to za mało. W swoim badaniu wykorzystałem łącznie 41 pomiarów i wskaźników opisujących budowę ciała. Mierzyłem między innymi szerokość barków i bioder, obwody kończyn, proporcje tułowia i nóg, fałdy skórno-tłuszczowe oraz zależności między poszczególnymi wymiarami.
Pamiętam hotel w górach, w którym finalistki przygotowywały się do konkursu. Między próbami i treningami przychodziły na pomiary. Miarka przesuwała się od barków do talii, od talii do bioder. Zapisywałem kolejne liczby, a później porównywałem je z wynikami studentek.
Każdy pomiar z osobna był tylko liczbą. Dopiero kiedy pewne różnice zaczęły regularnie powtarzać się w całej grupie, pojawił się wzór.
Nie chciałem sprowadzać piękna do centymetrów. Chciałem sprawdzić, czy za subiektywnym wrażeniem atrakcyjności znajduje się powtarzalna struktura.
Analiza wykazała siedem cech, które najlepiej różnicowały obie grupy. Najsilniej wyróżniały finalistki smukłe uda. Ważne były również bardzo szczupła talia, proporcje piersi względem tułowia, mniejsze otłuszczenie niektórych okolic ciała oraz smukłe łydki. Nie oznacza to, że jedna z tych cech sama tworzy piękną sylwetkę. Liczyło się ich współwystępowanie.
Wynik dotyczący nóg nie był dla mnie zaskoczeniem. Od dawna zwracałem na nie szczególną uwagę. Do dziś pamiętam zawody w skoku wzwyż sprzed około trzydziestu lat. Siedziałem kilka metrów od zeskoku i obserwowałem kubańską zawodniczkę podczas rozgrzewki. Miała niezwykle smukłe nogi, ale wyraźnie bardziej umięśnione niż finalistki Miss. Mnie się podobały, bo wtedy żyłem sportem i w napięciu mięśni widziałem sprężystość, dynamikę i skoczność. Nie musiałyby jednak wywołać takiej samej reakcji u kogoś, kto szukał w kobiecej sylwetce przede wszystkim delikatności. To była dla mnie ważna różnica między pięknem sportowym a pięknem masowym.
U finalistek mięśnie ud były smukłe i wydłużone, bez mocnego rozrostu mięśni. Tkanka tłuszczowa nie znikała całkowicie. Cienka warstwa przykrywała zarys mięśni, łagodząc kontur i nadając nodze miękkość. Szczupłość nie oznaczała więc wychudzenia, a napięcie nie oznaczało kulturystycznej rzeźby.
Szczególnie interesował mnie tył uda i jego przejście w pośladek. W atrakcyjnych sylwetkach pośladki były wyraźnie uniesione i napięte, a przejście z uda w pośladek tworzyło płynną linię. To detal, którego większość ludzi nie opisuje świadomie, choć może wpływać na ogólne wrażenie harmonii.
Tego rodzaju obserwacje brzmią technicznie, ale właśnie o to mi chodziło. Większość ludzi chce piękno odczuwać. Ja próbowałem zrozumieć, z czego to odczucie się bierze.
Drugą ważną różnicą były proporcje piersi do bardzo szczupłej talii. Sam obwód piersi nie różnił finalistek od studentek tak wyraźnie, jak można by się spodziewać. Piersi wydawały się większe przede wszystkim dlatego, że znajdowały się nad węższą talią i w smuklejszym tułowiu.
To ważna lekcja z pomiarów: pojedynczy wymiar łatwo prowadzi do błędnych wniosków. Gdybym patrzył wyłącznie na obwód piersi, mógłbym uznać, że ich wielkość nie ma znaczenia. Dopiero relacja między wymiarami pokazywała, dlaczego wizualny efekt był inny.
Podobnie było z masą ciała. Średnie BMI finalistek wynosiło około 18,5, a więc znajdowało się przy dolnej granicy normy. Nie oznaczało to jednak, że najpiękniejsza sylwetka jest po prostu możliwie najchudsza.
Finalistki miały mniej tkanki tłuszczowej niż studentki — około 18,6% wobec 22,6% — ale ważne było również jej rozmieszczenie. Sylwetka pozostawała smukła w talii, ramionach i nogach, zachowując jednocześnie kobiece kształty. Z tego powodu trafniejsze od określenia „maksymalna szczupłość” wydaje mi się pojęcie szczupłości selektywnej.
W przypadku łydek liczył się podobny układ. Nie wystarczał mały obwód. Znaczenie miała również forma mięśnia, długość ścięgna Achillesa, smukłość kostki i płynne przejście stopy w podudzie. Dwie łydki o podobnym obwodzie mogą wyglądać zupełnie inaczej, jeśli masa mięśniowa rozkłada się w nich w innym miejscu.
Po zestawieniu wyników coraz wyraźniej widziałem, że piękno sylwetki nie polega na maksymalizowaniu pojedynczych cech. Nie największy biust, nie najwęższa talia i nie najmniejsza masa ciała decydowały o całości. Liczyła się konfiguracja.
Nogi były cechą, która najsilniej różnicowała finalistki i studentki. Talia pełniła natomiast inną funkcję: organizowała linię sylwetki. To w niej tułów zwęża się, a następnie przechodzi w biodra. Przy wyraźnej talii całe ciało staje się łatwiejsze do odczytania wzrokiem.
Dobrze pokazuje to popularny wskaźnik WHR, czyli stosunek obwodu talii do bioder. U badanych finalistek wynosił średnio około 0,71. Nie osiągały tego przez wyjątkowo szerokie biodra. Decydowała przede wszystkim szczupła talia.
Z czasem zacząłem nazywać tę właściwość czytelnością sylwetki. Nie chodziło o to, że ciało niespełniające danego wzorca staje się „brzydkie”. Raczej o łatwość, z jaką wzrok rozpoznaje jego strukturę. W atrakcyjnych sylwetkach linie przechodziły jedna w drugą w sposób uporządkowany, a proporcje tworzyły spójną całość.
Drugą cechą ogólną była równowaga między napięciem a miękkością. Kobiece ciało nie wyglądało najlepiej ani wtedy, gdy było wiotkie i pozbawione napięcia, ani wtedy, gdy mięśnie i niski poziom tłuszczu nadawały mu bardzo twardy, kulturystyczny charakter. Najlepszy efekt dawało połączenie sprężystości z miękkością konturu.
Nie wszystkie finalistki miały identyczną budowę. Jedne były delikatniejsze i bardziej wydłużone, inne miały nieco mocniej zaznaczoną strukturę. To ważne, ponieważ pokazuje granicę poszukiwania jednego ideału. Można mieć różne typy atrakcyjnej sylwetki, jeśli zachowują pewne wspólne właściwości: spójność, proporcję, napięcie i czytelną linię.
Do opisu ogólnej budowy wykorzystałem również klasyczną typologię somatotypu Sheldona: endomorfię, mezomorfię i ektomorfię.
Endomorfia oznaczała sylwetkę bardziej miękką i zaokrągloną, z większym udziałem tkanki tłuszczowej. Sheldon łączył ją z tzw. wiscerotonią — zamiłowaniem do komfortu, towarzyskością i potrzebą kontaktu z ludźmi.
Mezomorfia opisywała sylwetkę mocniejszą, bardziej umięśnioną i o silniej rozwiniętym kośćcu. Przypisywał jej somatotonię — aktywność, zdecydowanie i potrzebę działania.
Ektomorfia oznaczała budowę szczupłą, smukłą i linearną. Sheldon wiązał ją z cerebrotonią — powściągliwością, większą introwersją i potrzebą samotności.
Sama próba łączenia budowy ciała z osobowością, z której Sheldon był znany, jest dziś słusznie krytykowana. Dla mnie przydatny był wyłącznie morfologiczny opis sylwetki.
Finalistki były przeciętnie bardziej ektomorficzne i mniej endomorficzne niż studentki. Oznaczało to smuklejszą, bardziej wydłużoną budowę, bez większej masy mięśniowej. Jednocześnie nie były skrajnie ektomorficzne. Kobieca miękkość formy nadal pozostawała częścią ich wyglądu.
Wyniki pomiarów nauczyły mnie jeszcze jednej rzeczy: nie wszystkie szczegóły sylwetki mają taką samą wagę. Najpierw widzimy ogólną strukturę — relację nóg do tułowia, talię, rozkład masy. Dopiero później zauważamy mniejsze detale: kształt łydki, kostkę, zarys kolana czy przejście pośladka w udo.
Dlatego drobna niedoskonałość może pozostać niemal niewidoczna, jeśli całość jest harmonijna. I odwrotnie: perfekcyjny detal nie uratuje sylwetki, której ogólne proporcje nie tworzą spójnego wrażenia. Pomiary miały jednak oczywistą granicę. Były statyczne.
Zobaczyłem to wyraźnie, obserwując finalistki poza samym badaniem — na korytarzu, w stołówce, podczas zwykłych zajęć. Jedna z nich, nazwijmy ją July, nie miała w moich pomiarach najbardziej zbliżonych do ideału proporcji. Mimo to w ruchu wyróżniała się natychmiast. Chodziła płynnie, lekko, z bardzo dobrą koordynacją. Jej ciało zachowywało spójność, której nie dało się zapisać w obwodzie talii czy długości nogi.
Antropometria może opisać strukturę sylwetki, ale nie obejmie w pełni jej dynamiki. Sposób przenoszenia ciężaru, postawa, rytm kroków i napięcie mięśni zmieniają odbiór ciała. Już wtedy było dla mnie jasne, że nawet bardzo dokładne pomiary nie wyjaśnią wszystkiego.
Długość nóg prowadziła do kolejnego pytania
Jednym z najbardziej interesujących wyników mojego badania była długość nóg i relacja dolnej części ciała do całej sylwetki. Kiedy zestawiłem wyniki finalistek z dawną ideą harmonijnych proporcji, pojawiło się zaskakujące podobieństwo: szczególnie wysoko ocenione kobiety zbliżały się do proporcji kojarzonej ze złotym podziałem.
Nie traktuję tego jako dowodu na istnienie matematycznego prawa piękna. Wynik był jednak na tyle ciekawy, że zasługiwał na osobny rozdział. To właśnie na przykładzie długości nóg można dobrze zobaczyć, jak biologiczna preferencja, kultura i estetyka mogą działać razem oraz jak niewielka zmiana proporcji jednej części ciała wpływa na odbiór całej sylwetki.
W następnym rozdziale wrócę do tego dokładnie. Tutaj ważniejszy jest ogólny wniosek z pomiarów: atrakcyjność nie była efektem jednego wymiaru, lecz układu relacji między częściami ciała.
Matematyczny wzór na piękno
Skoro część różnic dało się zmierzyć, pojawiło się naturalne pytanie: czy atrakcyjność kobiecego ciała można zapisać wzorem? Spróbowałem. Na podstawie danych stworzyłem między innymi model wykorzystujący wzrost i względny obwód uda:
Atrakcyjność ciała = -0,824 + (0,027 × wzrost) – 10,5 × (obwód uda / wzrost)
Powstał również model oparty na bardziej klasycznych wskaźnikach:
Atrakcyjność ciała = 6,239 – (1,705 × WHR) – (0,100 × BMI) – (3,224 × WCR)
gdzie WHR oznacza stosunek talii do bioder, BMI — relację masy ciała do wzrostu, a WCR — stosunek talii do obwodu klatki piersiowej.
Te równania nie są uniwersalnym testem kobiecego piękna. Powstały na podstawie konkretnych badanych grup i opisują zależności występujące właśnie w tych danych. Ich wartość polega na czymś innym: pokazują, że część tego, co odbieramy jako atrakcyjność sylwetki, rzeczywiście da się opisać jako relację kilku mierzalnych cech.
To było dla mnie ważne. Z jednej strony potwierdzało, że za estetycznym wrażeniem kryje się pewien porządek. Z drugiej — bardzo szybko pokazało granice tego podejścia.
Wzór potrafi uwzględnić talię, biodra, masę ciała czy długość kończyn. Nie opisze jednak sposobu poruszania się, ekspresji twarzy, głosu, zapachu, światła ani sytuacji, w której spotykamy drugą osobę. Mógłbym oczywiście zapisać bardziej ogólną funkcję: Piękno = f(x1, x2, x3, ... xn)
i pod kolejnymi zmiennymi umieścić proporcje ciała, skórę, włosy, ruch, mimikę, ton głosu, kontekst kulturowy i wiele innych elementów. Taki zapis pokazuje jednak przede wszystkim skalę problemu. Im pełniej próbujemy opisać piękno, tym bardziej oddalamy się od prostego równania.
Moje pomiary mówiły dużo o strukturze ciała. Nie odpowiadały jednak na pytanie, dlaczego właśnie te proporcje wywołują reakcję. To zasadnicza różnica.
Mogłem już wskazać cechy zwiększające prawdopodobieństwo wysokiej oceny atrakcyjności. Nadal nie wiedziałem, co one dla obserwatora znaczą.
Dlaczego szczupła talia działa?
Dlaczego młody wygląd działa?
Dlaczego określony rozkład tkanki tłuszczowej działa?
Dlaczego ciało sprawne, napięte albo delikatne wywołuje inne skojarzenia? Same centymetry tego nie wyjaśniają.
Wtedy zacząłem patrzeć na ciało nie tylko jak na formę, lecz jak na nośnik informacji. Proporcje nie są interesujące wyłącznie dlatego, że tworzą określony kształt. Mogą być odczytywane jako sygnały zdrowia, wieku, płodności, sprawności, stylu życia czy statusu. Matematyka pomogła mi zobaczyć strukturę piękna. Nie wyjaśniła jednak jego znaczenia. I właśnie od tego zaczyna się następny rozdział. Nie od pytania: „Jak wygląda piękne ciało?” Od pytania: „Co ono mówi?”2. DŁUGIE NOGI I POSZUKIWANIE ZŁOTEJ PROPORCJI
Jest jedna cecha, do której w swoich badaniach wracałem częściej niż do innych: nogi. Nie tylko dlatego, że finalistki konkursów piękności miały je wyjątkowo smukłe i długie w stosunku do całej sylwetki. Zainteresowanie tą proporcją zaczęło się u mnie znacznie wcześniej, zanim zrobiłem pierwsze pomiary, i wyrosło z zainteresowania filozofią oraz sztuką antyku.
Zawsze fascynowało mnie to, że Grecy nie poprzestawali na stwierdzeniu: „to jest piękne”. Próbowali zrozumieć, dlaczego określona forma wydaje nam się harmonijna i czy pod wrażeniem estetycznym można odnaleźć jakiś porządek. Właśnie tam znajdują się ważne korzenie zachodniej refleksji nad pięknem. Sama estetyka jako odrębna dyscyplina pojawiła się dużo później, ale pytania, z których wyrosła, stawiano już w starożytnej Grecji.
Co sprawia, że forma jest piękna? Dlaczego jedne proporcje wydają się uporządkowane, a inne nie? Czy piękno można opisać liczbami?
Te pytania interesowały również mnie. Tyle że zamiast świątyni czy posągu miałem przed sobą ciało współczesnej kobiety i własne dane.
Od Pitagorasa do kobiecej sylwetki
Pitagorejczycy widzieli w liczbie coś więcej niż narzędzie liczenia. Liczba miała wyrażać porządek, a najbardziej znanym przykładem była muzyka. Dźwięki tworzące harmonijne interwały można opisać prostymi stosunkami liczbowymi. Jeżeli długość struny zmieni się w odpowiedniej proporcji, zmienia się wysokość dźwięku, ale pewne relacje nadal brzmią zgodnie.
Dla starożytnych musiało być niezwykłe to, że przyjemność słuchowa może mieć matematyczną strukturę. Skoro harmonia dźwięku daje się opisać liczbą, naturalnie pojawia się pytanie, czy z pięknem formy jest podobnie.
Grecka tradycja bardzo mocno rozwinęła ideę proporcji. Poliklet stworzył swój Kanon — zarówno rzeźbę, jak i traktat o właściwych relacjach części ludzkiego ciała. Greckie słowo symmetria oznaczało coś szerszego niż dzisiejsza symetria lewej i prawej strony. Chodziło o współmierność części względem siebie i względem całości: dłoni do przedramienia, przedramienia do ramienia, części do części i części do całego ciała.
Piękno nie znajdowało się więc w jednym elemencie. Powstawało z układu.
Ten sposób myślenia jest bardzo bliski temu, do czego sam doszedłem podczas badania finalistek konkursów piękności. Sama szczupłość nie wystarcza, podobnie jak sama talia, wielkość piersi czy długość nóg. Ciało jest układem proporcji i dopiero ich wzajemna relacja daje końcowy efekt.
Złota proporcja
W geometrii starożytnej pojawia się szczególna relacja, którą później nazwano złotą proporcją. Jeżeli odcinek podzielimy na większą część „a” i mniejszą „b”, złoty podział zachodzi wtedy, gdy stosunek całego odcinka do większej części jest taki sam jak stosunek większej części do mniejszej:
(a + b) / a = a / b ≈ 1,618
Euklides opisywał tę relację jako podział „w skrajnym i średnim stosunku”. Sama nazwa „złota proporcja” jest późniejsza. Także ciąg Fibonacciego, często przywoływany przy liczbie 1,618, powstał znacznie później niż grecka filozofia. Kolejne stosunki liczb tego ciągu zbliżają się do złotego podziału, ale nie od Fibonacciego zaczęła się grecka fascynacja proporcją.
Przez wieki złoty podział obrósł legendą. Przypisywano go architekturze, malarstwu, twarzom i ludzkiemu ciału, choć część tych twierdzeń jest mocno przesadzona. Nie istnieje dowód, że wszystko, co piękne, musi mieć proporcję 1,618.
Mnie fascynowało jednak samo pytanie: czy istnieje proporcja, do której ludzki wzrok szczególnie chętnie wraca? Czy ciało może zbliżać się do relacji, którą od ponad dwóch tysięcy lat kojarzymy z harmonią?
Skoro Pitagoras próbował, to i spróbowałem ja.
Co właściwie mierzyłem
W popularnych przedstawieniach złotej proporcji ciała często pojawia się pępek. Jeżeli wysokość człowieka przyjmiemy jako całość równą 1, punkt odpowiadający złotemu podziałowi wypada w pobliżu 0,618 wysokości liczonej od podłoża. W takim modelu od podłoża do pępka otrzymujemy około 0,618 wysokości, a od pępka do czubka głowy około 0,382.
Nie jest to jednak dokładny pomiar anatomicznej długości nóg. Pępek nie jest stawem biodrowym, a jego położenie różni się między ludźmi. Jest jednak naturalnym i łatwo dostrzegalnym punktem podziału sylwetki. Już w tradycji antycznej wiązano go z ideą środka ciała. Witruwiusz, odwołujący się do greckiej tradycji proporcji, pisał, że pępek stanowi centralny punkt ludzkiego ciała, jeśli wpiszemy postać z rozłożonymi kończynami w okrąg. Traktowałem więc ten wskaźnik jako proporcję całej sylwetki — relację jej dolnej części do górnej — a nie jako dosłowną miarę długości kości kończyn dolnych.
Mimo tego oba zjawiska są wizualnie powiązane. Im większy udział dolnej części ciała w całym wzroście, tym sylwetka sprawia wrażenie bardziej długonogiej.
Postanowiłem więc sprawdzić dane.
Wynik, który zwrócił moją uwagę
U finalistek konkursów piękności proporcja wynosiła średnio około 0,613 / 0,387, a u studentek 0,607 / 0,393. Różnica wygląda niewinnie — to zaledwie kilka tysięcznych wysokości ciała — ale przy proporcjach sylwetki kilka centymetrów może zmienić odbiór całości, mimo że obserwator nie potrafi powiedzieć, co dokładnie się zmieniło.
Najbardziej zaciekawiło mnie jednak coś jeszcze. Wybrałem pięć nagrodzonych finalistek, czyli kobiety ocenione najwyżej przez jury konkursu. Ich średnia proporcja wynosiła około 0,617 / 0,383, niemal dokładnie tyle, ile przewidywał model złotego podziału.
Pamiętam moment, kiedy zobaczyłem wynik. To są chwile, dla których warto mierzyć rzeczy, których nikt normalnie nie mierzy.
Jury nie znało moich obliczeń i oczywiście nie wybierało kobiet na podstawie położenia pępka ani wzoru 1,618. A jednak w grupie najwyżej ocenionych kobiet znalazły się sylwetki jeszcze bliższe tej proporcji niż w całej grupie finalistek.
Nie dowodzi to, że złota proporcja jest prawem kobiecego piękna. Taki wniosek byłby zdecydowanie zbyt daleki. Moja grupa była ograniczona, konkurs piękności jest specyficznym środowiskiem selekcji, a sama bliskość dwóch wartości liczbowych nie dowodzi związku przyczynowego. Wynik był jednak zbyt interesujący, żeby go zignorować, zwłaszcza że dobrze pasował do innych obserwacji: finalistki miały długie i smukłe nogi.
Co naprawdę znaczy zbliżenie do tej proporcji
Najbardziej interesuje mnie tu nie sama liczba 0,618, lecz sposób, w jaki zmiana jednego punktu porządkuje kilka relacji naraz. Wyższe położenie pępka nie tylko zwiększa udział dolnej części sylwetki. Zmienia również relację długości tułowia do nóg, położenie talii względem całej wysokości i sposób, w jaki wzrok dzieli ciało na większe części.
Dlatego nawet niewielka różnica może być wizualnie większa, niż sugeruje sama liczba. Człowiek nie widzi wartości 0,607 albo 0,617. Widzi układ, w którym kilka linii zaczyna układać się trochę inaczej.
To także powód, dla którego ostrożnie podchodzę do prób szukania jednej „magicznej” proporcji. Jeżeli złoty podział rzeczywiście pojawia się w atrakcyjnych sylwetkach, może nie działać jak kod, który oko sprawdza z dokładnością do trzeciego miejsca po przecinku. Bardziej prawdopodobne jest, że znajduje się w obszarze proporcji odbieranych jako harmonijne, a jego siła wynika z relacji z pozostałymi cechami.
Kobieta może więc mieć proporcję bardzo bliską 0,618 i wcale nie być szczególnie atrakcyjna, jeśli pozostałe elementy ciała nie tworzą spójnej całości. Z drugiej strony niewielkie odejście od tej wartości nie musi niczego psuć, jeżeli pozostałe proporcje dobrze ze sobą współgrają.
To dokładnie odpowiada temu, co widziałem w swoich pomiarach. Żadna pojedyncza cecha nie tłumaczyła piękna finalistek. Interesujące było dopiero to, jak cechy składały się na całość.
Długie nogi zmieniają całe ciało
Kiedy mówimy o długich nogach, łatwo wyobrazić sobie, że oceniamy konkretną część ciała. W rzeczywistości zmienia się cała sylwetka. Jeżeli nogi są względnie dłuższe, tułów staje się optycznie krótszy, linia bioder wydaje się znajdować wyżej, a ta sama masa ciała wygląda na rozłożoną inaczej.
Skrócenie nóg może sprawić, że identyczna masa zacznie wyglądać bardziej masywnie, choć nie przybył ani kilogram. To właśnie dlatego nogi są tak interesujące: nie są detalem, tylko organizują całą figurę.
W codziennym życiu nikt nie mierzy tej proporcji. Wystarczy kilka sekund, żeby wzrok zarejestrował różnicę, zanim pojawi się świadoma analiza. Oko nie rozwiązuje równania. Matematyka pojawia się później, kiedy próbujemy zrozumieć, dlaczego jedna sylwetka wydała się harmonijniejsza od drugiej.
Czy inni także wolą dłuższe nogi?
Moje dane nie były jedynym powodem, dla którego potraktowałem ten temat poważnie. W eksperymentach, w których zmieniano względną długość nóg przy zachowaniu innych cech sylwetki, dłuższe nogi wpływały na ocenę atrakcyjności kobiecej figury.
Nie oznacza to jednak prostego „im dłuższe, tym lepsze”. W biologii i estetyce bardzo często istnieje optimum. Cecha może zwiększać atrakcyjność do pewnego punktu, a później zaczyna wyglądać nienaturalnie albo zaburzać inne proporcje.
Co więcej, historyczne przedstawienia kobiecego ciała pokazują, że preferowana długość nóg nie była całkowicie stała. Mamy więc jednocześnie dwa fakty: względnie długie nogi mogą zwiększać atrakcyjność, ale kultura wpływa na to, jak mocno tę cechę eksponujemy i gdzie znajduje się aktualne optimum.
Dla mnie jest to bardzo dobry przykład współpracy biologii i kultury.
Co w długich nogach może być biologiczne
Jednym z możliwych tropów jest rozwój. Kończyny dolne są wrażliwe na warunki wzrastania, dlatego względna długość nóg bywa wykorzystywana w antropologii i epidemiologii jako jeden z pośrednich wskaźników warunków rozwoju w dzieciństwie.
Nie oznacza to oczywiście, że każda kobieta z dłuższymi nogami jest zdrowsza od każdej kobiety z krótszymi. Tak nie działają sygnały biologiczne. Mówimy o zależnościach statystycznych, a nie o diagnozowaniu konkretnej osoby na podstawie wyglądu.
Jeżeli przez bardzo długi czas określone proporcje częściej współwystępowały z dobrym rozwojem, mechanizm preferencji nie musi „wiedzieć”, dlaczego reaguje. Wystarczy, że pewien kształt częściej prowadził uwagę w użytecznym kierunku.
Jest też głębsza historia związana z ewolucją rodzaju Homo, w której kończyny dolne nabierały znaczenia dla lokomocji na ziemi. Nie chcę jednak z tego wyprowadzać efektownego zdania, że mężczyźni lubią długie nogi dlatego, że Homo erectus chodził na duże odległości. Byłaby to zbyt prosta opowieść. Wystarczy zauważyć, że nogi od bardzo dawna były czytelnym elementem informującym o rozwoju, sprawności i typie budowy człowieka.
Biologia daje więc powody, dla których proporcja nóg mogła stać się istotna. Nie tłumaczy jeszcze, dlaczego współczesny kanon często ją wyolbrzymia.
Tutaj zaczyna się kultura.
Kultura odkrywa sygnał i zaczyna go wzmacniać
Kultura nie zawsze musi wymyślać preferencję od początku. Czasem wystarczy, że odkryje cechę, która już przyciąga wzrok, a następnie nauczy się ją wzmacniać.
Jeżeli długie nogi sprawiają, że sylwetka wydaje się lżejsza i bardziej harmonijna, moda ma wiele sposobów na ich optyczne wydłużenie: wysoki stan spodni lub spódnicy, krótka spódnica, jednolity kolor dolnej części sylwetki, obcas, odpowiednia poza, fotografia z niższego punktu czy ustawienie jednej nogi przed drugą.
Modelka może mieć dokładnie to samo ciało, a na dwóch zdjęciach wyglądać tak, jakby długość jej nóg różniła się o kilka centymetrów. Ludzie pracujący z obrazem bardzo szybko uczą się, jakie zabiegi zwiększają atrakcyjność, nawet jeśli nigdy nie używają pojęcia złotej proporcji.
Właśnie dlatego kultura nie musiała wymyślić atrakcyjności długich nóg. Wystarczyło, że odkryła, iż przyciągają wzrok — a potem nauczyła się je wydłużać.
Konkurs piękności jako laboratorium kultury
Finalistki były dla mnie interesującą grupą właśnie dlatego, że ich sylwetki nie są przypadkową próbą populacji. Zostały wybrane w kolejnych etapach selekcji. Najpierw część kobiet decyduje się w ogóle wystartować, później następują lokalne eliminacje, finał i nagrody. Na każdym poziomie działa ludzka ocena.
Nie jest to oczywiście czysta biologia. Jury żyje w określonej kulturze, oglądało te same filmy, reklamy i modelki co reszta społeczeństwa i ma własne preferencje. Jeżeli jednak pewne cechy powtarzają się u kobiet przechodzących przez kolejne poziomy selekcji, warto się im przyjrzeć.
W moim badaniu jedną z takich cech były nogi: długie, szczupłe, o małym obwodzie uda i łydki w relacji do wzrostu. Nie były masywnie umięśnione ani po prostu wychudzone. Dawały sylwetce lekkość.
Nie sprowadzałbym jednak ich atrakcyjności do jednego pomiaru długości. Liczą się także smukłość, kształt łydki, proporcja uda do podudzia, sposób, w jaki noga łączy się z biodrem, oraz ruch. Znów wracamy do układu, a nie do pojedynczej liczby.
Kiedy kultura przesuwa optimum
Jeżeli jakaś cecha jest atrakcyjna, kultura może zacząć wzmacniać ją ponad przeciętny poziom. To samo widzimy przy talii, piersiach, pośladkach czy muskulaturze. Najpierw istnieje różnica, na którą reagujemy. Później pojawia się sposób jej zwiększania, a po pewnym czasie zwiększona wersja staje się punktem odniesienia.
Długie nogi są dobrym przykładem. Modeling preferuje wysokie kobiety, które częściej mają długie nogi w wartościach bezwzględnych. Odpowiedni strój dodatkowo je wydłuża, obcas dodaje kolejne centymetry, a fotograf wybiera kąt wzmacniający efekt. Na końcu widzimy obraz, w którym cecha obecna biologicznie została kilkukrotnie podkreślona przez kulturę i technologię.
Dopiero potem porównujemy z tym obrazem prawdziwe ciało.
Właśnie w tym momencie standard może odsunąć się od przeciętnej biologii. Nie dlatego, że kultura wymyśliła długie nogi, lecz dlatego, że nauczyła się produkować ich wrażenie.
Złota proporcja czy superbodziec?
Jeżeli proporcja około 0,618 jest harmonijna, kultura wcale nie musi się na niej zatrzymać. To, co najlepiej przyciąga uwagę, nie zawsze jest tym samym, co klasyczna harmonia.
Bardzo długa noga może działać jak superbodziec i jeszcze mocniej podkreślać lekkość sylwetki, nawet jeśli odchodzi od złotego podziału. Podobny mechanizm widać przy innych cechach: wąską talię można optycznie zwężać, biodra powiększać, a oczy w filtrach robić większe.
Biologia wyznacza kierunek, a kultura może nacisnąć pedał gazu.
Właśnie dlatego nie wierzę w jedną magiczną liczbę piękna. Złota proporcja jest dla mnie interesująca nie jako matematyczna religia, lecz jako punkt odniesienia. Moje dane z finalistkami pokazują zaskakującą zbieżność, ale równie ciekawe jest pytanie, kiedy kultura od tej proporcji odchodzi i dlaczego.
Grecy szukali harmonii. Współczesne media szukają uwagi.
Nie zawsze prowadzi to do tego samego miejsca. Harmonia wymaga relacji części, podczas gdy uwaga często premiuje przesadę. Grecki rzeźbiarz mógł pytać, czy ciało jest dobrze złożone; algorytm pyta, czy zatrzymałeś wzrok.
Dlaczego opisuję właśnie tę cechę tak dokładnie
Mógłbym podobny rozdział napisać o talii, piersiach, poziomie tkanki tłuszczowej, łydkach albo pośladkach. W każdym przypadku można przejść podobną drogę: od obserwacji i pomiaru, przez pytanie o biologię, historię i kulturę, aż po znaczenie, które obserwator odczytuje z danej cechy.
Nie robię tego dla każdego elementu ciała, bo czytelnik dostałby kilkaset stron antropometrii. Długie nogi traktuję jako przykład pokazujący dokładniej, jak podchodzę do wszystkich ważnych cech atrakcyjnego ciała.
Nie wystarcza mi stwierdzenie, że coś „podoba się mężczyznom”. Chcę wiedzieć, co dokładnie się podoba: długość bezwzględna czy proporcja do wzrostu? Czy liczy się sama noga, czy relacja całej sylwetki? Czy preferencja może mieć biologiczne źródło? Jak mocno kultura ją wzmacnia? Czy historycznie optimum się przesuwało? I wreszcie: co ta cecha sygnalizuje?
To jest dla mnie znacznie ciekawsze niż stworzenie rankingu najbardziej atrakcyjnych części ciała.
Czy znalazłem złotą proporcję kobiecego ciała?
Nie powiedziałbym tego. Byłoby to zbyt efektowne i zbyt proste.
Znalazłem coś innego: w grupie kobiet, które przeszły silną selekcję estetyczną, proporcja dolnej części sylwetki była bliższa złotemu podziałowi niż u grupy porównawczej, a u pięciu nagrodzonych finalistek zbliżyła się do niego niemal dokładnie.
To bardzo ciekawa obserwacja, ale nie prawo natury. Współczesne badania nad złotą proporcją i pięknem nie pozwalają uczciwie twierdzić, że liczba 1,618 stanowi uniwersalny wzór ludzkiej atrakcyjności.
I chyba dobrze. Gdyby piękno dało się zamknąć w jednym równaniu, większa część tej książki nie byłaby potrzebna.
Dane nie odebrały mi jednak fascynacji antycznym pytaniem. Pokazały raczej, że pytanie postawione ponad dwa tysiące lat temu nadal może być interesujące: czy harmonia ma strukturę?
Patrzę na wyniki finalistek i odpowiadam: częściowo tak. Później patrzę na historię kanonów, różnice indywidualne i Bezimienną — i wiem, że to nie wystarcza.
Długie nogi są dla mnie jednym z najlepszych przykładów, dlaczego nie lubię prostego podziału na biologię albo kulturę. Biologia mogła sprawić, że określone proporcje stały się dla naszego układu percepcyjnego znaczące. Kultura dostała tę wrażliwość i nauczyła się ją wzmacniać ubraniem, obcasem, selekcją modelek, kadrem i powtarzaniem tego samego typu sylwetki na ekranach.
A kiedy jeden typ ciała oglądamy wystarczająco często, przestajemy widzieć w nim wybór i zaczynamy widzieć normę.
Nogi interesują mnie więc nie tylko jako część ciała. Są dobrym modelem całego mechanizmu piękna: biologia daje pewne predyspozycje, kultura nadaje im formę, technologia potrafi je wzmocnić, a obserwator reaguje często zanim zdąży zrozumieć dlaczego.