Symfonia nadziei - ebook
Cierpienie najgłośniej wybrzmiewa w ciszy
Czterdziestoletnia Julia – utalentowana pianistka i szanowana wykładowczyni – codziennie walczy o przetrwanie. Żaden sukces nie jest w stanie wypełnić pustki, która rozlewa się po jej duszy. Samotność, żal po stracie matki, pogłębiająca się depresja oraz powracające myśli samobójcze sprawiają, że kobieta coraz bardziej zapada się w sobie.
Choć otrzymuje propozycję zagrania podczas prestiżowego noworocznego koncertu u boku wybitnego maestro Oberty’ego, w jej umyśle nieustannie rozbrzmiewają fałszywe nuty – te, które burzą i tak już kruchą pewność siebie.
Julia nie wierzy w pomoc psychiatry. Nie wierzy w swoje zdolności. Nie wierzy w przyszłość.
W jej głowie szaleje makabryczna kakofonia, której nie sposób uciszyć. Z czasem udaje jej się odnaleźć pojedyncze, właściwe dźwięki... Ale czy starczy jej sił, by zagrać cały koncert?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8373-947-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Julia spoglądała przez okno na jesienny park. Ostatnie promienie słońca delikatnie pieściły kolorowe liście starego dębu.
– Jeszcze osiem miesięcy, jeszcze osiem miesięcy… – westchnęła zmęczonym głosem i bezwiednie przyłożyła gorącą filiżankę do ust. – Auć! – syknęła, odkładając ją pośpiesznie. – Głupia herbata! Głupie wszystko! Głupi świat! – rzuciła ze złością i prędko obmyła poparzone wargi pod bieżącą wodą.
Jej długie, kręcone ciemnorude włosy szybko zmieszały się z sosem z brudnego talerza pozostawionego w zlewie.
– Cholera jasna! Niech to wszystko szlag jasny trafi! Natychmiast! Już! Do kur… – zawahała się chwilę. _Nie! Nie będę przeklinać! Nie będę! To przynosi pecha,_ pomyślała i spojrzała w lustro. – Noż kur… – Ugryzła się w język. – Znów muszę wziąć ten głupi prysznic? Cholerne włosy upaćkane w sosie à la carbonara! Za kilkanaście złotych! Z dyskontu! – warknęła.
Zmoczone włosy pośpiesznie wytarła ścierką do naczyń, po czym położyła ją na pustym, pedantycznie czystym stole i znów spokojnie podeszła do okna. Słońce było jeszcze niżej niż przedtem i zdawało się, że jeszcze intensywniej tańczy z barwnymi liśćmi dębu. Nagle poczuła jakiś dziwny spokój, przypomniał jej się pogrzeb ojca. _Pogoda była taka sama. Hm… ile to już lat? Może trzeba iść na cmentarz? Może jakieś kwiatki pasuje postawić?_ – pomyślała.
– Jeszcze czas, nie mam ochoty – odpowiedziała sobie półgłosem. – A ty co? – zwróciła się do filiżanki stojącej na ozdobnym stoliczku pod oknem. – Kur…! – Znów ugryzła się w język. Herbata już nie była tak gorąca jak przedtem, ale i tak nie mogła jej wypić. Czuła w poparzonych wargach każde uderzenie serca.
W końcu usiadła wygodnie w fotelu i wystawiła swoje ciało do ostatnich promieni słońca. _Ciekawe, czy stara Gertruda jeszcze żyje_ – przeszło jej przez myśl i uśmiechnęła się pod nosem, przypominając sobie niewielki pokoik w starym bloku, w którym mieszkała podczas studiów. _Może do niej zadzwonię? Ciekawe, kto odbierze…_
– Nie, to nie ma sensu. Ona już nie żyje. Na sto procent. Przecież mieszkałam u niej dwadzieścia lat temu, może więcej. Przebrzydły kot też tam mieszkał, heh… – westchnęła i znów przyłożyła filiżankę do ust. – Widzisz, jaka głupia jesteś? – wyszeptała, trzymając ją na wysokości oczu. _Ale za to masz piękną orchideę i koliberka,_ dodała w myślach i nagle przypomniał jej się Artur. – Nigdy już się w taki sposób nie upokorzę! Nigdy! I to sama! Sama! Jak mogłam to zrobić?! Jak mogłam! – syknęła przez zaciśnięte zęby i poczuła nagły przypływ wstydu i złości.
Wstała energicznie, zrzuciła z siebie jedwabny szlafrok i w samej bieliźnie usiadła do pianina. Mocne uderzenia w klawiaturę potęgowały jej złość. Czuła, jak gniew rośnie w niej coraz bardziej i bardziej. Głowę opętały szaleńcze myśli, które, jak jej się zdawało, pragną tylko jednego – eksplozji emocji i uczuć, eksplozji wszystkiego, co ją otaczało!
Zdawało się, że szaleńcze tempo _Etiudy Rewolucyjnej_ Chopina i dynamika, z jaką grała, unicestwią raz na zawsze biedny instrument. Julii nie przeszkadzał teraz brak subtelności, frazowania, nie przeszkadzały nawet dźwięki nietrafione albo źle trafione. Wszystko wokół wirowało jeszcze szybciej i szybciej. Gdy oderwała ręce od ostatniego akordu, rozpoczęła znowu, z jeszcze większą siłą i złością. Czuła przeogromny ból głowy, nadgarstków i łokci, który promieniował aż do miejsca między łopatkami, oraz coraz silniejsze kołatanie serca. Ból głowy zdawał się przeszywać jej ciało na wylot. Nie przestawała. Grała dalej, mając jeszcze bardziej ściśnięte nadgarstki i coraz bardziej sztywne palce. Wreszcie szaleńczym ruchem oderwała ręce od klawiatury. Trzymała je przed oczyma i nie wiedziała, co się dzieje. Szybki, zarywany oddech powodował uczucie lęku. Siedziała przed pianinem, patrząc obłąkanym wzrokiem w trzęsące się ręce, i czuła, jak krople zimnego potu spadają na jej odkryte piersi.
Wstała powoli. Bezmyślnie założyła na siebie jedwabny szlafrok i znowu usiadła do instrumentu. Delikatny temat fugi Bacha zabrzmiał dosyć szorstko.
– Nie! Koniec! – jęknęła i znowu usiadła w fotelu.
Resztka herbaty była już zimna. Julia czuła, że ból głowy wzbiera jeszcze bardziej, jednak nie zwracała na niego uwagi. Siedziała, bezmyślnie patrząc na ostatnie promienie zachodzącego słońca, i delektowała się bólem rąk i pleców, który stawał się coraz większy.
– Gdyby oni wszyscy teraz mnie zobaczyli… – mruknęła pod nosem, a na twarzy pojawił się uśmiech przypominający stan głębokiego obłędu. – Jestem rąbnięta! Kto normalny ma w kuchni lustro?! – krzyknęła i wpadła w szaleńczy śmiech. – A ty, George, miałaś w kuchni lustro? Gdzie miałaś swoje, skoro Frycuś tyle lat się w nim przeglądał? – zaśmiała się jeszcze bardziej i znowu usiadła do pianina.
Tym razem mazurki i walce zabrzmiały delikatniej i swobodniej. Oddech powoli się uspokajał, ból również zmalał. Czuła się tylko coraz słabsza. Po dłuższej chwili wstała od instrumentu. Było już ciemno.
– Przecież jestem umówiona z Olą… Co ja robię? – ocknęła się nagle, wycierając dokładnie filiżankę z orchideą.
Na chwilę przystanęła przy lustrze. Swoje własne odbicie przyprawiło ją o mdłości.
– George, a może ty wiesz, czy jest jeszcze ktoś, kto chciałby się przeglądać we mnie? – zapytała i pospiesznie poszła wziąć prysznic.
***
Ola była piękną, szczupłą, długowłosą blondynką, o spojrzeniu bardziej błękitnym niż Lazurowe Wybrzeże. Gdziekolwiek się pojawiała, zawsze wzbudzała zainteresowanie, oczywiście u mężczyzn dużo większe. Julia zazdrościła Oli wzrostu i niepowtarzalnej urody. W sumie nie potrzebowała ona żadnego makijażu, tak była naturalnie piękna. Jedynym mankamentem jej wyglądu mógł być trochę garbaty nos, ale znowu ów garb był tak subtelny, że zdaniem Julii dodawał jej jeszcze urody.
Tego wieczoru Julia nie miała ochoty na spotkanie, a tym bardziej na rozmowę, chciała jednak dotrzymać słowa i spotkać w końcu przyjaciółkę z liceum.
– A ty? Coś markotna jesteś… – Słowa przyjaciółki wytrąciły ją nagle z równowagi.
Julia nie odezwała się ani słowem. Wlepiła wzrok w filiżankę kawy i nagle poczuła pieczenie warg. Uśmiechnęła się subtelnie.
– Coś ty taka spięta? Źle się czujesz? Co ci jest? Halo, panno Świędrych? Jest pani tam? – Ola nie dawała za wygraną.
– Nie, nie… nic, dziękuję. Wszystko dobrze. Za dużo dziś pograłam.
– Ty i ten twój Chopin, ha, ha! Pamiętasz, jak w szkole przezywali cię „George”? Jak ja się cieszę, że poszłam na ten jazz i rozrywkę. Było masakrycznie, ale ostatecznie opłaciło się.
Julia jakby zdrętwiała, fragment liścia sałaty utknął w jej przełyku i nie mógł się uwolnić. Znów poczuła silny ból głowy i duszność.
– Tak – wydusiła z siebie, uwalniając sałatę i łapczywie nabierając powietrza.
– Oj, widzę, że do tej twojej sałaty i pizzy pasuje zamówić jakieś lekarstwo – uśmiechnęła się Ola.
Julia mimochodem spojrzała jej głęboko w oczy. Tak głęboko, jakby chciała dostrzec dno jej duszy. W spojrzeniu przyjaciółki zobaczyła wszystko to, czego jej brakowało. Pełnia szczęścia i radości bijąca od niej zdawała się wypełniać całą restaurację i wylewać się z niej na ulicę. Natychmiast spuściła wzrok. Zimny dreszcz przeszył ją od czubka głowy po palce u stóp. Nie słuchała opowieści przyjaciółki o prywatnej szkole muzycznej, której jest właścicielką, o sukcesach grupy baletowej i wyjazdach do Włoch. Tylko jedno słowo wybiło ją z letargu – „Paryż”.
– Ale nie podchodź do tego tak emocjonalnie. No trudno. Zresztą zostaw to, przecież to było wieki temu. Masz studentów, uczniów, jesteś piękna, młoda i utalentowana… – ciągnęła Ola.
_Taaa, kur…_ – pomyślała Świędrych i nagle coś nią wstrząsnęło. _Znów przekleństwo! Znów! Nie mogę! Gdybym wtedy nie przeklęła tego fortepianu, skończyłabym Konserwatorium Paryskie. Moja wina. Sama jestem sobie winna, nigdy sobie nie wybaczę! Nigdy!_
– Proszę bardzo, oto zamówione drinki. – Słowa kelnera nagle przerwały burzę w głowie dziewczyny, jak i monolog jej przyjaciółki.
– Ale co to? Ja nie zamawiałam! – wzbraniała się Julia.
– Jest sobota wieczór. Nie zaszkodzi nam. Marek został z dziećmi, zresztą przyjechałam taksówką.
_Ja autobusem_ – dodała Julia w myślach, uśmiechając się sztucznie pod nosem, po czym rzuciła do przyjaciółki:
– Masz rację. A pamiętasz hasło Krzyśka: _one_ kozie _deth_? Ha, ha! On chyba grał na kiju, dobrze pamiętam?
Ola przymrużyła oczy.
– Tak! Pamiętam! A pamiętasz, jak się w nim podkochiwałam? Jak chodziłam za nim do toalety? Jaka ja głupia byłam…
– No, mówiłam ci wtedy.
– No w sumie tak. Ale gdyby grał na trąbce, albo lepiej, na perkusji, kto wie, jak mogłoby się to skończyć. Dobrze, że wtedy obrzydziłaś mi klarnet. Wiesz, że do dziś go nie lubię?
Ola znowu ciągnęła swoje wywody na temat szkoły, Marka i dzieci, Julia zaś, sącząc delikatnie drinka, potakiwała jej rytmicznie, niczym w takt walca. Czuła też, jak alkohol powoli znieczula jej ciało i emocje. Wszystko to, co wydarzyło się tego popołudnia, stało się jakby płytkie i odległe. Do świadomości docierały myśli i spostrzeżenia, których dotąd nie znała. _Muszę przestać się bać. Już wiem, czemu nie mogę zagrać tej etiudy. Już wiem. Nie umiem prawej ręki dokładnie na pamięć! Prawej! Nie lewej! Już wszystko jasne_ – pomyślała.
– Dziękuję ci, Ola! Bardzo ci dziękuję! – przerwała monolog przyjaciółki.
– Ale za co? Naprawdę wszystko dobrze? A zresztą gadam tylko o sobie… Opowiadaj, co u ciebie. Jak ten nowy profesorek od dyrygentury?
– A daj spokój – ucięła Julia.
– A wiesz – wtrąciła się Ola – muszę ci coś opowiedzieć! Gdy byliśmy w Neapolu… Tak na marginesie przepiękne miasto, musisz tam kiedyś pojechać, mówię ci! No więc… siedzimy sobie w jakiejś knajpce, mamy piękny widok na starówkę, Wezuwiusz dumnie króluje i nagle trącam mojego Marka, i mówię: „Patrz, patrz!”. On odwraca głowę i… w drzwiach stoi Riccardo Muti! Sam we własnej osobie! Z żoną! Mówię ci, sam mistrz! Aż serce mi stanęło i zabiło mocniej! Ty wiesz, że usiedli normalnie i zamówili taką samą kawę jak my? Ty sobie wyobrażasz?! Ale mówię ci, jaki on piękny, jaki dostojny, jaki delikatny… Zdawało się, że nogami ziemi nie dotyka. I ty wiesz, że nikt oprócz nas nie zwrócił na niego uwagi? Chcieliśmy podejść, ale jak? Co powiedzieć? Taki mistrz…
– A co się dziwisz? Z Neapolu pochodzi – skwitowała Julia.
– A coś ty taka? Jakaś dziwna dziś jesteś.
– Nie, nic. Po prostu głowa mnie boli od południa.
– No to czemu nie dzwoniłaś? Trzeba było zostać w domu.
– Chciałam cię po prostu zobaczyć. Bez względu na wszystko.
Od tej chwili Julia zamknęła się jeszcze bardziej w sobie, zadała przyjaciółce tylko kilka zdawkowych pytań o dzieci, trochę głupio jej się zrobiło, że nie kupiła im nawet czekolady.
W końcu Ola zamówiła taksówkę, postanawiając podwieźć przyjaciółkę do domu. W samochodzie rozmowa już zupełnie się nie kleiła.
– To daj znać jak ten dyrygencik – zażartowała Ola na pożegnanie.
– Jasne… Dzięki za miły wieczór. Cześć – wycedziła Świędrych i skierowała się w stronę wejścia do bloku.
Wchodząc na parter, napotkała dwie sąsiadki. Trochę zdziwiła się, że rozmawiają o tak późnej porze. Przyjęła wyprostowaną postawę, aby się nie domyśliły, że piła alkohol, i przechodząc obok nich, uśmiechnęła się sztucznie i serdecznie je pozdrowiła. Gdy zniknęła na kolejnym podeście, usłyszała słowa jednej z nich: „Paniusia, wielka pianistka! Niby to Chopina umie, a wnuki mi pobudziła w sąsiednim bloku! Z rykiem wstały! Uspokoić ich nie mogłam! Patrz, pani, ile to siły w takiej małej skorupce! Toż to ręce ma cieńsze jak nasz Wojtuś!”.
Julia wiedziała, że kobieta mówiła o niej, a wypowiedziane słowa miały jej dopiec. Tym razem jednak poczuła się jakoś raźniej, weselej. Zwykle takie sytuacje były dla niej stresujące, czasami aż do tego stopnia, że bała się ćwiczyć w domu nawet bardzo cicho. Tego wieczoru czerpała z tego dziwną satysfakcję. _No i co? Kto mnie stąd wyrzuci? Kto mnie wywali z mieszkania? _– pomyślała.
Wchodząc do salonu, mimochodem jej wzrok zatrzymał się na dwóch teczkach. Jedna była czarna, a druga zielona. Wzdrygnęła się. Najlepiej byłoby, gdyby zniknęły z powierzchni ziemi. Przełamując opór umysłu przyćmionego alkoholem, sięgnęła po czarną. Jej oczom ukazała się praktycznie cała czarna strona, zapisana nutami. Westchnęła głęboko. _No nic, na poniedziałek muszę to umieć. Ta sztywna decha na konkurs się szykuje. I znów profesor Jerzy Krull będzie mylił imiona! Bo będzie miał dwie piękne Julie w sali. Nie będę tego grać. Przecież ta dziewczyna jest bardziej sztywna niż jej smyczek! Nawet „dzień dobry” nie powie smarkula. A o Szymanowskim to już nie ma zielonego pojęcia._
Julia przełamała jednak niechęć do ćwiczenia. Delikatnie położyła palce na klawiaturze i zaczęła grać. Po chwili poczuła zawrót głowy i ból w nadgarstkach. Powoli wstała od pianina.
– Przećwiczyłam ręce – westchnęła i poszła do sypialni.
Zanim zamknęła oczy, usłyszała stłumiony głos z dołu:
– Już niedziela na karku, a ta na górze dalej się tłucze! Spać niech idzie!
***
Całą niedzielę chciała spędzić w łóżku. Tak po prostu. Mieć ją tylko dla siebie. Jednak chęć posłuchania Zygmunta była tak silna, że postanowiła iść do kościoła. Nie wiedziała, dlaczego tam chodzi – czy dla Zygmunta, czy dla spokoju i piękna, jakimi emanowała bazylika. W każdym razie zawsze, gdy wychodziła z kościoła, czuła ogromny spokój.
Decyzja o wyjściu trwała zaledwie kilka sekund, więc po niespełna godzinie przekroczyła próg bazyliki. Za ciężką kotarą ukryte były niewielkie drzwiczki na chór. Julia przyczaiła się w przedsionku, licząc na to, że Zygmunt ją zobaczy. Zamyśliła się chwilę. Przypomniał się jej pogrzeb ojca, nagle przeniosła się myślami w tamto miejsce, w tamten czas… Dokładnie widziała głęboki dół, jasną trumnę i bukiet białych róż. Usłyszała też przepiękną pieśń _Salve Regina_ w wykonaniu jej kolegów z uczelni, gdy grabarze powoli opuszczali trumnę, instruując się półgłosem, który ma więcej sznurka popuścić. Wszystko to ukazało się nagle i świeżo, jakby była tam dokładnie w tej chwili.
– Cześć, Julka! – usłyszała szept i poczuła, że ktoś bardzo silnie uścisnął jej łokieć. Wybicie z letargu było tak niespodziewane, że podskoczyła i dosyć głośno westchnęła. – Co się tak boisz? Ukradłaś coś? He, he! Idziesz ze mną na górę? – Zygmunt stał przed nią z tym swoim dziwnym uśmieszkiem, wystawiając kły niżej górnej wargi i mrużąc oczy tak, że prawie ich nie było widać.
– Tak, chętnie, dziękuję. A gdzie krawat? – wyszeptała rozkojarzona.
– Gardło mnie trochę boli – odpowiedział głośno.
Świędrych zauważyła, że niektórzy z zaciekawieniem przyglądali się tej całej sytuacji. Kiedy Zygmunt z trzaskiem otworzył niewielkie drzwi, nagle odwrócił się i palnął na cały głos:
– Słyszysz?! Bida piszczy!
Kilka osób w kruchcie uśmiechnęło się pod nosem.
_Ale wstyd. Cały Zygmunt. Po co tu przyszłam? Przecież on ma żonę_ – pomyślała, idąc pośpiesznie za nim i chowając głowę między ramionami.
– A jaki styl sobie pani życzy? – zwrócił się do niej. – Barok? Romantyzm może? Tylko, proszę, nie klasycyzm, he, he…
Julia uśmiechnęła się, nie zdążyła jednak nic odpowiedzieć. W sumie nawet nie chciała. Zygmunt też nie czekał na odpowiedź. Gdy podniosła głowę, siedział za stołem gry. Ze swoją postawą wyglądał dosyć karykaturalnie. Dosyć mocno zgarbiony, przypominał dzwonnika z Notre Dame. Kobieta uśmiechnęła się pod nosem. Gdy rozciągnął nogi nad klawiaturą pedałową, nieco krótkie spodnie odsłoniły kolorowe skarpety. _Ale on śmieszny. Jak to się stało, że Patrycja wyszła za niego za mąż? Wyższa o głowę, dostojny sopran, no jak? Czemu zwróciłam na niego uwagę dopiero po ślubie? _– pomyślała i poczuła, że coś znowu ściska jej żołądek.
Mężczyzna zaczął grać _Preludium_ i _Fugę c-moll_ Bacha, która rozpoczyna się przepięknym solo, granym na nożnej klawiaturze. Piękne, głośne, szybkie dźwięki zaczęły przenikać jej umysł.
– Julka, patrz! Bez trzymanki! – wrzasnął, wywijając nogami na klawiaturze i unosząc ręce ponad głowę.
_Wariat. Skończony wariat. Pozytywnie zakręcony wariat. Jak ten gość zdobył już habilitację? Kurcze, lepiej nogami gra niż ja rękami_ – stwierdziła w duchu i dała się ponieść muzyce, czując, jak piękno wypełnia ją po brzegi, jak dociera do każdej komórki jej ciała i ogrzewa ją swoim ciepłem.
Godzina minęła jej jak z bicza strzelił. Nie wiedziała, kiedy msza się skończyła. Pod koniec Zygmunt podszedł do niej i powiedział:
– Teraz będzie zgrzyt. Improwizacja w stylu Messiaena. Zobaczysz, ludzie będą uciekać, taki zgrzyt, ha, ha!
Rzeczywiście, na pozór wydawać by się mogło, że to prawdziwy zgrzyt i że organista położył się na klawiaturze, lecz z owego chaosu dobywało się czyste piękno. Dźwięki mieniły się kolorami lasów deszczowych, śpiewem ptaków, szumem wiatru i radością deszczu. Julii zdawało się przez chwilę, że wszystko wokół niej żyje, że nabiera powietrza w płuca i zaczyna śpiewać, łącząc swoje głosy z grą organów. Czuła, jak jej płuca mimowolnie chcą opuścić jej ciało i unieść się gdzieś wysoko w górę, tam, gdzie jest tylko czyste piękno.
Gdy Zygmunt skończył, rozległy się brawa.
– O, to jednak nie uciekli – wymamrotał pod nosem.
Po chwili rozległo się echo długiego otwierania i zamykania starych drzwi.
– O, prałat wytoczył się z konfesjonału, he, he… Dobry znak. Jak mu się moje granie nie podoba, to trzaska drzwiami jak Walkiria. Dobry znak, mówię ci. Może jakaś premia wpadnie…
Świędrych roześmiała się w głos, nie mogła się pohamować. Momentalnie przed jej oczami pojawił się obraz pani Wandy z portierni, którą wszyscy nazywali „Walkiria”.
– Swoją drogą, powiedz mi, Julka, co to jest za fenomen, że Walkiria jest jeszcze na uczelni? – zapytał Zygmunt, zamykając wejście na chór.
– A nie wiem, za to jest kolorowo. Ale powiem ci, że z tą premią to chyba będzie niewypał. Prałatowi też konfesjonał biedą piszczy – roześmiała się.
Zygmunt zanosił się ze śmiechu przed drzwiami kościoła. Wszyscy przechodnie odwracali głowy i ze zdumieniem spoglądali na nich. Nagle Julia szybkim ruchem wyciągnęła rękę w jego kierunku i przerywając jego chichot, powiedziała:
– Daj tę genialną łapę. Lecę na autobus.
Zygmunt nieśmiało wyciągnął swoją dłoń, która jak zgnieciona gąbka zniknęła w jej silnych, szczupłych palcach.
– Jej, jakie ty masz delikatne i małe ręce! – zdziwiła się. – Jak ty potrafisz tak grać? Ty masz w ogóle kości? – zapytała, spoglądając mu głęboko w oczy.
– Tam, gdzie trzeba i kiedy trzeba, to mam, ha, ha! – śmiał się Zygmunt.
– Dobra, idę – powiedziała łagodnym głosem i objęła go lewą ręką.
Mężczyzna żachnął się. Nagle przestał się śmiać. Jej uścisk był inny niż normalne przytulenia znajomych czy przyjaciół. Poczuł, że coś dziwnego przenika przez jego ciało. Stawał się coraz bardziej bezsilny i podatny na jej ciepło i zapach jej rudych włosów. Oprócz dziwnego stanu zawieszenia uczuć, emocji, nawet świadomości, poczuł dziwny niepokój.
– Dziękuję ci, pięknie grasz. Naprawdę pięknie – wyszeptała mu wprost do ucha i nie patrząc na niego, odwróciła się i odeszła.
– Ty, ty, ty też… – zająknął się Zygmunt. Do końca dnia nie mógł otrząsnąć się z tego uścisku, a w uszach cały czas dźwięczał mu amarantowy głos Julki.
***
Autobus wlókł się powoli, zresztą Julii i tak nigdzie się nie śpieszyło. Czuła, że trochę bolą ją nogi. Nie mogła usiąść ani w kościele, ani w autobusie, gdyż jej beżowy, jesienny płaszczyk nie mógł mieć najmniejszego zagięcia. Przez chwilę rozmyślała o Zygmuncie, o jego małych zielonych oczach, miękkich dłoniach i oczywiście krótkich spodniach i kolorowych skarpetach. _Czyżby Patrycji nie zależało na wyglądzie męża? A może on taki już jest i tego nikt nie zmieni? Ciotka zawsze mówiła, że wygląd męża jest wizytówką żony. Może to i racja…_ – pomyślała, patrząc bezwiednie na zmieniający się krajobraz za oknem.
Nie mogła jednak zapomnieć jego dotyku, delikatności i kruchości jego ciała. _Przecież Patrycja jest wyższa niż ja, więc od niego o co najmniej pół głowy. I te ramiona takie maleńkie…_ – dziwiła się coraz bardziej. Czuła też, że coś niezrozumiałego chce pociągnąć ją całą w jego ramiona, znowu pragnęła go przytulić i poczuć jego zapach. Ta fala pragnienia coraz bardziej wzbierała, aż ogarnęło ją jakieś nienaturalne ciepło.
Spojrzała na telefon. _Trzy połączenia nieodebrane od Zuzki? Co ta baba chce? Nie będę do niej dzwonić!_ – pomyślała i nagle przypomniał jej się ojciec.
– Zygmunt? Tato miał na imię tak samo jak organista. Może to dlatego tak jakoś wyszło w tym kościele? – szepnęła sama do siebie.
Autobus ospale toczył się prawie pustymi ulicami miasta. Julia zapomniała o całym świecie. Wtuliła swoje myśli w wielkie, silne ramiona ojca, poczuła jego zapach, jego dłonie na jej główce, ciepłe i czułe pocałunki w policzek i łzy wielkości grochu, gdy szeptał jej do ucha: „Jesteś piękna jak twoja mamusia”.
Wszystko to było tak silne, niemalże namacalne, że Julia nie zauważyła nawet momentu wejścia do mieszkania. Ocknęła się dopiero w łóżku. Przypomniały jej się wtedy chwile, gdy była nieznośna, czasem wręcz wulgarna wobec ojca.
– Czemu cię już nie ma? Czemu nie mogę cię przytulić? Czemu nie znałam mamy? Czemu?! – krzyknęła i zaniosła się spazmatycznym płaczem.
Po dłuższej chwili znowu zaczęła uświadamiać sobie, że to nie jest jej wina, że matka nie żyje, że tak się stało i tyle. Zawsze słyszała to od ojca, ale to były tylko słowa. Nie czuła emocjonalnego przekonania, że to nie jej wina, tylko merytoryczne, ale to za mało. Dla Julii ważne były emocje, a dopiero potem wiedza. Zresztą czuła też, że gdyby i ona zmarła przy porodzie razem z matką, ojciec byłby szczęśliwszy. Założyłby nową rodzinę, nie cierpieliby biedy i wszyscy byliby szczęśliwi.
– A tak to co? Miałeś mnie. Po co ja w ogóle jestem? Po co się urodziłam? Ciągła walka ojca o kromkę chleba, jakieś głupie kartki w komunie, kiedy nic w sklepach nie było, jakieś głupie „Relaksy”, w których się wstydziłam chodzić. Ja nie mogę… Tato, po co ci to było? Po co jestem? – jęknęła żałośnie i usiadła na łóżku.
Jej ciało drżało, a w głowie panował całkowity chaos. Nie wiedziała, co robić, chciała gdzieś pobiec, uciekać, jednak brak sił fizycznych odbierał jej nawet możliwość pójścia do toalety. Powoli osunęła się znowu na poduszkę. Poczuła nieprzyjemną wilgoć na ramionach i na plecach.
– To łzy. Tak ma być. Teraz mi dobrze – wyszeptała.
Zamknęła oczy. Miała wrażenie, że zaczyna wirować wokół własnej osi i zapada się gdzieś w nieopisaną otchłań. Czuła, jak na jej piersiach zaciskają się jakieś kleszcze rozgrzane do czerwoności, które chcą wyrwać z niej nie tylko serce i płuca, ale czyhają na to, co ma najcenniejsze, na jej Chopina, Bacha, Schumanna, Schuberta…
– Mozarta! Mozarta weźcie! Mozarta! Nie chcę! Nie chcę! – krzyczała.
– Pani Julio? Halo? Co się pani stało? – Młody mężczyzna stał w progu jej sypialni.
Julia drżała. Jedyna myśl, jaka przemknęła jej przez głowę w tej chwili, to obawa o to, czy jest przykryta. Patrzyła na niego otępiałym wzrokiem.
– Tatuś? Tatuś, to ty? – wyszeptała, chcąc się podnieść, jednak ciężar kołdry jej nie pozwalał.
– O ludzie, pani Julio, pani jest chora, pani ma gorączkę! Wszedłem, bo usłyszałem pani krzyki, zresztą drzwi do mieszkania były otwarte na oścież. Lecę po żonę, trzeba pani pomóc.Nakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się również:
PROBLEM ISTNIEJE. NAWET JEŚLI GO NIE WIDZISZ.
Profesor Roman Stroszkiewicz to wybitny naukowiec i świetny wykładowca, któremu kariery zazdrości wielu kolegów po fachu. Żaden z nich jednak nie wie, że ten geniusz od lat skrywa przed światem wstydliwą tajemnicę – uzależnienie od alkoholu.
Używka na początku stanowiła tylko sposób na ucieczkę od problemów, z czasem stała się jednak nieodłącznym towarzyszem profesora. Nie zauważył, kiedy zawładnęła jego życiem, zaczęła ingerować w relacje z jego rodziną i stopniowo niszczyć wszystko, co udało mu się zbudować.
Bezsilny wobec własnych słabości, profesor każdego dnia żyje w strachu, że jego sekret wyjdzie na jaw. Nienawiść do siebie i wstyd pochłaniają go coraz bardziej. Nie potrzeba wiele, by dotarł do granicy wytrzymałości. Tuż za nią czeka natomiast śmierć… albo ostatnia szansa na ratunek.