Symultana - ebook
Listopad 1956 roku. W Polsce trwa postalinowska odwilż.
Z Londynu do Warszawy przyjeżdża z tajną misją detektyw Edward Abramowski. Ma otrzymać cenne informacje, jednak mężczyzna, z którym był umówiony, zostaje zamordowany podczas szachowej symultany.
Detektyw próbuje na własną rękę odnaleźć mordercę, ale prywatne śledztwo komplikuje fakt, że w powojennej Warszawie trzeba poruszać się bardzo ostrożnie, zwłaszcza jeśli nie zna się tutaj nikogo.
W trakcie rozwiązywania sprawy towarzyszy mu jedynie – niczym doktor Watson Sherlockowi Holmesowi – arcymistrz szachowy Miguel Najdorf.
Tymczasem ofiar przybywa. W jaki sposób łączą się one z zabójstwem w czasie symultany? Abramowski zmuszony jest stawić czoło niebezpieczeństwom – i przeciwnikowi, który zawsze zdaje się być o jeden ruch przed nim.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68812-46-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Henryk Motyka – archiwista, pracownik Polskiego Radia
Miguel Najdorf – arcymistrz szachowy
Edward Abramowski – antykwariusz, niegdyś prywatny detektyw
Henryk Nowak – szaradzista
Brown – agent brytyjskiego wywiadu
Cornelius – agent brytyjskiego wywiadu
Eligiusz Dumała vel Eugeniusz Domeradzki – kapuś, konfident i prowokator
„Bambus” – ochroniarz Dumały
Albert Kamysz – kapitan MO
Maria – studentka prawa
„Bum-Bum” (Zofia Kownacka) – studentka prawa
Jan Chudy – kapitan, pracownik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych
Julian Rute – prawnik
„Krótki” (Stanisław Biernat) – warszawski taksówkarz
Andrzej Worcell – fotograf, pracownik Wytwórni Filmów Dokumentalnych
Katarzyna Górecka – dziennikarka „Expressu Wieczornego”
Stanisław Próchniak – ksiądz w parafii na Nowolipkach
Irena Sokół – właścicielka biura matrymonialnego Mała Syrenka
Genowefa Golińska – żona fryzjera
Ferdynand Goliński – fryzjer
Tomasz Makowski – szachista
Władzio Kostucha – pracownik Zjednoczenia
„Banan” – szef zakapiorów z Czerniakowa
„Mumia” – zakapior z Czerniakowa
„Mamut” – zakapior z Czerniakowa
Karol Kasza – kierownik Warszawskiego Towarzystwa Szaradzistów
Stanisław Pogromek – pracownik Wytwórni Filmów Dokumentalnych
Józef Piotrowicz – dziennikarz „Expressu Wieczornego”
Karol Grdyka – fotograf „Expressu Wieczornego”
A także portierzy, recepcjonistki i recepcjoniści, kelnerki i kelnerzy, klienci restauracji, kawiarni oraz barów, sprzedawczynie i sprzedawcy, pielęgniarki, młodzież, uczestnicy koncertów, muzycy, pasażerowie autobusów i tramwajów, mieszkańcy Warszawy oraz przyjezdni.PROLOG
1
Gracz przesunął piona na szachownicy. Uniósł głowę i popatrzył na mistrza. Na chwilę ręka ugrzęzła mu w kieszeni. W końcu niezdarnym ruchem wyszarpnął chusteczkę i otarł nią wysokie czoło. Rozluźnił krawat, choć w sali nie było przesadnie gorąco. Jabłko Adama poruszyło się i wróciło na swoje miejsce. Tłumek obserwatorów zafalował, a potem zastygł w oczekiwaniu na ruch gwiazdy wieczoru. Szachista, który siedział przy stoliku obok, przelotnie spojrzał na partię sąsiada, prychnął z niesmakiem i z powrotem wsparł brodę na dłoniach.
Miguel Najdorf spojrzał na przeciwnika, potem na szachownicę i znów na rywala. Cicho chrząknął. Podczas symultany zawsze trafi się jakiś dziwak. W ogóle szachy przyciągają oryginałów, pomyleńców i regularnych wariatów. Dziesiątki lat praktyki sprawiły, że bezbłędnie ich rozpoznawał. Na szczęście ten był nieco nerwowym, ale niegroźnym amatorem. Nie potrafił grać i po trzecim ruchu miał w zasadzie przegraną pozycję. Takie sytuacje jednak bardzo rzadko siĘ zdarzaŁy. Arcymistrz przestawił gońca. Zrobił ruch gwałtowniej, niż miał w zwyczaju. Podszedł do kolejnej szachownicy.
Dzień wcześniej przyleciał z Moskwy. W Memoriale Alechina zagrał dość przeciętnie. Był jednym z najlepszych graczy na świecie, a zajął dopiero szóste miejsce w turnieju, który okazał się kolejnym triumfem sowieckiej szkoły szachów. A także – co do tego nikt nie miał wątpliwości – kolektywnej gry arcymistrzów ze wschodu, którzy tę sztukę opanowali do perfekcji. Na domiar złego wmieszał się we wszystko jeszcze jeden Jugosłowianin. Wieczorem Ił-14 długo kołował, jakby nie mógł się zdecydować, czy warto wypuścić pasażerów. Organizatorom pobytu w Warszawie powiedział, że przyjazd do Polski, pierwszy od wybuchu wojny, przyprawia go o drżenie serca. Była to prawda. Na lotnisko wysłali po niego kierowcę. Z trudem wykrztusił kilka zdań, chociaż po polsku, mimo lat spędzonych w Argentynie, wciąż mówił bezbłędnie i bez obcego akcentu. Każdy wziąłby go za Warszawiaka z krwi i kości. Teraz bał się, że nagle zapomni języka w gębie i nie odpowie na najprostsze pytanie. Samochód co chwila podskakiwał na wyboistej drodze, a on udawał, że śpi. Nie miał pojęcia, co go w tej Warszawie spotka.
Przy śniadaniu usłyszał, że w tym roku sowieckich flag jest mniej, a i obchody Święta Rewolucji jakby skromniejsze. I żadnych portretów Stalina. „Gomulka” i „Wieslaw”, kaleczone i wymawiane z „l” w środku, powtarzały się przy kilku stolikach. Któryś z gości, widocznie chcąc się popisać, wymówił karkołomne słowo „październik”. W pierwszym odruchu chciał do niego podejść i go poprawić. Jakaś hiszpańska rodzina z podziwem mówiła o Budapeszcie. Podczas turnieju w Moskwie próbował wypytywać o węgierską rewolucję, ale sowieccy towarzysze unikali tego tematu jak ognia. Szczurowaty Francuzik wymądrzał się w sprawie Kanału Sueskiego, chwalił wyśmienitą kawę i zjawiskowe nogi recepcjonistki.
Tylko na chwilę wyszedł z hotelu. Tam, skąd przyjechał, było jednak zimniej. Nie bardzo wiedział, dokąd iść. Ruszył po prostu w prawo. Minął wizytki i Mickiewicza. Z pomnikiem było coś nie tak, zapamiętał go inaczej. Przystanął przy Kolumnie Zygmunta i popatrzył na ruiny zamku. A potem, znad trasy W–Z, dumy i wizytówki odrodzonej stolicy, na kościół za rzeką. O ile to w ogóle był Święty Florian, bo ten nie miał żadnej wieży. Jakby go wykastrowali. Przed wojną mieszkał na Pradze i widywał ten kościół codziennie. Pomyślał, że jest w Warszawie znanej mu od dziecka, a zarazem w kompletnie obcym mu miejscu. Nagle poczuł się jak turysta, który pierwszy raz odwiedza jakiś kraj. Wrócił do pokoju przybity tą myślą.
Po obiedzie udzielił wywiadu dla „Expressu Wieczornego”. Był już w lepszej formie, a pierwszy szok minął. Przywyknę, powiedział do siebie przy goleniu. Nie jestem tchórzem. Człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić i ze wszystkim oswoić. Spryskał twarz i szyję wodą kolońską. Przecież wcale nie jest tak źle. I to miasto jednak żyje. O wpół do siódmej znów podstawili samochód, chociaż upierał się, że drogę z Bristolu na Foksal pokona pieszo.
Trochę się obawiał tej symultany. Nie chodziło o wynik, o ten był spokojny. Zdziwiłby się bardzo, gdyby przegrał chociaż jedną partię. To przecież bułka z masłem, jeśli porównać ją z grą „na ślepo” z czterdziestoma przeciwnikami. Wtedy, podczas wojny, gdy skończył w Rosario, ledwo żył. A teraz najtrudniejszym rywalem mogły się okazać emocje. Po raz pierwszy po wojnie zapewne zobaczy wiele znajomych twarzy. Coś mu się przypomni, skojarzy i gotów się roztkliwić.
I rzeczywiście. Przy pierwszym stoliku siedział prawnik, którego doskonale pamiętał. Fanatyk szachów. Przed wojną potrząsał kruczoczarną czupryną, a teraz był siwiuteńki jak gołąb. Albo ten w beżowej marynarce i bordowym fularze we wściekłe wzorki. Miał jedną rękę, a dawniej obie. Właściwie co człowiek, to wspomnienia. A mimo to trzymał się dzielnie. Po drugim kółku całkiem oswoił się z sytuacją. Gra zaczynała mu sprawiać przyjemność.
Dobrze nastroiła go powitalna przemowa. Wymieniano jego osiągnięcia, ale było także zaskakująco dużo polityki. Wyrecytowane zdania o lekcji, jakiej udzieliła światu wielka rewolucja w tysiąc dziewięćset siedemnastym. Ale i słowa o tym, jak ostatni październik odrodził społeczeństwo i na nowo wyznaczył polską drogę do socjalizmu. Najdorf patrzył po zebranych i widział na twarzach, nawet tych najbardziej doświadczo-nych i sceptycznych, przynajmniej cień entuzjazmu.
A potem przystąpiono do gry.
* * *
Tego wieczora jeszcze jeden mężczyzna na ulicy Foksal starał się zapanować nad emocjami. Stał na rogu z Gałczyńskiego i wpatrywał się w jasno oświetlone okna na pierwszym piętrze. Przewiesił przez ramię parasol, zapalił kolejnego papierosa i spojrzał na zegarek. Była siódma trzydzieści. A więc tamten zaraz powinien tu przybyć. Latarnie na Foksal rzucały słabe światło, ale to mu nie przeszkadzało. Z pewnych względów tak było nawet lepiej.
Pierwszy raz rozejrzał się uważniej. Był pewien, że ze starej Warszawy nie pozostał tu kamień na kamieniu, tymczasem ulica, którą pamiętał sprzed wojny, ocalała prawie nienaruszona. Niemcy zniszczyli tylko dwie kamienice, a to tyle co nic. Jak dwa zęby wybite w poważnej bójce. Gdzieś tutaj, na tej ulicy, zastrzelono ministra Pierackiego. Swoją drogą był to świetny pretekst, żeby stworzyć Berezę. Taki obozik koncentracyjny na skromną sanacyjną skalę. Skrzywił się, przez głowę przemknęły ponure obrazy, ale zaraz wypogodniał. Chwila. No jasne. W kamienicy, w której okna się wpatrywał, tuż przed wojną znajdowała się Café Bodo. Był tam wiosną, krótko po otwarciu. Podjechał taksówką, co nie było dla niego normą. Zjawił się w interesach, tak można to określić, a obsługiwał go jakiś zdeklasowany aktor, któremu się nie powiodło na scenie. Na szczęście za wszystko płacił wtedy klient. A kawałek dalej, w kierunku przejścia na Smolną, jakieś gimnazjum było. Bezskutecznie próbował przypomnieć sobie nazwisko patrona. Otrząsnął się. Dobra. Wystarczy. Nie przybył tutaj dla wspomnień. Spojrzał na zegarek i pokręcił głową.
Zaczął padać śnieg. Najpierw nieśmiało, ale po chwili już całkiem mocno. Duże, lepkie płatki, których zaraz nie będzie. Mężczyzna otworzył parasol. Dobrze, że zabrał wełniany płaszcz. Przed wyjazdem nie pomyślał o szaliku i teraz tego żałował. W Londynie było jednak cieplej. Na głowie miał Stetsona z wysoką koroną i prostym rondem. Niby nic specjalnego, lecz zwrócił uwagę, że na ulicy ludzie oglądają się za nim. Wprawdzie przyleciał tylko na kilka dni, ale może trzeba pomyśleć o zmianie ubrania. Nie powinien rzucać się w oczy. A teraz, przestępując z nogi na nogę na skrzyżowaniu dwóch ulic, z pewnością to robił. Co powie, jeśli napotka go milicyjny patrol? Że czeka na kobietę. Nie, uściślił w myślach. Czeka na córkę. Tak będzie wiarygodniej. W dodatku będzie mógł liczyć na wyrozumiałość, a nawet pewną dozę współczucia.
Spojrzał na zegarek, tym razem ze złością. Dlaczego się na to zgodził? Tamten, zgodnie z planem, zadzwonił do hotelu o piątej. Umówili się za dwadzieścia ósma.
– Nie wcześniej? Dlaczego tak? – zapytał przez telefon.
– Na Foksal jest dziś symultana szachowa. – Głos rozmówcy zdradzał ekscytację. – I to z kim! Sam mistrz Najdorf przyleciał do Warszawy. Mój ustosunkowany kolega wyprosił dla mnie zaproszenie. Łatwo nie było. Jestem opętany przez szachy.
To zaskakujące wyznanie rozbroiło go.
Nazwisko szachisty zaś wyzwoliło wspomnienia. Przedwojenne włóczęgi po klubach. Transatlantyk. I jeszcze całkiem niedawne spotkanie w Buenos. Co miał zrobić? Nie zachował się, jak zawodowiec powinien, i przystał na prośbę wielbiciela szachów. Szczególnie na taką. Kiedyś przecież sam nie był wolny od tej namiętności. Tak więc tamten wykona kilka posunięć, uściśnie rękę wielkiego Miguela i stawi się w umówionym miejscu. Potem gdzieś usiądą. Po drodze z hotelu wypatrzył Mazovię na Ordynackiej. Kawiarnia była otwarta, kilka stolików zajętych, ale nie było za gęsto. Miejsce w sam raz na rozmowę, jaką mieli odbyć. Hotelowe wnętrza nie były zbyt pewne, nie ufał im, ulica także nie.
Tyle że tamten nie przychodził. Zapewne siedział pochylony nad szachownicą, zastanawiając się nad kolejnym ruchem, i czas stanął w miejscu. Diabli nadali teraz tego Najdorfa. Cholerny świat.
* * *
Trzydzieści stolików ustawiono w podkowę. Na każdym znajdowała się szachownica. Zza pleców graczy wystawały głowy ciekawskich. Jakiś mężczyzna, wsparty o kolumnę, chyba nawet drzemał. W sali robiło się coraz cieplej. Ktoś szepnął o padającym śniegu i na chwilę odwróciło to uwagę od rozgrywek. Głowy kibiców skierowały się w stronę okien. Niewiele głośniejsze syknięcie natychmiast przywołało wszystkich do porządku.
Ręka łysiejącego dyletanta drżała. A ruch, który wykonał, był równie głupi i ekscentryczny jak kilka poprzednich. W dodatku był bałaganiarzem: postawił pionka niechlujnie, na przecięciu białego i czarnego pola, zamiast, jak należy, na środku. Rozbiegane oczy próbowały skupić się na Najdorfie.
– Ba… bardzo przepraszam – wyszeptał. – Mu… muszę już iść.
Najdorf spojrzał na niego zdziwiony.
– Źle się pan czuje? – zapytał cicho. – Może potrzebna panu pomoc? Na pewno jest tu ktoś…
– Nie, to nic… – przerwał mu tamten. – Nic takiego – dodał i wstał od szachownicy.
Podali sobie ręce. Wśród widzów rozległ się szmer. Nikt nie spodziewał się tak szybkiego zakończenia pierwszej partii.
Mistrz chciał ruszyć dalej, ale mężczyzna nie zwalniał chwytu. Dłoń miał wilgotną od potu.
– Proszę… Bardzo proszę to zapamiętać – szepnął.
– Ale co?
– Po prostu niech pan pamięta.
Dopiero teraz puścił rękę arcymistrza i pospiesznie ruszył do wyjścia.
* * *
Przestało sypać i nareszcie mógł złożyć parasol. Minął go zdezelowany samochód z szachownicą na boku i pojechał w głąb ulicy Foksal. Radziecka Pobieda. Nigdy wcześniej nie widział takiego auta. W Anglii w końcu takich nie było. Przed przyjazdem nie przygotowywał się na to, co może go spotkać na ulicach. Zresztą nie było na to czasu. Miał udawać emigranta, bardziej już Anglika niż Polaka, który po raz pierwszy po wojnie przyjeżdża do Warszawy. Widzi bohaterskie miasto dźwigające się z ruin, czasem się dziwi, ale głównie zachwyca tempem i rozmachem odbudowy.
Nie podobali mu się ci dwaj młodzi ludzie, którzy od dłuższej chwili gapili się na niego. Podobni byli jak bracia. Na głowach nosili oprychówki, takie jakie pamiętał jeszcze z dawnych czasów. Z szarością ubrań kontrastowały kolorowe szaliki. Ruszyli zawadiackim krokiem.
– Przepraszamy, ma pan ogień? – zapytał ten niższy.
Kiwnął głową. Oparł parasol o ścianę. Na wszelki wypadek lepiej mieć wolne ręce. Sięgnął do kieszeni i poczuł chłód zapalniczki. Ale miał tam także pudełko zapałek, które ktoś zostawił w hotelu. Wyciągnął je i podał chłopakowi. Gdyby był uprzejmy, sam zapaliłby zapałkę. Tamten przesłoniłby jego dłonie swoimi, a tak naprawdę przytrzymał je, żeby jego kompan mógł dopełnić reszty. Kapelusz na twarz. Kopniak albo cios w głowę. I byłby załatwiony.
Miałby za swoje. Gdy wychodził z hotelu, recepcjonista zapytał, czy zawołać taksówkę. Z Hotelu Warszawa na Foksal było kilka minut na piechotę. Odmówił. Portier otaksował go wzrokiem, jakby chciał w ten sposób ostrzec, że wieczorna włóczęga po mieście, szczególnie w takim stroju, nie kończy się dobrze. Nie powiedział jednak nic. Tak jakby lojalność wobec miasta i panujących w nim zwyczajów wzięła górę nad bezpieczeństwem gościa. Postanowił uszanować reakcję recepcjonisty i gdy wychodził, dotknął ronda kapelusza.
Teraz patrzył tym dwóm w oczy. Z nadzieją, że spojrzenie jest wystarczająco zdecydowane, żeby odpuścili.
– Możecie je zatrzymać – powiedział.
Bez słowa zapalili i spojrzeli po sobie. Ocenili sytuację, skinęli głowami w podzięce i poszli Gałczyńskiego z rękami wsuniętymi w kieszenie kurtek. Zapałki to zawsze jakaś zdobycz. Nikt nie wygrał, nikt nie przegrał. Ale dla tych dwóch wieczorna żegluga przez miasto dopiero się zaczynała.
Z kamienicy wyszedł mężczyzna. Nie, to nie ten. Nawet nie spojrzał w jego stronę. Wyjął papierosy i także zapalił. Stanął na chodniku, zrobił kilka kroków w lewo, potem w prawo. Zerknął na niebo. Strzepnął jakiś paproch albo popiół z ubrania. Z budynku wychynął ktoś jeszcze. Poprawił kapelusz na głowie i ruszył w prawo. Palacz zrobił w tył zwrot i wszedł do bramy.
* * *
Pierwszy raz podczas symultany Najdorf namyślał się nad ruchem. Trwało to kilka sekund dłużej niż w przypadku pierwszych posunięć, które w zasadzie grał od ręki. Wpatrywały się w niego bezczelne i pewne swego oczy nastolatka. Gdy zaczynali, chłopak wyszczerzył w uśmiechu nierówne zęby. Kiedyś też był takim pewnym siebie chłopakiem. Najdorf zdecydował się na bicie skoczkiem. To powinno poskromić młodzieńczą fantazję i ustawić przebieg gry.
Uniósł figurę i wtedy rozległ się krzyk.
Szachista zadrżał. Nie on jeden. Oczy wszystkich, szachistów i kibiców, zwróciły się w stronę drzwi. Krzyk się powtórzył. Dobiegał gdzieś z dołu. I był teraz bardziej przeciągły. W tym alarmującym zawodzeniu była oczywista, wyczuwalna dla wszystkich groza. Kilka osób, tych najbliżej drzwi, natychmiast wybiegło z sali. Inni chwilę później ruszyli za nimi. Gracze poderwali się od stolików. Figury spadały z szachownic i turlały się po jasnej posadzce. Najdorf odstawił skoczka i także ruszył w stronę drzwi.
Na salę wbiegł jeden z organizatorów symultany, czerwony na twarzy i z przekrzywionymi okularami.
– Bardzo proszę, aby wszyscy zostali na swoich miejscach! – powiedział drżącym głosem.
Ale było już za późno. Wszyscy szturmowali wyjście, a Najdorf był między nimi. Organizator bezradnie rozłożył ręce, próbując zatrzymać uczestników gry. Tak jak inni Najdorf zbiegł po schodach. Pojedyncze słowa, szeptane gorączkowo, układały się w jakąś niedorzeczną całość. „Zabili”. „Ciało”. „W toalecie”. „To ten archiwista”. Arcymistrz popchnął kogoś, a ktoś jego. Siwa czupryna mecenasa wyróżniała się w morzu głów. Chłopak, który jeszcze przed chwilą tak butnie patrzył, teraz zanosił się płaczem. Przy wejściu do budynku stał zwalisty portier i tarasował drzwi. Najdorf przecisnął się wreszcie do miejsca, gdzie najwyraźniej coś się wydarzyło. Kilku ponurych mężczyzn zagrodziło mu drogę. Zapytał, co się stało, ale żaden nie odpowiedział.
Zaskrzypiały drzwi prowadzące do toalet. Stał w nich mężczyzna mniej więcej w wieku arcymistrza i wycierał ręce kraciastą chusteczką.
– Dużo widziałem, ale nigdy czegoś takiego. – Pokręcił głową. – Pogotowie w drodze?
Ktoś przytaknął.
– A milicja? – dopytywał mężczyzna. – Tu głównie milicja jest teraz potrzebna.
Zanim zamknęły się drzwi, Najdorf zdążył zobaczyć nogawki spodni i dwa brązowe pantofle leżące koło stóp.
* * *
Była za dziesięć ósma i solidnie już zmarzł. Zastanawiał się, jakich słów użyje na powitanie, gdy tamten wreszcie się zjawi. Wtedy zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Wydało mu się, że słyszy krzyk. Poprawił kapelusz. Przez moment sądził, że się przesłyszał. Krzyk się powtórzył. Dobiegał gdzieś z naprzeciwka. Zmarszczył brwi. Czyżby dobiegał stamtąd? W jasno oświetlonym oknie na górze coś się poruszyło, a wkrótce tańczących cieni było więcej. Co tam się dzieje? Skąd ten nagły ruch? Przecież tam tylko grają w szachy. Z kamienicy wybiegł człowiek i pognał w stronę Smolnej. Po chwili wypadło kilku innych, grupką, żywo o czymś rozprawiając. I jeszcze dwie podobnie zaaferowane osoby.
Za cztery ósma. Gdzie jest tamten? Teraz już nikt z kamienicy nie wybiegał i nie wychodził. Usłyszał jęk nadjeżdżającej karetki. Zaraz za nią gnał milicyjny gazik, a niedługo potem pojawiła się Warszawa na sygnale. Sytuacja zaczęła się komplikować. Na pustej dotąd ulicy nagle zrobiło się zbiegowisko. W oknach wystawali ciekawscy. Pięć po ósmej podjechał jeszcze jeden samochód. Skoda nie miała żadnych oznaczeń. Milicjanci, którzy obstawiali teren i nie pozwalali zbyt blisko podejść gapiom, bez słowa rozstąpili się przed blondynem w czarnym płaszczu.
Gość w Stetsonie podszedł do mężczyzny, który ćmił papierosa. Zapytał, co się stało.
– Trup. – Usłyszał rzeczową odpowiedź. – Mówią, że ciało tam znaleźli.
Przez chwilę stał bez ruchu. A potem w jego głowie rozległ się dzwonek alarmowy. To nie było prozaiczne spóźnienie. Do zaplanowanego spotkania już nie dojdzie. Rzucił jeszcze okiem na milicyjne samochody, po czym odwrócił się i stukając parasolem o bruk, poszedł w kierunku Prudentialu. Kwadrans później w hotelowej kawiarni pił drugą pięćdziesiątkę dobrze zmrożonej czystej, nerwowo pocierał brodę i patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem.
2
Ci dwaj, grubawy konus i tyczkowaty rudzielec, byli pod lekkim gazem. Obaj w butach na słoninie, z okazale nastroszonymi mandolinami, w spodniach zawadiacko kończących się przed kostką. Mówili o potańcówce, niezbyt chyba udanej, bo kociaki, do których zaczęli się przystawiać, nie okazały się szczególnie chętne. Popołudnie skończyło się dla nich porażką, więc teraz rzucali słowami po dwa pięćdziesiąt i taksowali pasażerów ponurym wzrokiem. On także lubił przyglądać się podróżnym. Na podstawie gestów, zachowania i ubioru odgadywał, czym się zajmują. Zupełnie jak Sherlock Holmes, który z niepozornego śladu na mankiecie był w stanie wydedukować czyjeś życie. A na tych dwóch należało uważać. Zdecydowanie nie byli w humorze i szukali rewanżu. Konduktor też widział, że coś się święci. Skulił się na siedzeniu, a najchętniej zapadłby się pod podłogę, gdy w powietrzu wisiała draka.
Szefem był jednak ten trzeci. Milczący blondyn z szarymi, zimnymi oczami. W rozpiętej modnej kurtce, krawacie ze skaczącymi małpami i gibkimi Murzynkami. Ręką przyczesywał wypomadowane włosy, które kończyły się meksykańską plerezą. I gdy tamci dwaj pajacowali, on wyraźnie szukał ofiary. Obrzucił Henryka Nowaka obojętnym spojrzeniem, a potem przeniósł wzrok na kogoś innego.
Stoósemka jechała Czerniakowską. Henryk Nowak odwrócił głowę i zapatrzył się na miasto otoczone ciemnością. Jeszcze trzy przystanki i wysiądzie. W szybie migotała twarz blondyna. Tydzień temu był świadkiem autobusowej awantury i kolejna była mu niepotrzebna. A na pewno nie dziś, gdy miał zupełnie inne plany na wieczór.
Przed tygodniem to była szybka akcja w stodwójce na Grochowie. Wpadło czterech, kogoś potrącili, zaczęła się rozróba, podniesione głosy, w jednej ręce błysnął nóż, druga trzymała klucz francuski, szamotanina, krzyki, rejwach i chwilę później było po wszystkim. Błyskiem się uwinęli. Jakiś mężczyzna zwijał się na podłodze, biadoląc, że go okradli i pocięli, krew mieszała się z błotem, ktoś próbował mu pomóc, ale większość podróżnych wybiegła na przystanek. Tamci rozpłynęli się w powietrzu. O czym wtedy myślał? O tym, co zwykle. Że żyje w mieście, w którym przez cały czas trzeba mieć otwarte oczy. Nigdy nie był przesadnie odważny, chociaż tchórzem nikt by go nie nazwał. Wyróżniały go spostrzegawczość i ostrożność. Umiejętność oceny sytuacji i chłodna kalkulacja ryzyka i szans. Wtedy, na Grochowie, przypomniał mu się film. _Miasto bezprawia_. Lubił ten western. I tytuł mu się podobał. Widział go chyba w czterdziestym ósmym. Był pełen podziwu dla Wyatta Earpa, który rozprawił się z bandą Clantonów. Swoją drogą ciekawe, czy szeryf z Tombstone tak samo dałby sobie radę na warszawskiej ulicy? Później amerykańskich westernów już nie grali. Niedawno gdzieś usłyszał, że znowu będą w kinach, i postanowił, że wybierze się na jakiś. Nawet konikom zapłaci, jeśli zajdzie potrzeba.
Henryk Nowak wiedział jedno: to nie on będzie dziś ofiarą. Miał na sobie szary płaszcz cerowany na rękawach, znoszone spodnie i poplamiony wojskowy plecak. Na książkę, którą zabrał, nikt, a już na pewno żaden z tych trzech, się nie połasi, ale mały zestaw do majsterkowania to już inna sprawa. W kieszeniach płaszcza trzymał robocze rękawiczki. A także francuską latarkę, niedużą, ale bardzo dobrą. Tak czy siak, wyglądał nędznie i nikt nie dałby za niego złamanego grosza.
W ciągu czterdziestoletniego życia Henryk Nowak nauczył się trudnej sztuki nierzucania się w oczy. Wyglądał przeciętnie. Nawet nazwisko miał pospolite. Tak czy owak… Niektórzy z niego dworowali, ale miał to gdzieś. Nawet pokryte szarą politurą biurko, przy którym siedział w pracy, tworzyło z nim nierozłączną całość. Henryk Nowak był przezroczysty. Ta umiejętność ratowała mu skórę w latach szkolnych, podczas wojny ocaliła życie, pomogła też w okresie błędów i wypaczeń, jak teraz elegancko nazywano minione czasy. I to w zasadzie wystarczało, żeby przetrwać, a do tego jako tako radzić sobie w życiu.
Autobus zwalniał, dojeżdżał do przystanku. Konduktor niechętnie poprawił się na swoim miejscu. Blondyn z meksykańską plerezą skinął głową. Ruch był bardzo dyskretny, ale tamci dwaj od razu go dostrzegli. Dwa ciała, lekko zwiotczałe od alkoholu, nagle nabrały sprężystości. Wysiedli we trzech. Ale nie byli sami. Szli za mężczyzną, który przed nimi opuścił stoósemkę. Otulonym eleganckim płaszczem, ze skórzaną teczką i w całkiem szykownych butach. Ulica była pusta. Tyle Henryk zdążył zauważyć, nim autobus ruszył odrobinę szybciej niż zwykle. Konduktor wyprostował się i odetchnął z ulgą. Spojrzeniem porozumiał się z Nowakiem. Ciekawe, czy zostawią tamtemu przynajmniej buty. I czy w ogóle przeżyje. Czy było im żal tego mężczyzny? Nie bardzo. Takie jest życie. I trzeba w nim na siebie uważać. Ucięli sobie z konduktorem pogawędkę bez słów, a potem zwrócili głowy w przeciwne strony.
Wysiadł przy Łazienkowskiej i chłód wstrząsnął jego ramionami. Przystanął, zapalił papierosa i rozejrzał się uważnie. Nikt nie nadchodził od Torwaru, gdzie działało lodowisko. Zmrużył oczy. Kilka metrów dalej coś leżało. Podszedł i podniósł kraciastą oprychówkę wyłożoną gazetami. Uśmiechnął się. Uznał to za dobrą wróżbę, ale postanowił zostawić czapkę na chodniku. Niech się przyda komuś innemu. Z megafonów rozlegał się skoczny walczyk umilający czas łyżwiarzom. Z zajezdni trolejbusów dobiegł dźwięk dzwonka. Popatrzył na stadion Legii. Rok temu Kempny strzelił Gdańskowi trzy bramki, a on widział to na własne oczy. Nie był przesadnie zagorzałym kibicem, ale ten mecz zwyczajnie wypadało zobaczyć. Śpiewom i pijaństwu na mieście nie było wtedy końca, ale to nie był jego styl. Po kieliszek sięgał tylko wtedy, gdy już nie można było odmówić. Jednak dziś, gdy wróci na Grochów, strzeli sobie lufkę. A jeśli znajdzie to, czego zamierzał szukać, to… Sam jeszcze nie wiedział, co wtedy zrobi. Z pewnością czeka go bezsenna noc. Może zajmie się wtedy rozwiązywaniem krzyżówek, byle dotrwać do rana. Potem zadzwoni do pewnego człowieka i odbierze zasłużoną nagrodę.
Poprawił pasek plecaka i ruszył w stronę ruin. Podczas powstania w Kościele Matki Boskiej Częstochowskiej znajdował się szpital polowy. Niemieckie samoloty zrównały go z ziemią, grzebiąc rannych pod tonami cegieł. Po wojnie odgruzowano szczątki, ale szczęśliwie nikt wtedy nie natrafił na nic więcej. Ruiny kościoła zostawiono samym sobie, w mieście było do załatwienia wiele ważniejszych spraw. Wyjął z kieszeni rękawiczki i latarkę. Stanął na stopniach portalu i niczym wytrawny taternik wytyczał drogę w dół. Był tu kilkakrotnie w ciągu dnia i oglądał miejsce, więc wiedział, że musi być bardzo ostrożny. Sporządził prowizoryczną mapę i miał ją teraz ze sobą. Jeden nierozważny ruch i może zniknąć w tych piekielnych czeluściach najeżonych zbrojeniem. Wolał nie wyobrażać sobie, jak wyglądałoby jego ciało przebite zardzewiałymi prętami.
Teren był rozległy, ale wiedział, gdzie powinien szukać. Wojna jeszcze się nie skończyła, gdy pierwszy raz przyjechał do Warszawy. Cała rodzina zginęła i nauczył się żyć samotnie. Zatrudnił się przy sprzedaży opału i niemal od razu znalazł w labiryncie ruin, wypalonych kamienic i zapadłych stropów, pod którymi jakimś cudem ocalały dębowe posadzki, solidne drzwi ze zdobionymi klamkami z mosiądzu i pogruchotane antyki. Wynosił drewno na własnych plecach, a skutki zaczął odczuwać, gdy miał czterdziestkę na karku. Nie tykał jedynie kościołów, bo co boskie, to do Najwyższego należy. Wrota Pańskie to także rzecz święta. Pośród ruin natrafiał na ciała; cuchnęły i rozlewały mu się w rękach. Nauczył się sprawnie je przeszukiwać, wydobywać portfele i kosztowności. Ze zgliszczy wynosił to, co mogło mieć jakąś wartość, a prawie wszystko było wtedy w cenie. Z kilku zmiażdżonych szczęk wydłubał złote zęby. Przeszedł prawdziwą szkołę życia. Czy był dumny ze swojej przeszłości? Nie pochwalał jej ani nie potępiał. Człowiek musi mieć na chleb, a jemu akurat to się trafiło. Od dziecka pasjonowały go łamigłówki i do poszukiwań w ruinach tak właśnie podchodził: eskapady po trupim mieście miały w sobie coś z awanturniczej przygody, ale dla niego były jeszcze jednym zadaniem, które należało rozwiązać.
Przedmiot, którego szukał, nie był duży. Ot, zwykła kanka na mleko, zrobiona z grubej blachy, pewnie ocynkowana, oby z solidnym zamknięciem, a najlepiej z uszczelką. Bo wtedy woda nie dostaje się do środka i nie rozpuszcza atramentu, a tak było w przypadku tych źle zabezpieczonych skrzynek, które znaleźli zaraz po wojnie. Jedna niepozorna bańka na mleko zapewni mu dostatnie życie. Przynajmniej taką obietnicę złożył mu człowiek, dla którego pracował. Poważni ludzie zaś dotrzymują umów. A on? Co wtedy zrobi? Być może rzuci robotę, oczywiście nie od razu, żeby nie budziło to podejrzeń. Nie cierpiał swojej pracy i mozolnego oznaczania produktów, których i tak nigdy nie było w sklepach.
Uśmiechnął się na myśl o tych wszystkich naiwniakach, którzy szukali kanki na Muranowie. Niech sobie to parszywe getto jeszcze raz rozkopią. Kolega z klubu miał dobry pomysł, chociaż rzucił go półżartem. I wtedy Henryka Nowaka olśniło. Oczywiście! To, co najistotniejsze, ukryto po aryjskiej stronie. Reszta sprowadzała się do wyboru właściwego miejsca. Wreszcie je znalazł. Uznał, że poszukiwania rozpocznie przy dobrze ukrytych drzwiach, które prowadzą do przeciwlotniczego schronu. O tym tajnym wejściu dowiedział się przypadkiem. Zaznaczył je na swojej mapce jako pierwsze miejsce do sprawdzenia.
Powiał wiatr, a z Torwaru niósł się coraz modniejszy rock and roll. Wszystkie siksy teraz za tym szaleją. Henryk Nowak położył rękawiczki i latarkę na skruszonej cegle i wyjął z plecaka książkę. Była to _Wyspa skarbów_ Roberta Louisa Stevensona. Traktował tę powieść jak talizman i dlatego ją wziął. Historia o Długim Johnie Silverze – piracie z drewnianą nogą – rozpaliła jego wyobraźnię, gdy był chłopcem i chciał być najdzielniejszym z dzielnych. Od tamtego czasu wiele razy zmieniał miejsce pobytu, a wysłużony egzemplarz wędrował z nim. Wprawdzie dawno już zrezygnował z bohaterskich rojeń, ale sentyment pozostał. Pogładził okładkę. Przekartkował książkę, wyjął mapę i wsunął ją do kieszeni płaszcza. Powieść schował do plecaka.
Nagle poczuł się nieswojo. W pierwszej chwili nie zrozumiał, co wywołało w nim niepokój. Zaraz jednak uświadomił sobie, że nie jest tu sam. Usłyszał chrobot. To nic takiego. Jakiś bezdomny pies albo kot krążył nocą po tych ruinach.
Coś zachrzęściło. Nie. To było ludzkie chrząknięcie. Ktoś tu był.
– Jest tu kto?! – zawołał Nowak.
Odpowiedziała mu cisza. A potem rozległ się kolejny chrzęst.
Ktoś tu jest, pomyślał. Obserwuje mnie i wie, czego szukam.
– Czy to… Czy to pan? – zapytał niepewnie.
Powinien sięgnąć po latarkę, ale nie zrobił tego. Coś podpowiadało mu, aby stąd uciekał, i to jak najszybciej, lecz mrowienie w nogach uniemożliwiło mu ruch. Przemógł się wreszcie. Z plecakiem przewieszonym przez ramię wykonał niezdarny skok, po czym obrócił się na luźnej cegle. Poczuł ból w kostce i krzyknął.
Stracił równowagę. Gwałtownie zamachał rękami, ale było już za późno.
Na Torwarze spoceni łyżwiarze kręcili piruety w rytm rock and rolla.
Spadając, w ostatnim przebłysku świadomości pomyślał o dwóch najbliższych mu osobach: Długim Johnie Silverze i Wyatcie Earpie.
Stalowe pręty czaiły się na dole.CZĘŚĆ PIERWSZA – DEBIUT
3
Długo nie mógł zasnąć. Obudził się o ósmej i półprzytomnie rozejrzał po hotelowym pokoju. Łupało mu w skroniach. Wziął prysznic, a potem, dłużej niż zwykle, przypatrywał się twarzy w lustrze. Robił to ostatnio z narastającą niechęcią. Siwy zarost przesłaniał pamiątkę po spotkaniu z endecką bojówką w dwudziestym drugim, gdy wybrano Narutowicza na prezydenta. Kto to jeszcze pamiętał? Kogo to obchodziło? Przeczesał lekko już przerzedzone włosy w kolorze kawy z mlekiem i doprowadził je do jakiego takiego ładu. Druga blizna znaczyła prawą brew i wczoraj wieczorem przesłaniał ją kapelusz. Przypomniał sobie dwóch narwanych łebków w oprychówkach. Ciekaw był, jak by zareagowali, gdyby ją zobaczyli. Zapewne zyskałby tym w ich oczach. Przejechał palcem po najdłuższej szramie, zwykle ukrytej pod kołnierzykiem koszuli i krawatem. Z upływem lat polubił tę chropowatość skóry. Blizna ciągnęła się przez całą szyję. Wtedy, gdy w argentyńskim burdelu zaatakowało go dwóch alfonsów, uratował go jakiś cud. Wory pod oczami wydały mu się pełniejsze i coraz bardziej sine.
Ile mu pozostało? Niedawno złapał się na tym, że zadaje sobie pytanie, które nigdy wcześniej nie przyszło mu na myśl. Rok temu był znowu w Ameryce Południowej i to miał być jego łabędzi śpiew. Wykonał ostatnie zadanie i raz na zawsze pożegnał się z przeszłością. Nagle poczuł ulgę. Koniec. Resztę życia miało wypełnić przestawianie książek, wycenianie, kupowanie i sprzedaż woluminów. Codziennie półgodzinny, z jednymi światłami po drodze, spacer z domu do niewielkiego antykwariatu na przedmieściach Londynu, czasami Guinness w pobliskim pubie, może mecz piłkarski. Pewnego dnia jakiś bibliofil otworzy drzwi i znajdzie go martwego, przyprószonego kurzem z opasłych tomów. Nie miał psa ani żadnego innego zwierzęcia, a krzykliwych rodaków, którzy osiedli w Anglii i szermowali bogoojczyźnianym patriotyzmem, szczerze nie cierpiał. Niech sobie roją o powrocie na białym koniu, ale bez niego. Na jego pogrzebie nikt nie zapłacze. Albo nikt na niego nie przyjdzie. Nie spisał ostatniej woli, ale być może nadszedł moment, żeby o tym pomyśleć.
Kolejny raz się okazało, że życie przynosi niespodzianki, i znalazł się w Warszawie. Przynajmniej kilku ludzi znów bardzo na niego liczyło, ale dziś nieprzyjemnie się zdziwią. Telegram, który do nich wyśle, zapewne wywoła poruszenie. Być może nawet panikę. Jednak najpierw musi się upewnić, że przeczucia go nie zawodzą. Hotelowy telefon milczał i utwierdzało go to w przekonaniu, że wczoraj na Foksal stało się najgorsze.
Z walizki wyjął książkę. Przeczytał już to grubawe powieścidło, i to nawet z pewną przyjemnością, ale to okładka przykuwała jego uwagę. Twarz pogrążona w ciemnościach, z których wydobywają się tylko oczy. A wokół porozrzucane nazwiska bohaterów, trochę jak szyfrogramy, trochę jak fragmenty labiryntu, trochę jak anonim składany ze szczątków gazet. Tytuł i nazwisko autora, które nic mu nie mówiło, wyróżniono na żółtym tle. Wnikliwe oko dostrzegłoby, że niektóre numery stron otoczone były delikatnym ołówkowym obrysem. Przekartkował powieść, zapamiętał kombinację liczb i położył książkę przy krawędzi stolika.
Śniadanie zjadł samotnie, przesłonięty płachtami gazety. Dziś niespecjalnie go obchodziły rozmowy towarzystwa obok. Przebiegał wzrokiem szpalty w poszukiwaniu tej jednej jedynej wiadomości i oczywiście nigdzie jej nie znalazł. Może było już za późno, żeby posłać ją do druku. A może z jakichś innych powodów przemilczano fakt, że coś zdarzyło się wczoraj podczas symultany z szachowym arcymistrzem.
Powinien trochę poczekać. O tej godzinie na Foksal mogła jeszcze krążyć milicja, nie było powodu, żeby rzucać się w oczy. Po śniadaniu w pustoszejącej hotelowej restauracji wypił kolejne dwie kawy, wypalił kilka papierosów, a w „Życiu Warszawy” przestudiował wszystkie nekrologi i artykuł o tym, że likwidują sklepy z żółtymi firankami. Z kontekstu zorientował się, że chodzi o miejsca, w których partyjni notable i wysocy rangą funkcjonariusze zaopatrywali się w dobra niedostępne dla klasy robotniczej. Autor nie krył satysfakcji i domagał się ograniczenia innych przywilejów władzy. W „Trybunie” znalazł sążnisty artykuł o potrzebie ocieplenia relacji między partią i Kościołem. Uwolnienie prymasa było pierwszym krokiem do tego, kolejnym miało być przywrócenie lekcji religii w szkołach. Zaczął czytać jakieś passusy o pożytkach płynących z wolności słowa, ale to już go znudziło. Przypomniał sobie, co usłyszał w Anglii od Polaka, który zaglądał do antykwariatu. Rozmówca przekonywał go z entuzjazmem, że komunizm w Polsce się kończy. Spojrzał wtedy na tamtego jak na narwanego naiwniaka. Stalin i Bierut nie żyli, ale stworzony przez nich system wydawał się mu długowiecznym potworem.
Około południa wyszedł z hotelu. Wcześniej zapytał recepcjonistę o popołudniówkę. Tylko „Express Wieczorny”, usłyszał. Najlepiej ustosunkowany i poinformowany w mieście. Tyle że gazetę czasem trudno zdobyć. Ciemne, ciężkie chmury wisiały nad miastem, a budynki tonęły w szarzyźnie. Usłyszał stukot końskich kopyt, a po chwili klakson samochodu. Ktoś przed nim zakasłał i wysmarkał się na chodnik. Przed wojną tutaj, na Placu Napoleona znajdował się gmach Poczty Głównej. Teraz w tym miejscu ziała dziura, ale nowy urząd pocztowy znalazł w pobliżu hotelu. Przez szybę przyjrzał się surowemu wnętrzu i ruszył trasą, którą pokonał poprzedniego wieczora.
Dotarł na ulicę Foksal i nieco się zdziwił. Nic nie wskazywało na to, żeby dzień wcześniej zdarzyło się tu coś dramatycznego. Stanął w tym samym miejscu, na skrzyżowaniu z Gałczyńskiego, i oceniał sytuację. Zgniótł niedopałek butem. Rozejrzał się raz jeszcze i uznał, że może podjąć próbę.
Wszedł do kamienicy. Wnętrze było zaskakująco przytulne. Pastelowe kolory sprawiały, że ani słoniowata kolumna, ani ciężkie żyrandole, ani szerokie schody nie przytłaczały rozmiarem. Ścianę ocieplały gobeliny z arabeskami. Spojrzał na swoje buty. Po kilkuminutowym spacerze pokryły się pyłem.
Portier siedzący za masywnym biurkiem z brązowego drewna przyglądał mu się uważnie. Byli w podobnym wieku i uznał, że to dobry znak. Dwaj mężczyźni, doświadczeni i znający życie, szybciej się dogadają. Elegancko przystrzyżony wąsik drgał nad górną wargą portiera. Poza nimi w holu nie było nikogo.
– To straszne, co stało się wczoraj… Pan Henryk… Kto by pomyślał…
Znał tylko imię i nazwisko. I miejsce pracy. Archiwum Polskiego Radia. Nawet nie wiedział, jak ten człowiek wyglądał.
Portier wstał. Dopiero teraz okazało się, że jest wysoki i dobrze zbudowany. Marynarka napięła się na ramionach. Niebieskie oczy wyceniły ubranie i ogólnie całą postać przybysza przynajmniej na tyle, żeby nie pokazać od razu drzwi.
– Pan Henryk, a może nie Henryk, kto to wie? – powiedział śpiewnym barytonem. – Może Józef, jeden albo drugi? – Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, a potem portier uznał, że może wykonać ostrożny ruch. – Ale że zdarzyło się nieszczęście, to pewne.
Przelotnie spojrzał na banknot, który pojawił się na blacie.
– Może „Anielka” coś panu podpowie? – Stuknął grubym palcem w portret kobiety w białej chuście, który zdobił dwadzieścia złotych. – Bo ja na pewno nie.
Wydawał się urażony. Gdy pojawił się banknot o znacznie wyższym nominale, zaświeciły mu się oczy.
– Jak jest „tatuś”, to można żyć. To znaczy… pan Henryk rzeczywiście nie żyje.
Ruchem zręcznego magika schował banknoty do kieszeni.
– Znał go pan dobrze?
Portier wzruszył ramionami.
– Jak wszystkich, którzy przychodzili tu na szachy. – Wziął głęboki wdech, który sprawił, że można było usłyszeć trzask szwów w marynarce. – Tych szachistów dzielę na takich, którzy przychodzą tu na okrągło i czasami. A potem na pijących i takich, którzy nie piją. Więc pan Henryk przychodził czasami. Bywały tygodnie, że w ogóle się nie pojawiał. I nie pił – dopowiedział z trudno skrywanym niesmakiem.
– Widzi pan… Ja nie znałem go za dobrze. Mieliśmy się spotkać w interesach, specjalnie przyjechałem, i…
– A skąd pan przyjechał?
– Z zagranicy. – Uznał, że taka informacja wystarczy. Wzmianka o Londynie mogłaby zasznurować usta portierowi.
– Cichy ten pan Henryk był, raczej nieśmiały. Tylko raz widziałem, jak coś wyprowadziło go z równowagi. – Mężczyzna uśmiechnął się na wspomnienie. – To było wtedy, gdy ktoś pomylił jego nazwisko. I zamiast Motyką nazwał go Martyką.
– To ten komunistyczny dziennikarz, co go zastrzelili?
Swego czasu nawet w Londynie było o tym głośno.
– Panie, jaki tam dziennikarz?! – obruszył się portier. – Drań, jakich mało. Do dziś pamiętam ten głos. „Tu Fala 49, tu Fala 49. Włączamy się” – przedrzeźniał. – A potem jeszcze ten pogrzeb na Placu Teatralnym, gdzie spędzili niewinnych ludzi. Jeśli Bierut był komunistą, to ten… – Bezradnie rozłożył ręce. – No więc pan Henryk wtedy spurpurowiał i zaczął krzyczeć. Myśleliśmy, że nam tu zejdzie. Wiem, co mówię, bo widziałem. Szklankę wody mu podałem, żeby się uspokoił.
– A znał go ktoś lepiej?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– On chyba samotny był… O życiu rodzinnym nie słyszałem. Praca, szachy, zdaje się, że jakieś łamigłówki rozwiązywał… Śmiał się nawet, że stare dziady z harcerzami i klubami dla młodzieży współpracują i krzyżówki dla nich układają. Z mecenasem Rutem niech pan porozmawia. Julian Rute – uściślił, przybierając oficjalny ton.
Nazwisko było mu znane. Przez głowę przemknęło mgliste wspomnienie.
– Ten przychodzi tu regularnie, chociaż nie ma stałych dni. Zawsze po południu. I czasami pije. Ale jak znów zaczął wykładać na uniwersytecie, to tylko kapkę. – Portierowi twarz pojaśniała. – Niedawno z panem Henrykiem grali tu całą noc. Kiedy to było? Ze dwa miesiące temu. A potem jeszcze cały dzień. Mecenas kazał tylko jedzenie i trunki donosić. Pamiętam, że zajrzał do nich ten modny fotograf… Nazwisko mi teraz wyleciało… Ten, co zdjęcia ruinom robi i wystawę miał tu obok… Zdaje się, że z mecenasem w brydża też grywali, ale to już nie tutaj. Tak. – Pokiwał głową. – Najlepiej będzie z nim pomówić.
– A wczoraj? Właściwie co się stało?
Wąsik drgnął i barczysty mężczyzna rozejrzał się na boki.
– Tutaj… Musi się pan przesunąć, bo stamtąd nie widać… Zza mojego biurka też nie. Tam – wyciągnął rękę – w toalecie… Może gdybym był tu wczoraj, to mógłbym coś…
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki