Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Symultana - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
3501 pkt
punktów Virtualo

Symultana - ebook

Listopad 1956 roku. W Polsce trwa postalinowska odwilż.

Z Londynu do Warszawy przyjeżdża z tajną misją detektyw Edward Abramowski. Ma otrzymać cenne informacje, jednak mężczyzna, z którym był umówiony, zostaje zamordowany podczas szachowej symultany.

Detektyw próbuje na własną rękę odnaleźć mordercę, ale prywatne śledztwo komplikuje fakt, że w powojennej Warszawie trzeba poruszać się bardzo ostrożnie, zwłaszcza jeśli nie zna się tutaj nikogo.

W trakcie rozwiązywania sprawy towarzyszy mu jedynie – niczym doktor Watson Sherlockowi Holmesowi – arcymistrz szachowy Miguel Najdorf.

Tymczasem ofiar przybywa. W jaki sposób łączą się one z zabójstwem w czasie symultany? Abramowski zmuszony jest stawić czoło niebezpieczeństwom – i przeciwnikowi, który zawsze zdaje się być o jeden ruch przed nim.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68812-46-6
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSOBY WYSTĘPUJĄCE W _SYMULTANIE_

Hen­ryk Motyka – archi­wi­sta, pra­cow­nik Pol­skiego Radia

Miguel Naj­dorf – arcy­mistrz sza­chowy

Edward Abra­mow­ski – anty­kwa­riusz, nie­gdyś pry­watny detek­tyw

Hen­ryk Nowak – sza­ra­dzi­sta

Brown – agent bry­tyj­skiego wywiadu

Cor­ne­lius – agent bry­tyj­skiego wywiadu

Eli­giusz Dumała vel Euge­niusz Dome­radzki – kapuś, kon­fi­dent i pro­wo­ka­tor

„Bam­bus” – ochro­niarz Dumały

Albert Kamysz – kapi­tan MO

Maria – stu­dentka prawa

„Bum-Bum” (Zofia Kow­nacka) – stu­dentka prawa

Jan Chudy – kapi­tan, pra­cow­nik Mini­ster­stwa Spraw Wewnętrz­nych

Julian Rute – praw­nik

„Krótki” (Sta­ni­sław Bier­nat) – war­szaw­ski tak­sów­karz

Andrzej Wor­cell – foto­graf, pra­cow­nik Wytwórni Fil­mów Doku­men­tal­nych

Kata­rzyna Górecka – dzien­ni­karka „Expressu Wie­czor­nego”

Sta­ni­sław Próch­niak – ksiądz w para­fii na Nowo­lip­kach

Irena Sokół – wła­ści­cielka biura matry­mo­nial­nego Mała Syrenka

Geno­wefa Goliń­ska – żona fry­zjera

Fer­dy­nand Goliń­ski – fry­zjer

Tomasz Makow­ski – sza­chi­sta

Wła­dzio Kostu­cha – pra­cow­nik Zjed­no­cze­nia

„Banan” – szef zaka­pio­rów z Czer­nia­kowa

„Mumia” – zaka­pior z Czer­nia­kowa

„Mamut” – zaka­pior z Czer­nia­kowa

Karol Kasza – kie­row­nik War­szaw­skiego Towa­rzy­stwa Sza­ra­dzi­stów

Sta­ni­sław Pogro­mek – pra­cow­nik Wytwórni Fil­mów Doku­men­tal­nych

Józef Pio­tro­wicz – dzien­ni­karz „Expressu Wie­czor­nego”

Karol Grdyka – foto­graf „Expressu Wie­czor­nego”

A także por­tie­rzy, recep­cjo­nistki i recep­cjo­ni­ści, kel­nerki i kel­ne­rzy, klienci restau­ra­cji, kawiarni oraz barów, sprze­daw­czy­nie i sprze­dawcy, pie­lę­gniarki, mło­dzież, uczest­nicy kon­cer­tów, muzycy, pasa­że­ro­wie auto­bu­sów i tram­wa­jów, miesz­kańcy War­szawy oraz przy­jezdni.PROLOG

1

Gracz prze­su­nął piona na sza­chow­nicy. Uniósł głowę i popa­trzył na mistrza. Na chwilę ręka ugrzę­zła mu w kie­szeni. W końcu nie­zdar­nym ruchem wyszarp­nął chu­s­teczkę i otarł nią wyso­kie czoło. Roz­luź­nił kra­wat, choć w sali nie było prze­sad­nie gorąco. Jabłko Adama poru­szyło się i wró­ciło na swoje miej­sce. Tłu­mek obser­wa­to­rów zafa­lo­wał, a potem zastygł w ocze­ki­wa­niu na ruch gwiazdy wie­czoru. Sza­chi­sta, który sie­dział przy sto­liku obok, prze­lot­nie spoj­rzał na par­tię sąsiada, prych­nął z nie­sma­kiem i z powro­tem wsparł brodę na dło­niach.

Miguel Naj­dorf spoj­rzał na prze­ciw­nika, potem na sza­chow­nicę i znów na rywala. Cicho chrząk­nął. Pod­czas symul­tany zawsze trafi się jakiś dzi­wak. W ogóle sza­chy przy­cią­gają ory­gi­na­łów, pomy­leń­ców i regu­lar­nych waria­tów. Dzie­siątki lat prak­tyki spra­wiły, że bez­błęd­nie ich roz­po­zna­wał. Na szczę­ście ten był nieco ner­wo­wym, ale nie­groź­nym ama­to­rem. Nie potra­fił grać i po trze­cim ruchu miał w zasa­dzie prze­graną pozy­cję. Takie sytu­acje jed­nak bar­dzo rzadko siĘ zda­rzaŁy. Arcy­mistrz prze­sta­wił gońca. Zro­bił ruch gwał­tow­niej, niż miał w zwy­czaju. Pod­szedł do kolej­nej sza­chow­nicy.

Dzień wcze­śniej przy­le­ciał z Moskwy. W Memo­riale Ale­china zagrał dość prze­cięt­nie. Był jed­nym z naj­lep­szych gra­czy na świe­cie, a zajął dopiero szó­ste miej­sce w tur­nieju, który oka­zał się kolej­nym trium­fem sowiec­kiej szkoły sza­chów. A także – co do tego nikt nie miał wąt­pli­wo­ści – kolek­tyw­nej gry arcy­mi­strzów ze wschodu, któ­rzy tę sztukę opa­no­wali do per­fek­cji. Na domiar złego wmie­szał się we wszystko jesz­cze jeden Jugo­sło­wia­nin. Wie­czo­rem Ił-14 długo koło­wał, jakby nie mógł się zde­cy­do­wać, czy warto wypu­ścić pasa­że­rów. Orga­ni­za­to­rom pobytu w War­sza­wie powie­dział, że przy­jazd do Pol­ski, pierw­szy od wybu­chu wojny, przy­pra­wia go o drże­nie serca. Była to prawda. Na lot­ni­sko wysłali po niego kie­rowcę. Z tru­dem wykrztu­sił kilka zdań, cho­ciaż po pol­sku, mimo lat spę­dzo­nych w Argen­ty­nie, wciąż mówił bez­błęd­nie i bez obcego akcentu. Każdy wziąłby go za War­sza­wiaka z krwi i kości. Teraz bał się, że nagle zapo­mni języka w gębie i nie odpo­wie na naj­prost­sze pyta­nie. Samo­chód co chwila pod­ska­ki­wał na wybo­istej dro­dze, a on uda­wał, że śpi. Nie miał poję­cia, co go w tej War­sza­wie spo­tka.

Przy śnia­da­niu usły­szał, że w tym roku sowiec­kich flag jest mniej, a i obchody Święta Rewo­lu­cji jakby skrom­niej­sze. I żad­nych por­tre­tów Sta­lina. „Gomulka” i „Wie­slaw”, kale­czone i wyma­wiane z „l” w środku, powta­rzały się przy kilku sto­li­kach. Któ­ryś z gości, widocz­nie chcąc się popi­sać, wymó­wił kar­ko­łomne słowo „paź­dzier­nik”. W pierw­szym odru­chu chciał do niego podejść i go popra­wić. Jakaś hisz­pań­ska rodzina z podzi­wem mówiła o Buda­pesz­cie. Pod­czas tur­nieju w Moskwie pró­bo­wał wypy­ty­wać o węgier­ską rewo­lu­cję, ale sowieccy towa­rzy­sze uni­kali tego tematu jak ognia. Szczu­ro­waty Fran­cu­zik wymą­drzał się w spra­wie Kanału Sueskiego, chwa­lił wyśmie­nitą kawę i zja­wi­skowe nogi recep­cjo­nistki.

Tylko na chwilę wyszedł z hotelu. Tam, skąd przy­je­chał, było jed­nak zim­niej. Nie bar­dzo wie­dział, dokąd iść. Ruszył po pro­stu w prawo. Minął wizytki i Mic­kie­wi­cza. Z pomni­kiem było coś nie tak, zapa­mię­tał go ina­czej. Przy­sta­nął przy Kolum­nie Zyg­munta i popa­trzył na ruiny zamku. A potem, znad trasy W–Z, dumy i wizy­tówki odro­dzo­nej sto­licy, na kościół za rzeką. O ile to w ogóle był Święty Flo­rian, bo ten nie miał żad­nej wieży. Jakby go wyka­stro­wali. Przed wojną miesz­kał na Pra­dze i widy­wał ten kościół codzien­nie. Pomy­ślał, że jest w War­sza­wie zna­nej mu od dziecka, a zara­zem w kom­plet­nie obcym mu miej­scu. Nagle poczuł się jak tury­sta, który pierw­szy raz odwie­dza jakiś kraj. Wró­cił do pokoju przy­bity tą myślą.

Po obie­dzie udzie­lił wywiadu dla „Expressu Wie­czor­nego”. Był już w lep­szej for­mie, a pierw­szy szok minął. Przy­wyknę, powie­dział do sie­bie przy gole­niu. Nie jestem tchó­rzem. Czło­wiek do wszyst­kiego może się przy­zwy­czaić i ze wszyst­kim oswoić. Spry­skał twarz i szyję wodą koloń­ską. Prze­cież wcale nie jest tak źle. I to mia­sto jed­nak żyje. O wpół do siód­mej znów pod­sta­wili samo­chód, cho­ciaż upie­rał się, że drogę z Bri­stolu na Fok­sal pokona pie­szo.

Tro­chę się oba­wiał tej symul­tany. Nie cho­dziło o wynik, o ten był spo­kojny. Zdzi­wiłby się bar­dzo, gdyby prze­grał cho­ciaż jedną par­tię. To prze­cież bułka z masłem, jeśli porów­nać ją z grą „na ślepo” z czter­dzie­stoma prze­ciw­ni­kami. Wtedy, pod­czas wojny, gdy skoń­czył w Rosa­rio, ledwo żył. A teraz naj­trud­niej­szym rywa­lem mogły się oka­zać emo­cje. Po raz pierw­szy po woj­nie zapewne zoba­czy wiele zna­jo­mych twa­rzy. Coś mu się przy­po­mni, sko­ja­rzy i gotów się roz­tkli­wić.

I rze­czy­wi­ście. Przy pierw­szym sto­liku sie­dział praw­nik, któ­rego dosko­nale pamię­tał. Fana­tyk sza­chów. Przed wojną potrzą­sał kru­czo­czarną czu­pryną, a teraz był siwiu­teńki jak gołąb. Albo ten w beżo­wej mary­narce i bor­do­wym fula­rze we wście­kłe wzorki. Miał jedną rękę, a daw­niej obie. Wła­ści­wie co czło­wiek, to wspo­mnie­nia. A mimo to trzy­mał się dziel­nie. Po dru­gim kółku cał­kiem oswoił się z sytu­acją. Gra zaczy­nała mu spra­wiać przy­jem­ność.

Dobrze nastro­iła go powi­talna prze­mowa. Wymie­niano jego osią­gnię­cia, ale było także zaska­ku­jąco dużo poli­tyki. Wyre­cy­to­wane zda­nia o lek­cji, jakiej udzie­liła światu wielka rewo­lu­cja w tysiąc dzie­więć­set sie­dem­na­stym. Ale i słowa o tym, jak ostatni paź­dzier­nik odro­dził spo­łe­czeń­stwo i na nowo wyzna­czył pol­ską drogę do socja­li­zmu. Naj­dorf patrzył po zebra­nych i widział na twa­rzach, nawet tych naj­bar­dziej doświad­czo-nych i scep­tycz­nych, przy­naj­mniej cień entu­zja­zmu.

A potem przy­stą­piono do gry.

* * *

Tego wie­czora jesz­cze jeden męż­czy­zna na ulicy Fok­sal sta­rał się zapa­no­wać nad emo­cjami. Stał na rogu z Gał­czyń­skiego i wpa­try­wał się w jasno oświe­tlone okna na pierw­szym pię­trze. Prze­wie­sił przez ramię para­sol, zapa­lił kolej­nego papie­rosa i spoj­rzał na zega­rek. Była siódma trzy­dzie­ści. A więc tam­ten zaraz powi­nien tu przy­być. Latar­nie na Fok­sal rzu­cały słabe świa­tło, ale to mu nie prze­szka­dzało. Z pew­nych wzglę­dów tak było nawet lepiej.

Pierw­szy raz rozej­rzał się uważ­niej. Był pewien, że ze sta­rej War­szawy nie pozo­stał tu kamień na kamie­niu, tym­cza­sem ulica, którą pamię­tał sprzed wojny, oca­lała pra­wie nie­na­ru­szona. Niemcy znisz­czyli tylko dwie kamie­nice, a to tyle co nic. Jak dwa zęby wybite w poważ­nej bójce. Gdzieś tutaj, na tej ulicy, zastrze­lono mini­stra Pie­rac­kiego. Swoją drogą był to świetny pre­tekst, żeby stwo­rzyć Berezę. Taki obo­zik kon­cen­tra­cyjny na skromną sana­cyjną skalę. Skrzy­wił się, przez głowę prze­mknęły ponure obrazy, ale zaraz wypo­god­niał. Chwila. No jasne. W kamie­nicy, w któ­rej okna się wpa­try­wał, tuż przed wojną znaj­do­wała się Café Bodo. Był tam wio­sną, krótko po otwar­ciu. Pod­je­chał tak­sówką, co nie było dla niego normą. Zja­wił się w inte­re­sach, tak można to okre­ślić, a obsłu­gi­wał go jakiś zde­kla­so­wany aktor, któ­remu się nie powio­dło na sce­nie. Na szczę­ście za wszystko pła­cił wtedy klient. A kawa­łek dalej, w kie­runku przej­ścia na Smolną, jakieś gim­na­zjum było. Bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał przy­po­mnieć sobie nazwi­sko patrona. Otrzą­snął się. Dobra. Wystar­czy. Nie przy­był tutaj dla wspo­mnień. Spoj­rzał na zega­rek i pokrę­cił głową.

Zaczął padać śnieg. Naj­pierw nie­śmiało, ale po chwili już cał­kiem mocno. Duże, lep­kie płatki, któ­rych zaraz nie będzie. Męż­czy­zna otwo­rzył para­sol. Dobrze, że zabrał weł­niany płaszcz. Przed wyjaz­dem nie pomy­ślał o sza­liku i teraz tego żało­wał. W Lon­dy­nie było jed­nak cie­plej. Na gło­wie miał Stet­sona z wysoką koroną i pro­stym ron­dem. Niby nic spe­cjal­nego, lecz zwró­cił uwagę, że na ulicy ludzie oglą­dają się za nim. Wpraw­dzie przy­le­ciał tylko na kilka dni, ale może trzeba pomy­śleć o zmia­nie ubra­nia. Nie powi­nien rzu­cać się w oczy. A teraz, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę na skrzy­żo­wa­niu dwóch ulic, z pew­no­ścią to robił. Co powie, jeśli napo­tka go mili­cyjny patrol? Że czeka na kobietę. Nie, uści­ślił w myślach. Czeka na córkę. Tak będzie wia­ry­god­niej. W dodatku będzie mógł liczyć na wyro­zu­mia­łość, a nawet pewną dozę współ­czu­cia.

Spoj­rzał na zega­rek, tym razem ze zło­ścią. Dla­czego się na to zgo­dził? Tam­ten, zgod­nie z pla­nem, zadzwo­nił do hotelu o pią­tej. Umó­wili się za dwa­dzie­ścia ósma.

– Nie wcze­śniej? Dla­czego tak? – zapy­tał przez tele­fon.

– Na Fok­sal jest dziś symul­tana sza­chowa. – Głos roz­mówcy zdra­dzał eks­cy­ta­cję. – I to z kim! Sam mistrz Naj­dorf przy­le­ciał do War­szawy. Mój usto­sun­ko­wany kolega wypro­sił dla mnie zapro­sze­nie. Łatwo nie było. Jestem opę­tany przez sza­chy.

To zaska­ku­jące wyzna­nie roz­bro­iło go.

Nazwi­sko sza­chi­sty zaś wyzwo­liło wspo­mnie­nia. Przed­wo­jenne włó­częgi po klu­bach. Trans­atlan­tyk. I jesz­cze cał­kiem nie­dawne spo­tka­nie w Buenos. Co miał zro­bić? Nie zacho­wał się, jak zawo­do­wiec powi­nien, i przy­stał na prośbę wiel­bi­ciela sza­chów. Szcze­gól­nie na taką. Kie­dyś prze­cież sam nie był wolny od tej namięt­no­ści. Tak więc tam­ten wykona kilka posu­nięć, uści­śnie rękę wiel­kiego Migu­ela i stawi się w umó­wio­nym miej­scu. Potem gdzieś usiądą. Po dro­dze z hotelu wypa­trzył Mazo­vię na Ordy­nac­kiej. Kawiar­nia była otwarta, kilka sto­li­ków zaję­tych, ale nie było za gęsto. Miej­sce w sam raz na roz­mowę, jaką mieli odbyć. Hote­lowe wnę­trza nie były zbyt pewne, nie ufał im, ulica także nie.

Tyle że tam­ten nie przy­cho­dził. Zapewne sie­dział pochy­lony nad sza­chow­nicą, zasta­na­wia­jąc się nad kolej­nym ruchem, i czas sta­nął w miej­scu. Dia­bli nadali teraz tego Naj­do­rfa. Cho­lerny świat.

* * *

Trzy­dzie­ści sto­li­ków usta­wiono w pod­kowę. Na każ­dym znaj­do­wała się sza­chow­nica. Zza ple­ców gra­czy wysta­wały głowy cie­kaw­skich. Jakiś męż­czy­zna, wsparty o kolumnę, chyba nawet drze­mał. W sali robiło się coraz cie­plej. Ktoś szep­nął o pada­ją­cym śniegu i na chwilę odwró­ciło to uwagę od roz­gry­wek. Głowy kibi­ców skie­ro­wały się w stronę okien. Nie­wiele gło­śniej­sze syk­nię­cie natych­miast przy­wo­łało wszyst­kich do porządku.

Ręka łysie­ją­cego dyle­tanta drżała. A ruch, który wyko­nał, był rów­nie głupi i eks­cen­tryczny jak kilka poprzed­nich. W dodatku był bała­ga­nia­rzem: posta­wił pionka nie­chluj­nie, na prze­cię­ciu bia­łego i czar­nego pola, zamiast, jak należy, na środku. Roz­bie­gane oczy pró­bo­wały sku­pić się na Naj­do­rfie.

– Ba… bar­dzo prze­pra­szam – wyszep­tał. – Mu… muszę już iść.

Naj­dorf spoj­rzał na niego zdzi­wiony.

– Źle się pan czuje? – zapy­tał cicho. – Może potrzebna panu pomoc? Na pewno jest tu ktoś…

– Nie, to nic… – prze­rwał mu tam­ten. – Nic takiego – dodał i wstał od sza­chow­nicy.

Podali sobie ręce. Wśród widzów roz­legł się szmer. Nikt nie spo­dzie­wał się tak szyb­kiego zakoń­cze­nia pierw­szej par­tii.

Mistrz chciał ruszyć dalej, ale męż­czy­zna nie zwal­niał chwytu. Dłoń miał wil­gotną od potu.

– Pro­szę… Bar­dzo pro­szę to zapa­mię­tać – szep­nął.

– Ale co?

– Po pro­stu niech pan pamięta.

Dopiero teraz puścił rękę arcy­mi­strza i pospiesz­nie ruszył do wyj­ścia.

* * *

Prze­stało sypać i naresz­cie mógł zło­żyć para­sol. Minął go zde­ze­lo­wany samo­chód z sza­chow­nicą na boku i poje­chał w głąb ulicy Fok­sal. Radziecka Pobieda. Ni­gdy wcze­śniej nie widział takiego auta. W Anglii w końcu takich nie było. Przed przy­jaz­dem nie przy­go­to­wy­wał się na to, co może go spo­tkać na uli­cach. Zresztą nie było na to czasu. Miał uda­wać emi­granta, bar­dziej już Anglika niż Polaka, który po raz pierw­szy po woj­nie przy­jeż­dża do War­szawy. Widzi boha­ter­skie mia­sto dźwi­ga­jące się z ruin, cza­sem się dziwi, ale głów­nie zachwyca tem­pem i roz­ma­chem odbu­dowy.

Nie podo­bali mu się ci dwaj mło­dzi ludzie, któ­rzy od dłuż­szej chwili gapili się na niego. Podobni byli jak bra­cia. Na gło­wach nosili opry­chówki, takie jakie pamię­tał jesz­cze z daw­nych cza­sów. Z sza­ro­ścią ubrań kon­tra­sto­wały kolo­rowe sza­liki. Ruszyli zawa­diac­kim kro­kiem.

– Prze­pra­szamy, ma pan ogień? – zapy­tał ten niż­szy.

Kiw­nął głową. Oparł para­sol o ścianę. Na wszelki wypa­dek lepiej mieć wolne ręce. Się­gnął do kie­szeni i poczuł chłód zapal­niczki. Ale miał tam także pudełko zapa­łek, które ktoś zosta­wił w hotelu. Wycią­gnął je i podał chło­pa­kowi. Gdyby był uprzejmy, sam zapa­liłby zapałkę. Tam­ten prze­sło­niłby jego dło­nie swo­imi, a tak naprawdę przy­trzy­mał je, żeby jego kom­pan mógł dopeł­nić reszty. Kape­lusz na twarz. Kop­niak albo cios w głowę. I byłby zała­twiony.

Miałby za swoje. Gdy wycho­dził z hotelu, recep­cjo­ni­sta zapy­tał, czy zawo­łać tak­sówkę. Z Hotelu War­szawa na Fok­sal było kilka minut na pie­chotę. Odmó­wił. Por­tier otak­so­wał go wzro­kiem, jakby chciał w ten spo­sób ostrzec, że wie­czorna włó­częga po mie­ście, szcze­gól­nie w takim stroju, nie koń­czy się dobrze. Nie powie­dział jed­nak nic. Tak jakby lojal­ność wobec mia­sta i panu­ją­cych w nim zwy­cza­jów wzięła górę nad bez­pie­czeń­stwem gościa. Posta­no­wił usza­no­wać reak­cję recep­cjo­ni­sty i gdy wycho­dził, dotknął ronda kape­lu­sza.

Teraz patrzył tym dwóm w oczy. Z nadzieją, że spoj­rze­nie jest wystar­cza­jąco zde­cy­do­wane, żeby odpu­ścili.

– Może­cie je zatrzy­mać – powie­dział.

Bez słowa zapa­lili i spoj­rzeli po sobie. Oce­nili sytu­ację, ski­nęli gło­wami w podzięce i poszli Gał­czyń­skiego z rękami wsu­nię­tymi w kie­sze­nie kur­tek. Zapałki to zawsze jakaś zdo­bycz. Nikt nie wygrał, nikt nie prze­grał. Ale dla tych dwóch wie­czorna żegluga przez mia­sto dopiero się zaczy­nała.

Z kamie­nicy wyszedł męż­czy­zna. Nie, to nie ten. Nawet nie spoj­rzał w jego stronę. Wyjął papie­rosy i także zapa­lił. Sta­nął na chod­niku, zro­bił kilka kro­ków w lewo, potem w prawo. Zer­k­nął na niebo. Strzep­nął jakiś paproch albo popiół z ubra­nia. Z budynku wychy­nął ktoś jesz­cze. Popra­wił kape­lusz na gło­wie i ruszył w prawo. Palacz zro­bił w tył zwrot i wszedł do bramy.

* * *

Pierw­szy raz pod­czas symul­tany Naj­dorf namy­ślał się nad ruchem. Trwało to kilka sekund dłu­żej niż w przy­padku pierw­szych posu­nięć, które w zasa­dzie grał od ręki. Wpa­try­wały się w niego bez­czelne i pewne swego oczy nasto­latka. Gdy zaczy­nali, chło­pak wyszcze­rzył w uśmie­chu nie­równe zęby. Kie­dyś też był takim pew­nym sie­bie chło­pakiem. Naj­dorf zde­cy­do­wał się na bicie skocz­kiem. To powinno poskro­mić mło­dzień­czą fan­ta­zję i usta­wić prze­bieg gry.

Uniósł figurę i wtedy roz­legł się krzyk.

Sza­chi­sta zadrżał. Nie on jeden. Oczy wszyst­kich, sza­chi­stów i kibi­ców, zwró­ciły się w stronę drzwi. Krzyk się powtó­rzył. Dobie­gał gdzieś z dołu. I był teraz bar­dziej prze­cią­gły. W tym alar­mu­ją­cym zawo­dze­niu była oczy­wi­sta, wyczu­walna dla wszyst­kich groza. Kilka osób, tych naj­bli­żej drzwi, natych­miast wybie­gło z sali. Inni chwilę póź­niej ruszyli za nimi. Gra­cze pode­rwali się od sto­li­ków. Figury spa­dały z sza­chow­nic i tur­lały się po jasnej posadzce. Naj­dorf odsta­wił skoczka i także ruszył w stronę drzwi.

Na salę wbiegł jeden z orga­ni­za­to­rów symul­tany, czer­wony na twa­rzy i z prze­krzy­wio­nymi oku­la­rami.

– Bar­dzo pro­szę, aby wszy­scy zostali na swo­ich miej­scach! – powie­dział drżą­cym gło­sem.

Ale było już za późno. Wszy­scy sztur­mo­wali wyj­ście, a Naj­dorf był mię­dzy nimi. Orga­ni­za­tor bez­rad­nie roz­ło­żył ręce, pró­bu­jąc zatrzy­mać uczest­ni­ków gry. Tak jak inni Naj­dorf zbiegł po scho­dach. Poje­dyn­cze słowa, szep­tane gorącz­kowo, ukła­dały się w jakąś nie­do­rzeczną całość. „Zabili”. „Ciało”. „W toa­le­cie”. „To ten archi­wi­sta”. Arcy­mistrz popchnął kogoś, a ktoś jego. Siwa czu­pryna mece­nasa wyróż­niała się w morzu głów. Chło­pak, który jesz­cze przed chwilą tak but­nie patrzył, teraz zano­sił się pła­czem. Przy wej­ściu do budynku stał zwa­li­sty por­tier i tara­so­wał drzwi. Naj­dorf prze­ci­snął się wresz­cie do miej­sca, gdzie naj­wy­raź­niej coś się wyda­rzyło. Kilku ponu­rych męż­czyzn zagro­dziło mu drogę. Zapy­tał, co się stało, ale żaden nie odpo­wie­dział.

Zaskrzy­piały drzwi pro­wa­dzące do toa­let. Stał w nich męż­czy­zna mniej wię­cej w wieku arcy­mi­strza i wycie­rał ręce kra­cia­stą chu­s­teczką.

– Dużo widzia­łem, ale ni­gdy cze­goś takiego. – Pokrę­cił głową. – Pogo­to­wie w dro­dze?

Ktoś przy­tak­nął.

– A mili­cja? – dopy­ty­wał męż­czy­zna. – Tu głów­nie mili­cja jest teraz potrzebna.

Zanim zamknęły się drzwi, Naj­dorf zdą­żył zoba­czyć nogawki spodni i dwa brą­zowe pan­to­fle leżące koło stóp.

* * *

Była za dzie­sięć ósma i solid­nie już zmarzł. Zasta­na­wiał się, jakich słów użyje na powi­ta­nie, gdy tam­ten wresz­cie się zjawi. Wtedy zda­rzyło się coś nie­ocze­ki­wa­nego. Wydało mu się, że sły­szy krzyk. Popra­wił kape­lusz. Przez moment sądził, że się prze­sły­szał. Krzyk się powtó­rzył. Dobie­gał gdzieś z naprze­ciwka. Zmarsz­czył brwi. Czyżby dobie­gał stam­tąd? W jasno oświe­tlo­nym oknie na górze coś się poru­szyło, a wkrótce tań­czą­cych cieni było wię­cej. Co tam się dzieje? Skąd ten nagły ruch? Prze­cież tam tylko grają w sza­chy. Z kamie­nicy wybiegł czło­wiek i pognał w stronę Smol­nej. Po chwili wypa­dło kilku innych, grupką, żywo o czymś roz­pra­wia­jąc. I jesz­cze dwie podob­nie zaafe­ro­wane osoby.

Za cztery ósma. Gdzie jest tam­ten? Teraz już nikt z kamie­nicy nie wybie­gał i nie wycho­dził. Usły­szał jęk nad­jeż­dża­ją­cej karetki. Zaraz za nią gnał mili­cyjny gazik, a nie­długo potem poja­wiła się War­szawa na sygnale. Sytu­acja zaczęła się kom­pli­ko­wać. Na pustej dotąd ulicy nagle zro­biło się zbie­go­wi­sko. W oknach wysta­wali cie­kaw­scy. Pięć po ósmej pod­je­chał jesz­cze jeden samo­chód. Skoda nie miała żad­nych ozna­czeń. Mili­cjanci, któ­rzy obsta­wiali teren i nie pozwa­lali zbyt bli­sko podejść gapiom, bez słowa roz­stą­pili się przed blon­dy­nem w czar­nym płasz­czu.

Gość w Stet­so­nie pod­szedł do męż­czy­zny, który ćmił papie­rosa. Zapy­tał, co się stało.

– Trup. – Usły­szał rze­czową odpo­wiedź. – Mówią, że ciało tam zna­leźli.

Przez chwilę stał bez ruchu. A potem w jego gło­wie roz­legł się dzwo­nek alar­mowy. To nie było pro­za­iczne spóź­nie­nie. Do zapla­no­wa­nego spo­tka­nia już nie doj­dzie. Rzu­cił jesz­cze okiem na mili­cyjne samo­chody, po czym odwró­cił się i stu­ka­jąc para­so­lem o bruk, poszedł w kie­runku Pru­den­tialu. Kwa­drans póź­niej w hote­lo­wej kawiarni pił drugą pięć­dzie­siątkę dobrze zmro­żo­nej czy­stej, ner­wowo pocie­rał brodę i patrzył przed sie­bie nie­wi­dzą­cym wzro­kiem.

2

Ci dwaj, gru­bawy konus i tycz­ko­waty rudzie­lec, byli pod lek­kim gazem. Obaj w butach na sło­ni­nie, z oka­zale nastro­szo­nymi man­do­li­nami, w spodniach zawa­diacko koń­czą­cych się przed kostką. Mówili o potań­cówce, nie­zbyt chyba uda­nej, bo kociaki, do któ­rych zaczęli się przy­sta­wiać, nie oka­zały się szcze­gól­nie chętne. Popo­łu­dnie skoń­czyło się dla nich porażką, więc teraz rzu­cali sło­wami po dwa pięć­dzie­siąt i tak­so­wali pasa­że­rów ponu­rym wzro­kiem. On także lubił przy­glą­dać się podróż­nym. Na pod­sta­wie gestów, zacho­wa­nia i ubioru odga­dy­wał, czym się zaj­mują. Zupeł­nie jak Sher­lock Hol­mes, który z nie­po­zor­nego śladu na man­kie­cie był w sta­nie wyde­du­ko­wać czy­jeś życie. A na tych dwóch nale­żało uwa­żać. Zde­cy­do­wa­nie nie byli w humo­rze i szu­kali rewanżu. Kon­duk­tor też widział, że coś się święci. Sku­lił się na sie­dze­niu, a naj­chęt­niej zapadłby się pod pod­łogę, gdy w powie­trzu wisiała draka.

Sze­fem był jed­nak ten trzeci. Mil­czący blon­dyn z sza­rymi, zim­nymi oczami. W roz­pię­tej mod­nej kurtce, kra­wa­cie ze ska­czą­cymi mał­pami i gib­kimi Murzyn­kami. Ręką przy­cze­sy­wał wypo­ma­do­wane włosy, które koń­czyły się mek­sy­kań­ską ple­rezą. I gdy tamci dwaj paja­co­wali, on wyraź­nie szu­kał ofiary. Obrzu­cił Hen­ryka Nowaka obo­jęt­nym spoj­rze­niem, a potem prze­niósł wzrok na kogoś innego.

Sto­ó­semka jechała Czer­nia­kow­ską. Hen­ryk Nowak odwró­cił głowę i zapa­trzył się na mia­sto oto­czone ciem­no­ścią. Jesz­cze trzy przy­stanki i wysią­dzie. W szy­bie migo­tała twarz blon­dyna. Tydzień temu był świad­kiem auto­bu­so­wej awan­tury i kolejna była mu nie­po­trzebna. A na pewno nie dziś, gdy miał zupeł­nie inne plany na wie­czór.

Przed tygo­dniem to była szybka akcja w sto­dwójce na Gro­cho­wie. Wpa­dło czte­rech, kogoś potrą­cili, zaczęła się roz­róba, pod­nie­sione głosy, w jed­nej ręce bły­snął nóż, druga trzy­mała klucz fran­cu­ski, sza­mo­ta­nina, krzyki, rej­wach i chwilę póź­niej było po wszyst­kim. Bły­skiem się uwi­nęli. Jakiś męż­czy­zna zwi­jał się na pod­ło­dze, bia­do­ląc, że go okra­dli i pocięli, krew mie­szała się z bło­tem, ktoś pró­bo­wał mu pomóc, ale więk­szość podróż­nych wybie­gła na przy­sta­nek. Tamci roz­pły­nęli się w powie­trzu. O czym wtedy myślał? O tym, co zwy­kle. Że żyje w mie­ście, w któ­rym przez cały czas trzeba mieć otwarte oczy. Ni­gdy nie był prze­sad­nie odważny, cho­ciaż tchó­rzem nikt by go nie nazwał. Wyróż­niały go spo­strze­gaw­czość i ostroż­ność. Umie­jęt­ność oceny sytu­acji i chłodna kal­ku­la­cja ryzyka i szans. Wtedy, na Gro­cho­wie, przy­po­mniał mu się film. _Mia­sto bez­pra­wia_. Lubił ten western. I tytuł mu się podo­bał. Widział go chyba w czter­dzie­stym ósmym. Był pełen podziwu dla Wyatta Earpa, który roz­pra­wił się z bandą Clan­to­nów. Swoją drogą cie­kawe, czy sze­ryf z Tomb­stone tak samo dałby sobie radę na war­szaw­skiej ulicy? Póź­niej ame­ry­kań­skich wester­nów już nie grali. Nie­dawno gdzieś usły­szał, że znowu będą w kinach, i posta­no­wił, że wybie­rze się na jakiś. Nawet koni­kom zapłaci, jeśli zaj­dzie potrzeba.

Hen­ryk Nowak wie­dział jedno: to nie on będzie dziś ofiarą. Miał na sobie szary płaszcz cero­wany na ręka­wach, zno­szone spodnie i popla­miony woj­skowy ple­cak. Na książkę, którą zabrał, nikt, a już na pewno żaden z tych trzech, się nie połasi, ale mały zestaw do maj­ster­ko­wa­nia to już inna sprawa. W kie­sze­niach płasz­cza trzy­mał robo­cze ręka­wiczki. A także fran­cu­ską latarkę, nie­dużą, ale bar­dzo dobrą. Tak czy siak, wyglą­dał nędz­nie i nikt nie dałby za niego zła­ma­nego gro­sza.

W ciągu czter­dzie­sto­let­niego życia Hen­ryk Nowak nauczył się trud­nej sztuki nie­rzu­ca­nia się w oczy. Wyglą­dał prze­cięt­nie. Nawet nazwi­sko miał pospo­lite. Tak czy owak… Nie­któ­rzy z niego dwo­ro­wali, ale miał to gdzieś. Nawet pokryte szarą poli­turą biurko, przy któ­rym sie­dział w pracy, two­rzyło z nim nie­roz­łączną całość. Hen­ryk Nowak był prze­zro­czy­sty. Ta umie­jęt­ność rato­wała mu skórę w latach szkol­nych, pod­czas wojny oca­liła życie, pomo­gła też w okre­sie błę­dów i wypa­czeń, jak teraz ele­gancko nazy­wano minione czasy. I to w zasa­dzie wystar­czało, żeby prze­trwać, a do tego jako tako radzić sobie w życiu.

Auto­bus zwal­niał, dojeż­dżał do przy­stanku. Kon­duk­tor nie­chęt­nie popra­wił się na swoim miej­scu. Blon­dyn z mek­sy­kań­ską ple­rezą ski­nął głową. Ruch był bar­dzo dys­kretny, ale tamci dwaj od razu go dostrze­gli. Dwa ciała, lekko zwiot­czałe od alko­holu, nagle nabrały sprę­ży­sto­ści. Wysie­dli we trzech. Ale nie byli sami. Szli za męż­czy­zną, który przed nimi opu­ścił sto­ó­semkę. Otu­lo­nym ele­ganc­kim płasz­czem, ze skó­rzaną teczką i w cał­kiem szy­kow­nych butach. Ulica była pusta. Tyle Hen­ryk zdą­żył zauwa­żyć, nim auto­bus ruszył odro­binę szyb­ciej niż zwy­kle. Kon­duk­tor wypro­sto­wał się i ode­tchnął z ulgą. Spoj­rze­niem poro­zu­miał się z Nowa­kiem. Cie­kawe, czy zosta­wią tam­temu przy­naj­mniej buty. I czy w ogóle prze­żyje. Czy było im żal tego męż­czy­zny? Nie bar­dzo. Takie jest życie. I trzeba w nim na sie­bie uwa­żać. Ucięli sobie z kon­duk­to­rem poga­wędkę bez słów, a potem zwró­cili głowy w prze­ciwne strony.

Wysiadł przy Łazien­kow­skiej i chłód wstrzą­snął jego ramio­nami. Przy­sta­nął, zapa­lił papie­rosa i rozej­rzał się uważ­nie. Nikt nie nad­cho­dził od Tor­waru, gdzie dzia­łało lodo­wi­sko. Zmru­żył oczy. Kilka metrów dalej coś leżało. Pod­szedł i pod­niósł kra­cia­stą opry­chówkę wyło­żoną gaze­tami. Uśmiech­nął się. Uznał to za dobrą wróżbę, ale posta­no­wił zosta­wić czapkę na chod­niku. Niech się przyda komuś innemu. Z mega­fo­nów roz­le­gał się skoczny wal­czyk umi­la­jący czas łyż­wia­rzom. Z zajezdni tro­lej­bu­sów dobiegł dźwięk dzwonka. Popa­trzył na sta­dion Legii. Rok temu Kempny strze­lił Gdań­skowi trzy bramki, a on widział to na wła­sne oczy. Nie był prze­sad­nie zago­rza­łym kibi­cem, ale ten mecz zwy­czaj­nie wypa­dało zoba­czyć. Śpie­wom i pijań­stwu na mie­ście nie było wtedy końca, ale to nie był jego styl. Po kie­li­szek się­gał tylko wtedy, gdy już nie można było odmó­wić. Jed­nak dziś, gdy wróci na Gro­chów, strzeli sobie lufkę. A jeśli znaj­dzie to, czego zamie­rzał szu­kać, to… Sam jesz­cze nie wie­dział, co wtedy zrobi. Z pew­no­ścią czeka go bez­senna noc. Może zaj­mie się wtedy roz­wią­zy­wa­niem krzy­żó­wek, byle dotrwać do rana. Potem zadzwoni do pew­nego czło­wieka i odbie­rze zasłu­żoną nagrodę.

Popra­wił pasek ple­caka i ruszył w stronę ruin. Pod­czas powsta­nia w Kościele Matki Boskiej Czę­sto­chow­skiej znaj­do­wał się szpi­tal polowy. Nie­miec­kie samo­loty zrów­nały go z zie­mią, grze­biąc ran­nych pod tonami cegieł. Po woj­nie odgru­zo­wano szczątki, ale szczę­śli­wie nikt wtedy nie natra­fił na nic wię­cej. Ruiny kościoła zosta­wiono samym sobie, w mie­ście było do zała­twie­nia wiele waż­niej­szych spraw. Wyjął z kie­szeni ręka­wiczki i latarkę. Sta­nął na stop­niach por­talu i niczym wytrawny tater­nik wyty­czał drogę w dół. Był tu kil­ka­krot­nie w ciągu dnia i oglą­dał miej­sce, więc wie­dział, że musi być bar­dzo ostrożny. Spo­rzą­dził pro­wi­zo­ryczną mapę i miał ją teraz ze sobą. Jeden nie­roz­ważny ruch i może znik­nąć w tych pie­kiel­nych cze­lu­ściach naje­żo­nych zbro­je­niem. Wolał nie wyobra­żać sobie, jak wyglą­da­łoby jego ciało prze­bite zardze­wia­łymi prę­tami.

Teren był roz­le­gły, ale wie­dział, gdzie powi­nien szu­kać. Wojna jesz­cze się nie skoń­czyła, gdy pierw­szy raz przy­je­chał do War­szawy. Cała rodzina zgi­nęła i nauczył się żyć samot­nie. Zatrud­nił się przy sprze­daży opału i nie­mal od razu zna­lazł w labi­ryn­cie ruin, wypa­lo­nych kamie­nic i zapa­dłych stro­pów, pod któ­rymi jakimś cudem oca­lały dębowe posadzki, solidne drzwi ze zdo­bio­nymi klam­kami z mosią­dzu i pogru­cho­tane antyki. Wyno­sił drewno na wła­snych ple­cach, a skutki zaczął odczu­wać, gdy miał czter­dziestkę na karku. Nie tykał jedy­nie kościo­łów, bo co boskie, to do Naj­wyż­szego należy. Wrota Pań­skie to także rzecz święta. Pośród ruin natra­fiał na ciała; cuch­nęły i roz­le­wały mu się w rękach. Nauczył się spraw­nie je prze­szu­ki­wać, wydo­by­wać port­fele i kosz­tow­no­ści. Ze zglisz­czy wyno­sił to, co mogło mieć jakąś war­tość, a pra­wie wszystko było wtedy w cenie. Z kilku zmiaż­dżo­nych szczęk wydłu­bał złote zęby. Prze­szedł praw­dziwą szkołę życia. Czy był dumny ze swo­jej prze­szło­ści? Nie pochwa­lał jej ani nie potę­piał. Czło­wiek musi mieć na chleb, a jemu aku­rat to się tra­fiło. Od dziecka pasjo­no­wały go łami­główki i do poszu­ki­wań w ruinach tak wła­śnie pod­cho­dził: eska­pady po tru­pim mie­ście miały w sobie coś z awan­tur­ni­czej przy­gody, ale dla niego były jesz­cze jed­nym zada­niem, które nale­żało roz­wią­zać.

Przed­miot, któ­rego szu­kał, nie był duży. Ot, zwy­kła kanka na mleko, zro­biona z gru­bej bla­chy, pew­nie ocyn­ko­wana, oby z solid­nym zamknię­ciem, a naj­le­piej z uszczelką. Bo wtedy woda nie dostaje się do środka i nie roz­pusz­cza atra­mentu, a tak było w przy­padku tych źle zabez­pie­czo­nych skrzy­nek, które zna­leźli zaraz po woj­nie. Jedna nie­po­zorna bańka na mleko zapewni mu dostat­nie życie. Przy­naj­mniej taką obiet­nicę zło­żył mu czło­wiek, dla któ­rego pra­co­wał. Poważni ludzie zaś dotrzy­mują umów. A on? Co wtedy zrobi? Być może rzuci robotę, oczy­wi­ście nie od razu, żeby nie budziło to podej­rzeń. Nie cier­piał swo­jej pracy i mozol­nego ozna­cza­nia pro­duk­tów, któ­rych i tak ni­gdy nie było w skle­pach.

Uśmiech­nął się na myśl o tych wszyst­kich naiw­nia­kach, któ­rzy szu­kali kanki na Mura­no­wie. Niech sobie to par­szywe getto jesz­cze raz roz­ko­pią. Kolega z klubu miał dobry pomysł, cho­ciaż rzu­cił go pół­żar­tem. I wtedy Hen­ryka Nowaka olśniło. Oczy­wi­ście! To, co naj­istot­niej­sze, ukryto po aryj­skiej stro­nie. Reszta spro­wa­dzała się do wyboru wła­ści­wego miej­sca. Wresz­cie je zna­lazł. Uznał, że poszu­ki­wa­nia roz­pocz­nie przy dobrze ukry­tych drzwiach, które pro­wa­dzą do prze­ciw­lot­ni­czego schronu. O tym taj­nym wej­ściu dowie­dział się przy­pad­kiem. Zazna­czył je na swo­jej mapce jako pierw­sze miej­sce do spraw­dze­nia.

Powiał wiatr, a z Tor­waru niósł się coraz mod­niej­szy rock and roll. Wszyst­kie siksy teraz za tym sza­leją. Hen­ryk Nowak poło­żył ręka­wiczki i latarkę na skru­szo­nej cegle i wyjął z ple­caka książkę. Była to _Wyspa skar­bów_ Roberta Louisa Ste­ven­sona. Trak­to­wał tę powieść jak tali­zman i dla­tego ją wziął. Histo­ria o Dłu­gim Joh­nie Silve­rze – pira­cie z drew­nianą nogą – roz­pa­liła jego wyobraź­nię, gdy był chłop­cem i chciał być naj­dziel­niej­szym z dziel­nych. Od tam­tego czasu wiele razy zmie­niał miej­sce pobytu, a wysłu­żony egzem­plarz wędro­wał z nim. Wpraw­dzie dawno już zre­zy­gno­wał z boha­ter­skich rojeń, ale sen­ty­ment pozo­stał. Pogła­dził okładkę. Prze­kart­ko­wał książkę, wyjął mapę i wsu­nął ją do kie­szeni płasz­cza. Powieść scho­wał do ple­caka.

Nagle poczuł się nie­swojo. W pierw­szej chwili nie zro­zu­miał, co wywo­łało w nim nie­po­kój. Zaraz jed­nak uświa­do­mił sobie, że nie jest tu sam. Usły­szał chro­bot. To nic takiego. Jakiś bez­domny pies albo kot krą­żył nocą po tych ruinach.

Coś zachrzę­ściło. Nie. To było ludz­kie chrząk­nię­cie. Ktoś tu był.

– Jest tu kto?! – zawo­łał Nowak.

Odpo­wie­działa mu cisza. A potem roz­legł się kolejny chrzęst.

Ktoś tu jest, pomy­ślał. Obser­wuje mnie i wie, czego szu­kam.

– Czy to… Czy to pan? – zapy­tał nie­pew­nie.

Powi­nien się­gnąć po latarkę, ale nie zro­bił tego. Coś pod­po­wia­dało mu, aby stąd ucie­kał, i to jak naj­szyb­ciej, lecz mro­wie­nie w nogach unie­moż­li­wiło mu ruch. Prze­mógł się wresz­cie. Z ple­ca­kiem prze­wie­szo­nym przez ramię wyko­nał nie­zdarny skok, po czym obró­cił się na luź­nej cegle. Poczuł ból w kostce i krzyk­nął.

Stra­cił rów­no­wagę. Gwał­tow­nie zama­chał rękami, ale było już za późno.

Na Tor­wa­rze spo­ceni łyż­wia­rze krę­cili piru­ety w rytm rock and rolla.

Spa­da­jąc, w ostat­nim prze­bły­sku świa­do­mo­ści pomy­ślał o dwóch naj­bliż­szych mu oso­bach: Dłu­gim Joh­nie Silve­rze i Wyat­cie Ear­pie.

Sta­lowe pręty cza­iły się na dole.CZĘŚĆ PIERWSZA – DEBIUT

3

Długo nie mógł zasnąć. Obu­dził się o ósmej i pół­przy­tom­nie rozej­rzał po hote­lo­wym pokoju. Łupało mu w skro­niach. Wziął prysz­nic, a potem, dłu­żej niż zwy­kle, przy­pa­try­wał się twa­rzy w lustrze. Robił to ostat­nio z nara­sta­jącą nie­chę­cią. Siwy zarost prze­sła­niał pamiątkę po spo­tka­niu z endecką bojówką w dwu­dzie­stym dru­gim, gdy wybrano Naru­to­wi­cza na pre­zy­denta. Kto to jesz­cze pamię­tał? Kogo to obcho­dziło? Prze­cze­sał lekko już prze­rze­dzone włosy w kolo­rze kawy z mle­kiem i dopro­wa­dził je do jakiego takiego ładu. Druga bli­zna zna­czyła prawą brew i wczo­raj wie­czo­rem prze­sła­niał ją kape­lusz. Przy­po­mniał sobie dwóch narwa­nych łeb­ków w opry­chów­kach. Cie­kaw był, jak by zare­ago­wali, gdyby ją zoba­czyli. Zapewne zyskałby tym w ich oczach. Prze­je­chał pal­cem po naj­dłuż­szej szra­mie, zwy­kle ukry­tej pod koł­nie­rzy­kiem koszuli i kra­wa­tem. Z upły­wem lat polu­bił tę chro­po­wa­tość skóry. Bli­zna cią­gnęła się przez całą szyję. Wtedy, gdy w argen­tyń­skim bur­delu zaata­ko­wało go dwóch alfon­sów, ura­to­wał go jakiś cud. Wory pod oczami wydały mu się peł­niej­sze i coraz bar­dziej sine.

Ile mu pozo­stało? Nie­dawno zła­pał się na tym, że zadaje sobie pyta­nie, które ni­gdy wcze­śniej nie przy­szło mu na myśl. Rok temu był znowu w Ame­ryce Połu­dnio­wej i to miał być jego łabę­dzi śpiew. Wyko­nał ostat­nie zada­nie i raz na zawsze poże­gnał się z prze­szło­ścią. Nagle poczuł ulgę. Koniec. Resztę życia miało wypeł­nić prze­sta­wia­nie ksią­żek, wyce­nia­nie, kupo­wa­nie i sprze­daż wolu­mi­nów. Codzien­nie pół­go­dzinny, z jed­nymi świa­tłami po dro­dze, spa­cer z domu do nie­wiel­kiego anty­kwa­riatu na przed­mie­ściach Lon­dynu, cza­sami Guin­ness w pobli­skim pubie, może mecz pił­kar­ski. Pew­nego dnia jakiś biblio­fil otwo­rzy drzwi i znaj­dzie go mar­twego, przy­pró­szo­nego kurzem z opa­słych tomów. Nie miał psa ani żad­nego innego zwie­rzę­cia, a krzy­kli­wych roda­ków, któ­rzy osie­dli w Anglii i szer­mo­wali bogo­oj­czyź­nia­nym patrio­ty­zmem, szcze­rze nie cier­piał. Niech sobie roją o powro­cie na bia­łym koniu, ale bez niego. Na jego pogrze­bie nikt nie zapła­cze. Albo nikt na niego nie przyj­dzie. Nie spi­sał ostat­niej woli, ale być może nad­szedł moment, żeby o tym pomy­śleć.

Kolejny raz się oka­zało, że życie przy­nosi nie­spo­dzianki, i zna­lazł się w War­sza­wie. Przy­naj­mniej kilku ludzi znów bar­dzo na niego liczyło, ale dziś nie­przy­jem­nie się zdzi­wią. Tele­gram, który do nich wyśle, zapewne wywoła poru­sze­nie. Być może nawet panikę. Jed­nak naj­pierw musi się upew­nić, że prze­czu­cia go nie zawo­dzą. Hote­lowy tele­fon mil­czał i utwier­dzało go to w prze­ko­na­niu, że wczo­raj na Fok­sal stało się naj­gor­sze.

Z walizki wyjął książkę. Prze­czy­tał już to gru­bawe powie­ści­dło, i to nawet z pewną przy­jem­no­ścią, ale to okładka przy­ku­wała jego uwagę. Twarz pogrą­żona w ciem­no­ściach, z któ­rych wydo­by­wają się tylko oczy. A wokół poroz­rzu­cane nazwi­ska boha­te­rów, tro­chę jak szy­fro­gramy, tro­chę jak frag­menty labi­ryntu, tro­chę jak ano­nim skła­dany ze szcząt­ków gazet. Tytuł i nazwi­sko autora, które nic mu nie mówiło, wyróż­niono na żół­tym tle. Wni­kliwe oko dostrze­głoby, że nie­które numery stron oto­czone były deli­kat­nym ołów­ko­wym obry­sem. Prze­kart­ko­wał powieść, zapa­mię­tał kom­bi­na­cję liczb i poło­żył książkę przy kra­wę­dzi sto­lika.

Śnia­da­nie zjadł samot­nie, prze­sło­nięty płach­tami gazety. Dziś nie­spe­cjal­nie go obcho­dziły roz­mowy towa­rzy­stwa obok. Prze­bie­gał wzro­kiem szpalty w poszu­ki­wa­niu tej jed­nej jedy­nej wia­do­mo­ści i oczy­wi­ście ni­gdzie jej nie zna­lazł. Może było już za późno, żeby posłać ją do druku. A może z jakichś innych powo­dów prze­mil­czano fakt, że coś zda­rzyło się wczo­raj pod­czas symul­tany z sza­cho­wym arcy­mi­strzem.

Powi­nien tro­chę pocze­kać. O tej godzi­nie na Fok­sal mogła jesz­cze krą­żyć mili­cja, nie było powodu, żeby rzu­cać się w oczy. Po śnia­da­niu w pusto­sze­ją­cej hote­lo­wej restau­ra­cji wypił kolejne dwie kawy, wypa­lił kilka papie­ro­sów, a w „Życiu War­szawy” prze­stu­dio­wał wszyst­kie nekro­logi i arty­kuł o tym, że likwi­dują sklepy z żół­tymi firan­kami. Z kon­tek­stu zorien­to­wał się, że cho­dzi o miej­sca, w któ­rych par­tyjni nota­ble i wysocy rangą funk­cjo­na­riu­sze zaopa­try­wali się w dobra nie­do­stępne dla klasy robot­ni­czej. Autor nie krył satys­fak­cji i doma­gał się ogra­ni­cze­nia innych przy­wi­le­jów wła­dzy. W „Try­bu­nie” zna­lazł sąż­ni­sty arty­kuł o potrze­bie ocie­ple­nia rela­cji mię­dzy par­tią i Kościo­łem. Uwol­nie­nie pry­masa było pierw­szym kro­kiem do tego, kolej­nym miało być przy­wró­ce­nie lek­cji reli­gii w szko­łach. Zaczął czy­tać jakieś pas­susy o pożyt­kach pły­ną­cych z wol­no­ści słowa, ale to już go znu­dziło. Przy­po­mniał sobie, co usły­szał w Anglii od Polaka, który zaglą­dał do anty­kwa­riatu. Roz­mówca prze­ko­ny­wał go z entu­zja­zmem, że komu­nizm w Pol­sce się koń­czy. Spoj­rzał wtedy na tam­tego jak na narwa­nego naiw­niaka. Sta­lin i Bie­rut nie żyli, ale stwo­rzony przez nich sys­tem wyda­wał się mu dłu­go­wiecz­nym potwo­rem.

Około połu­dnia wyszedł z hotelu. Wcze­śniej zapy­tał recep­cjo­ni­stę o popo­łu­dniówkę. Tylko „Express Wie­czorny”, usły­szał. Naj­le­piej usto­sun­ko­wany i poin­for­mo­wany w mie­ście. Tyle że gazetę cza­sem trudno zdo­być. Ciemne, cięż­kie chmury wisiały nad mia­stem, a budynki tonęły w sza­rzyź­nie. Usły­szał stu­kot koń­skich kopyt, a po chwili klak­son samo­chodu. Ktoś przed nim zaka­słał i wysmar­kał się na chod­nik. Przed wojną tutaj, na Placu Napo­le­ona znaj­do­wał się gmach Poczty Głów­nej. Teraz w tym miej­scu ziała dziura, ale nowy urząd pocz­towy zna­lazł w pobliżu hotelu. Przez szybę przyj­rzał się suro­wemu wnę­trzu i ruszył trasą, którą poko­nał poprzed­niego wie­czora.

Dotarł na ulicę Fok­sal i nieco się zdzi­wił. Nic nie wska­zy­wało na to, żeby dzień wcze­śniej zda­rzyło się tu coś dra­ma­tycz­nego. Sta­nął w tym samym miej­scu, na skrzy­żo­wa­niu z Gał­czyń­skiego, i oce­niał sytu­ację. Zgniótł nie­do­pa­łek butem. Rozej­rzał się raz jesz­cze i uznał, że może pod­jąć próbę.

Wszedł do kamie­nicy. Wnę­trze było zaska­ku­jąco przy­tulne. Paste­lowe kolory spra­wiały, że ani sło­nio­wata kolumna, ani cięż­kie żyran­dole, ani sze­ro­kie schody nie przy­tła­czały roz­mia­rem. Ścianę ocie­plały gobe­liny z ara­be­skami. Spoj­rzał na swoje buty. Po kil­ku­mi­nu­to­wym spa­ce­rze pokryły się pyłem.

Por­tier sie­dzący za masyw­nym biur­kiem z brą­zo­wego drewna przy­glą­dał mu się uważ­nie. Byli w podob­nym wieku i uznał, że to dobry znak. Dwaj męż­czyźni, doświad­czeni i zna­jący życie, szyb­ciej się doga­dają. Ele­gancko przy­strzy­żony wąsik drgał nad górną wargą por­tiera. Poza nimi w holu nie było nikogo.

– To straszne, co stało się wczo­raj… Pan Hen­ryk… Kto by pomy­ślał…

Znał tylko imię i nazwi­sko. I miej­sce pracy. Archi­wum Pol­skiego Radia. Nawet nie wie­dział, jak ten czło­wiek wyglą­dał.

Por­tier wstał. Dopiero teraz oka­zało się, że jest wysoki i dobrze zbu­do­wany. Mary­narka napięła się na ramio­nach. Nie­bie­skie oczy wyce­niły ubra­nie i ogól­nie całą postać przy­by­sza przy­naj­mniej na tyle, żeby nie poka­zać od razu drzwi.

– Pan Hen­ryk, a może nie Hen­ryk, kto to wie? – powie­dział śpiew­nym bary­to­nem. – Może Józef, jeden albo drugi? – Przez chwilę mie­rzyli się wzro­kiem, a potem por­tier uznał, że może wyko­nać ostrożny ruch. – Ale że zda­rzyło się nie­szczę­ście, to pewne.

Prze­lot­nie spoj­rzał na bank­not, który poja­wił się na bla­cie.

– Może „Anielka” coś panu pod­po­wie? – Stuk­nął gru­bym pal­cem w por­tret kobiety w bia­łej chu­ście, który zdo­bił dwa­dzie­ścia zło­tych. – Bo ja na pewno nie.

Wyda­wał się ura­żony. Gdy poja­wił się bank­not o znacz­nie wyż­szym nomi­nale, zaświe­ciły mu się oczy.

– Jak jest „tatuś”, to można żyć. To zna­czy… pan Hen­ryk rze­czy­wi­ście nie żyje.

Ruchem zręcz­nego magika scho­wał bank­noty do kie­szeni.

– Znał go pan dobrze?

Por­tier wzru­szył ramio­nami.

– Jak wszyst­kich, któ­rzy przy­cho­dzili tu na sza­chy. – Wziął głę­boki wdech, który spra­wił, że można było usły­szeć trzask szwów w mary­narce. – Tych sza­chi­stów dzielę na takich, któ­rzy przy­cho­dzą tu na okrą­gło i cza­sami. A potem na piją­cych i takich, któ­rzy nie piją. Więc pan Hen­ryk przy­cho­dził cza­sami. Bywały tygo­dnie, że w ogóle się nie poja­wiał. I nie pił – dopo­wie­dział z trudno skry­wa­nym nie­sma­kiem.

– Widzi pan… Ja nie zna­łem go za dobrze. Mie­li­śmy się spo­tkać w inte­re­sach, spe­cjal­nie przy­je­cha­łem, i…

– A skąd pan przy­je­chał?

– Z zagra­nicy. – Uznał, że taka infor­ma­cja wystar­czy. Wzmianka o Lon­dy­nie mogłaby zasznu­ro­wać usta por­tie­rowi.

– Cichy ten pan Hen­ryk był, raczej nie­śmiały. Tylko raz widzia­łem, jak coś wypro­wa­dziło go z rów­no­wagi. – Męż­czy­zna uśmiech­nął się na wspo­mnie­nie. – To było wtedy, gdy ktoś pomy­lił jego nazwi­sko. I zamiast Motyką nazwał go Mar­tyką.

– To ten komu­ni­styczny dzien­ni­karz, co go zastrze­lili?

Swego czasu nawet w Lon­dy­nie było o tym gło­śno.

– Panie, jaki tam dzien­ni­karz?! – obru­szył się por­tier. – Drań, jakich mało. Do dziś pamię­tam ten głos. „Tu Fala 49, tu Fala 49. Włą­czamy się” – prze­drzeź­niał. – A potem jesz­cze ten pogrzeb na Placu Teatral­nym, gdzie spę­dzili nie­win­nych ludzi. Jeśli Bie­rut był komu­ni­stą, to ten… – Bez­rad­nie roz­ło­żył ręce. – No więc pan Hen­ryk wtedy spur­pu­ro­wiał i zaczął krzy­czeć. Myśle­li­śmy, że nam tu zej­dzie. Wiem, co mówię, bo widzia­łem. Szklankę wody mu poda­łem, żeby się uspo­koił.

– A znał go ktoś lepiej?

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

– On chyba samotny był… O życiu rodzin­nym nie sły­sza­łem. Praca, sza­chy, zdaje się, że jakieś łami­główki roz­wią­zy­wał… Śmiał się nawet, że stare dziady z har­ce­rzami i klu­bami dla mło­dzieży współ­pra­cują i krzy­żówki dla nich ukła­dają. Z mece­na­sem Rutem niech pan poroz­ma­wia. Julian Rute – uści­ślił, przy­bie­ra­jąc ofi­cjalny ton.

Nazwi­sko było mu znane. Przez głowę prze­mknęło mgli­ste wspo­mnie­nie.

– Ten przy­cho­dzi tu regu­lar­nie, cho­ciaż nie ma sta­łych dni. Zawsze po połu­dniu. I cza­sami pije. Ale jak znów zaczął wykła­dać na uni­wer­sy­te­cie, to tylko kapkę. – Por­tie­rowi twarz poja­śniała. – Nie­dawno z panem Hen­ry­kiem grali tu całą noc. Kiedy to było? Ze dwa mie­siące temu. A potem jesz­cze cały dzień. Mece­nas kazał tylko jedze­nie i trunki dono­sić. Pamię­tam, że zaj­rzał do nich ten modny foto­graf… Nazwi­sko mi teraz wyle­ciało… Ten, co zdję­cia ruinom robi i wystawę miał tu obok… Zdaje się, że z mece­na­sem w bry­dża też gry­wali, ale to już nie tutaj. Tak. – Poki­wał głową. – Naj­le­piej będzie z nim pomó­wić.

– A wczo­raj? Wła­ści­wie co się stało?

Wąsik drgnął i bar­czy­sty męż­czy­zna rozej­rzał się na boki.

– Tutaj… Musi się pan prze­su­nąć, bo stam­tąd nie widać… Zza mojego biurka też nie. Tam – wycią­gnął rękę – w toa­le­cie… Może gdy­bym był tu wczo­raj, to mógł­bym coś…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij