-
nowość
Syndrom oszusta w pracy – jak przestać podważać własne osiągnięcia - ebook
Syndrom oszusta w pracy – jak przestać podważać własne osiągnięcia - ebook
Masz kompetencje i wyniki, a mimo to pojawia się lęk, że „nie jesteś wystarczająco dobry”? Umniejszasz swoje sukcesy, przepraszasz, zanim zabierasz głos i wciąż próbujesz zasłużyć na miejsce, które już masz. „Syndrom oszusta w pracy” pomaga oddzielić fakty od wewnętrznego napięcia, przestać podważać własne kompetencje i mówić o swojej pracy spokojnie i konkretnie. W książce: • rozpoznasz sytuacje, w których syndrom oszusta wpływa na decyzje, • nauczysz się przyjmować pochwały, zabierać głos i odpowiadać na trudne pytania, • otrzymasz gotowe sformułowania do rozmów o podwyżce, awansie, krytyce i ocenie rocznej, • zbudujesz bardziej realistyczne zaufanie do siebie. To praktyczny program oparty na scenach z pracy, skryptach i planie działania, który pomaga funkcjonować pewniej — także wtedy, gdy niepewność jeszcze się pojawia. Nie musisz czekać na pełną pewność. Możesz zacząć teraz.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 5,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jak przestać podważać własne osiągnięcia, odzyskać zaufanie do siebie i spokojnie zająć swoje miejsce
© 2026 Maja Rozan
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być zwielokrotniana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody autorki.
Zastrzeżenie
Ta książka ma charakter poradnikowy i edukacyjny. Nie jest poradą medyczną ani psychologiczną, nie służy do stawiania diagnozy i nie zastępuje kontaktu ze specjalistą. Opisane w niej ćwiczenia i narzędzia nie są terapią. Autotest w rozdziale drugim jest autorskim narzędziem porządkującym, nie narzędziem badawczym ani klinicznym, a jego wynik nie jest rozpoznaniem.
Historie bohaterów są zbiorcze: opisują mechanizmy, które powtarzają się w rozmowach i w badaniach, a nie konkretne osoby. Wszystkie szczegóły identyfikujące zostały zmienione.
Jeśli pojawia się myśl, że bliskim byłoby bez ciebie lepiej, albo myśl o odebraniu sobie życia — nie czekaj. 116 123 (kryzysowa linia wsparcia, całodobowo), 800 70 2222 (Centrum Wsparcia, całodobowo), 112 w sytuacji zagrożenia życia.
Autorka nie ponosi odpowiedzialności za skutki zastosowania zawartych tu wskazówek.Spis treści
Zaraz się wyda
CZĘŚĆ I — ZOBACZ
Nie jesteś jedyną osobą w tym pokoju
Czy to ty?
A jeśli naprawdę się nie nadaję?
Pierwsza pomoc na jutro
CZĘŚĆ II — ROZBRÓJ
Silnik: cykl oszusta
Bliźniaki: przepracowanie i unikanie
Dlaczego pochwała nie zostaje
Perfekcjonizm, który cię trzyma
Nie wystarczy być dobrym
Skąd to masz — polskie korzenie
CZĘŚĆ III — DZIAŁAJ
Awans, którego się boisz
Rozmowa o podwyżce
Nowa praca i pierwsze 90 dni
Kiedy trzeba zabrać głos
Feedback, ocena roczna i krytyka
Aplikowanie, rekrutacja, przebranżowienie
Sceny szczególne
CZĘŚĆ IV — UTRZYMAJ
To wróci — i co wtedy
Co naprawdę pomaga — i czego nie kupuj
Jeśli prowadzisz zespół
Nie musisz przestać wątpić
Materiały dodatkowe
Bibliografia i źródłaWSTĘP
ZARAZ SIĘ WYDA
Poniedziałek, za dziesięć dziewiąta. Kawa jeszcze za gorąca, w kalendarzu cztery spotkania, na ekranie otwarty mail od szefa. Trzy zdania, nic groźnego: _„Cześć, wpadnij do mnie po dwunastej, chcę coś omówić”_.
I nagle to zdanie. Zawsze to samo, zawsze w tym samym miejscu, gdzieś między mostkiem a gardłem.
Zaraz się wyda.
Awans był trzy tygodnie temu. Nowy tytuł w stopce maila, nowy zespół, wyższa stawka i tort w kuchni, który ktoś kupił w Biedronce po drodze. Wszyscy gratulowali. Nikt nie powiedział złego słowa.
Ten tytuł w stopce zresztą wygląda dziwnie. Za każdym razem, gdy pojawia się pod wysłaną wiadomością, jest odrobinę za duży — jakby ktoś pożyczył płaszcz o dwa rozmiary większy i wyszedł w nim na ulicę, licząc, że nikt nie spojrzy.
A mimo to od trzech tygodni w tle chodzi ten sam program. Że to była pomyłka rekrutacyjna. Że ktoś w końcu spojrzy na wyniki uważniej. Że ta rozmowa po dwunastej jest właśnie tą rozmową.
Program nie jest głośny. Nie przeszkadza w pracy — pracuje się nawet lepiej, bo strach jest paliwem wysokiej jakości, dopóki starczy. Po prostu chodzi cały czas, jak wentylator w laptopie.
Do dwunastej zostają trzy godziny. Przez te trzy godziny nie da się zrobić nic sensownego. Można natomiast trzy razy przeczytać ten sam akapit w raporcie i przygotować w głowie odpowiedź na pytanie, którego nikt nie zada.
Po drodze pojawia się jeszcze parę dodatkowych czynności. Sprawdzenie, czy w zeszłotygodniowym zestawieniu na pewno nie ma błędu. Szybki przegląd ogłoszeń o pracę — tak, na wszelki wypadek, bez zamiaru. Przypomnienie sobie tonu, jakim szef powiedział „dzień dobry” w piątek.
O dwunastej okazuje się, że chodzi o budżet na czwarty kwartał.
Ulga trwa jakieś czterdzieści minut. Potem wraca.
To jest książka o tych czterdziestu minutach ulgi i o wszystkim, co jest między nimi.
Zwróć uwagę na jedną rzecz w tej scenie. Nic złego się w niej nie wydarzyło. Nie ma w niej złego szefa, toksycznego zespołu ani realnego zagrożenia. Jest awans, dobra praca i mail o budżecie.
Cały koszt powstał wewnątrz. I to jest zarazem najgorsza i najlepsza wiadomość w tej książce: skoro powstaje wewnątrz, to jest gdzie z tym pracować.
Dla kogo to jest
Dla osoby, która ma dorobek i mimo to codziennie liczy się z tym, że zostanie zdemaskowana. Która dostaje awans i pierwsze, co czuje, to nie duma, tylko kalkulacja: ile czasu zostało, zanim się zorientują. Która ma na koncie realne rzeczy — projekty, wyniki, zadowolonych klientów — i potrafi wytłumaczyć każdą z nich szczęściem, dobrym zespołem albo tym, że akurat nikt nie sprawdzał dokładnie.
Dla osoby, która nie zgłasza się po nowe zadania, nie aplikuje na stanowiska, nie prosi o podwyżkę i nie zabiera głosu na spotkaniu — nie dlatego, że nie chce, tylko dlatego, że najpierw chce być pewna. A pewność nie przychodzi. Przychodzi kolejny kurs, kolejny certyfikat i kolejny rok, w którym „jeszcze nie teraz”.
To jest zresztą najdroższa część całej sprawy i najtrudniejsza do zauważenia. Cierpienie widać. Nie widać rzeczy, które przez nie nie zostały zrobione — bo one nie zostawiają śladu w kalendarzu.
I dla osoby, która nie jest pewna, czy w ogóle należy do tej grupy. Bo być może to nie żaden syndrom, tylko trzeźwa ocena sytuacji. Być może naprawdę czegoś brakuje. To pytanie jest tu potraktowane poważnie i ma własny rozdział. Nie zostawiam go bez odpowiedzi, bo to najczęściej zadawane pytanie w tej dziedzinie i najrzadziej udzielana odpowiedź.
Jest też grupa, dla której ta książka jest napisana pośrednio: osoby prowadzące zespoły. Ostatni rozdział jest w całości o tym, jak organizacja hoduje to zjawisko u swoich ludzi, zwykle bez żadnej złej intencji. Można przeczytać sam ten rozdział i mieć z niego pożytek.
Czego tu nie ma
Nie znajdziesz tu afirmacji ani obietnicy, że przestaniesz wątpić.
Nie ma tu zdania „jesteś wystarczająca”. Nie ma listy pozytywnych myśli do powtarzania przed lustrem. Nie ma też zapewnienia, że po przeczytaniu całości poczucie bycia oszustem zniknie, bo nie znam nikogo, u kogo zniknęło całkowicie, i nie zamierzam sprzedawać czegoś, czego nie mam.
Nie ma tu również rozdziałów o dzieciństwie, rodzicielstwie i mediach społecznościowych. To jest książka o pracy. Wyłącznie o pracy: o spotkaniach, ocenach rocznych, rekrutacjach, awansach, stawkach i mailach od szefa.
Nie ma tu wreszcie założenia, które irytuje mnie w tej kategorii najbardziej — że czytelnik jest z pewnością świetny i tylko w to nie wierzy. Skąd niby miałabym to wiedzieć. Zamiast tego jest procedura sprawdzenia, po której wiadomo, jak jest naprawdę, i osobny plan na każdą z dwóch możliwych odpowiedzi.
To założenie jest protekcjonalne i ludzie je wyczuwają. Dlatego nie ufają poradnikom — i mają rację.
To, co obiecuję, jest węższe i sprawdzalne. Że wątpliwość przestanie podejmować za ciebie decyzje zawodowe. Że zgłosisz się, powiesz, poprosisz, zaaplikujesz — nadal czasem czując się jak oszust. Wątpliwość może jechać z tobą. Nie musi prowadzić.
Umowa co do formatu
Powiem wprost, jak ta książka jest zbudowana, bo mam do tej kategorii jedną poważną pretensję.
Zanim usiadłam do pisania, przejrzałam osiem książek o syndromie oszusta dostępnych po polsku — recenzje, spisy treści, fragmenty. Powtarza się w nich jedno: zanim pojawi się pierwsze konkretne narzędzie, trzeba przejść przez rozbieg. Historię autorki, historię pojęcia, czasem historię rodziny autorki. A po taką książkę nie sięga się z ciekawości. Sięga się wtedy, kiedy coś trudnego jest już wpisane w kalendarz na najbliższy tydzień.
Pierwsze ćwiczenie znajdziesz w drugim rozdziale. Nie lubię książek, które każą czekać.
Nie ma tu mojej historii rodzinnej ani opowieści o tym, jak sama do tego doszłam. Mówię „ja” wtedy, gdy mam zdanie i chcę je podpisać — nie po to, żeby zapełnić rozdział.
Dalej wygląda to tak: każdy rozdział ma jedno zadanie i kończy się ramką z tym, co z niego zostaje. Każde ćwiczenie ma określony czas wykonania, wypełniony przykład i kryterium „skąd wiesz, że zadziałało”. Dwanaście ćwiczeń w całej książce, nie trzydzieści, bo trzydziestu i tak nikt nie zrobi.
Żaden mechanizm nie jest tu tłumaczony dwa razy. Nic tu nie zajmuje miejsca dwa razy — i stąd bierze się ta objętość, nie z pomijania rzeczy ważnych.
Nie ma też rozdziału o metodzie. Metoda nie jest tematem — tematem jest konkretna sytuacja: to spotkanie, ta rozmowa, ten mail. Jeśli technika pochodzi skądś, piszę skąd, w jednym zdaniu, i wracam do sprawy.
Jeszcze jedno. Kiedy czegoś nie wiadomo, jest to napisane. Znajdziesz tu zdania w rodzaju „to jest korelacja, nie dowód przyczynowy” i „ta metoda nigdy nie była badana osobno”. W rozdziale pierwszym odrzucam najpopularniejszą liczbę w całej tej dziedzinie, chociaż byłaby dla mnie wygodna. Wolę książkę, której można ufać w szczegółach, niż taką, która brzmi pewniej.
JAK KORZYSTAĆ Z TEJ KSIĄŻKI
ŚCIEŻKA 1 — PO KOLEI. Od pierwszej strony do ostatniej. Najlepszy wybór, jeśli nie ma pilnego terminu. Część I mówi, co się dzieje i czy to na pewno to. Część II rozbiera mechanizm. Część III przechodzi scena po scenie przez konkretne sytuacje zawodowe. Część IV pilnuje, żeby to zostało.
ŚCIEŻKA 2 — OD RAZU DO SWOJEJ SCENY. Jeśli problem ma nazwę — awans, podwyżka, nowa praca, zabranie głosu, ocena roczna, rekrutacja, powrót po urlopie rodzicielskim — idź prosto do Części III i znajdź swój rozdział. Każda scena jest napisana tak, żeby dało się ją przeczytać bez reszty książki. Zrób tylko wcześniej ćwiczenie 1 z drugiego rozdziału, bo do jego wyniku odsyłam w kilku miejscach.
ŚCIEŻKA 3 — TRYB AWARYJNY. Rozmowa jest jutro. Nie ma czasu na dwieście stron. Przeczytaj rozdział 4 — pierwsza pomoc, działa od razu i zajmuje kwadrans — a potem przejdź do swojej sceny w Części III. Reszta poczeka do weekendu.CZĘŚĆ I — ZOBACZ
Zanim cokolwiek zmienisz, musisz wiedzieć, z czym masz do czynienia.
Ta część odpowiada na trzy pytania po kolei: co to właściwie jest, czy dotyczy ciebie i — to najważniejsze — czy problemem jest twoje przekonanie, czy realna luka w umiejętnościach. Bez tego rozstrzygnięcia cała dalsza praca byłaby zgadywaniem.
Na końcu tej części masz w ręku wynik autotestu, swój profil i trzy narzędzia działające od razu.ROZDZIAŁ 1
NIE JESTEŚ JEDYNĄ OSOBĄ
W TYM POKOJU
1.1. Cztery historie
Te cztery osoby wracają wielokrotnie. Warto poznać je porządnie, bo w kolejnych rozdziałach będą wypełniać ćwiczenia, prowadzić trudne rozmowy i popełniać błędy, które łatwiej zobaczyć u kogoś innego niż u siebie.
Ewelina, 41 lat, dyrektorka w firmie produkcyjnej.
Awansowała rok temu. Trzynaście lat w tej samej firmie, przeszła przez trzy działy, zna zakład od hali po zarząd. Kiedy dostała propozycję, poprosiła o dwa dni do namysłu i przez te dwa dni układała w głowie listę osób, które nadawałyby się lepiej.
Na zarząd przychodzi z prezentacją, którą przerabiała cztery razy. Zna każdą liczbę na pamięć, ma przygotowane odpowiedzi na pytania, których nikt nie zadaje od dwóch lat, i backup slajdów na wypadek, gdyby ktoś drążył temat marż w drugim kwartale. Trwa to zwykle trzydzieści minut. Przygotowanie zajmuje jej dwa wieczory.
Po każdej takiej prezentacji dostaje krótkie „dobra robota” i wraca do biura z jedną myślą: _tym razem przeszło_.
Prawdziwe zdanie Eweliny brzmi tak: _dlaczego ja? Przecież są lepsi._ Powtarza je sobie na tyle często, że przestała je zauważać — mniej więcej tak, jak przestaje się słyszeć własną lodówkę.
Nie mówi tego nikomu. W pracy uchodzi za osobę spokojną i dobrze przygotowaną. To drugie jest prawdą. Kosztuje ją to trzy wieczory w tygodniu.
Najciekawsze jest to, co Ewelina robi z pochwałami. Nie odrzuca ich na głos. Mówi „dziękuję”, uśmiecha się i w tym samym momencie w środku dopisuje przypis: _bo się przygotowałam, każdy by tak wypadł po dwóch wieczorach_.
W ten sposób każdy sukces staje się dowodem na to, że bez tych dwóch wieczorów byłoby widać prawdę. Im lepiej jej idzie, tym mocniej trzyma się przygotowania. To nie jest przypadek — to jest pętla i ma nazwę: cykl oszusta, rozdział 5.
Marek, 36 lat, lead developer.
Dziesięć lat w zawodzie, sześcioosobowy zespół, stawka w górnym przedziale rynku. Klient przedłużył kontrakt dwa razy z rzędu, ostatnio nawet bez negocjowania ceny.
Marek ma na to jedno wytłumaczenie i trzyma się go konsekwentnie: _jestem po prostu dobry, nie wybitny, a płacą mi jak wybitnemu_. W jego głowie to nie jest skromność, tylko rachunek. Rachunek, który się nie zgadza, a niezgodne rachunki prędzej czy później ktoś zauważa.
Na code review milczy dłużej, niż potrzebuje. Kiedy młodszy programista wrzuca rozwiązanie, którego Marek by nie wymyślił, notuje sobie to jako dowód. Nie jako ciekawostkę — jako dowód.
Jego strategia nazywa się „jeszcze jeden kurs”. W tym roku kupił trzy. Skończył jeden. Czwarty ma w planach. Kupowanie działa lepiej niż kończenie, bo w momencie zakupu pojawia się ulga: _dobra, zajmuję się tym_.
Ostatnio odmówił wystąpienia na firmowej konferencji. Powiedział, że nie ma czasu. Miał czas.
Marek jest tu ważny z jeszcze jednego powodu. Historie o syndromie oszusta zwykle opowiada się o kobietach po awansie, a Marek nie awansował, nie zmienił roli i robi to samo od dwóch lat. Poczucie bycia oszustem nie potrzebuje zmiany, żeby się utrzymać. Wystarczy mu stawka, która w jego głowie jest za wysoka.
Kasia, 33 lata, marketing.
Wraca po dwóch latach urlopu rodzicielskiego. Przez te dwa lata firma przeszła na inny system, zmieniła agencję, wymieniła połowę zespołu i zaczęła robić rzeczy, których nazw Kasia nie zna. Na pierwszym spotkaniu pada skrót, który wszyscy rozumieją oprócz niej.
Nie pyta. Zapisuje sobie w notatniku i sprawdza wieczorem, po położeniu dziecka.
Ma jedenaście lat doświadczenia w marketingu i cztery kampanie, które w tej firmie do dziś podaje się jako przykład. Ale te kampanie były przed przerwą, a przerwa w jej głowie działa jak gumka — wymazała wszystko, co było wcześniej, i zostawiła tylko datę powrotu.
Na spotkaniach ma pomysły. Przygotowuje je nawet w myślach, całymi zdaniami. Potem ktoś mówi coś podobnego i Kasia stwierdza, że teraz to już nie ma sensu.
Boi się otworzyć usta, bo pierwsze zdanie po dwóch latach musi w jej głowie być bardzo dobre.
W domu radzi sobie z rzeczami, które wymagają planowania, negocjacji i odporności w stopniu, o jakim w żadnej ofercie pracy nie ma mowy. W pracy uważa, że przez dwa lata nic nie robiła.
Jej wersja tego zdania brzmi: _wypadłam z obiegu_.
Tomek, 27 lat, analityk.
Drugi rok w korporacji, pierwszy w rodzinie z dyplomem. Ojciec pracuje na budowie i mówi znajomym, że syn „siedzi w komputerach w takiej dużej firmie”. Tomek zarabia więcej niż rodzice razem i nie umie o tym rozmawiać przy niedzielnym obiedzie.
W pracy radzi sobie dobrze. Robi modele, które ktoś potem pokazuje na spotkaniach wyżej.
Na callach z centralą milczy. Angielski ma na poziomie, który wystarcza — czyta dokumentację, pisze maile, rozumie wszystko. Ale kiedy trzeba wejść w rozmowę w pół zdania, wchodzi paraliż. Zdanie jest gotowe w głowie, a moment mija.
Gorsze od angielskiego jest coś innego. Koledzy w zespole mówią o rzeczach, których Tomek nie zna: o wakacjach w miejscach, o których nie słyszał, o wychodzeniu na lunch tam, gdzie zestaw kosztuje sześćdziesiąt złotych, o tym, jak rozmawiać z dyrektorem, żeby wyszło swobodnie. Oni to mają z domu. On się tego uczy na bieżąco i ma poczucie, że widać.
Jego zdanie brzmi: _ja tu jestem na przepustce_.
Tomek ma najmniej doświadczenia z całej czwórki i najwięcej powodów, żeby być z siebie zadowolonym. Nie jest. W jego przypadku dochodzi bowiem jeszcze jedna warstwa: poczucie, że nie zna kodów, które inni dostali w domu za darmo — i że to prędzej czy później wyjdzie.
To jest w Polsce bardzo częste i prawie nieopisane. Ma osobny podrozdział w rozdziale 10.
Te cztery historie są prawdziwe co do mechanizmu, choć szczegóły zostały pozmieniane. Wybrałam je nie dlatego, że są skrajne, tylko dlatego, że są typowe.
Jeśli któraś zabolała bardziej niż pozostałe — to jest informacja. Warto ją zapamiętać, bo za kilkanaście stron przyda się przy czytaniu własnego wyniku.
1.2. Co łączy te cztery osoby
Cztery różne branże, dwie płcie, wiek od dwudziestu siedmiu do czterdziestu jeden lat, doświadczenie od dwóch do trzynastu lat. Różne wyzwalacze: awans, stawka, przerwa w karierze, awans społeczny. Nic wspólnego oprócz jednej rzeczy.
Każda z tych osób ma obiektywne dowody na swoją kompetencję i każda z nich potrafi te dowody rozbroić. Awans jest przypadkiem, kontrakt zasługą zespołu, dobra ocena wynikiem tego, że przełożony nie przygląda się dokładnie. Zostaje przekonanie, że sukces nie należy do nich, a jego źródłem jest szczęście, cudza pomyłka albo sprawne ukrywanie braków — i wraz z tym przekonaniem stałe oczekiwanie, że kiedyś ktoś to zauważy i powie na głos. To jest cały mechanizm. Poczucie bycia oszustem nie polega na braku dowodów, tylko na tym, że dowody nie docierają.
Zwróć uwagę, czego na tej liście nie ma. Nie ma niskich kompetencji. Nie ma złych wyników. Nie ma nawet złych przełożonych — trzy z tych czterech osób mają przełożonych, którzy je cenią i mówią im to.
Jest tylko system tłumaczeń, który każdy dowód zamienia w przypadek.
I jeszcze jedno, co je łączy: żadna z tych osób nie mówi o tym w pracy. Każda jest przekonana, że jest jedyna w pokoju.
To ostatnie jest kluczowe, więc powiem to inaczej. Element, który boli najbardziej, to nie samo poczucie oszustwa, tylko przekonanie o jego wyjątkowości. _Wszyscy inni naprawdę wiedzą, co robią. Tylko ja udaję._
Cztery osoby siedzą na tym samym spotkaniu, każda z tym samym zdaniem w głowie, i każda patrzy na pozostałe trzy jak na dowód swojej gorszości.
Stąd tytuł tego rozdziału.
1.3. Skąd się wzięła ta nazwa
Pojęcie ma konkretną datę urodzenia: rok 1978. Opisały je dwie amerykańskie psycholożki, Pauline Rose Clance i Suzanne Imes, na podstawie własnej praktyki klinicznej.
Ich materiałem było sto siedemdziesiąt osiem kobiet o wysokich osiągnięciach — studentek, doktorantek, wykładowczyń, specjalistek. Kobiet, które miały stopnie naukowe, publikacje i wyniki testów, i które mimo to były przekonane, że oszukały system.
To był tekst kliniczny, nie badanie epidemiologiczne. Warto rozumieć różnicę, bo od niej zależy, co wolno z tej pracy wyciągnąć. Autorki opisały zjawisko, które widziały u swoich pacjentek i klientek. Nie sprawdzały, jak często występuje w populacji, bo nie takie było zadanie.
Próba była wąska także w drugim sensie. Same kobiety, w większości białe, z klasy średniej i wyższej, głównie ze środowiska akademickiego. Nikt tam nie prowadził zespołu programistów, nie wracał po urlopie rodzicielskim do firmy, która zmieniła system, i nie był pierwszą osobą w rodzinie z dyplomem.
To nie unieważnia opisu — opis okazał się trafny i przetrwał prawie pięćdziesiąt lat. Ale każde zdanie zaczynające się od „badania z 1978 roku dowiodły, że wszyscy…” jest nadużyciem. Ta praca niczego nie dowiodła o wszystkich. Ona coś nazwała.
I to nazwanie było jej największą zasługą. Ludzie, którzy nie mieli słowa na własne doświadczenie, nagle je dostali.
Warto docenić, jak dużo to zmienia. Dopóki czegoś nie da się nazwać, jest to prywatna wada charakteru. Od momentu, gdy ma nazwę, staje się zjawiskiem, które dotyczy także innych — a więc czymś, o czym da się rozmawiać i co da się badać.
Prawie pięćdziesiąt lat później badania obejmują już dziesiątki tysięcy osób obojga płci, w bardzo różnych zawodach. Opis z 1978 roku okazał się na tyle trafny, że przetrwał w zasadzie bez zmian.
Zmieniło się natomiast jedno słowo. I to akurat na gorsze.
1.4. Dlaczego „syndrom” to złe słowo
Jest w tej historii szczegół, który znika w tłumaczeniu i w praktyce zmienia wszystko.
Autorki użyły słowa „ZJAWISKO”. Po angielsku: _phenomenon_. Nie „syndrom”, nie „zaburzenie”, nie „choroba”.
Słowo „syndrom” dopisała później popularyzacja, bo brzmi mocniej. I brzmi tak mocno, że zaczęło mylić.
Syndrom to zespół objawów. Zespół objawów sugeruje jednostkę chorobową, jednostka chorobowa sugeruje diagnozę, a diagnoza sugeruje leczenie. Cały ten ciąg jest fałszywy. Poczucia bycia oszustem nie ma w żadnej z dwóch obowiązujących klasyfikacji — ani w DSM-5, ani w ICD-10. Nie da się tego zdiagnozować, bo nie ma czego diagnozować w sensie medycznym.
Ma to trzy praktyczne konsekwencje i wszystkie trzy są dobre.
Po pierwsze: nikt tego nie „ma” jak grypy. To jest sposób, w jaki umysł interpretuje własne sukcesy — sposób wyuczony, powtarzalny i zmienny. Rzeczy wyuczone da się przerabiać.
Po drugie: to nie jest stan zero-jedynkowy. Nie ma progu, powyżej którego „się ma”, a poniżej „się nie ma”. Jest natężenie, i to natężenie zmienia się w zależności od sytuacji. Ta sama osoba może być spokojna na swoim starym stanowisku i rozłożona na nowym.
Po trzecie: to nie jest orzeczenie o tożsamości. „Jestem osobą z syndromem oszusta” brzmi jak trwała cecha. „Mam silne poczucie bycia oszustem w tej roli, od trzech miesięcy” brzmi jak sytuacja. Różnica między tymi zdaniami to różnica między czymś, z czym da się pracować, a czymś, co się nosi.
Jest też koszt praktyczny tego słowa, który widać w gabinetach i na szkoleniach. Kiedy coś jest „syndromem”, naturalnym odruchem staje się szukanie leku — jednego, skutecznego, najlepiej szybkiego. Ludzie idą więc na jednorazowy warsztat, wychodzą z niego z ulgą i nazwą, i są przekonani, że sprawa załatwiona.
Nie jest. To, co wiadomo na temat takich warsztatów, nie jest wesołą wiadomością — rozdział 19.
Mimo to zostaję przy nazwie „syndrom oszusta”. Nie dlatego, że jest poprawna, tylko dlatego, że tak mówią ludzie — i tak to wpisują w wyszukiwarkę o drugiej w nocy. Upieranie się przy poprawnej nazwie kosztowałoby więcej, niż jest warte. Teraz jednak wiadomo, co ta nazwa naprawdę oznacza, a co tylko sugeruje.
1.5. Liczba, której nie podam
W każdym artykule na ten temat pojawia się ta sama liczba: 70% LUDZI DOŚWIADCZA SYNDROMU OSZUSTA.
Jest w nagłówkach, na slajdach szkoleniowych, w opisach książek i w pierwszym akapicie niemal każdego tekstu popularnego. Byłaby dla mnie wygodna. Świetnie otwiera rozdział, natychmiast uspokaja czytelnika i nikt jej nie kwestionuje.
Nie użyję jej. Powód jest prosty: ta liczba nie pochodzi z badania recenzowanego.
Jej źródłem jest artykuł prasowy z 2007 roku w _Chronicle of Higher Education_, relacjonujący sondaż przeprowadzony w połowie lat osiemdziesiątych. Literatura naukowa cytuje tę liczbę za tym artykułem prasowym, a nie za pracą pierwotną — bo praca pierwotna nigdy nie ukazała się w recenzowanym czasopiśmie. Liczba krąży od kilkunastu lat, jest przepisywana z tekstu do tekstu i w każdym kolejnym wygląda solidniej, bo ma więcej cytowań za sobą.
To nie znaczy, że jest fałszywa. To znaczy, że nie wiadomo, na czym stoi. A na czymś, o czym nie wiadomo, na czym stoi, nie zamierzam budować pierwszego rozdziału.
Piszę o tym w pierwszym rozdziale, a nie w przypisie na końcu, z konkretnego powodu. Dalej będzie sporo liczb i chcę, żeby było jasne, jak są dobierane.
Co zatem wiadomo naprawdę.
Istnieje przegląd sześćdziesięciu dwóch badań, obejmujący łącznie czternaście tysięcy sto sześćdziesiąt jeden osób. Wyniki rozpowszechnienia mieszczą się w nim w przedziale OD 9% DO 82%.
Taki rozrzut wygląda na kompromitację i warto rozumieć, dlaczego nią nie jest.
Różnica nie bierze się stąd, że jedna grupa zawodowa cierpi dziewięć razy bardziej niż inna. Bierze się głównie z narzędzia. Różne badania używały różnych kwestionariuszy, a każdy kwestionariusz ma inny próg odcięcia — inny wynik, powyżej którego uznaje się, że „jest”. W jednym badaniu ta sama populacja dawała 24% albo 39% w zależności wyłącznie od tego, czy próg ustawiono na 58, czy na 62 punkty.
Czyli: nie wiemy, ilu ludzi to ma, bo nie ma zgody co do tego, co to znaczy „mieć”. Wiemy natomiast, że w każdej badanej grupie, przy każdym narzędziu, takie osoby są — i nigdy nie jest ich mało.
Ten szczegół wraca w drugim rozdziale przy czytaniu własnego wyniku, więc warto go zapamiętać: GRANICA MIĘDZY „MAM TO” A „NIE MAM TEGO” JEST UMOWNA. Nie ma progu, po którego przekroczeniu zjawisko się zaczyna. Jest natężenie, które rośnie i maleje.
To dobra wiadomość dla każdego, kto szuka potwierdzenia, że jego przypadek „jeszcze się nie kwalifikuje”. Nie ma się do czego kwalifikować. Jest tylko pytanie, ile to kosztuje w tym roku.
Uczciwa wersja zdania otwierającego brzmi więc tak: to jest bardzo częste, a każdy, kto podaje dokładny procent, podaje przede wszystkim informację o użytym kwestionariuszu.
A skoro już przy liczbach — jeszcze jedna, o płci.
Popularne przekonanie mówi, że to problem głównie kobiet. Da się to sprawdzić i zostało to sprawdzone: istnieje metaanaliza stu ośmiu badań, obejmująca ponad czterdzieści dwa tysiące uczestników.
Wynik: kobiety wypadają wyżej. Wielkość efektu to 0,27, co w tej dziedzinie oznacza różnicę małą do umiarkowanej.
Innymi słowy: RÓŻNICA ISTNIEJE I POWTARZA SIĘ W BADANIACH, ALE JEST NIEWIELKA. Na tyle niewielka, że nie da się z niej zrobić zdania „to problem kobiet” — bo w praktyce oznacza ona, że w dowolnym pokoju siedzi z tym mniej więcej porównywalna liczba jednych i drugich.
Podaję tę liczbę zamiast pomijać, bo jej pomijanie w obie strony byłoby nieuczciwe. I zamykam temat tutaj — to jest książka o pracy, nie o płci.
Jest natomiast jedno badanie, które warto znać w całości, bo dotyczy Polski i konkretnie pracy.
CO MÓWIĄ POLSCY PRACOWNICY
Badanie przeprowadzone na 577 pracujących Polakach.
81% przynajmniej sporadycznie ma wrażenie, że sukces wynika ze szczęścia, przypadku lub cudzych błędów.
47% obawia się „zdemaskowania”.
40% ma poczucie, że inni przeceniają ich kompetencje.
TYLKO 19% zawsze przypisuje sukces własnym kompetencjom.
A teraz część, która robi największe wrażenie. Zapytani o bariery własnego rozwoju, badani wskazywali: brak pewności siebie — 16%, strach przed porażką — 13%, strach przed negatywną oceną — 9%. BRAK KOMPETENCJI — 2%.
Ten ostatni wiersz warto przeczytać dwa razy.
Ludzie w polskich firmach ośmiokrotnie częściej wskazują brak pewności siebie niż brak umiejętności. Nie przez to, czego nie umieją. Przez to, co o tym myślą.
Warto przy tym pamiętać, że to są deklaracje, nie pomiar kompetencji. Ludzie odpowiadali na pytanie o własne bariery i tak je widzą. Może się zdarzyć, że ktoś ma realny brak i go nie dostrzega.
Nawet z tym zastrzeżeniem proporcja jest uderzająca. Osiem do jednego to nie jest szczegół statystyczny.
I to jest właściwy punkt wyjścia. Nie „nauczysz się czegoś nowego”, tylko „przestaniesz sobie odbierać rzeczy, które już umiesz”.
Z tego rozdziału wychodzisz z…
1. Nazwaniem tego, co się dzieje: dowody są, ale nie docierają. To nie jest brak dowodów.
2. Świadomością, że „syndrom” to słowo mylące — tego nie ma w DSM-5 ani w ICD-10, a to znaczy, że nie jest to choroba do wyleczenia, tylko wzorzec do przerobienia.
3. Odpornością na najczęściej powtarzaną liczbę w tej dziedzinie oraz konkretnymi polskimi danymi w zamian.ROZDZIAŁ 2
CZY TO TY?
Rozdział pierwszy opisywał cztery osoby. Ten służy do jednej rzeczy: sprawdzenia, ile z tego dotyczy ciebie i w jakim stopniu.
Czytanie o cudzych historiach ma jedną wadę. Zawsze da się w nich znaleźć siebie, jeśli się chce, i zawsze da się nie znaleźć, jeśli się nie chce. Dlatego zamiast pytania „czy to brzmi znajomo” będzie tu liczba.
Zaczniemy od tego, po czym się to poznaje, a po dwóch stronach będzie kwestionariusz.
2.1. Sześć wymiarów
Poczucie bycia oszustem nie jest jednym uczuciem. Składa się z sześciu elementów, które chodzą razem, ale u różnych osób w różnych proporcjach. Wyodrębniła je Pauline Rose Clance w 1985 roku; twierdzenia w teście poniżej są moje i dotyczą wyłącznie pracy. Warto znać wszystkie sześć, bo za chwilę każdy z nich pojawi się w teście.
1. CYKL. Przed każdym większym zadaniem pojawia się lęk, a lęk rozwidla się na dwie drogi: albo przygotowanie ponad miarę, albo odkładanie do ostatniej chwili. _W pracy:_ prezentacja na trzydzieści minut przerabiana przez trzy wieczory — albo pisana o dwudziestej trzeciej w przeddzień.
-- -- --
-- -- --