Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Syndrom oszusta w pracy – jak przestać podważać własne osiągnięcia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 września 2026
69,00
6900 pkt
punktów Virtualo

Syndrom oszusta w pracy – jak przestać podważać własne osiągnięcia - ebook

Masz kompetencje i wyniki, a mimo to pojawia się lęk, że „nie jesteś wystarczająco dobry”? Umniejszasz swoje sukcesy, przepraszasz, zanim zabierasz głos i wciąż próbujesz zasłużyć na miejsce, które już masz. „Syndrom oszusta w pracy” pomaga oddzielić fakty od wewnętrznego napięcia, przestać podważać własne kompetencje i mówić o swojej pracy spokojnie i konkretnie. W książce: • rozpoznasz sytuacje, w których syndrom oszusta wpływa na decyzje, • nauczysz się przyjmować pochwały, zabierać głos i odpowiadać na trudne pytania, • otrzymasz gotowe sformułowania do rozmów o podwyżce, awansie, krytyce i ocenie rocznej, • zbudujesz bardziej realistyczne zaufanie do siebie. To praktyczny program oparty na scenach z pracy, skryptach i planie działania, który pomaga funkcjonować pewniej — także wtedy, gdy niepewność jeszcze się pojawia. Nie musisz czekać na pełną pewność. Możesz zacząć teraz.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 5,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Syn­drom oszu­sta w pra­cy

Jak prze­stać pod­wa­żać wła­sne osią­gnię­cia, od­zy­skać za­ufa­nie do sie­bie i spo­koj­nie za­jąć swo­je miej­sce

© 2026 Ma­ja Ro­zan

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie mo­że być zwie­lo­krot­nia­na ani roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy au­tor­ki.

Za­strze­że­nie

Ta książ­ka ma cha­rak­ter po­rad­ni­ko­wy i edu­ka­cyj­ny. Nie jest po­ra­dą me­dycz­ną ani psy­cho­lo­gicz­ną, nie słu­ży do sta­wia­nia dia­gno­zy i nie za­stę­pu­je kon­tak­tu ze spe­cja­li­stą. Opi­sa­ne w niej ćwi­cze­nia i na­rzę­dzia nie są te­ra­pią. Au­to­test w roz­dzia­le dru­gim jest au­tor­skim na­rzę­dziem po­rząd­ku­ją­cym, nie na­rzę­dziem ba­daw­czym ani kli­nicz­nym, a je­go wy­nik nie jest roz­po­zna­niem.

Hi­sto­rie bo­ha­te­rów są zbior­cze: opi­su­ją me­cha­ni­zmy, któ­re po­wta­rza­ją się w roz­mo­wach i w ba­da­niach, a nie kon­kret­ne oso­by. Wszyst­kie szcze­gó­ły iden­ty­fi­ku­ją­ce zo­sta­ły zmie­nio­ne.

Je­śli po­ja­wia się myśl, że bli­skim by­ło­by bez cie­bie le­piej, al­bo myśl o ode­bra­niu so­bie ży­cia — nie cze­kaj. 116 123 (kry­zy­so­wa li­nia wspar­cia, ca­ło­do­bo­wo), 800 70 2222 (Cen­trum Wspar­cia, ca­ło­do­bo­wo), 112 w sy­tu­acji za­gro­że­nia ży­cia.

Au­tor­ka nie po­no­si od­po­wie­dzial­no­ści za skut­ki za­sto­so­wa­nia za­war­tych tu wska­zó­wek.Spis tre­ści

Za­raz się wy­da

CZĘŚĆ I — ZO­BACZ

Nie je­steś je­dy­ną oso­bą w tym po­ko­ju

Czy to ty?

A je­śli na­praw­dę się nie na­da­ję?

Pierw­sza po­moc na ju­tro

CZĘŚĆ II — ROZ­BRÓJ

Sil­nik: cykl oszu­sta

Bliź­nia­ki: prze­pra­co­wa­nie i uni­ka­nie

Dla­cze­go po­chwa­ła nie zo­sta­je

Per­fek­cjo­nizm, któ­ry cię trzy­ma

Nie wy­star­czy być do­brym

Skąd to masz — pol­skie ko­rze­nie

CZĘŚĆ III — DZIA­ŁAJ

Awans, któ­re­go się bo­isz

Roz­mo­wa o pod­wyż­ce

No­wa pra­ca i pierw­sze 90 dni

Kie­dy trze­ba za­brać głos

Fe­ed­back, oce­na rocz­na i kry­ty­ka

Apli­ko­wa­nie, re­kru­ta­cja, prze­bran­żo­wie­nie

Sce­ny szcze­gól­ne

CZĘŚĆ IV — UTRZY­MAJ

To wró­ci — i co wte­dy

Co na­praw­dę po­ma­ga — i cze­go nie ku­puj

Je­śli pro­wa­dzisz ze­spół

Nie mu­sisz prze­stać wąt­pić

Ma­te­ria­ły do­dat­ko­we

Bi­blio­gra­fia i źró­dłaWSTĘP

ZA­RAZ SIĘ WY­DA

Po­nie­dzia­łek, za dzie­sięć dzie­wią­ta. Ka­wa jesz­cze za go­rą­ca, w ka­len­da­rzu czte­ry spo­tka­nia, na ekra­nie otwar­ty ma­il od sze­fa. Trzy zda­nia, nic groź­ne­go: _„Cześć, wpad­nij do mnie po dwu­na­stej, chcę coś omó­wić”_.

I na­gle to zda­nie. Za­wsze to sa­mo, za­wsze w tym sa­mym miej­scu, gdzieś mię­dzy most­kiem a gar­dłem.

Za­raz się wy­da.

Awans był trzy ty­go­dnie te­mu. No­wy ty­tuł w stop­ce ma­ila, no­wy ze­spół, wyż­sza staw­ka i tort w kuch­ni, któ­ry ktoś ku­pił w Bie­dron­ce po dro­dze. Wszy­scy gra­tu­lo­wa­li. Nikt nie po­wie­dział złe­go sło­wa.

Ten ty­tuł w stop­ce zresz­tą wy­glą­da dziw­nie. Za każ­dym ra­zem, gdy po­ja­wia się pod wy­sła­ną wia­do­mo­ścią, jest odro­bi­nę za du­ży — jak­by ktoś po­ży­czył płaszcz o dwa roz­mia­ry więk­szy i wy­szedł w nim na uli­cę, li­cząc, że nikt nie spoj­rzy.

A mi­mo to od trzech ty­go­dni w tle cho­dzi ten sam pro­gram. Że to by­ła po­mył­ka re­kru­ta­cyj­na. Że ktoś w koń­cu spoj­rzy na wy­ni­ki uważ­niej. Że ta roz­mo­wa po dwu­na­stej jest wła­śnie tą roz­mo­wą.

Pro­gram nie jest gło­śny. Nie prze­szka­dza w pra­cy — pra­cu­je się na­wet le­piej, bo strach jest pa­li­wem wy­so­kiej ja­ko­ści, do­pó­ki star­czy. Po pro­stu cho­dzi ca­ły czas, jak wen­ty­la­tor w lap­to­pie.

Do dwu­na­stej zo­sta­ją trzy go­dzi­ny. Przez te trzy go­dzi­ny nie da się zro­bić nic sen­sow­ne­go. Moż­na na­to­miast trzy ra­zy prze­czy­tać ten sam aka­pit w ra­por­cie i przy­go­to­wać w gło­wie od­po­wiedź na py­ta­nie, któ­re­go nikt nie za­da.

Po dro­dze po­ja­wia się jesz­cze pa­rę do­dat­ko­wych czyn­no­ści. Spraw­dze­nie, czy w ze­szło­ty­go­dnio­wym ze­sta­wie­niu na pew­no nie ma błę­du. Szyb­ki prze­gląd ogło­szeń o pra­cę — tak, na wszel­ki wy­pa­dek, bez za­mia­ru. Przy­po­mnie­nie so­bie to­nu, ja­kim szef po­wie­dział „dzień do­bry” w pią­tek.

O dwu­na­stej oka­zu­je się, że cho­dzi o bu­dżet na czwar­ty kwar­tał.

Ulga trwa ja­kieś czter­dzie­ści mi­nut. Po­tem wra­ca.

To jest książ­ka o tych czter­dzie­stu mi­nu­tach ulgi i o wszyst­kim, co jest mię­dzy ni­mi.

Zwróć uwa­gę na jed­ną rzecz w tej sce­nie. Nic złe­go się w niej nie wy­da­rzy­ło. Nie ma w niej złe­go sze­fa, tok­sycz­ne­go ze­spo­łu ani re­al­ne­go za­gro­że­nia. Jest awans, do­bra pra­ca i ma­il o bu­dże­cie.

Ca­ły koszt po­wstał we­wnątrz. I to jest za­ra­zem naj­gor­sza i naj­lep­sza wia­do­mość w tej książ­ce: sko­ro po­wsta­je we­wnątrz, to jest gdzie z tym pra­co­wać.

Dla ko­go to jest

Dla oso­by, któ­ra ma do­ro­bek i mi­mo to co­dzien­nie li­czy się z tym, że zo­sta­nie zde­ma­sko­wa­na. Któ­ra do­sta­je awans i pierw­sze, co czu­je, to nie du­ma, tyl­ko kal­ku­la­cja: ile cza­su zo­sta­ło, za­nim się zo­rien­tu­ją. Któ­ra ma na kon­cie re­al­ne rze­czy — pro­jek­ty, wy­ni­ki, za­do­wo­lo­nych klien­tów — i po­tra­fi wy­tłu­ma­czyć każ­dą z nich szczę­ściem, do­brym ze­spo­łem al­bo tym, że aku­rat nikt nie spraw­dzał do­kład­nie.

Dla oso­by, któ­ra nie zgła­sza się po no­we za­da­nia, nie apli­ku­je na sta­no­wi­ska, nie pro­si o pod­wyż­kę i nie za­bie­ra gło­su na spo­tka­niu — nie dla­te­go, że nie chce, tyl­ko dla­te­go, że naj­pierw chce być pew­na. A pew­ność nie przy­cho­dzi. Przy­cho­dzi ko­lej­ny kurs, ko­lej­ny cer­ty­fi­kat i ko­lej­ny rok, w któ­rym „jesz­cze nie te­raz”.

To jest zresz­tą naj­droż­sza część ca­łej spra­wy i naj­trud­niej­sza do za­uwa­że­nia. Cier­pie­nie wi­dać. Nie wi­dać rze­czy, któ­re przez nie nie zo­sta­ły zro­bio­ne — bo one nie zo­sta­wia­ją śla­du w ka­len­da­rzu.

I dla oso­by, któ­ra nie jest pew­na, czy w ogó­le na­le­ży do tej gru­py. Bo być mo­że to nie ża­den syn­drom, tyl­ko trzeź­wa oce­na sy­tu­acji. Być mo­że na­praw­dę cze­goś bra­ku­je. To py­ta­nie jest tu po­trak­to­wa­ne po­waż­nie i ma wła­sny roz­dział. Nie zo­sta­wiam go bez od­po­wie­dzi, bo to naj­czę­ściej za­da­wa­ne py­ta­nie w tej dzie­dzi­nie i naj­rza­dziej udzie­la­na od­po­wiedź.

Jest też gru­pa, dla któ­rej ta książ­ka jest na­pi­sa­na po­śred­nio: oso­by pro­wa­dzą­ce ze­spo­ły. Ostat­ni roz­dział jest w ca­ło­ści o tym, jak or­ga­ni­za­cja ho­du­je to zja­wi­sko u swo­ich lu­dzi, zwy­kle bez żad­nej złej in­ten­cji. Moż­na prze­czy­tać sam ten roz­dział i mieć z nie­go po­ży­tek.

Cze­go tu nie ma

Nie znaj­dziesz tu afir­ma­cji ani obiet­ni­cy, że prze­sta­niesz wąt­pić.

Nie ma tu zda­nia „je­steś wy­star­cza­ją­ca”. Nie ma li­sty po­zy­tyw­nych my­śli do po­wta­rza­nia przed lu­strem. Nie ma też za­pew­nie­nia, że po prze­czy­ta­niu ca­ło­ści po­czu­cie by­cia oszu­stem znik­nie, bo nie znam ni­ko­go, u ko­go znik­nę­ło cał­ko­wi­cie, i nie za­mie­rzam sprze­da­wać cze­goś, cze­go nie mam.

Nie ma tu rów­nież roz­dzia­łów o dzie­ciń­stwie, ro­dzi­ciel­stwie i me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. To jest książ­ka o pra­cy. Wy­łącz­nie o pra­cy: o spo­tka­niach, oce­nach rocz­nych, re­kru­ta­cjach, awan­sach, staw­kach i ma­ilach od sze­fa.

Nie ma tu wresz­cie za­ło­że­nia, któ­re iry­tu­je mnie w tej ka­te­go­rii naj­bar­dziej — że czy­tel­nik jest z pew­no­ścią świet­ny i tyl­ko w to nie wie­rzy. Skąd ni­by mia­ła­bym to wie­dzieć. Za­miast te­go jest pro­ce­du­ra spraw­dze­nia, po któ­rej wia­do­mo, jak jest na­praw­dę, i osob­ny plan na każ­dą z dwóch moż­li­wych od­po­wie­dzi.

To za­ło­że­nie jest pro­tek­cjo­nal­ne i lu­dzie je wy­czu­wa­ją. Dla­te­go nie ufa­ją po­rad­ni­kom — i ma­ją ra­cję.

To, co obie­cu­ję, jest węż­sze i spraw­dzal­ne. Że wąt­pli­wość prze­sta­nie po­dej­mo­wać za cie­bie de­cy­zje za­wo­do­we. Że zgło­sisz się, po­wiesz, po­pro­sisz, za­apli­ku­jesz — na­dal cza­sem czu­jąc się jak oszust. Wąt­pli­wość mo­że je­chać z to­bą. Nie mu­si pro­wa­dzić.

Umo­wa co do for­ma­tu

Po­wiem wprost, jak ta książ­ka jest zbu­do­wa­na, bo mam do tej ka­te­go­rii jed­ną po­waż­ną pre­ten­sję.

Za­nim usia­dłam do pi­sa­nia, przej­rza­łam osiem ksią­żek o syn­dro­mie oszu­sta do­stęp­nych po pol­sku — re­cen­zje, spi­sy tre­ści, frag­men­ty. Po­wta­rza się w nich jed­no: za­nim po­ja­wi się pierw­sze kon­kret­ne na­rzę­dzie, trze­ba przejść przez roz­bieg. Hi­sto­rię au­tor­ki, hi­sto­rię po­ję­cia, cza­sem hi­sto­rię ro­dzi­ny au­tor­ki. A po ta­ką książ­kę nie się­ga się z cie­ka­wo­ści. Się­ga się wte­dy, kie­dy coś trud­ne­go jest już wpi­sa­ne w ka­len­darz na naj­bliż­szy ty­dzień.

Pierw­sze ćwi­cze­nie znaj­dziesz w dru­gim roz­dzia­le. Nie lu­bię ksią­żek, któ­re ka­żą cze­kać.

Nie ma tu mo­jej hi­sto­rii ro­dzin­nej ani opo­wie­ści o tym, jak sa­ma do te­go do­szłam. Mó­wię „ja” wte­dy, gdy mam zda­nie i chcę je pod­pi­sać — nie po to, że­by za­peł­nić roz­dział.

Da­lej wy­glą­da to tak: każ­dy roz­dział ma jed­no za­da­nie i koń­czy się ram­ką z tym, co z nie­go zo­sta­je. Każ­de ćwi­cze­nie ma okre­ślo­ny czas wy­ko­na­nia, wy­peł­nio­ny przy­kład i kry­te­rium „skąd wiesz, że za­dzia­ła­ło”. Dwa­na­ście ćwi­czeń w ca­łej książ­ce, nie trzy­dzie­ści, bo trzy­dzie­stu i tak nikt nie zro­bi.

Ża­den me­cha­nizm nie jest tu tłu­ma­czo­ny dwa ra­zy. Nic tu nie zaj­mu­je miej­sca dwa ra­zy — i stąd bie­rze się ta ob­ję­tość, nie z po­mi­ja­nia rze­czy waż­nych.

Nie ma też roz­dzia­łu o me­to­dzie. Me­to­da nie jest te­ma­tem — te­ma­tem jest kon­kret­na sy­tu­acja: to spo­tka­nie, ta roz­mo­wa, ten ma­il. Je­śli tech­ni­ka po­cho­dzi skądś, pi­szę skąd, w jed­nym zda­niu, i wra­cam do spra­wy.

Jesz­cze jed­no. Kie­dy cze­goś nie wia­do­mo, jest to na­pi­sa­ne. Znaj­dziesz tu zda­nia w ro­dza­ju „to jest ko­re­la­cja, nie do­wód przy­czy­no­wy” i „ta me­to­da ni­g­dy nie by­ła ba­da­na osob­no”. W roz­dzia­le pierw­szym od­rzu­cam naj­po­pu­lar­niej­szą licz­bę w ca­łej tej dzie­dzi­nie, cho­ciaż by­ła­by dla mnie wy­god­na. Wo­lę książ­kę, któ­rej moż­na ufać w szcze­gó­łach, niż ta­ką, któ­ra brzmi pew­niej.

JAK KO­RZY­STAĆ Z TEJ KSIĄŻ­KI

ŚCIEŻ­KA 1 — PO KO­LEI. Od pierw­szej stro­ny do ostat­niej. Naj­lep­szy wy­bór, je­śli nie ma pil­ne­go ter­mi­nu. Część I mó­wi, co się dzie­je i czy to na pew­no to. Część II roz­bie­ra me­cha­nizm. Część III prze­cho­dzi sce­na po sce­nie przez kon­kret­ne sy­tu­acje za­wo­do­we. Część IV pil­nu­je, że­by to zo­sta­ło.

ŚCIEŻ­KA 2 — OD RA­ZU DO SWO­JEJ SCE­NY. Je­śli pro­blem ma na­zwę — awans, pod­wyż­ka, no­wa pra­ca, za­bra­nie gło­su, oce­na rocz­na, re­kru­ta­cja, po­wrót po urlo­pie ro­dzi­ciel­skim — idź pro­sto do Czę­ści III i znajdź swój roz­dział. Każ­da sce­na jest na­pi­sa­na tak, że­by da­ło się ją prze­czy­tać bez resz­ty książ­ki. Zrób tyl­ko wcze­śniej ćwi­cze­nie 1 z dru­gie­go roz­dzia­łu, bo do je­go wy­ni­ku od­sy­łam w kil­ku miej­scach.

ŚCIEŻ­KA 3 — TRYB AWA­RYJ­NY. Roz­mo­wa jest ju­tro. Nie ma cza­su na dwie­ście stron. Prze­czy­taj roz­dział 4 — pierw­sza po­moc, dzia­ła od ra­zu i zaj­mu­je kwa­drans — a po­tem przejdź do swo­jej sce­ny w Czę­ści III. Resz­ta po­cze­ka do week­en­du.CZĘŚĆ I — ZO­BACZ

Za­nim co­kol­wiek zmie­nisz, mu­sisz wie­dzieć, z czym masz do czy­nie­nia.

Ta część od­po­wia­da na trzy py­ta­nia po ko­lei: co to wła­ści­wie jest, czy do­ty­czy cie­bie i — to naj­waż­niej­sze — czy pro­ble­mem jest two­je prze­ko­na­nie, czy re­al­na lu­ka w umie­jęt­no­ściach. Bez te­go roz­strzy­gnię­cia ca­ła dal­sza pra­ca by­ła­by zga­dy­wa­niem.

Na koń­cu tej czę­ści masz w rę­ku wy­nik au­to­te­stu, swój pro­fil i trzy na­rzę­dzia dzia­ła­ją­ce od ra­zu.ROZ­DZIAŁ 1

NIE JE­STEŚ JE­DY­NĄ OSO­BĄ
W TYM PO­KO­JU

1.1. Czte­ry hi­sto­rie

Te czte­ry oso­by wra­ca­ją wie­lo­krot­nie. War­to po­znać je po­rząd­nie, bo w ko­lej­nych roz­dzia­łach bę­dą wy­peł­niać ćwi­cze­nia, pro­wa­dzić trud­ne roz­mo­wy i po­peł­niać błę­dy, któ­re ła­twiej zo­ba­czyć u ko­goś in­ne­go niż u sie­bie.

Ewe­li­na, 41 lat, dy­rek­tor­ka w fir­mie pro­duk­cyj­nej.

Awan­so­wa­ła rok te­mu. Trzy­na­ście lat w tej sa­mej fir­mie, prze­szła przez trzy dzia­ły, zna za­kład od ha­li po za­rząd. Kie­dy do­sta­ła pro­po­zy­cję, po­pro­si­ła o dwa dni do na­my­słu i przez te dwa dni ukła­da­ła w gło­wie li­stę osób, któ­re nada­wa­ły­by się le­piej.

Na za­rząd przy­cho­dzi z pre­zen­ta­cją, któ­rą prze­ra­bia­ła czte­ry ra­zy. Zna każ­dą licz­bę na pa­mięć, ma przy­go­to­wa­ne od­po­wie­dzi na py­ta­nia, któ­rych nikt nie za­da­je od dwóch lat, i bac­kup slaj­dów na wy­pa­dek, gdy­by ktoś drą­żył te­mat marż w dru­gim kwar­ta­le. Trwa to zwy­kle trzy­dzie­ści mi­nut. Przy­go­to­wa­nie zaj­mu­je jej dwa wie­czo­ry.

Po każ­dej ta­kiej pre­zen­ta­cji do­sta­je krót­kie „do­bra ro­bo­ta” i wra­ca do biu­ra z jed­ną my­ślą: _tym ra­zem prze­szło_.

Praw­dzi­we zda­nie Ewe­li­ny brzmi tak: _dla­cze­go ja? Prze­cież są lep­si._ Po­wta­rza je so­bie na ty­le czę­sto, że prze­sta­ła je za­uwa­żać — mniej wię­cej tak, jak prze­sta­je się sły­szeć wła­sną lo­dów­kę.

Nie mó­wi te­go ni­ko­mu. W pra­cy ucho­dzi za oso­bę spo­koj­ną i do­brze przy­go­to­wa­ną. To dru­gie jest praw­dą. Kosz­tu­je ją to trzy wie­czo­ry w ty­go­dniu.

Naj­cie­kaw­sze jest to, co Ewe­li­na ro­bi z po­chwa­ła­mi. Nie od­rzu­ca ich na głos. Mó­wi „dzię­ku­ję”, uśmie­cha się i w tym sa­mym mo­men­cie w środ­ku do­pi­su­je przy­pis: _bo się przy­go­to­wa­łam, każ­dy by tak wy­padł po dwóch wie­czo­rach_.

W ten spo­sób każ­dy suk­ces sta­je się do­wo­dem na to, że bez tych dwóch wie­czo­rów by­ło­by wi­dać praw­dę. Im le­piej jej idzie, tym moc­niej trzy­ma się przy­go­to­wa­nia. To nie jest przy­pa­dek — to jest pę­tla i ma na­zwę: cykl oszu­sta, roz­dział 5.

Ma­rek, 36 lat, le­ad de­ve­lo­per.

Dzie­sięć lat w za­wo­dzie, sze­ścio­oso­bo­wy ze­spół, staw­ka w gór­nym prze­dzia­le ryn­ku. Klient prze­dłu­żył kon­trakt dwa ra­zy z rzę­du, ostat­nio na­wet bez ne­go­cjo­wa­nia ce­ny.

Ma­rek ma na to jed­no wy­tłu­ma­cze­nie i trzy­ma się go kon­se­kwent­nie: _je­stem po pro­stu do­bry, nie wy­bit­ny, a pła­cą mi jak wy­bit­ne­mu_. W je­go gło­wie to nie jest skrom­ność, tyl­ko ra­chu­nek. Ra­chu­nek, któ­ry się nie zga­dza, a nie­zgod­ne ra­chun­ki prę­dzej czy póź­niej ktoś za­uwa­ża.

Na co­de re­view mil­czy dłu­żej, niż po­trze­bu­je. Kie­dy młod­szy pro­gra­mi­sta wrzu­ca roz­wią­za­nie, któ­re­go Ma­rek by nie wy­my­ślił, no­tu­je so­bie to ja­ko do­wód. Nie ja­ko cie­ka­wost­kę — ja­ko do­wód.

Je­go stra­te­gia na­zy­wa się „jesz­cze je­den kurs”. W tym ro­ku ku­pił trzy. Skoń­czył je­den. Czwar­ty ma w pla­nach. Ku­po­wa­nie dzia­ła le­piej niż koń­cze­nie, bo w mo­men­cie za­ku­pu po­ja­wia się ulga: _do­bra, zaj­mu­ję się tym_.

Ostat­nio od­mó­wił wy­stą­pie­nia na fir­mo­wej kon­fe­ren­cji. Po­wie­dział, że nie ma cza­su. Miał czas.

Ma­rek jest tu waż­ny z jesz­cze jed­ne­go po­wo­du. Hi­sto­rie o syn­dro­mie oszu­sta zwy­kle opo­wia­da się o ko­bie­tach po awan­sie, a Ma­rek nie awan­so­wał, nie zmie­nił ro­li i ro­bi to sa­mo od dwóch lat. Po­czu­cie by­cia oszu­stem nie po­trze­bu­je zmia­ny, że­by się utrzy­mać. Wy­star­czy mu staw­ka, któ­ra w je­go gło­wie jest za wy­so­ka.

Ka­sia, 33 la­ta, mar­ke­ting.

Wra­ca po dwóch la­tach urlo­pu ro­dzi­ciel­skie­go. Przez te dwa la­ta fir­ma prze­szła na in­ny sys­tem, zmie­ni­ła agen­cję, wy­mie­ni­ła po­ło­wę ze­spo­łu i za­czę­ła ro­bić rze­czy, któ­rych nazw Ka­sia nie zna. Na pierw­szym spo­tka­niu pa­da skrót, któ­ry wszy­scy ro­zu­mie­ją oprócz niej.

Nie py­ta. Za­pi­su­je so­bie w no­tat­ni­ku i spraw­dza wie­czo­rem, po po­ło­że­niu dziec­ka.

Ma je­de­na­ście lat do­świad­cze­nia w mar­ke­tin­gu i czte­ry kam­pa­nie, któ­re w tej fir­mie do dziś po­da­je się ja­ko przy­kład. Ale te kam­pa­nie by­ły przed prze­rwą, a prze­rwa w jej gło­wie dzia­ła jak gum­ka — wy­ma­za­ła wszyst­ko, co by­ło wcze­śniej, i zo­sta­wi­ła tyl­ko da­tę po­wro­tu.

Na spo­tka­niach ma po­my­sły. Przy­go­to­wu­je je na­wet w my­ślach, ca­ły­mi zda­nia­mi. Po­tem ktoś mó­wi coś po­dob­ne­go i Ka­sia stwier­dza, że te­raz to już nie ma sen­su.

Boi się otwo­rzyć usta, bo pierw­sze zda­nie po dwóch la­tach mu­si w jej gło­wie być bar­dzo do­bre.

W do­mu ra­dzi so­bie z rze­cza­mi, któ­re wy­ma­ga­ją pla­no­wa­nia, ne­go­cja­cji i od­por­no­ści w stop­niu, o ja­kim w żad­nej ofer­cie pra­cy nie ma mo­wy. W pra­cy uwa­ża, że przez dwa la­ta nic nie ro­bi­ła.

Jej wer­sja te­go zda­nia brzmi: _wy­pa­dłam z obie­gu_.

To­mek, 27 lat, ana­li­tyk.

Dru­gi rok w kor­po­ra­cji, pierw­szy w ro­dzi­nie z dy­plo­mem. Oj­ciec pra­cu­je na bu­do­wie i mó­wi zna­jo­mym, że syn „sie­dzi w kom­pu­te­rach w ta­kiej du­żej fir­mie”. To­mek za­ra­bia wię­cej niż ro­dzi­ce ra­zem i nie umie o tym roz­ma­wiać przy nie­dziel­nym obie­dzie.

W pra­cy ra­dzi so­bie do­brze. Ro­bi mo­de­le, któ­re ktoś po­tem po­ka­zu­je na spo­tka­niach wy­żej.

Na cal­lach z cen­tra­lą mil­czy. An­giel­ski ma na po­zio­mie, któ­ry wy­star­cza — czy­ta do­ku­men­ta­cję, pi­sze ma­ile, ro­zu­mie wszyst­ko. Ale kie­dy trze­ba wejść w roz­mo­wę w pół zda­nia, wcho­dzi pa­ra­liż. Zda­nie jest go­to­we w gło­wie, a mo­ment mi­ja.

Gor­sze od an­giel­skie­go jest coś in­ne­go. Ko­le­dzy w ze­spo­le mó­wią o rze­czach, któ­rych To­mek nie zna: o wa­ka­cjach w miej­scach, o któ­rych nie sły­szał, o wy­cho­dze­niu na lunch tam, gdzie ze­staw kosz­tu­je sześć­dzie­siąt zło­tych, o tym, jak roz­ma­wiać z dy­rek­to­rem, że­by wy­szło swo­bod­nie. Oni to ma­ją z do­mu. On się te­go uczy na bie­żą­co i ma po­czu­cie, że wi­dać.

Je­go zda­nie brzmi: _ja tu je­stem na prze­pu­st­ce_.

To­mek ma naj­mniej do­świad­cze­nia z ca­łej czwór­ki i naj­wię­cej po­wo­dów, że­by być z sie­bie za­do­wo­lo­nym. Nie jest. W je­go przy­pad­ku do­cho­dzi bo­wiem jesz­cze jed­na war­stwa: po­czu­cie, że nie zna ko­dów, któ­re in­ni do­sta­li w do­mu za dar­mo — i że to prę­dzej czy póź­niej wyj­dzie.

To jest w Pol­sce bar­dzo czę­ste i pra­wie nie­opi­sa­ne. Ma osob­ny pod­roz­dział w roz­dzia­le 10.

Te czte­ry hi­sto­rie są praw­dzi­we co do me­cha­ni­zmu, choć szcze­gó­ły zo­sta­ły po­zmie­nia­ne. Wy­bra­łam je nie dla­te­go, że są skraj­ne, tyl­ko dla­te­go, że są ty­po­we.

Je­śli któ­raś za­bo­la­ła bar­dziej niż po­zo­sta­łe — to jest in­for­ma­cja. War­to ją za­pa­mię­tać, bo za kil­ka­na­ście stron przy­da się przy czy­ta­niu wła­sne­go wy­ni­ku.

1.2. Co łą­czy te czte­ry oso­by

Czte­ry róż­ne bran­że, dwie płcie, wiek od dwu­dzie­stu sied­miu do czter­dzie­stu je­den lat, do­świad­cze­nie od dwóch do trzy­na­stu lat. Róż­ne wy­zwa­la­cze: awans, staw­ka, prze­rwa w ka­rie­rze, awans spo­łecz­ny. Nic wspól­ne­go oprócz jed­nej rze­czy.

Każ­da z tych osób ma obiek­tyw­ne do­wo­dy na swo­ją kom­pe­ten­cję i każ­da z nich po­tra­fi te do­wo­dy roz­bro­ić. Awans jest przy­pad­kiem, kon­trakt za­słu­gą ze­spo­łu, do­bra oce­na wy­ni­kiem te­go, że prze­ło­żo­ny nie przy­glą­da się do­kład­nie. Zo­sta­je prze­ko­na­nie, że suk­ces nie na­le­ży do nich, a je­go źró­dłem jest szczę­ście, cu­dza po­mył­ka al­bo spraw­ne ukry­wa­nie bra­ków — i wraz z tym prze­ko­na­niem sta­łe ocze­ki­wa­nie, że kie­dyś ktoś to za­uwa­ży i po­wie na głos. To jest ca­ły me­cha­nizm. Po­czu­cie by­cia oszu­stem nie po­le­ga na bra­ku do­wo­dów, tyl­ko na tym, że do­wo­dy nie do­cie­ra­ją.

Zwróć uwa­gę, cze­go na tej li­ście nie ma. Nie ma ni­skich kom­pe­ten­cji. Nie ma złych wy­ni­ków. Nie ma na­wet złych prze­ło­żo­nych — trzy z tych czte­rech osób ma­ją prze­ło­żo­nych, któ­rzy je ce­nią i mó­wią im to.

Jest tyl­ko sys­tem tłu­ma­czeń, któ­ry każ­dy do­wód za­mie­nia w przy­pa­dek.

I jesz­cze jed­no, co je łą­czy: żad­na z tych osób nie mó­wi o tym w pra­cy. Każ­da jest prze­ko­na­na, że jest je­dy­na w po­ko­ju.

To ostat­nie jest klu­czo­we, więc po­wiem to ina­czej. Ele­ment, któ­ry bo­li naj­bar­dziej, to nie sa­mo po­czu­cie oszu­stwa, tyl­ko prze­ko­na­nie o je­go wy­jąt­ko­wo­ści. _Wszy­scy in­ni na­praw­dę wie­dzą, co ro­bią. Tyl­ko ja uda­ję._

Czte­ry oso­by sie­dzą na tym sa­mym spo­tka­niu, każ­da z tym sa­mym zda­niem w gło­wie, i każ­da pa­trzy na po­zo­sta­łe trzy jak na do­wód swo­jej gor­szo­ści.

Stąd ty­tuł te­go roz­dzia­łu.

1.3. Skąd się wzię­ła ta na­zwa

Po­ję­cie ma kon­kret­ną da­tę uro­dze­nia: rok 1978. Opi­sa­ły je dwie ame­ry­kań­skie psy­cho­loż­ki, Pau­li­ne Ro­se Clan­ce i Su­zan­ne Imes, na pod­sta­wie wła­snej prak­ty­ki kli­nicz­nej.

Ich ma­te­ria­łem by­ło sto sie­dem­dzie­siąt osiem ko­biet o wy­so­kich osią­gnię­ciach — stu­den­tek, dok­to­ran­tek, wy­kła­dow­czyń, spe­cja­li­stek. Ko­biet, któ­re mia­ły stop­nie na­uko­we, pu­bli­ka­cje i wy­ni­ki te­stów, i któ­re mi­mo to by­ły prze­ko­na­ne, że oszu­ka­ły sys­tem.

To był tekst kli­nicz­ny, nie ba­da­nie epi­de­mio­lo­gicz­ne. War­to ro­zu­mieć róż­ni­cę, bo od niej za­le­ży, co wol­no z tej pra­cy wy­cią­gnąć. Au­tor­ki opi­sa­ły zja­wi­sko, któ­re wi­dzia­ły u swo­ich pa­cjen­tek i klien­tek. Nie spraw­dza­ły, jak czę­sto wy­stę­pu­je w po­pu­la­cji, bo nie ta­kie by­ło za­da­nie.

Pró­ba by­ła wą­ska tak­że w dru­gim sen­sie. Sa­me ko­bie­ty, w więk­szo­ści bia­łe, z kla­sy śred­niej i wyż­szej, głów­nie ze śro­do­wi­ska aka­de­mic­kie­go. Nikt tam nie pro­wa­dził ze­spo­łu pro­gra­mi­stów, nie wra­cał po urlo­pie ro­dzi­ciel­skim do fir­my, któ­ra zmie­ni­ła sys­tem, i nie był pierw­szą oso­bą w ro­dzi­nie z dy­plo­mem.

To nie unie­waż­nia opi­su — opis oka­zał się traf­ny i prze­trwał pra­wie pięć­dzie­siąt lat. Ale każ­de zda­nie za­czy­na­ją­ce się od „ba­da­nia z 1978 ro­ku do­wio­dły, że wszy­scy…” jest nad­uży­ciem. Ta pra­ca ni­cze­go nie do­wio­dła o wszyst­kich. Ona coś na­zwa­ła.

I to na­zwa­nie by­ło jej naj­więk­szą za­słu­gą. Lu­dzie, któ­rzy nie mie­li sło­wa na wła­sne do­świad­cze­nie, na­gle je do­sta­li.

War­to do­ce­nić, jak du­żo to zmie­nia. Do­pó­ki cze­goś nie da się na­zwać, jest to pry­wat­na wa­da cha­rak­te­ru. Od mo­men­tu, gdy ma na­zwę, sta­je się zja­wi­skiem, któ­re do­ty­czy tak­że in­nych — a więc czymś, o czym da się roz­ma­wiać i co da się ba­dać.

Pra­wie pięć­dzie­siąt lat póź­niej ba­da­nia obej­mu­ją już dzie­siąt­ki ty­się­cy osób oboj­ga płci, w bar­dzo róż­nych za­wo­dach. Opis z 1978 ro­ku oka­zał się na ty­le traf­ny, że prze­trwał w za­sa­dzie bez zmian.

Zmie­ni­ło się na­to­miast jed­no sło­wo. I to aku­rat na gor­sze.

1.4. Dla­cze­go „syn­drom” to złe sło­wo

Jest w tej hi­sto­rii szcze­gół, któ­ry zni­ka w tłu­ma­cze­niu i w prak­ty­ce zmie­nia wszyst­ko.

Au­tor­ki uży­ły sło­wa „ZJA­WI­SKO”. Po an­giel­sku: _phe­no­me­non_. Nie „syn­drom”, nie „za­bu­rze­nie”, nie „cho­ro­ba”.

Sło­wo „syn­drom” do­pi­sa­ła póź­niej po­pu­la­ry­za­cja, bo brzmi moc­niej. I brzmi tak moc­no, że za­czę­ło my­lić.

Syn­drom to ze­spół ob­ja­wów. Ze­spół ob­ja­wów su­ge­ru­je jed­nost­kę cho­ro­bo­wą, jed­nost­ka cho­ro­bo­wa su­ge­ru­je dia­gno­zę, a dia­gno­za su­ge­ru­je le­cze­nie. Ca­ły ten ciąg jest fał­szy­wy. Po­czu­cia by­cia oszu­stem nie ma w żad­nej z dwóch obo­wią­zu­ją­cych kla­sy­fi­ka­cji — ani w DSM-5, ani w ICD-10. Nie da się te­go zdia­gno­zo­wać, bo nie ma cze­go dia­gno­zo­wać w sen­sie me­dycz­nym.

Ma to trzy prak­tycz­ne kon­se­kwen­cje i wszyst­kie trzy są do­bre.

Po pierw­sze: nikt te­go nie „ma” jak gry­py. To jest spo­sób, w ja­ki umysł in­ter­pre­tu­je wła­sne suk­ce­sy — spo­sób wy­uczo­ny, po­wta­rzal­ny i zmien­ny. Rze­czy wy­uczo­ne da się prze­ra­biać.

Po dru­gie: to nie jest stan ze­ro-je­dyn­ko­wy. Nie ma pro­gu, po­wy­żej któ­re­go „się ma”, a po­ni­żej „się nie ma”. Jest na­tę­że­nie, i to na­tę­że­nie zmie­nia się w za­leż­no­ści od sy­tu­acji. Ta sa­ma oso­ba mo­że być spo­koj­na na swo­im sta­rym sta­no­wi­sku i roz­ło­żo­na na no­wym.

Po trze­cie: to nie jest orze­cze­nie o toż­sa­mo­ści. „Je­stem oso­bą z syn­dro­mem oszu­sta” brzmi jak trwa­ła ce­cha. „Mam sil­ne po­czu­cie by­cia oszu­stem w tej ro­li, od trzech mie­się­cy” brzmi jak sy­tu­acja. Róż­ni­ca mię­dzy ty­mi zda­nia­mi to róż­ni­ca mię­dzy czymś, z czym da się pra­co­wać, a czymś, co się no­si.

Jest też koszt prak­tycz­ny te­go sło­wa, któ­ry wi­dać w ga­bi­ne­tach i na szko­le­niach. Kie­dy coś jest „syn­dro­mem”, na­tu­ral­nym od­ru­chem sta­je się szu­ka­nie le­ku — jed­ne­go, sku­tecz­ne­go, naj­le­piej szyb­kie­go. Lu­dzie idą więc na jed­no­ra­zo­wy warsz­tat, wy­cho­dzą z nie­go z ulgą i na­zwą, i są prze­ko­na­ni, że spra­wa za­ła­twio­na.

Nie jest. To, co wia­do­mo na te­mat ta­kich warsz­ta­tów, nie jest we­so­łą wia­do­mo­ścią — roz­dział 19.

Mi­mo to zo­sta­ję przy na­zwie „syn­drom oszu­sta”. Nie dla­te­go, że jest po­praw­na, tyl­ko dla­te­go, że tak mó­wią lu­dzie — i tak to wpi­su­ją w wy­szu­ki­war­kę o dru­giej w no­cy. Upie­ra­nie się przy po­praw­nej na­zwie kosz­to­wa­ło­by wię­cej, niż jest war­te. Te­raz jed­nak wia­do­mo, co ta na­zwa na­praw­dę ozna­cza, a co tyl­ko su­ge­ru­je.

1.5. Licz­ba, któ­rej nie po­dam

W każ­dym ar­ty­ku­le na ten te­mat po­ja­wia się ta sa­ma licz­ba: 70% LU­DZI DO­ŚWIAD­CZA SYN­DRO­MU OSZU­STA.

Jest w na­głów­kach, na slaj­dach szko­le­nio­wych, w opi­sach ksią­żek i w pierw­szym aka­pi­cie nie­mal każ­de­go tek­stu po­pu­lar­ne­go. By­ła­by dla mnie wy­god­na. Świet­nie otwie­ra roz­dział, na­tych­miast uspo­ka­ja czy­tel­ni­ka i nikt jej nie kwe­stio­nu­je.

Nie uży­ję jej. Po­wód jest pro­sty: ta licz­ba nie po­cho­dzi z ba­da­nia re­cen­zo­wa­ne­go.

Jej źró­dłem jest ar­ty­kuł pra­so­wy z 2007 ro­ku w _Chro­nic­le of Hi­gher Edu­ca­tion_, re­la­cjo­nu­ją­cy son­daż prze­pro­wa­dzo­ny w po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych. Li­te­ra­tu­ra na­uko­wa cy­tu­je tę licz­bę za tym ar­ty­ku­łem pra­so­wym, a nie za pra­cą pier­wot­ną — bo pra­ca pier­wot­na ni­g­dy nie uka­za­ła się w re­cen­zo­wa­nym cza­so­pi­śmie. Licz­ba krą­ży od kil­ku­na­stu lat, jest prze­pi­sy­wa­na z tek­stu do tek­stu i w każ­dym ko­lej­nym wy­glą­da so­lid­niej, bo ma wię­cej cy­to­wań za so­bą.

To nie zna­czy, że jest fał­szy­wa. To zna­czy, że nie wia­do­mo, na czym stoi. A na czymś, o czym nie wia­do­mo, na czym stoi, nie za­mie­rzam bu­do­wać pierw­sze­go roz­dzia­łu.

Pi­szę o tym w pierw­szym roz­dzia­le, a nie w przy­pi­sie na koń­cu, z kon­kret­ne­go po­wo­du. Da­lej bę­dzie spo­ro liczb i chcę, że­by by­ło ja­sne, jak są do­bie­ra­ne.

Co za­tem wia­do­mo na­praw­dę.

Ist­nie­je prze­gląd sześć­dzie­się­ciu dwóch ba­dań, obej­mu­ją­cy łącz­nie czter­na­ście ty­się­cy sto sześć­dzie­siąt je­den osób. Wy­ni­ki roz­po­wszech­nie­nia miesz­czą się w nim w prze­dzia­le OD 9% DO 82%.

Ta­ki roz­rzut wy­glą­da na kom­pro­mi­ta­cję i war­to ro­zu­mieć, dla­cze­go nią nie jest.

Róż­ni­ca nie bie­rze się stąd, że jed­na gru­pa za­wo­do­wa cier­pi dzie­więć ra­zy bar­dziej niż in­na. Bie­rze się głów­nie z na­rzę­dzia. Róż­ne ba­da­nia uży­wa­ły róż­nych kwe­stio­na­riu­szy, a każ­dy kwe­stio­na­riusz ma in­ny próg od­cię­cia — in­ny wy­nik, po­wy­żej któ­re­go uzna­je się, że „jest”. W jed­nym ba­da­niu ta sa­ma po­pu­la­cja da­wa­ła 24% al­bo 39% w za­leż­no­ści wy­łącz­nie od te­go, czy próg usta­wio­no na 58, czy na 62 punk­ty.

Czy­li: nie wie­my, ilu lu­dzi to ma, bo nie ma zgo­dy co do te­go, co to zna­czy „mieć”. Wie­my na­to­miast, że w każ­dej ba­da­nej gru­pie, przy każ­dym na­rzę­dziu, ta­kie oso­by są — i ni­g­dy nie jest ich ma­ło.

Ten szcze­gół wra­ca w dru­gim roz­dzia­le przy czy­ta­niu wła­sne­go wy­ni­ku, więc war­to go za­pa­mię­tać: GRA­NI­CA MIĘ­DZY „MAM TO” A „NIE MAM TE­GO” JEST UMOW­NA. Nie ma pro­gu, po któ­re­go prze­kro­cze­niu zja­wi­sko się za­czy­na. Jest na­tę­że­nie, któ­re ro­śnie i ma­le­je.

To do­bra wia­do­mość dla każ­de­go, kto szu­ka po­twier­dze­nia, że je­go przy­pa­dek „jesz­cze się nie kwa­li­fi­ku­je”. Nie ma się do cze­go kwa­li­fi­ko­wać. Jest tyl­ko py­ta­nie, ile to kosz­tu­je w tym ro­ku.

Uczci­wa wer­sja zda­nia otwie­ra­ją­ce­go brzmi więc tak: to jest bar­dzo czę­ste, a każ­dy, kto po­da­je do­kład­ny pro­cent, po­da­je przede wszyst­kim in­for­ma­cję o uży­tym kwe­stio­na­riu­szu.

A sko­ro już przy licz­bach — jesz­cze jed­na, o płci.

Po­pu­lar­ne prze­ko­na­nie mó­wi, że to pro­blem głów­nie ko­biet. Da się to spraw­dzić i zo­sta­ło to spraw­dzo­ne: ist­nie­je me­ta­ana­li­za stu ośmiu ba­dań, obej­mu­ją­ca po­nad czter­dzie­ści dwa ty­sią­ce uczest­ni­ków.

Wy­nik: ko­bie­ty wy­pa­da­ją wy­żej. Wiel­kość efek­tu to 0,27, co w tej dzie­dzi­nie ozna­cza róż­ni­cę ma­łą do umiar­ko­wa­nej.

In­ny­mi sło­wy: RÓŻ­NI­CA IST­NIE­JE I PO­WTA­RZA SIĘ W BA­DA­NIACH, ALE JEST NIE­WIEL­KA. Na ty­le nie­wiel­ka, że nie da się z niej zro­bić zda­nia „to pro­blem ko­biet” — bo w prak­ty­ce ozna­cza ona, że w do­wol­nym po­ko­ju sie­dzi z tym mniej wię­cej po­rów­ny­wal­na licz­ba jed­nych i dru­gich.

Po­da­ję tę licz­bę za­miast po­mi­jać, bo jej po­mi­ja­nie w obie stro­ny by­ło­by nie­uczci­we. I za­my­kam te­mat tu­taj — to jest książ­ka o pra­cy, nie o płci.

Jest na­to­miast jed­no ba­da­nie, któ­re war­to znać w ca­ło­ści, bo do­ty­czy Pol­ski i kon­kret­nie pra­cy.

CO MÓ­WIĄ POL­SCY PRA­COW­NI­CY

Ba­da­nie prze­pro­wa­dzo­ne na 577 pra­cu­ją­cych Po­la­kach.

81% przy­naj­mniej spo­ra­dycz­nie ma wra­że­nie, że suk­ces wy­ni­ka ze szczę­ścia, przy­pad­ku lub cu­dzych błę­dów.

47% oba­wia się „zde­ma­sko­wa­nia”.

40% ma po­czu­cie, że in­ni prze­ce­nia­ją ich kom­pe­ten­cje.

TYL­KO 19% za­wsze przy­pi­su­je suk­ces wła­snym kom­pe­ten­cjom.

A te­raz część, któ­ra ro­bi naj­więk­sze wra­że­nie. Za­py­ta­ni o ba­rie­ry wła­sne­go roz­wo­ju, ba­da­ni wska­zy­wa­li: brak pew­no­ści sie­bie — 16%, strach przed po­raż­ką — 13%, strach przed ne­ga­tyw­ną oce­ną — 9%. BRAK KOM­PE­TEN­CJI — 2%.

Ten ostat­ni wiersz war­to prze­czy­tać dwa ra­zy.

Lu­dzie w pol­skich fir­mach ośmio­krot­nie czę­ściej wska­zu­ją brak pew­no­ści sie­bie niż brak umie­jęt­no­ści. Nie przez to, cze­go nie umie­ją. Przez to, co o tym my­ślą.

War­to przy tym pa­mię­tać, że to są de­kla­ra­cje, nie po­miar kom­pe­ten­cji. Lu­dzie od­po­wia­da­li na py­ta­nie o wła­sne ba­rie­ry i tak je wi­dzą. Mo­że się zda­rzyć, że ktoś ma re­al­ny brak i go nie do­strze­ga.

Na­wet z tym za­strze­że­niem pro­por­cja jest ude­rza­ją­ca. Osiem do jed­ne­go to nie jest szcze­gół sta­ty­stycz­ny.

I to jest wła­ści­wy punkt wyj­ścia. Nie „na­uczysz się cze­goś no­we­go”, tyl­ko „prze­sta­niesz so­bie od­bie­rać rze­czy, któ­re już umiesz”.

Z te­go roz­dzia­łu wy­cho­dzisz z…

1. Na­zwa­niem te­go, co się dzie­je: do­wo­dy są, ale nie do­cie­ra­ją. To nie jest brak do­wo­dów.

2. Świa­do­mo­ścią, że „syn­drom” to sło­wo my­lą­ce — te­go nie ma w DSM-5 ani w ICD-10, a to zna­czy, że nie jest to cho­ro­ba do wy­le­cze­nia, tyl­ko wzo­rzec do prze­ro­bie­nia.

3. Od­por­no­ścią na naj­czę­ściej po­wta­rza­ną licz­bę w tej dzie­dzi­nie oraz kon­kret­ny­mi pol­ski­mi da­ny­mi w za­mian.ROZ­DZIAŁ 2

CZY TO TY?

Roz­dział pierw­szy opi­sy­wał czte­ry oso­by. Ten słu­ży do jed­nej rze­czy: spraw­dze­nia, ile z te­go do­ty­czy cie­bie i w ja­kim stop­niu.

Czy­ta­nie o cu­dzych hi­sto­riach ma jed­ną wa­dę. Za­wsze da się w nich zna­leźć sie­bie, je­śli się chce, i za­wsze da się nie zna­leźć, je­śli się nie chce. Dla­te­go za­miast py­ta­nia „czy to brzmi zna­jo­mo” bę­dzie tu licz­ba.

Za­cznie­my od te­go, po czym się to po­zna­je, a po dwóch stro­nach bę­dzie kwe­stio­na­riusz.

2.1. Sześć wy­mia­rów

Po­czu­cie by­cia oszu­stem nie jest jed­nym uczu­ciem. Skła­da się z sze­ściu ele­men­tów, któ­re cho­dzą ra­zem, ale u róż­nych osób w róż­nych pro­por­cjach. Wy­od­ręb­ni­ła je Pau­li­ne Ro­se Clan­ce w 1985 ro­ku; twier­dze­nia w te­ście po­ni­żej są mo­je i do­ty­czą wy­łącz­nie pra­cy. War­to znać wszyst­kie sześć, bo za chwi­lę każ­dy z nich po­ja­wi się w te­ście.

1. CYKL. Przed każ­dym więk­szym za­da­niem po­ja­wia się lęk, a lęk roz­wi­dla się na dwie dro­gi: al­bo przy­go­to­wa­nie po­nad mia­rę, al­bo od­kła­da­nie do ostat­niej chwi­li. _W pra­cy:_ pre­zen­ta­cja na trzy­dzie­ści mi­nut prze­ra­bia­na przez trzy wie­czo­ry — al­bo pi­sa­na o dwu­dzie­stej trze­ciej w przed­dzień.

-- -- --

-- -- --
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij