Synowie Kalevy - ebook
Kazimierz i jego córka Wanda trafiają do Finlandii tam po spotkaniu Aleksieja, Iriny i Nadieżdy są świadkami zmierzenia się Aleksieja z jego przeszłością.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-108-0 |
| Rozmiar pliku: | 1 002 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rozdział 1
Finlandia
— A więc to jest Finlandia. — Kazimierz rzucił okiem na las.
— Dokładnie. — Aleksiej podszedł powoli.
Za nim była Nadieżda.
— Kaziu…
— Nadzieja…
— Czy naprawdę jesteś moim Kazimierzem? — spytała powoli. — Czy tylko iluzją?
— Jestem twoim mężem, Radziecka. — Kazimierz bardzo wolno popatrzył na nią. — Zresztą gdybym nim nie był nie miałbym tego. — dodał i pokazał bliznę na dłoni.
Podbiegli do siebie i przytulili.
— Tęskniłam.
— Ja też. — odparł.
Aleksiej rozejrzał się po okolicy.
— Chodźmy stąd, mam złe przeczucia. — powiedział.
…
— Trudno mi nadal w to uwierzyć. — Aleksiej spojrzał na córkę. — Wolałem normalne życie. Od momentu, gdy uratowałem twojego ojca wszystko zwariowało. — dodał rzuciwszy okiem na zięcia.
— Los bywa przewrotny. — odparł Kazimierz.
— Od kiedy Irina weszła w relację z Marzanną wszystko powariowało. — na twarzy Aleksieja pojawił się ironiczny uśmiech.
— A właśnie, gdzie ona?
Gdy padło to pytanie powiał chłód.
— Masz odpowiedź. — zaśmiała się Irina za jego plecami
— Do diaska niech pani nie straszy.
— Zawsze byłam straszna najpierw jako politruk a potem jako śmierć. — bogini śmierci odruchowo sięgnęła po kosę. — Zdecydowanie wolę zabijać po swojemu.
— Po radziecku znaczy?
Irina uniosła brew, a w jej pustych oczach błysnęło coś na kształt rozbawienia.
— Po radziecku? — powtórzyła z lekkim uśmiechem. — Nie, Kazimierzu… PO SPRAWIEDLIWEMU.
Aleksiej parsknął śmiechem.
— To akurat w twoim wydaniu brzmi jeszcze groźniej.
Śmierć wzruszyła ramionami i zarzuciła kosę na plecy.
— W Finlandii sprawy zawsze kończą się zimnem, krwią albo jednym i drugim.
Nadieżda zadrżała lekko.
— Lepiej nie mów tak przy tym lesie.
Wszyscy spojrzeli w stronę ściany sosen.
Były wysokie.
Nieruchome.
Zbyt nieruchome.
Nie poruszał ich wiatr.
Kazimierz zmarszczył brwi.
— Coś jest nie tak.
Aleksiej skinął głową.
— Tu nie chodzi tylko o Finlandię. To ziemia Kalevy. Stare duchy nie lubią obcych.
— Kim był Kaleva? — spytała Nadia.
Irina spojrzała na nią uważnie.
— Dla jednych olbrzymem. Dla innych pierwszym królem północy. Dla jeszcze innych ojcem bohaterów.
— A jego synowie? — dopytała Wanda.
— Z nimi jest problem. — odparł Aleksiej. — W legendach byli obrońcami tej ziemi. Ale kiedy nadchodzi koniec czasów… wracają jako sędziowie.
Zapadła cisza.
Jakby sam las słuchał.
Wtedy rozległ się trzask gałęzi.
Z ciemności między drzewami wyszła postać.
Wysoka.
Barczysta.
Odziana w wilcze skóry.
W dłoni trzymała włócznię z białego drewna.
— Suomi nie przyjmuje obcych lekką ręką. — powiedział po fińsku.
Kazimierz spojrzał na Aleksieja.
— Tłumacz.
— To nie będzie potrzebne. — mruknęła Irina. — Rozumiem język śmierci, a on pachnie poległymi wojownikami.
Nieznajomy zmrużył oczy.
— Więc to prawda. Kostucha północy wróciła.
Irina uśmiechnęła się lodowato.
— Wróciłam. A ty kim jesteś?
Mężczyzna uderzył włócznią o ziemię.
— Zwą mnie Kullervo. Syn Kalevy.
Las odpowiedział echem.
Aleksiej pobladł.
— To niemożliwe…
Kullervo zrobił krok naprzód.
— Nadchodzi ten, który łamie światy. A wy sprowadziliście jego cień na naszą ziemię.
Wskazał włócznią na Wandę.
— Ona niesie znak.
Nadieżda natychmiast zasłoniła córkę własnym ciałem.
— Nie zbliżaj się do niej.
Kullervo nie poruszył się nawet o cal.
— W takim razie udowodnijcie, że nie jesteście zwiastunami końca.
Irina ścisnęła kosę.
— A jeśli nie będziemy mieli ochoty niczego udowadniać?
Fiński wojownik uniósł wzrok ku niebu, gdzie zaczęły zbierać się ciężkie, śnieżne chmury.
— Wtedy Finlandia sama was osądzi.
Pierwszy płatek śniegu spadł na ostrze kosy Iriny.
A zaraz po nim… tysiące kolejnych.
— Łatwo ci mówić. — Aleksiej spojrzał na niego. — Nas już raz osądziła, w 1940.
— Wiem. — Kullervo zrobił krok do przodu. — Suomi przez was krwawiła Sowiecie.
— Jeśli tkniesz naszą córkę… — Kazimierz stanął obok Nadieżdy. — Zabije.
— W przeciwieństwie do jej rodziców. — syn Kalevy wskazał Nadieżdę. — Wy jesteście śmiertelni.
— Wiesz co? Zaryzykuje.
Kazimierz zrobił krok naprzód, mimo że śnieg sięgał już kostek.
— Zaryzykuję. — powtórzył ciszej, ale z taką stanowczością, że nawet wiatr jakby na moment ucichł.
Nadieżda spojrzała na męża z lękiem.
— Kaziu…
— Nie. — przerwał jej łagodnie. — Dość już uciekania. Dość portali, bogów i końców świata. To jest nasza córka. Nikt jej nie tknie.
Kullervo przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.
W jego oczach nie było gniewu.
Była surowość starej północy.
— Mówisz odważnie jak na człowieka.
— Człowiek to czasem więcej niż bóg. — mruknęła Irina, opierając kosę o ramię.
Aleksiej spojrzał na syna Kalevy twardo.
— Walczyłem tu kiedyś. Widziałem, jak ten śnieg przykrywał krew moich ludzi. Nie dam, by historia znowu połknęła moją rodzinę.
Kullervo uniósł włócznię.
— Nie przyszliście tu przypadkiem. Dziewczyna nosi na sobie cień tamtej istoty.
Wanda zadrżała.
— Ja… nic nie zrobiłam.
— I właśnie to jest najgorsze. — odparł chłodno. — Czasem znak wybiera niewinnych.
Kazimierz bez wahania zasłonił córkę własnym ciałem.
— To najpierw będziesz musiał przejść przeze mnie.
Przez moment wydawało się, że dojdzie do walki.
Śnieg wirował coraz szybciej.
Drzewa trzeszczały.
Nawet niebo pociemniało, jakby Finlandia naprawdę słuchała słów swego dawnego bohatera.
I wtedy…
Irina opuściła kosę.
— Dość tego teatru. — powiedziała zimno. — Jeśli ziemia Kalevy chce sądu, niech przemówi sama, a nie przez własne widmo.
Kullervo spojrzał na nią uważnie.
— Więc proponujesz próbę.
— Tak. — odparła. — Niech las wybierze, czy dziecko jest zagrożeniem.
Aleksiej zmarszczył brwi.
— Irina, nie wiemy, czym jest ich próba.
— Wiem aż za dobrze. — odpowiedziała bez odrywania wzroku od wojownika. — W tej ziemi nie osądza miecz, tylko pamięć.
Kullervo wbił włócznię w śnieg.
Natychmiast ziemia zadrżała.
Między drzewami zapłonęły błękitne ognie.
Jedno.
Drugie.
Dziesiątki.
Jak duchy poległych z Wojny Zimowej.
Kazimierz pobladł.
— Co to jest…
Aleksiej zacisnął pięści.
— To oni. Moi martwi.
Kullervo wskazał drogę z błękitnych płomieni prowadzącą w głąb lasu.
— Idźcie ścieżką poległych. Jeśli przejdziecie i dziecko pozostanie nieskażone, uznam was.
— A jeśli nie? — spytała Nadieżda drżącym głosem.
Fiński bohater spojrzał prosto na Wandę.
— Wtedy sama Suomi zatrzyma ją tutaj na zawsze.
Śnieg sypnął mocniej.
A błękitne duchy zaczęły szeptać po rosyjsku i po polsku.
— Córkę zabrał mi Odyn. — Aleksiej objął Nadię. — Nie pozwolę wam zabrać wnuczki.
Duchy sunęły powoli ku nim.
Nie stawiały kroków.
Po prostu płynęły nad śniegiem.
Ich sylwetki migotały: radzieckie płaszcze, fińskie białe maskowanie, polskie kurtki, twarze młode i stare, zmarznięte na wieczność.
Kazimierz poczuł, jak Wanda ściska jego dłoń tak mocno, że aż pobielały jej palce.
— Tato… boję się.
— Ja też. — przyznał cicho. — Ale strach nie znaczy, że się cofniemy.
Pierwszy duch zatrzymał się przed Aleksiejem.
Jego twarz była niemal niewidoczna pod warstwą szronu, ale oczy… oczy były znajome.
Aleksiej zamarł.
— Sierioża…
Towarzysz z plutonu.
Martwy od ponad osiemdziesięciu lat.
Duch wyciągnął rękę.
Nie po Wandę.
Po niego.
— Wracaj z nami, towarzyszu… — zaszeptał głosem jak skrzypiący lód. — Tu jest twój pułk. Tu jest twoja wojna.
Śnieg wokół Aleksieja zaczął czerwienieć wspomnieniem krwi.
Zobaczył błyski artylerii.
Usłyszał wybuchy.
Krzyki rannych w ciemnym lesie Karelii.
Na moment znów był młodym lejtnantem.
Irina natychmiast stanęła przy nim.
— To nie oni. — powiedziała ostro. — To ziemia bada twoją winę.
Kullervo skinął głową.
— Las pokazuje to, co nosicie w sobie.
Aleksiej zamknął oczy.
Widział Emilię.
Brunhildę.
Córkę, którą zabrał Odyn.
Potem spojrzał na Wandę.
I wszystko stało się jasne.
— Nie. — powiedział twardo. — Moje miejsce jest przy żywych.
Duch Sierioży zatrzymał się, jakby słowa przecięły niewidzialne więzy.
Błękitny płomień zadrżał… i zgasł.
Kolejne duchy zwróciły się ku Wandzie.
Dziewczyna pobladła.
— Zostawcie ją. — syknął Kazimierz, stając przed córką.
Ale jeden z duchów przemówił dziecięcym głosem.
— Wanda… czy pamiętasz cień?
Dziewczyna zadrżała.
Przed oczami stanęło jej rozdarcie nieba nad Rzymem.
Głos tamtej istoty.
Poczucie, że coś na nią patrzy.
— Tak… — wyszeptała.
Duch zbliżył się jeszcze bardziej.
— Cień nadal jest z tobą.
Nadieżda odruchowo zasłoniła córkę.
— Kłamiesz.
— Nie. — odezwał się nagle Kullervo. — Las nie kłamie.
Zapadła martwa cisza.
Wszyscy spojrzeli na Wandę.
Na jej szyi, tuż pod kołnierzem płaszcza, zaczęło świecić ciemne znamię.
Jak pęknięcie w skórze.
Jak miniatura rozdarcia nieba nad Rzymem.
Irina ścisnęła kosę tak mocno, że aż zatrzeszczało drewno drzewca.
— No pięknie. — mruknęła lodowato. — To nie jest tylko próba.
Kullervo cofnął się o krok.
— To jest brama.
W tym samym momencie znamię na szyi Wandy zapulsowało.
A las wokół nich… jęknął.Rozdział 2
Brama
— To jest zwykłe dziecko kurwa mać. — Kazimierz sięgnął po broń. — Ja i Nadieżda nie jesteśmy ani bóstwami, ani duchami, ani istotami o jebanym pierwiastku boskości.
— Uspokój się. — powiedziała Irina.
— A gdyby tu o Nadię chodziło? — warknął.
Nie było odpowiedzi.
— No jasne, zapomniałem Śmierć nie kocha, nie czuje bólu po stracie.
— Kazimierz…
— Ty tego nie widzisz kochana?! — syknął do żony. — Twoja matka i ojciec stali się bóstwami, ona zimna a on nadal myśli, że jest tylko twoją matką.
Aleksiej zbladł.
Słowa trafiły dokładnie tam, gdzie bolało najmocniej.
Wanda zaczęła płakać.
— Tato… ja nie chcę być żadną bramą…
Kazimierz natychmiast uklęknął przy niej i objął ją mocno.
— I nie będziesz. Słyszysz? Nie pozwolę.
Kullervo obserwował to w milczeniu.
— Właśnie to czyni ją niebezpieczną. — powiedział w końcu. — Nie jej moc, ale wasza rozpacz.
Kazimierz uniósł głowę.
— Co powiedziałeś?
— Fińskie legendy znają takie znaki. — odezwał się Aleksiej, patrząc na ciemne pulsowanie na szyi wnuczki. — Bramy nie otwierają się od krwi bogów. Otwierają się od bólu ludzi.
Zapadła cisza.
Kazimierz spojrzał na żonę.
Na córkę.
Na drżący śnieg wokół.
I zrozumiał.
To nie Wanda była źródłem.
To ich strach ją otwierał.
Irina podeszła bliżej i położyła lodowatą dłoń na ramieniu zięcia.
— Mylisz się. — powiedziała spokojnie. — Czuję ból po każdej stracie. Po córce. Po wnuczce, której nie oddam ciemności. Po tobie, jeśli dalej będziesz działał w gniewie.
Kazimierz zamarł.
Po raz pierwszy usłyszał w jej głosie nie boginię śmierci.
Tylko matkę.
I babkę.
Kullervo uniósł włócznię.
— Musicie zamknąć bramę, zanim Finlandia stanie się kolejnym pęknięciem świata.
— A jak? — spytała Nadieżda przez łzy.
Fiński wojownik spojrzał w głąb lasu, gdzie między drzewami migotała błękitna poświata.
— U źródła. W miejscu, gdzie śpi Väinämöinen.
Śnieg opadł nagle.
Jakby cała puszcza wstrzymała oddech.
Aleksiej spojrzał na Kullerva z niedowierzaniem.
— Chcesz zaprowadzić nas do syna Kalevy?
— Nie. — odparł tamten. — Do ostatniej pieśni, która może zatrzasnąć tę szczelinę.
Wanda uniosła zapłakane oczy.
— Pieśni?
Kullervo skinął głową.
— W Finlandii nawet koniec świata zamyka się słowem.
— A jeśli to pułapka?
— Nie macie innej opcji. — odparł Fin. — Jak udać się ze mną.
Finlandia
— A więc to jest Finlandia. — Kazimierz rzucił okiem na las.
— Dokładnie. — Aleksiej podszedł powoli.
Za nim była Nadieżda.
— Kaziu…
— Nadzieja…
— Czy naprawdę jesteś moim Kazimierzem? — spytała powoli. — Czy tylko iluzją?
— Jestem twoim mężem, Radziecka. — Kazimierz bardzo wolno popatrzył na nią. — Zresztą gdybym nim nie był nie miałbym tego. — dodał i pokazał bliznę na dłoni.
Podbiegli do siebie i przytulili.
— Tęskniłam.
— Ja też. — odparł.
Aleksiej rozejrzał się po okolicy.
— Chodźmy stąd, mam złe przeczucia. — powiedział.
…
— Trudno mi nadal w to uwierzyć. — Aleksiej spojrzał na córkę. — Wolałem normalne życie. Od momentu, gdy uratowałem twojego ojca wszystko zwariowało. — dodał rzuciwszy okiem na zięcia.
— Los bywa przewrotny. — odparł Kazimierz.
— Od kiedy Irina weszła w relację z Marzanną wszystko powariowało. — na twarzy Aleksieja pojawił się ironiczny uśmiech.
— A właśnie, gdzie ona?
Gdy padło to pytanie powiał chłód.
— Masz odpowiedź. — zaśmiała się Irina za jego plecami
— Do diaska niech pani nie straszy.
— Zawsze byłam straszna najpierw jako politruk a potem jako śmierć. — bogini śmierci odruchowo sięgnęła po kosę. — Zdecydowanie wolę zabijać po swojemu.
— Po radziecku znaczy?
Irina uniosła brew, a w jej pustych oczach błysnęło coś na kształt rozbawienia.
— Po radziecku? — powtórzyła z lekkim uśmiechem. — Nie, Kazimierzu… PO SPRAWIEDLIWEMU.
Aleksiej parsknął śmiechem.
— To akurat w twoim wydaniu brzmi jeszcze groźniej.
Śmierć wzruszyła ramionami i zarzuciła kosę na plecy.
— W Finlandii sprawy zawsze kończą się zimnem, krwią albo jednym i drugim.
Nadieżda zadrżała lekko.
— Lepiej nie mów tak przy tym lesie.
Wszyscy spojrzeli w stronę ściany sosen.
Były wysokie.
Nieruchome.
Zbyt nieruchome.
Nie poruszał ich wiatr.
Kazimierz zmarszczył brwi.
— Coś jest nie tak.
Aleksiej skinął głową.
— Tu nie chodzi tylko o Finlandię. To ziemia Kalevy. Stare duchy nie lubią obcych.
— Kim był Kaleva? — spytała Nadia.
Irina spojrzała na nią uważnie.
— Dla jednych olbrzymem. Dla innych pierwszym królem północy. Dla jeszcze innych ojcem bohaterów.
— A jego synowie? — dopytała Wanda.
— Z nimi jest problem. — odparł Aleksiej. — W legendach byli obrońcami tej ziemi. Ale kiedy nadchodzi koniec czasów… wracają jako sędziowie.
Zapadła cisza.
Jakby sam las słuchał.
Wtedy rozległ się trzask gałęzi.
Z ciemności między drzewami wyszła postać.
Wysoka.
Barczysta.
Odziana w wilcze skóry.
W dłoni trzymała włócznię z białego drewna.
— Suomi nie przyjmuje obcych lekką ręką. — powiedział po fińsku.
Kazimierz spojrzał na Aleksieja.
— Tłumacz.
— To nie będzie potrzebne. — mruknęła Irina. — Rozumiem język śmierci, a on pachnie poległymi wojownikami.
Nieznajomy zmrużył oczy.
— Więc to prawda. Kostucha północy wróciła.
Irina uśmiechnęła się lodowato.
— Wróciłam. A ty kim jesteś?
Mężczyzna uderzył włócznią o ziemię.
— Zwą mnie Kullervo. Syn Kalevy.
Las odpowiedział echem.
Aleksiej pobladł.
— To niemożliwe…
Kullervo zrobił krok naprzód.
— Nadchodzi ten, który łamie światy. A wy sprowadziliście jego cień na naszą ziemię.
Wskazał włócznią na Wandę.
— Ona niesie znak.
Nadieżda natychmiast zasłoniła córkę własnym ciałem.
— Nie zbliżaj się do niej.
Kullervo nie poruszył się nawet o cal.
— W takim razie udowodnijcie, że nie jesteście zwiastunami końca.
Irina ścisnęła kosę.
— A jeśli nie będziemy mieli ochoty niczego udowadniać?
Fiński wojownik uniósł wzrok ku niebu, gdzie zaczęły zbierać się ciężkie, śnieżne chmury.
— Wtedy Finlandia sama was osądzi.
Pierwszy płatek śniegu spadł na ostrze kosy Iriny.
A zaraz po nim… tysiące kolejnych.
— Łatwo ci mówić. — Aleksiej spojrzał na niego. — Nas już raz osądziła, w 1940.
— Wiem. — Kullervo zrobił krok do przodu. — Suomi przez was krwawiła Sowiecie.
— Jeśli tkniesz naszą córkę… — Kazimierz stanął obok Nadieżdy. — Zabije.
— W przeciwieństwie do jej rodziców. — syn Kalevy wskazał Nadieżdę. — Wy jesteście śmiertelni.
— Wiesz co? Zaryzykuje.
Kazimierz zrobił krok naprzód, mimo że śnieg sięgał już kostek.
— Zaryzykuję. — powtórzył ciszej, ale z taką stanowczością, że nawet wiatr jakby na moment ucichł.
Nadieżda spojrzała na męża z lękiem.
— Kaziu…
— Nie. — przerwał jej łagodnie. — Dość już uciekania. Dość portali, bogów i końców świata. To jest nasza córka. Nikt jej nie tknie.
Kullervo przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.
W jego oczach nie było gniewu.
Była surowość starej północy.
— Mówisz odważnie jak na człowieka.
— Człowiek to czasem więcej niż bóg. — mruknęła Irina, opierając kosę o ramię.
Aleksiej spojrzał na syna Kalevy twardo.
— Walczyłem tu kiedyś. Widziałem, jak ten śnieg przykrywał krew moich ludzi. Nie dam, by historia znowu połknęła moją rodzinę.
Kullervo uniósł włócznię.
— Nie przyszliście tu przypadkiem. Dziewczyna nosi na sobie cień tamtej istoty.
Wanda zadrżała.
— Ja… nic nie zrobiłam.
— I właśnie to jest najgorsze. — odparł chłodno. — Czasem znak wybiera niewinnych.
Kazimierz bez wahania zasłonił córkę własnym ciałem.
— To najpierw będziesz musiał przejść przeze mnie.
Przez moment wydawało się, że dojdzie do walki.
Śnieg wirował coraz szybciej.
Drzewa trzeszczały.
Nawet niebo pociemniało, jakby Finlandia naprawdę słuchała słów swego dawnego bohatera.
I wtedy…
Irina opuściła kosę.
— Dość tego teatru. — powiedziała zimno. — Jeśli ziemia Kalevy chce sądu, niech przemówi sama, a nie przez własne widmo.
Kullervo spojrzał na nią uważnie.
— Więc proponujesz próbę.
— Tak. — odparła. — Niech las wybierze, czy dziecko jest zagrożeniem.
Aleksiej zmarszczył brwi.
— Irina, nie wiemy, czym jest ich próba.
— Wiem aż za dobrze. — odpowiedziała bez odrywania wzroku od wojownika. — W tej ziemi nie osądza miecz, tylko pamięć.
Kullervo wbił włócznię w śnieg.
Natychmiast ziemia zadrżała.
Między drzewami zapłonęły błękitne ognie.
Jedno.
Drugie.
Dziesiątki.
Jak duchy poległych z Wojny Zimowej.
Kazimierz pobladł.
— Co to jest…
Aleksiej zacisnął pięści.
— To oni. Moi martwi.
Kullervo wskazał drogę z błękitnych płomieni prowadzącą w głąb lasu.
— Idźcie ścieżką poległych. Jeśli przejdziecie i dziecko pozostanie nieskażone, uznam was.
— A jeśli nie? — spytała Nadieżda drżącym głosem.
Fiński bohater spojrzał prosto na Wandę.
— Wtedy sama Suomi zatrzyma ją tutaj na zawsze.
Śnieg sypnął mocniej.
A błękitne duchy zaczęły szeptać po rosyjsku i po polsku.
— Córkę zabrał mi Odyn. — Aleksiej objął Nadię. — Nie pozwolę wam zabrać wnuczki.
Duchy sunęły powoli ku nim.
Nie stawiały kroków.
Po prostu płynęły nad śniegiem.
Ich sylwetki migotały: radzieckie płaszcze, fińskie białe maskowanie, polskie kurtki, twarze młode i stare, zmarznięte na wieczność.
Kazimierz poczuł, jak Wanda ściska jego dłoń tak mocno, że aż pobielały jej palce.
— Tato… boję się.
— Ja też. — przyznał cicho. — Ale strach nie znaczy, że się cofniemy.
Pierwszy duch zatrzymał się przed Aleksiejem.
Jego twarz była niemal niewidoczna pod warstwą szronu, ale oczy… oczy były znajome.
Aleksiej zamarł.
— Sierioża…
Towarzysz z plutonu.
Martwy od ponad osiemdziesięciu lat.
Duch wyciągnął rękę.
Nie po Wandę.
Po niego.
— Wracaj z nami, towarzyszu… — zaszeptał głosem jak skrzypiący lód. — Tu jest twój pułk. Tu jest twoja wojna.
Śnieg wokół Aleksieja zaczął czerwienieć wspomnieniem krwi.
Zobaczył błyski artylerii.
Usłyszał wybuchy.
Krzyki rannych w ciemnym lesie Karelii.
Na moment znów był młodym lejtnantem.
Irina natychmiast stanęła przy nim.
— To nie oni. — powiedziała ostro. — To ziemia bada twoją winę.
Kullervo skinął głową.
— Las pokazuje to, co nosicie w sobie.
Aleksiej zamknął oczy.
Widział Emilię.
Brunhildę.
Córkę, którą zabrał Odyn.
Potem spojrzał na Wandę.
I wszystko stało się jasne.
— Nie. — powiedział twardo. — Moje miejsce jest przy żywych.
Duch Sierioży zatrzymał się, jakby słowa przecięły niewidzialne więzy.
Błękitny płomień zadrżał… i zgasł.
Kolejne duchy zwróciły się ku Wandzie.
Dziewczyna pobladła.
— Zostawcie ją. — syknął Kazimierz, stając przed córką.
Ale jeden z duchów przemówił dziecięcym głosem.
— Wanda… czy pamiętasz cień?
Dziewczyna zadrżała.
Przed oczami stanęło jej rozdarcie nieba nad Rzymem.
Głos tamtej istoty.
Poczucie, że coś na nią patrzy.
— Tak… — wyszeptała.
Duch zbliżył się jeszcze bardziej.
— Cień nadal jest z tobą.
Nadieżda odruchowo zasłoniła córkę.
— Kłamiesz.
— Nie. — odezwał się nagle Kullervo. — Las nie kłamie.
Zapadła martwa cisza.
Wszyscy spojrzeli na Wandę.
Na jej szyi, tuż pod kołnierzem płaszcza, zaczęło świecić ciemne znamię.
Jak pęknięcie w skórze.
Jak miniatura rozdarcia nieba nad Rzymem.
Irina ścisnęła kosę tak mocno, że aż zatrzeszczało drewno drzewca.
— No pięknie. — mruknęła lodowato. — To nie jest tylko próba.
Kullervo cofnął się o krok.
— To jest brama.
W tym samym momencie znamię na szyi Wandy zapulsowało.
A las wokół nich… jęknął.Rozdział 2
Brama
— To jest zwykłe dziecko kurwa mać. — Kazimierz sięgnął po broń. — Ja i Nadieżda nie jesteśmy ani bóstwami, ani duchami, ani istotami o jebanym pierwiastku boskości.
— Uspokój się. — powiedziała Irina.
— A gdyby tu o Nadię chodziło? — warknął.
Nie było odpowiedzi.
— No jasne, zapomniałem Śmierć nie kocha, nie czuje bólu po stracie.
— Kazimierz…
— Ty tego nie widzisz kochana?! — syknął do żony. — Twoja matka i ojciec stali się bóstwami, ona zimna a on nadal myśli, że jest tylko twoją matką.
Aleksiej zbladł.
Słowa trafiły dokładnie tam, gdzie bolało najmocniej.
Wanda zaczęła płakać.
— Tato… ja nie chcę być żadną bramą…
Kazimierz natychmiast uklęknął przy niej i objął ją mocno.
— I nie będziesz. Słyszysz? Nie pozwolę.
Kullervo obserwował to w milczeniu.
— Właśnie to czyni ją niebezpieczną. — powiedział w końcu. — Nie jej moc, ale wasza rozpacz.
Kazimierz uniósł głowę.
— Co powiedziałeś?
— Fińskie legendy znają takie znaki. — odezwał się Aleksiej, patrząc na ciemne pulsowanie na szyi wnuczki. — Bramy nie otwierają się od krwi bogów. Otwierają się od bólu ludzi.
Zapadła cisza.
Kazimierz spojrzał na żonę.
Na córkę.
Na drżący śnieg wokół.
I zrozumiał.
To nie Wanda była źródłem.
To ich strach ją otwierał.
Irina podeszła bliżej i położyła lodowatą dłoń na ramieniu zięcia.
— Mylisz się. — powiedziała spokojnie. — Czuję ból po każdej stracie. Po córce. Po wnuczce, której nie oddam ciemności. Po tobie, jeśli dalej będziesz działał w gniewie.
Kazimierz zamarł.
Po raz pierwszy usłyszał w jej głosie nie boginię śmierci.
Tylko matkę.
I babkę.
Kullervo uniósł włócznię.
— Musicie zamknąć bramę, zanim Finlandia stanie się kolejnym pęknięciem świata.
— A jak? — spytała Nadieżda przez łzy.
Fiński wojownik spojrzał w głąb lasu, gdzie między drzewami migotała błękitna poświata.
— U źródła. W miejscu, gdzie śpi Väinämöinen.
Śnieg opadł nagle.
Jakby cała puszcza wstrzymała oddech.
Aleksiej spojrzał na Kullerva z niedowierzaniem.
— Chcesz zaprowadzić nas do syna Kalevy?
— Nie. — odparł tamten. — Do ostatniej pieśni, która może zatrzasnąć tę szczelinę.
Wanda uniosła zapłakane oczy.
— Pieśni?
Kullervo skinął głową.
— W Finlandii nawet koniec świata zamyka się słowem.
— A jeśli to pułapka?
— Nie macie innej opcji. — odparł Fin. — Jak udać się ze mną.
więcej..