-
nowość
Szatańskie tango - ebook
Szatańskie tango - ebook
Najważniejsza powieść w dorobku Lászla Krasznahorkaieg.
W podupadłej wsi na pustkowiu wegetuje grupa ludzi pozbawionych perspektyw na jakąkolwiek poprawę losu. Rytm ich życia wyznaczają powtarzalna ciężka praca i wieczorne pijaństwo. Wszyscy dawno zatracili się w moralnym zepsuciu i wzajemnej niechęci. Lecz gdy w okolicy pojawia się Irimás – dawny mieszkaniec wioski, uważany przez lata za zmarłego – nieoczekiwanie odzyskują wiarę w przyszłość.
Nie mając pojęcia, jakie intencje tak naprawdę stoją za powrotem mężczyzny, ulegają złudnej nadziei niczym zbiorowej halucynacji. „Zmartwychwstały” z pewnością „wypędzi wilgotną ciszę” i poprowadzi ich ku lepszemu. Czy rzeczywiście dają się uwieść charyzmatycznemu przybyszowi, czy może własnej rozpaczy?
Przejmująca powieść Krasznahorkaiego to złożone studium zbiorowego obłędu. Bogata w literackie odniesienia i biblijne tropy pozwala przyjrzeć się mechanizmom społecznej manipulacji i religijnego fanatyzmu, nie unikając przy tym egzystencjalnej refleksji nad stanem ducha jednostki okradzionej z godności i nadziei.
| Kategoria: | Klasyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8396-257-3 |
| Rozmiar pliku: | 869 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Późnopaździernikowego niedzielnego poranka, tuż zanim pierwsze krople bezlitośnie długich, jesiennych deszczy spadły na spękaną słoną ziemię zachodniej części osady (wkrótce morze cuchnącego błota uniemożliwi aż do nadejścia mrozów poruszanie się po pobliskich drogach prowadzących do miasteczka), Futakiego przebudziły głosy dzwonów. Osiem kilometrów na południowy zachód, na dawnych ziemiach Hochmeissów, stała wprawdzie samotna kapliczka, ale nie było już w niej dzwonu, a dzwonnica zwaliła się jeszcze podczas wojny, zresztą miasteczko leżało zbyt daleko, by mógł usłyszeć dochodzące stamtąd dźwięki. Ponadto niesione wiatrem, niemilknące, triumfalne bicie w dzwony pobrzmiewało najzupełniej z bliska („Jak gdyby od strony młyna…”) i w niczym nie przypominało odgłosów dochodzących z daleka. Futaki wsparł się na poduszce, wyjrzał przez maleńkie kuchenne okienko, ale skąpana w błękicie świtu i cichnącym szmerze dzwonów osada trwała za zaparowaną szybą w milczeniu i bezruchu: jedynie z przeciwległej strony, zza firanek przysłaniających okna doktora, dochodziło światło lampy, i to jedynie dlatego, że doktor od lat nie umiał spać po ciemku. Futaki wstrzymał oddech, by nie zgubić żadnego z dźwięków towarzyszących cichnącemu biciu dzwonów, chciał bowiem wiedzieć, co naprawdę się święci („Z pewnością jeszcze śpisz, Futaki…”), a do tego chciał usłyszeć każdy, nawet pojedynczy odgłos. Swoim słynnym miękkim, kocim krokiem pokuśtykał do okna po lodowatej podłodze („Czyżby wszyscy spali? Czy nikt tego nie słyszy? Nikt poza mną?”), otworzył je i wyjrzał. Owiało go ostre, wilgotne powietrze, na moment aż musiał przymknąć oczy, ale wśród piania koguta, dalekiego ujadania psów i huku bezlitosnego, ostrego wiatru, który zerwał się przed kilkoma minutami, nie słyszał nic poza tępym biciem własnego serca, jak gdyby to wszystko było tylko śnionym na jawie sennym koszmarem, jak gdyby tylko („…ktoś chciał mnie przestraszyć”). Ze smutkiem spoglądał na złowrogie niebo, obserwował wypalone słońcem pozostałości obfitującego w szarańczę lata i nagle dostrzegł przesuwające się po gałęzi akacji wiosnę, lato, jesień i zimę, poczuł, jak w trwającej w bezruchu kuli wieczności czas stroi sobie żarty, jak wywija diabelskie sztuczki na wybojach zamętu, a szaleństwo, osiągnąwszy właściwy poziom, obraca się w konieczność… zobaczył siebie samego, rozpiętego na drewnianym krzyżu kołyski i trumny, jak zwija się w konwulsjach, by – obrany ze wszystkiego – wśród śmiechu gorliwych oprawców trafić w ręce łapiduchów i wreszcie z całym okrucieństwem dostrzec miarę ludzkich spraw, i nie mieć powrotu, gdyż wtedy był już świadom, że usiadł do kart z oszustami, że gra była rozstrzygnięta na samym początku, a nim dobiegnie końca, tamci pozbawią go ostatniej możliwości obrony, pozbawią go nadziei, że może kiedyś zdoła powrócić do domu. Obrócił wzrok ku wschodniej części osady, niegdyś gwarnej i tłocznej,
teraz opuszczonej i pełnej ruin, i z goryczą patrzył, jak pierwsze promienie nabrzmiałego czerwonego słońca przedzierają się przez więźbę odartego z dachówek dachu wiejskiego domu. „Coś wreszcie muszę postanowić. Nie mogę tu zostać”. Wsunął się z powrotem pod ciepłą kołdrę, przyłożył głowę do ramienia, nie potrafił jednak zamknąć oczu: upiorne bicie dzwonów i nagła cisza, pełne grozy milczenie napawały go przerażeniem, czuł, że teraz może zdarzyć się wszystko. Ale wokół nic nawet nie drgnęło, podobnie jak on nie poruszał się w łóżku, aż pomiędzy bezgłośnymi przedmiotami nagle nawiązał się nerwowy dialog (zaskrzypiał kredens, zgrzytnął garnek, przesunął się porcelanowy talerz), dopiero wtedy raptownie zmienił pozycję, odwrócił się od cuchnącej potem Schmidtowej, dłonią wymacał stojącą obok łóżka szklankę z wodą i wypił jednym haustem. To pozwoliło mu opanować dziecinny strach: westchnął, otarł pot z czoła, a ponieważ wiedział, że Schmidt i Kráner dopiero zaczęli pędzić stado bydła, by z Szikes doprowadzić je do leżących po północnej stronie osady obór gospodarstwa, gdzie wreszcie otrzymają zapłatę za osiem miesięcy gorzkiego trudu, i upłynie jeszcze kilka godzin, nim pieszo dotrą do domu, postanowił chwilę pospać. Zamknął oczy, przewrócił się na bok, objął kobietę i już niemal zasypiał, kiedy znowu usłyszał głos dzwonów. „Do diabła!” Odrzucił kołdrę, ale kiedy tylko bosą, pełną odcisków stopą dotknął kamiennej podłogi, dzwony nagle umilkły, jak gdyby („ktoś dał im znak…”)… Przygarbiony usiadł na skraju łóżka, dłonie splótł na brzuchu i zatrzymał wzrok na pustej szklance; w gardle czuł suchość, rwała go prawa noga, ale nie miał odwagi ani położyć się do łóżka, ani wstać. „Najpóźniej jutro wyruszam w drogę”. Przesunął wzrokiem po lichej kuchni, nadających się jeszcze do użytku przedmiotach, po kuchence pełnej resztek i przypalonego tłuszczu, wsuniętym pod nią koszyku z oberwanym uchem, po stole z rozchwianymi nogami, brudnych obrazach świętych na ścianie, po garnkach i rondlach piętrzących się w rogu pod ścianą, wreszcie spojrzał w stronę rozjaśnionego już okna, ujrzał pochylające się ku niemu nagie gałęzie akacji, zapadający się dach domu Halicsów, przekrzywiony komin, unoszący się dym i rzekł: „Muszę to zrobić jeszcze dziś wieczorem!… Najpóźniej jutro. Jutro rano!”. „O Boże!” – stęknęła nagle Schmidtowa, rozpaczliwie rozejrzała się w półmroku, jej piersi aż falowały, ale kiedy spojrzała na niego, odetchnęła z ulgą i opadła na poduszkę. „Co się stało? Dręczyły cię koszmary?” – zapytał Futaki. Schmidtowa ciągle jeszcze z przerażeniem w oczach wpatrywała się w sufit. „Boże, i to jakie! – westchnęła, przykładając dłoń do serca. – Wyobraź sobie… Siedzę w pokoju i… nagle ktoś puka do okna. Nie mam odwagi otworzyć, staję obok i wyglądam zza firanki. Widzę tylko jego plecy, szarpie za klamkę… potem usta, krzyczy, ale nie rozumiem słów… jego twarz pokrywa zarost, oczy ma jak ze szkła… straszne… Po chwili przypomina mi się, że wieczorem tylko raz przekręciłam klucz w zamku, ale wiem, że nim dobiegnę do drzwi, będzie za późno… szybko zamykam kuchenne drzwi, ale uświadamiam sobie, że nie ma w nich klucza… Chcę krzyczeć, ale nie mogę wydobyć głosu z gardła. Potem… już nie pamiętam… dlaczego czy po co, nagle… przez okno zagląda Halicsowa i szczerzy w uśmiechu zęby… Wiesz przecież, jak ona wtedy wygląda… słowem, zapuszcza do kuchni żurawia… i nagle znika… ale wtedy tamten już dobija się do drzwi, wiem, że jeszcze chwila i będzie w środku, i wtedy przychodzi mi na myśl nóż do chleba, pędzę w stronę kredensu, ale nie mogę otworzyć szuflady, szarpię… i wydaje mi się, że zaraz umrę ze strachu… po chwili słyszę, jak drzwi z hukiem wypadają z framugi i ktoś idzie korytarzem… ciągle nie mogę wysunąć szuflady… a on już stoi w kuchennych drzwiach… wreszcie udaje mi się wysunąć szufladę, łapię nóż, on zbliża się, wymachując rękoma… i… nie wiem… nagle widzę, że leży w kącie, pod oknem… niebieskie i czerwone garnki, które miał ze sobą, walają się po kuchni… i czuję, jak podłoga drży pod moimi stopami, wyobraź sobie, cała kuchnia rusza naprzód niczym samochód… ale już nie pamiętam dokładnie…” – kończy i śmieje się z ulgą. „No nieźle! – pokręcił głową Futaki. – A mnie, wyobraź sobie, obudziło bicie dzwonów…” „Co takiego?! – spojrzała zaskoczona kobieta. – Dzwonili? Gdzie?” „Nie wiem. Nawet dwa razy…” Schmidtowa pokręciła głową. „W końcu zwariujesz”. „A może mnie też się to wszystko śniło – mruknął z niepokojem Futaki. – Zobaczysz, jeszcze dzisiaj coś się wydarzy…” Kobieta odwróciła się ze złością. „Wiecznie to powtarzasz, mógłbyś już wreszcie przestać”. I nagle obydwoje usłyszeli skrzyp tylnej bramy. Spojrzeli po sobie przerażeni. „To może być tylko on! – wyszeptała Schmidtowa. – Czuję to!” Futaki usiadł nerwowo. „Ale przecież… to niemożliwe! Nie mogli jeszcze wrócić…” „Licho wie!… Idź już!” Wyskoczył z łóżka, wziął ubranie pod pachę, szybko zamknął za sobą drzwi i się ubrał. „Moja laska. Zostawiłem na dworze laskę”. Schmidtowie od wiosny nie używali pokoju. Najpierw ściany pokryła zielonkawa pleśń, w zniszczonej, choć zawsze czystej szafie zaczęły gnić ubrania, ręczniki i pościel, kilka tygodni później rdza pokryła oszczędzane na świąteczne okazje sztućce, rozchwiały się nogi wielkiego, okrytego koronkowymi serwetkami stołu, pożółkły firanki, popsuła się lampa, aż wreszcie wynieśli się do kuchni, pozwoliwszy, by pokojem zawładnęły myszy i pająki; i tak bowiem nie mogli temu zaradzić… Oparł się o framugę i rozmyślał, jak wymknąć się niepostrzeżenie, ale sytuacja była dosyć beznadziejna – aby wydostać się z domu, musiałby przejść przez kuchnię, czuł się za stary, by wyłazić przez okno, poza tym i tak dostrzegłaby go Kránerowa albo Halicsowa, one bowiem cały czas obserwowały, co się wokół dzieje. W dodatku kiedy Schmidt zauważy laskę, natychmiast się domyśli, że jest tutaj, a wtedy on nie dostanie swojej części, wiedział, że Schmidt w tych sprawach nie zna żartów, musi więc wydostać się niepostrzeżenie, tak jak siedem lat wcześniej – zaraz jak rozeszły się wieści, w dwa miesiące potem, jak przybył tu w jednych znoszonych spodniach, wypłowiałej marynarce, głodny i bez grosza. Schmidtowa wybiegła wtedy na korytarz, a on nasłuchiwał pod drzwiami. „Spokojnie, kotku! – usłyszał schrypnięty głos Schmidta. – Zrobisz, co mówię. Rozumiesz?” Futaki oblał się potem. „Moje pieniądze”. Czuł, że wpadł w pułapkę. Ale nie miał czasu na rozmyślania, zdecydował, że musi uciekać przez okno, bo przecież „trzeba natychmiast coś zrobić”. Chciał już je otworzyć, kiedy usłyszał z korytarza kroki Schmidta. „Idzie się odlać!” Na palcach wrócił pod drzwi i nasłuchiwał, wstrzymując oddech. Kiedy wreszcie za Schmidtem zamknęły się drzwi prowadzące na tylne podwórze, ostrożnie wymknął się do kuchni, zmierzył wzrokiem nerwowo gestykulującą Schmidtową i bez słowa skierował się do wyjścia, wyszedł szybkim krokiem i kiedy już był pewien, że jego kompan wracał do domu, szarpnął z całej siły drzwi, jak ktoś, kto właśnie nadszedł. „Cóż to, czyżby nikogo tu nie było? Gdzie jesteś, Schmidt?” – wrzasnął donośnym głosem i nie pozostawiwszy mu czasu na ucieczkę, dziarsko wszedł; i gdy Schmidt chciał tylnymi drzwiami wymknąć się z kuchni, zastąpił mu drogę. „Proszę, proszę! – zaczął, przybierając szyderczy wyraz twarzy. – Dokąd to ci tak spieszno?” Schmidt nie mógł wydobyć z siebie słowa. „No to zaraz ci powiem! Pomogę ci, nic się nie bój! – ciągnął ponuro. – Chciałeś zniknąć z forsą? Prawda? – Schmidt mrugał tylko w milczeniu, Futaki zaś kręcił głową. – No, bracie. Tego się po tobie nie spodziewałem”. Wrócili do kuchni, usiedli przy stole naprzeciw siebie. Schmidtowa przestawiała garnki na kuchni. „Posłuchaj mnie, bracie… – Schmidt zaczął się jąkać. – Zaraz ci wszystko wytłumaczę…” Futaki machnął ręką. „Rozumiem i bez tłumaczenia! Powiedz, czy Kráner bierze w tym udział?” Schmidt, chcąc nie chcąc, potwierdził. „Tak jakby”. „A niech was szlag trafi! – wściekł się Futaki. – Chcecie mnie przechytrzyć? – Opuścił głowę. I się zamyślił. – No i co? I co teraz będzie?” – zapytał. Schmidt ze złością na twarzy rozłożył ręce. „A co ma być? Ty też dostaniesz swoje”. „O czym mówisz?” – Futaki próbował się czegoś wywiedzieć i liczył w myślach. „Podzielimy się we trzech – odparł z niechęcią Schmidt. – Tylko trzymaj język za zębami”. „O to bądź spokojny – Schmidtowa westchnęła nad kuchnią. – Rozum wam odjęło. I myślicie, że to się uda?” Schmidt, jak gdyby niczego nie usłyszał, wlepiał wzrok w Futakiego. „No, chyba nie powiesz, że sobie wszystkiego nie wyjaśniliśmy. I coś jeszcze, bracie! Chyba nie chcesz mnie zniszczyć!” „Przecież się dogadaliśmy!” „Jasne, nie ma o czym mówić! – rzucił Schmidt, a jego głos przybrał błagalny ton. – Chciałbym cię tylko prosić… żebyś na trochę pożyczył mi swoją część! Na rok! Aż gdzieś się osiedlimy…” Futaki aż podskoczył ze złości. „I czego jeszcze?!” Schmidt pochylił się, lewą rękę oparł na stole. „Nie prosiłbym cię o to, gdybyś mi kiedyś nie powiedział, że się stąd nie ruszysz! To po co ci cała forsa? Tylko na rok… na jeden rok!… My musimy, zrozum, my musimy. Za te dwadzieścia kawałków nic nie zrobię, nie kupię nawet chałupy. No, daj przynajmniej dychę!” „Nic mnie to nie obchodzi! – odparł ze złością Futaki. – Nic a nic. Ja też nie chcę tu zdechnąć!” Schmidt potrząsał gniewnie głową, ze złości zbierało mu się na płacz, ale zaczął od początku, pełen uporu, jednak coraz bardziej bezradny, łokcie oparł na stole podskakującym przy każdym ruchu, jak gdyby proszącym, by wreszcie „zmiękło mu serce” i przystał na błagania kompana, i niewiele już brakowało, by ten się złamał, kiedy nagle zatrzymał wzrok na odrobinach kurzu wibrujących w smużkach wpadającego przez okno światła i poczuł zatęchły smród kuchni. Niespodziewanie zrobiło mu się kwaśno w ustach i pomyślał, że to śmierć. Odkąd zlikwidowano osadę, odkąd ludzie opuszczali ją w takim samym pośpiechu, z jakim niegdyś do niej przybyli, a on – wraz z kilkoma rodzinami, lekarzem i dyrektorem szkoły, którzy podobnie jak on nie mieli dokąd pójść – utknął tutaj, każdego dnia wczuwał się w smak potraw, wiedział bowiem, że śmierć najpierw zagnieżdża się w zupach, potem w mięsiwach, a na samym końcu w ścianach; każdy kęs przed przełknięciem długo obracał w ustach, powoli przełykał wodę czy nieczęsto pojawiające się na jego stole wino i od czasu do czasu czuł przemożną chęć, by oderwać od ściany starej pompowni, w której mieszkał, kawał pokrytego wykwitem saletry tynku i skosztować, a w odmiennym od zwyczajnego smaku i aromacie dostrzec Przestrogę, wierzył bowiem, że śmierć jest takim właśnie ostrzeżeniem, nie zaś przerażającą ostatecznością. „Nie proszę o prezent – ciągnął cichutko Schmidt. – Proszę tylko o pożyczkę. Rozumiesz, bracie? O pożyczkę. Dokładnie za rok zwrócę, co do grosza”. Siedzieli znużeni przy stole, Schmidta piekły ze zmęczenia oczy, Futaki wpatrywał się w tajemnicze wzory kamiennej podłogi, nie chciał, by ktoś dostrzegł, że się boi, bo i tak nie potrafiłby wyjaśnić dlaczego. „Przypomnij sobie tylko, ile razy sam jeden jechałem do Szikes, w takim żarze, że człowiek nie miał odwagi zaczerpnąć powietrza, bo się bał, że spali mu wnętrzności?! A kto załatwił drewno? Kto zbudował zagrodę? Naharowałem się tak samo jak ty czy Kráner albo Halics. A teraz mi mówisz: pożycz. A kiedy ja cię zobaczę? Hm?!” „Słowem, nie ufasz mi?” – zapytał Schmidt głosem pełnym urazy. „Nie! – odgryzł się Futaki. – Dogadujesz się z Kránerem, świt jeszcze nie nadszedł, a wy już chcecie znikać z forsą, i po tym wszystkim mam ci ufać? Za kogo mnie uważasz? Za idiotę?” Zapadło milczenie. Kobieta stukała garnkami przy kuchni, Schmidt siedział zawiedziony, a on drżącymi rękoma skręcał papierosa, wreszcie wstał od stołu, pokuśtykał do okna i oparty lewą ręką na lasce, zapatrzył się w deszcz falujący ponad dachami, w drzewa chylące się potulnie na wietrze, nagie gałęzie zarysowujące w powietrzu złowrogie łuki; myślał o korzeniach, o życiodajnym błocie, którym teraz stała się ziemia, i o ciszy, o doskonałym milczeniu, które napawało go takim przerażeniem. „Zresztą… powiedz!… – odezwał się niepewnie. – Dlaczego wróciliście, skoro już…” „Dlaczego, dlaczego! – wymamrotał Schmidt. – Dlatego że wpadło nam to do głowy tam, w drodze powrotnej… No i przecież kobieta… Miałem ją tutaj zostawić?…” Futaki skinął potakująco głową. „A co z Kránerem? – zapytał. – Jak się umówiliście?” „Oni też siedzą w domu. Chcą ruszyć nocą, Kránerowa słyszała, że jest jakiś opuszczony skład drewna czy coś w tym rodzaju. Z nadejściem nocy spotykamy się pod krzyżem, tak się umówiliśmy”. Futaki westchnął. „Przed nami jeszcze cały dzień. A co będzie z pozostałymi? Z Halicsem, z dyrektorem?…” Schmidt strapiony ściskał palce. „Skąd mam wiedzieć? Halics pewnie prześpi cały dzień, wczoraj u Horgosów była niezła zabawa. A dyrektorka niech szlag trafi przy pierwszej okazji! Jeśli przez niego będą jakieś kłopoty, wyślę go na cmentarz, prosto do jego głupiej mamuśki. Słowem, spokojnie, bracie, tylko spokojnie”. Postanowili, że do nadejścia nocy posiedzą tu, w kuchni. Futaki przysunął krzesło do okna, by móc obserwować domy naprzeciw, Schmidta zmorzył sen, chrapał rozparty na stole, a kobieta wyciągnęła zza szafy żołnierski kuferek z żelaznymi okuciami, starła z niego kurz, przetarła w środku i bez słowa zaczęła pakować ich rzeczy. „Pada” – odezwał się Futaki. „Słyszę”– odpowiedziała kobieta. Słabe światło słoneczne przedzierało się przez kłębowisko chmur płynących ku wschodowi; kuchnia tonęła w popołudniowym półmroku, trudno było rozstrzygnąć, czy wibrujące na ścianach plamy to tylko cienie, czy złowieszcze znaki zwątpienia kryjącego się pod ich pełnymi nadziei myślami. „Pojadę na południe – odezwał się Futaki, wpatrując się w deszcz. – Wydzierżawię chałupę na wsi, blisko jakiegoś kwitnącego miasta, i przez cały dzień będę moczył nogi w misce z ciepłą wodą…” Krople deszczu łagodnie spływały po obu stronach okna, od szerokiej na palec szpary na samej górze aż do miejsca, gdzie dół okiennej ramy dochodził do parapetu; tam woda powoli wypełniała najmniejsze nawet szczeliny, torując sobie drogę do krawędzi parapetu, by kropla po kropli spływać na brzuch Futakiego, on zaś, nic nie zauważywszy, stamtąd bowiem, dokąd wyruszył myślą, trudno było wrócić, cichutko zsikał się w gatki. „Albo zaczepię się jako nocny stróż w fabryce czekolady… albo zostanę portierem w bursie dla dziewcząt… I spróbuję o wszystkim zapomnieć, wystarczy miska gorącej wody wieczorem i żeby nic nie robić, tylko patrzeć, jak płynie sobie to zasrane życie…” Siąpiący deszcz zmienił się tymczasem w ulewę i niczym nurt, który przerwał tamę, zalał duszącą się z braku powietrza ziemię, wydrążył wąziutkie, kręte kanaliki, biegnące ku polom położonym niżej, i choć Futaki nic już nie widział przez szybę, to nie odwracał się, przyglądał się spróchniałej framudze oraz dziurze w miejscu, gdzie odpadł tynk, i nagle za oknem pojawił się jakiś rozmyty kształt, po chwili rozpoznał w nim ludzką twarz, nie wiedział jeszcze czyją, aż wreszcie dostrzegł parę przerażonych oczu; i zobaczył „swoje własne zmęczone oblicze”, poznał je, zaskoczyło go to i zabolało, zrozumiał bowiem, że czas tak samo rozmyje kiedyś jego twarz, jak teraz jej odbicie rozmywa szyba; w miarę jak się przybliżał, dostrzegał w tej twarzy jakąś wielką, cudzą nędzę, nakładające się na siebie pokłady biedy, dumy i strachu. Nagle poczuł znowu w ustach kwaśny smak, przypomniał mu się głos porannych dzwonów, szklanka, łóżko, gałęzie akacji, zimna podłoga w kuchni i grymas goryczy wykrzywił mu wargi. „Miska z gorącą wodą!… Do diabła!… Przecież codziennie moczę nogi…” Z tyłu doleciał go czyjś szloch. „A w ciebie co wstąpiło?” Schmidtowa nic nie odpowiedziała, odwróciła się zawstydzona, płacz wstrząsał jej ciałem. „Słyszysz? Co ci się stało?” Kobieta spojrzała na niego jak ktoś, kto nie widzi sensu rozmowy, bez słowa usiadła na stołku przy kuchni i wytarła nos. „Czego milczysz? – z uporem dopytywał się Futaki. – Co w ciebie wstąpiło?” „Bo też dokąd my chcemy iść?! – wybuchnęła z goryczą w głosie Schmidtowa. – W najbliższym mieście złapie nas milicja! Nie rozumiesz? Nawet nie zapytają, jak się nazywamy!” „Co gadasz od rzeczy? – zgasił ją gniewnie Futaki. – Kieszenie mamy wypchane forsą, a ty…” „No o tym właśnie mówię! – przerwała mu kobieta. – O forsie! Żebyś ty choć miał rozum! Iść… z tą twoją nieszczęsną nogą… niby banda żebraków!” Futaki przerwał jej ze złością. „Nie wtrącaj się. To nie twoja sprawa. Siedź cicho, to wszystko, co powinnaś robić”. Schmidtowa aż podskoczyła. „Co takiego? Niby co muszę robić?” „Nic nie mówiłem – odpowiedział cicho Futaki. – I nie krzycz, bo go obudzisz”. Czas płynął powoli, na szczęście budzik już dawno się popsuł, nie ostrzegało ich tykanie, kobieta przyglądała się nieruchomym wskazówkom i drewnianą łyżką mieszała gotujący się na kuchni paprykarz, wreszcie znużeni zasiedli we troje nad talerzami, ale mężczyźni, mimo nalegań Schmidtowej („Na co czekacie? W nocy chcecie jeść, utaplani w błocie?”), nawet nie tknęli jedzenia. Nie zapalali światła, choć udręka oczekiwania rozmyła już kształty przedmiotów, ożywiła garnki stojące pod drzwiami i świętych na ścianach, chwilami wydawało się im, że ktoś leży w łóżku, i aby uwolnić się od koszmarów, spoglądali po sobie ukradkiem, ale na twarzach wszystkich trojga malowała się ta sama bezradność; i chociaż wiedzieli, że nie wolno im wyruszyć przed nastaniem nocy (było bowiem pewne, że albo Halicsowa, albo dyrektor siedzą przy oknie i obserwują drogę do Szikes, coraz bardziej strapieni spóźniającymi się prawie pół dnia Schmidtem i Kránerem), to Schmidt, to kobieta podrywali się z miejsca, by zapomniawszy o wszelkiej ostrożności, wyruszyć o świcie. „Właśnie idą do kina – oznajmił cichutko Futaki. – Halicsowa, Kránerowa, dyrektor szkoły i Halics”. „Kránerowa? – Schmidt aż podskoczył. – Którędy?” I podbiegł do okna. „Ma rację. Ma całkowitą rację” – zauważyła Schmidtowa. „Co ci tak spieszno, bracie! – uspokajał go Schmidt. – Kobieta ma rozum. Chyba trzeba poczekać, aż się ściemni. Wtedy nikt nie będzie niczego podejrzewał, prawda?” Schmidt, zrzędząc, usiadł przy stole i ukrył twarz w dłoniach. Futaki, zniechęcony, palił przy oknie papierosa. Schmidtowa wyciągnęła z głębin kredensu konopny sznurek, nie mogła zamknąć zardzewiałych zamków, więc przewiązała mocno sznurem żołnierski kuferek, postawiła go przy drzwiach, usiadła obok męża i splotła ręce. „Na co czekamy? – odezwał się Futaki. – Dzielmy pieniądze!” Schmidt spojrzał na kobietę. „Chyba zdążymy, bracie!” Futaki wyprostował się, po czym usiadł przy stole. Szeroko rozkraczył nogi i drapiąc się po zarośniętej brodzie, wlepił wzrok w Schmidta. „Lepiej podzielmy”. Schmidt drapał się po skroniach. „Nie bój się, dostaniesz, jak przyjdzie czas”. „No to na co czekasz?” „Co się upierasz? Poczekajmy jeszcze, aż Kráner przyniesie swoją część”. Futaki uśmiechnął się. „Sprawa jest bardzo prosta. Podzielimy na pół to, co teraz jest u ciebie. A pozostałą część podzielimy przy krzyżu”. „No dobra – przystał Schmidt. – Daj latarkę”. „Ja przyniosę. – Kobieta podskoczyła podniecona i z wewnętrznej kieszeni wiatrówki Schmidta wyciągnęła wilgotną, pękatą, obwiązaną sznurkiem kopertę. – Poczekaj – zatrzymała go Schmidtowa i czystą ścierką przetarła obrus. – Już”. Schmidt podsunął Futakiemu pod nos zmiętą kartkę („Kwit – powiedział. – Żebyś nie myślał, że chcę cię oszukać”), ten przebiegł po niej wzrokiem i rzekł: „Policzmy”. Wcisnął latarkę w dłoń kobiety i z błyszczącymi oczyma śledził każdy banknot trafiający z masywnych krótkich palców Schmidtowej na kupkę po drugiej stronie stołu, w końcu zrozumiał wszystko, opuściła go resztka gniewu, „nie ma się czemu dziwić, na widok takiej ilości pieniędzy człowiek rzeczywiście głupieje i ryzykuje wszystko, byle tylko je zdobyć”. Poczuł skurcz w żołądku, do ust napłynęła mu ślina, serce miał w gardle i w miarę jak topniał tłusty od spoconych dłoni Schmidtowej zwitek banknotów, rosła kupka po przeciwnej stronie stołu, oślepiało go wibrujące, podskakujące światło latarki, jak gdyby Schmidtowa celowo świeciła mu w oczy, poczuł zawrót głowy, opadł z sił, i przyszedł do siebie dopiero wtedy, gdy usłyszał schrypnięty głos Schmidtowej: „Dokładnie tyle, ile się należy”. Kończył przeliczać pierwszą połowę, kiedy ktoś krzyknął pod samym oknem: „Jest pani w domu, kochana pani Schmidtowa?”. Schmidt wyrwał latarkę z dłoni kobiety, wskazał na stół i szepnął: „Schowaj to natychmiast!”. Schmidtowa szybkim jak błyskawica ruchem zgarnęła pieniądze, schowała za stanik i bezgłośnie wypowiadając słowo, rzekła: „Ha-li-cso-wa!”. Futaki skoczył pomiędzy kuchnię a kredens, oparł się plecami o ścianę, w ciemnościach widać było tylko błysk jego oczu, jak gdyby w miejscu, gdzie był, czaił się kot. „Wyjdź i odeślij ją do diabła!” – wyszeptał Schmidt i odprowadził kobietę do drzwi, ta zatrzymała się na moment w progu, westchnęła, wyszła na korytarz i odchrząknęła. „Już idę!” „Jeśli nie zauważyła światła, to jeszcze nic straconego!” – szepnął Schmidt do Futakiego, ale sam nie bardzo w to wierzył, schował się za drzwi i oblał go taki żar, że ledwo mógł ustać w miejscu. „Uduszę, jeśli się odważy tu wleźć” – pomyślał ze złością i przełknął ślinę. Czuł pulsowanie tętnicy szyjnej, wydawało mu się, że zaraz pęknie; próbował dojrzeć coś w ciemnościach, a kiedy zauważył, że Futaki wstaje z miejsca, szuka swojej laski, wreszcie z wielkim hukiem siada przy stole, pomyślał, że ma zwidy. „Co ty, na Boga, wyprawiasz?!” – zasyczał ledwie słyszalnym głosem i zaczął wściekle gestykulować, by go uciszyć. Ale Futaki nie zwracał na niego uwagi. Zapalił papierosa, podniósł palącą się zapałkę i dał nią znak Schmidtowi, żeby… żeby dał sobie spokój i raczej też usiadł. „Zgaś, ty durniu!” – wściekał się tamten od drzwi, ale trwał w bezruchu, wiedział bowiem, że każdy, najmniejszy nawet hałas może ich zdradzić. Futaki siedział tymczasem najspokojniej przy stole i zamyślony zaciągał się papierosem. „Co za głupota – myślał ze smutkiem. – Na stare lata… porywać się na takie szaleństwo!…” Przymknął oczy, zobaczył przed sobą pustą szosę, wreszcie siebie samego, jak umęczony, cały w łachmanach, podąża ku miastu, i oddalającą się osadę, która znika powoli za horyzontem; i wtedy zrozumiał, że utracił te pieniądze, jeszcze nim je posiadł, potwierdziło się bowiem to, co przypuszczał już od bardzo dawna: nie tylko nie potrafi, ale też wcale nie chce stąd wyjechać, tu przynajmniej może się ukryć w cieniu znajomych widoków, a tam przecież, z dala od osady, nie wiadomo, co go czeka. Teraz jednak jakiś mroczny instynkt podszeptywał mu, że poranne dzwony, cały ten spisek, niespodziewana wizyta Halicsowej pozostają ze sobą w głębokim związku, i był pewien, że coś się musi wydarzyć i stąd właśnie ta nagła, przedłużająca się wizyta… Schmidtowa ciągle jeszcze nie wracała… Zdenerwowany zaciągnął się papierosem i kiedy otoczył go powoli rozchodzący się dym, jego wyobraźnia – niczym dogasający ogień – wybuchła z nową siłą. „A może jeszcze życie powróci do osady? Może niedługo przywiozą nowe maszyny, przyjadą nowi ludzie i wszystko zacznie się od nowa? Naprawią ściany, otynkują budynki, uruchomią pompownię? I będą szukać maszynisty?” Pobladła Schmidtowa stanęła w drzwiach. „No, wyłaźcie” – odezwała się przytłumionym głosem i zapaliła światło. Schmidt podskoczył do niej, mrużąc oczy. „Co robisz?! Zgaś! Zobaczą nas!” Schmidtowa pokręciła głową. „Daj spokój. To żadna tajemnica, że jestem w domu. Prawda?” Schmidt pokiwał z musu głową i chwycił kobietę za ramię. „No i co? Zobaczyła, że pali się światło?” „Owszem – odpowiedziała Schmidtowa. – Powiedziałam jej, że ze strachu, bo jeszcze nie wróciliście do domu, trochę przysnęłam. Kiedy się obudziłam, zapaliłam lampę, a żarówka trzask, i już. Właśnie wymieniałam żarówkę, kiedy zawołała przez okno, i dlatego paliła się latarka…” Schmidt mruknął z uznaniem, ale znowu się zasępił. „A nas… powiedz wreszcie… zauważyła czy nie?” „Nie. Na pewno nie”. Schmidt odetchnął z ulgą. „No to czego, do cholery, chciała?” Na twarzy kobiety rysowało się niezrozumienie. „Oszalała” – odrzekła cicho. „Najwyższy czas” – zauważył Schmidt. „Powiedziała… – mówiła dalej Schmidtowa, spoglądając z wahaniem to na męża, to na słuchającego w napięciu Futakiego – powiedziała, że Irimiás i Petrina idą szosą… do naszej osady. I jeszcze, że… chyba już są w gospodzie…” Futakiego i Schmidta zatkało. „Ponoć konduktor z dalekobieżnego autobusu… widział ich w mieście… – przerwała ciszę kobieta i zagryzła wargi. – I jeszcze, że… pieszo wyruszy… wyruszyli w stronę osady… w taki czas… konduktor widział ich na krzyżówce do Elek, tam ma swoje gospodarstwo”. Futaki aż podskoczył. „Irimiás? I Petrina?” Schmidt wybuchnął śmiechem. „Ta Halicsowa rzeczywiście oszalała. Biblia padła jej na mózg”. Schmidtowa stała nieruchomo. Bezradnie rozpostarła ramiona, po czym nagle podbiegła do kuchni, opadła na stołek, oparła się łokciami na udach i ukryła twarz w dłoniach. „Jeżeli to prawda… – wyszeptała, a w jej oczach pojawił się błysk. – Jeżeli to prawda…” Schmidt wrzasnął zniecierpliwiony. „Oni nie żyją!” „Jeżeli to prawda… – odezwał się cichutko Futaki, jak gdyby chciał dokończyć myśl Schmidtowej – to… mały Horgos po prostu kłamał…” Schmidtowa podniosła raptownie głowę i spojrzała na Futakiego. „Przecież od niego to słyszeliśmy”. „No właśnie – przytaknął Futaki i drżącą ręką zapalił następnego papierosa. – Pamiętacie? Mówiłem już dawno, że cała ta historia wydaje mi się podejrzana… jakoś mi się to wszystko nie podobało. Ale nikt nie chciał mnie słuchać… w końcu dałem spokój”. Schmidtowa wpatrywała się w Futakiego, jak gdyby chciała go zahipnotyzować. „Kłamał. Po prostu… mały kłamał. Całkiem możliwe. Nawet _bardzo_ możliwe…” Schmidt nerwowo spoglądał to na jedno, to na drugie. „To nie Halicsowa oszalała. Ale wy obydwoje”. Ani Futaki, ani Schmidtowa nie odpowiedzieli; patrzyli tylko po sobie. „Zwariowałeś?! – wybuchnął Schmidt i zrobił krok w stronę Futakiego. – Stary kulas!” Ale Futaki pokręcił tylko głową. „Nie, nie, bracie… wydaje mi się, że Halicsowa wcale nie oszalała – zwrócił się do Schmidta, po czym spojrzał na kobietę i oznajmił: – To z pewnością prawda. Idę do gospody”. Schmidt przymknął oczy i próbował się uspokoić. „Nie żyją od półtora roku. Półtora roku! Wszyscy o tym wiedzą! Z takich rzeczy się nie żartuje. Nie wierzcie im! To zwyczajna pułapka! Rozumiecie? Pułapka!” Ale Futaki ich nie słuchał; już zapinał płaszcz. „Zobaczycie, wszystko się ułoży – podsumował, a jego zdecydowany głos mówił, że podjął ostateczną decyzję. – Irimiás – dodał z uśmiechem i położył dłoń na ramieniu Schmidta – to cudotwórca. Nawet z krowiego łajna postawi pałac… jeśli tylko zechce”. Schmidt stracił głowę; chwycił Futakiego za płaszcz i przyciągnął go do siebie. „To ty sam jesteś łajno, bracie – wściekał się Schmidt – ale z ciebie będzie najwyżej nawóz, przysięgam. Może myślisz, że dopuszczę, że przez twoją głupotę stracę forsę?! Co to, to nie, bracie! Nie pokrzyżujesz moich planów!” Futaki ze spokojem patrzył mu w oczy. „Wcale tego nie chcę, bracie”. „No więc? Co będzie z pieniędzmi?” Futaki spuścił głowę. „Podzielicie się z Kránerem. Jak gdyby nic się nie stało”. Schmidt podskoczył do drzwi i zastąpił mu drogę. „Durnie! – wrzeszczał. – Jesteście durnie! Idźcie już stąd, do kurwy nędzy! Ale moje pieniądze… – uniósł palec wskazujący – grzecznie położycie tu na stole. – I spojrzał groźnie na kobietę. – Słyszysz, ty przeklęta… Pieniądze zostaw tu! Zrozumiałaś?!” Schmidtowa nie ruszała się z miejsca. W jej oczach pojawił się dziwny, obcy błysk. Wstała powoli i zrobiła kilka kroków w stronę Schmidta. Mięśnie twarzy miała napięte, wargi zaciśnięte, pod ciężarem oskarżeń i drwin Schmidt bezwiednie się cofnął i w osłupieniu patrzył na kobietę. „Nie wydzieraj się tak, pajacu – odezwała się ledwie słyszalnym głosem. – Ja idę. A ty zrobisz, co zechcesz”. Futaki dłubał w nosie. „Bracie – powiedział cicho – jeżeli oni rzeczywiście tu są, to przed Irimiásem i tak nie uciekniesz, wiesz dobrze. I co wtedy?…” Schmidt powlókł się bez sił do stołu i opadł na krzesło. „Zmarli powstawali z grobu! – mamrotał. – I ci dają się na to nabrać… Ha-ha-ha, śmiać mi się chce! – Walnął pięścią w stół. – Czy nie widzicie, o co tu chodzi?! Oni coś podejrzewają i chcą nas wypłoszyć… Futaki, bracie, przynajmniej ty miej trochę zdrowego…” Ale Futaki go nie słuchał; stanął przy oknie, ręce splótł z tyłu i wreszcie się odezwał: „Pamiętacie? Jak kiedyś dziewięć dni spóźniała się wypłata, on wieczorem…”. A Schmidtowa dodała z powagą: „Zawsze wyciągał nas z bagna”. „Przeklęci zdrajcy. Mogłem się domyślić” – mamrotał Schmidt. Futaki oddalił się od okna i stanął za jego plecami. „Skoro aż tak mi nie ufasz – poradził – niech idzie twoja żona… Powie, że cię szuka, że nie wie już co… i tak dalej…” „Możesz być spokojny” – zauważyła kobieta. Pieniądze zostały w staniku kobiety, tego bowiem nawet Schmidt był pewien, że tam są najbezpieczniejsze, choć bardzo chciał, żeby jeszcze przewiązała je sznurkiem, ledwie mogli go usadzić z powrotem na krześle, tak się spieszył szukać sznurka. „No to idę” – powiedziała Schmidtowa, szybciutko narzuciła kurtkę, włożyła buty z cholewami i już biegła, wreszcie znikła w ciemnościach drogi prowadzącej ku gospodzie, nie odwróciła się ani razu, zostawiła ich, nie spojrzawszy nawet w ich stronę: dwie rozmyte deszczem twarze za szybą. Futaki skręcił papierosa i szczęśliwy, pełen nadziei wypuszczał dym: napięcie już minęło, poczuł się lekki i wodził rozmarzonym wzrokiem po suficie: myślał o maszynach w pompowni, prawie słyszał głosy nieruchomych, martwych od lat maszyn, jak silniki, pokasłując i stękając, z trudem ruszają, poczuł zapach świeżego wapna… i wtedy usłyszeli, jak otwierają się drzwi wejściowe, a Schmidt ma zaledwie moment, by poderwać się z miejsca, Kránerowa przecież mówiła: „Są tu! Słyszeliście?”. Futaki, potakując, wstaje i wkłada kapelusz na głowę. Schmidt załamany siedzi przy stole. „Mój mąż już poszedł – mówi szybko Kránerowa – przysłał mnie tylko, żebym powiedziała, jeżeli jeszcze nie wiecie, a tam, z pewnością wiecie, widzieliśmy przez okno, że była tu Halicsowa, idę już, nie chcę przeszkadzać, a te pieniądze, kazał powiedzieć mój mąż, niech je cholera weźmie, to wszystko już nie dla nas, tak… i ma rację, uciekać i ukrywać się, nie mieć ani jednej spokojnej nocy, to już nie dla nas, a potem Irimiás, zobaczycie, i Petrina, wiedziałam, że to wszystko brednie, poderżną mi gardło, że też nie przyszło mi do głowy, że ten cały szczwany mały Horgos jest jakiś podejrzany i że źle patrzy mu z oczu, widzicie sami, że sobie to wszystko wymyślił, a my mu uwierzyliśmy, mówię wam, wymyślił od samego początku…” Schmidt podejrzliwie spoglądał na Kránerową. „Ty też bierzesz w tym udział?” – rzekł i zaśmiał się krótko. Kránerowa podniosła brwi i wyszła zmieszana. „Idziesz, bracie?” – odezwał się Futaki, zatrzymując się na progu. Schmidt poszedł pierwszy, za nim kroczył Futaki, poły jego płaszcza powiewały na wietrze, w ciemnościach wymacywał drogę laską, drugą ręką przytrzymywał kapelusz, by nie wylądował w błocie, a bezlitosny wodospad deszczu zlewał w jeden dźwięk przekleństwa Schmidta oraz jego pełne otuchy i wiary słowa: „Nie pożałujesz, bracie! Zobaczysz, będziemy mieć złote życie! Złote życie!”.
_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._