Szczupaki spod hałdy - ebook
Na Śląsku lat 90. morze zastępował staw, a góry — hałda. Wystarczało ognisko, kiełbasa i lodówka Polar, która buczała przez całą noc, żeby człowiek czuł się szczęśliwy. „Szczupaki spod hałdy” to opowieść o dorastaniu w świecie działek, kopalnianych syren i małych interesów życia. O ojcu, który wierzył, że z każdego błędu da się zrobić początek czegoś większego. I o miłości, której nie trzeba było wypowiadać na głos. To historia jednego chłopca. I całego pokolenia. Ciepła, nostalgiczna, z humorem i wzruszeniem — jak wspomnienie lata, które było jednym z ostatnich takich. Z humorem, nostalgią i czułością autor prowadzi czytelnika przez świat, którego już nie ma — ale który każdy z nas nosi gdzieś pod skórą.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397380363 |
| Rozmiar pliku: | 492 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Moja mamusia całe życie marzyła o morzu.
Nie o żadnych Karaibach, broń Boże.
Wystarczył jej Kołobrzeg. Albo chociaż Ustka. Byle słona woda, parawan i gofry z cukrem pudrem.
— Leon, pojedziemy kiedyś nad morze? — pytała co roku w czerwcu, kiedy na działkach zaczynały kwitnąć piwonie.
A mój tatuś zawsze wtedy odpowiadał:
— Po co morze, Heniuśka. Tu też mamy wodę. I to swoją.
I patrzył w stronę hałdy „Barbara”, jakby to był co najmniej Adriatyk.
Tatuś w ogóle miał dziwną słabość do wody.
Nie do pływania. Broń Boże. Pływać nie umiał i jak wchodził do stawu po kolana, to już krzyczał, że go ciągnie.
On wodę lubił posiadać.
Jak inni kupują złoto albo dolary, tak on kupował:
stawy, glinianki i wszystko, w czym pływało coś z płetwą.
Po kopalni został taki jeden zbiornik.
Niby nic — dziura w ziemi, woda czarna jak herbata, trzciny, żaby i stara tabliczka:
„Zakaz kąpieli. Teren szkód górniczych”.
Dla wszystkich to była dziura.
Dla tatusia — przyszłość naszej rodziny.
— Tu, chłopcy — powiedział któregoś dnia, stawiając nogę na kamieniu jak generał — tu my zrobimy interes życia.
Ja i mój brat jedliśmy wtedy chleb z pasztetem i patrzyliśmy, jak z wody wystaje opona od STARA.
— Jaki interes? — spytała mamusia.
— Ryby.
Powiedział to tak, jakby mówił: ropa naftowa.
— Zarybimy. Szczupak, karp, amur. Sprzedamy przed świętami. Ludzie się pozabijają. Zarobimy kokosy.
Nie wiedziałem wtedy, co to są kokosy, ale musiało to być coś wielkiego, bo tatuś aż zatarł ręce i się uśmiechnął tym swoim uśmiechem, po którym zawsze wiedzieliśmy, że zaraz stracimy wszystkie pieniądze.
Przez tydzień chodził po całym Śląsku i załatwiał.
A to jakiś wujek z PZW,
a to chłop z hodowli w Mikołowie,
a to „znajomy znajomego”, co miał ryby „bez papierów, ale zdrowe”.
Przywiózł je w nocy w beczkach po ogórkach.
Pluskały jak diabli.
Wypuszczaliśmy je z bratem do stawu przy latarce.
Srebrne, grube, ogony jak łopaty.
Wydawało mi się, że wpuszczamy do wody małe torpedy.