Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Szczurzy Azyl - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
18,17
1817 pkt
punktów Virtualo

Szczurzy Azyl - ebook

Rennard nie ma nic. Rodzice nie żyją, nie posiada majątku. Perspektyw na lepsze życie, również brak. Żyjąc z drobnych kradzieży na ulicach miasta, każdego dnia walczy o przetrwanie. Gdy nieudana kradzież sprowadza na niego gniew wpływowej bandy złodziei, staje przed wyborem — dołączyć do przestępców lub zginąć. Wybiera życie. Książka przeznaczona wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-574-3
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Majowe promienie słońca rozgrzewały zatłoczony rynek. Jak w każdą sobotę przystało, tłumy przemieszczały się po tej handlowej i kipiącej życiem części miasta Ilter. Dzień po dniu szukają możliwości zakupu podstawowych artykułów jak i tych bardziej wykwintnych. Rennard, szczupły brązowowłosy młodzieniec stał oparty o jedną z latarni ustawionych obok głównego deptaka i przyglądał się motłochowi. Lewą dłonią próbował wygrzebać resztki monet z kieszeni swojego lekko podartego płaszcza.

— No cóż, trzeba zacząć — cicho powiedział do siebie patrząc na swoją dłoń, w której widniały tylko dwie monety.

Udał się w kierunku straganów, wtapiając się w chmarę ludzi chodzących między stoiskami. Jego brzuch zaczął nieprzyjemnie burczeć, przypominając mu, że od ostatniego posiłku minęło już całkiem sporo czasu. Przechodził obok straganu z owocami, który prowadziła kobieta w średnim wieku z młodym jasnowłosym chłoptasiem, zapewne jej synem. Liczne wózki, beczki, skrzynie wypełnione były różnymi owocami i warzywami, od pospolitych aczkolwiek dorodnych buraków, po egzotyczne żółte i pomarańczowe cytrusy. Niemniej nie stan i wygląd tych owoców przykuł uwagę Rennarda, ale stojąca przed tym stoiskiem grupa ludzi, przeglądająca wystawowy asortyment. Przecisnął się przez tłum, chcąc dostać się do skrzyń z zielonymi jabłkami, delikatnie lecz pewnie włożył dłoń do kieszeni płaszcza stojącego obok mężczyzny z krótką rudą bródką. Jego palce dotknęły czegoś gładkiego i okrągłego. Szybkim ruchem zacisnął to w palcach i wyciągnął monetę z kieszeni nic nieświadomego, mężczyzny, który bardziej był skupiony wertowaniem w owocach. Złodziejaszek podszedł do wystawowych skrzyń z jabłkami, wciskając się między starszą zgarbioną kobietę, a krępego, wysokiego faceta w średnim wieku.

— Proszę wybaczyć — rzekł do starszej kobiety, którą delikatnie szturchnął, aby podejść bliżej.

Starucha wydała z siebie jakiś ledwo zrozumiały bełkot, zapewne wyzwała go w jakiś typowy dla wiekowych ludzi sposób i wróciła do rozmowy z handlarką, prosząc ją o pół kilo ziemniaków. _Masz szczęście, że kieszeń i torbę masz z drugiej strony,_ pomyślał złodziejaszek przyglądając się stojącym przed nim jabłkom, wziął po jednym w dłoń i zaczął im się przyglądać.

— A dla Ciebie co? — spytał jasnowłosy chłopak, który pomagał handlarce w prowadzeniu tego straganu, spoglądając na Rennarda.

— A potrzebowałbym kilka tych większych ogórków, tak za dwie Korony — pokazał stojące obok handlarza warzywa.

Sprzedawca obrócił się lekko w swoje lewo, biorąc w do garści cztery ogórki, tymczasem zadowolony kradziej, drugą ręką włożył sobie do kieszeni jedno, dorodne, zielone jabłko.

— Jabłko też chcesz? Pyta wyraźnie wynudzony i zniechęcony swoją pracą pomocnik handlarki.

— Nie, tylko się przyglądałem. Liche coś te jabłka — odłożył owoc do skrzyni. — Dwa dni temu za dwie korony daliście mi pięć ogórków — dodał spokojnym głosem.

— A dzisiaj są cztery, jak się nie podoba coś, to idź poszukaj sobie na innych straganach taniej — odpowiedział mu opryskliwie chłoptaś.

— Nie no, wezmę, dziękuję — Rennard zakończył niezbyt interesującą wymianę zdań, podając gnojowi dwie korony do dłoni.

_No nic, jedno wystarczy_, powiedział sobie w myślach, kierując się w stronę piekarni. Po drodze, przechodził obok mięsnego stoiska, z którego udało mu się całkiem sprawnie zakosić jedną laskę kiełbasy, korzystając z okazji, że grubszy sprzedawca tłumaczył coś równie obfitej kobiecie na temat wybitnego smaku wieprzowiny w połączeniu z papryką. Kawałek dalej stał duży wóz, otoczony licznymi skrzyniami, pudłami i gablotami. Wóz ten należał do znanego mieszkańcom goblina i jego małej świty. Co jakiś czas do Ilter przybywa ten niewysoki osobnik, sprzedając bardzo eleganckie i egzotyczne rzeczy z całego kontynentu. Damy mogą znaleźć tam cholernie drogie perfumy, wisiorki czy elementy garderoby. Męskich klientów zadowolić mogą pięknie zdobione i solidnie wykonane szable, katany, kusze czy też buty ze skóry zwierząt o których pojęciu większość ludzi nawet nie ma pojęcia. Zaglądają wyłącznie do niego ludzie bogaci, gdyż to co sprzedaje jest poza zasięgiem zwykłego mieszczanina. Kradzież również wydaje się karkołomnym zadaniem, oprócz trzech swoich prywatnych najemników, którzy przepędzają biedaków, jego spore stoisko zabezpiecza dodatkowo dwóch miejskich strażników. Również sam handlarz jak i jego cały gatunek jest z natury bardzo czujny i przebiegły, także kradzież nie wchodziła w grę. No chyba, że chce się w szybkim tempie pozbyć kończyny lub całego żywota. Rennard zerknął tylko w stronę tej wystawy, niewiele mógł zobaczyć przez odgradzających wóz strażników, zamożniejszych i elegancko ubranych klientów oraz całkiem spory tłum biedoty chcącej tylko zerknąć na coś na co nigdy sobie nie pozwolą. Puścił wyłącznie smętne spojrzenie i poszedł dalej.

Piekarnia do której dotarł, była bardziej pusta niż zazwyczaj. Stare półki nie uginały się już pod ciężarami bochenków, a w środku była tylko jedna kobieta, która właśnie kupowała pieczywo. Złodziejaszek stanął za nią, czekając na swoją kolej przy okazji przysłuchując się żaleniem kobity o tym, że jej synowie nie chcą już tak chętnie pomagać przy zwierzętach, gdyż w głowie mają tylko machanie kijami i psoty.

— Ćwierć bochenka dla mnie — powiedział znudzony jęczeniem staruchy złodziejaszek, która na szczęście kierowała się już ku wyjściu.

Piekarz odwrócił się, wziął bochen z półki, szybkim ruchem przekroił go długim nożem, nie świadomy, że w tym czasie, zapas jego bułek pomniejszył się o dwie sztuki. Znalazły się one w kieszeni płaszcza jego niezbyt uczciwego klienta. Wychodząc z piekarni, uprzednio dając piekarzowi swoją ostatnią koronę, Rennard zaczął zajadać się na przemian zdobyczną kiełbasą, chlebem i ogórasem. Następnym celem jego podróży była pobliska rzeka, przy której w ciszy od mieszczańskiego zgiełku i zbędnych pierdoleń ludzi, może usiąść pod drzewem. Usiąść i pomyśleć nad swoją egzystencją oraz pozazdrościć ludziom, którym los pozwolił mieszkać na wzniesieniu Ilter, z którego znad rzeczki ma dobry widok. W górnej części miasta, mieszkają ludzie szlachetnie urodzeni i wysoko postawieni. Ludzie, których problemem nie jest to, czy będą mieli co włożyć do garnka, lecz to, że służba ociąga się z podaniem im kolejnego posiłku. Ludzie, którzy mogą całymi dniami zatracać się w książkach, sztuce, przyjęciach i rozrywce, a nie tarzać się w gównie ze zwierzętami, czy tyrać w palącym słońcu na polu. Ta grupa ludzi, potocznie nazywana przez resztę _Wysokimi_ od wielu, wielu lat jest enklawą, oddzielającą się od pospólstwa i zajmująca się swoimi sprawami. Owszem, spacerują oni często po miejscach po których i pospólstwo się włóczy, ale nie przykładają specjalnej uwagi do biedoty, a raczej traktują to jako dodatkową rozrywkę, polegającą na patrzeniu na innych co mają gorzej. Dużo gorzej. Jednakże społeczeństwo ich się lęka, gdyż większość z nich dysponuje siłami, które dla zwykłych szarych ludzi są nieosiągalne i niepojęte. Siłami, które pozwalają im w dłoni wykreować emanującą, barwną kulę, oświetlającą ich drogę. Potrafią też podczas marszu wysuszyć kałużę, byle tylko nie zamoczyć swoich drogich, skórzanych butów. Dysponują mocami, które ludzie nazywają potocznie magią bądź demonami. Licho wie, co dokładnie Ci ludzie jeszcze potrafią. O ile wciąż można ich nazywać jeszcze ludźmi… Kończąc pałaszować kiełbasę i ogórki, złodziejaszek kierował się w stronę wspomnianej rzeki, ale jego uwagę przykuło dosyć duże zgromadzenie ludzi, przy straganach kowala i sąsiedniego płatnerza. Uznał, że taka okazja nie może się zmarnować, gdyż ludzie, którzy tam oglądają te zacne oręże, tarcze czy hełmy często mają całkiem nieźle wypchane sakwy. Bądź w kieszeni dużo ciekawsze rzeczy niż garść drobniaków. Raz udało mu się nawet wyciągnąć srebrny pierścień, który sprzedał przejezdnym lichwiarzom, dzięki czemu jedzeniem i winem nie musiał się przejmować przez dobrych kilka dni. Ponownie wtapiając się w tłum, który oglądał pokaz kowala prezentujący swój wykuty miecz, Rennard wybrał ofiarę, której wzrok był aż wręcz zahipnotyzowany na rzemieślniku. Włożył rękę do kieszeni jego czarnego, długiego płaszcza. Dłoń posuwała się coraz niżej i niżej, aż nagle poczuł mocny ucisk na dłoni. Zerknął na mężczyznę, którego próbował okraść, a ich spojrzenia się spotkały. Mężczyzna ten, gdzieś koło trzydziestego piątego no może czterdziestego roku życia, z krótkimi kruczymi włosami i krótką czarną bródką, popatrzył na niego swoimi bystrymi, zielonymi oczyma i się uśmiechnął. Złodziej bardzo chciał wyrwać swoją dłoń z jego uścisku, ale było to daremne. Drugi facet, trochę wyższy z dłuższymi brązowymi włosami i piwnymi oczami stojący obok, również zerknął w jego stronę i podszedł bliżej. Złodziejaszek szybko znalazł się pomiędzy nimi, wiedząc, że w każdej chwili, jego ręka może widowiskowo znaleźć się w imadle kowala, żeby dostarczyć dodatkowych atrakcji gapiom.

— Zapraszam z nami, nie próbuj jakiś swoich innych sztuczek bo też nie wypalą, a efekt może być znacznie gorszy — powiedział ten, którego próbował okraść Rennard, zaciskając jeszcze bardziej swój uchwyt.

Udali się w kierunku bocznych, mniej uczęszczanych przez mieszkańców uliczek. Zmierzali do coraz węższych i mniej zadbanych przejść. Jeden mężczyzna, wyraźnie wstawiony, który wyszedł im naprzeciw, na ich widok od razu zawrócił. W pewnym momencie kieszonkowiec został pchnięty na kamienną ścianę jednego z domostw. Nieznajomi stanęli przed nim, jeden z nich wyciągnął długi sztylet.

— Wiesz co w tym mieście robi się z takimi jak ty? — zapytał ze spokojem mężczyzna z czarnymi włosami.

— Coś tam słyszałem — odpowiedział niepewnie lecz również niezbyt poważnie Rennard.

— Żartowniś, tak? — kontynuował nieznajomy i przeszukał kieszenie swojej ofiary. — Bieda doskwiera co? Głód też nie pomaga? Jakoś trzeba zaspokoić swoje prymitywne potrzeby?

— Nie miałem wyboru…

— To widzimy — przerwał mu ten drugi facet, zbliżając swój sztylet do jego twarzy. — Słuchaj, nie mamy na Ciebie wybitnie dużo czasu, ale chętnie udzielimy ci szybkiej lekcji. Zastanów się, czy to co robisz oraz w jaki sposób to robisz, jest dobrym rozwiązaniem, bo w przeciwnym razie — dodał i delikatnie lecz boleśnie przeciął policzek Rennarda sztyletem. — Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia. Nawet nie jesteś świadomy, w jak dobrym nastroju dzisiaj jesteśmy i byle ochłap nam tego nie popsuje!

Mężczyźni zerknęli na siebie nawzajem, wymienili się spojrzeniami, a na ich twarzach pojawiły się delikatne uśmiechy.

— Nie bój się — zaczął mówić ten pierwszy. — Nie zabijemy Cię, ani nie uszkodzimy. Zbytnio…

W tej chwili przyparty do ściany oprych poczuł mocne uderzenie w brzuch, cholernie mocne. Osunął się po ścianie na glebę i skulił z bólu.

— Tylko nie leż za długo, żeby Ciebie nikt nie ogołocił — dodał drugi z oprawców, dobijając leżącego na ziemi złodziejaszka kopniakiem w ramię.

Jedyne co widział leżący na ziemi Rennard to były oddalające się kroki obu mężczyzn. Złodziejaszek zwijał się z bólu jeszcze dobre parę minut, w końcu udało mu się wyprostować i nabrać solidny wdech. Ciosy były zaskakująco bolesne. Rozejrzał się po uliczkach, które były kompletnie puste. Chwytając się za brzuch udał się ponownie nad rzeczkę. Nie przykładał w ogóle uwagi do tego co się działo obok niego, nie zerknął nawet na jedno stanowisko. Ból, który wciąż odczuwał był jedynym o czym myślał. Po paru minutach opuścił mury miasta i znalazł się przy rzeczce. Usiadł pod jedną z topoli i próbował ochłonąć i nabrać sił, ale wciąż wracały do niego myśli sprzed paru minut i jego krótkiej kary za próbę kradzieży. Sprawdził swoje kieszenie, w których znalazł jedno jabłko i kawałek niedojedzonego chleba. Podszedł nabrać sobie wody do sparciałego bukłaku. Mimo iż wciąż bolał go brzuch po ciosie tego faceta, którego próbował okraść, głód też robił swoje, więc przełamał się i zaczął jeść wszystko co tylko miał. Po kilkunastu minutach siedzenia połączonego z bolesną konsumpcją, napełnił jeszcze raz bukłak i uznał, że najwyższa pora wracać do domu, tym bardziej, że zaczynało się już się ściemniać. Ponownie szedł przez rynek, gdzie sprzedawcy już zamykali powoli swoje stanowiska, ludzi również było już znacznie mniej niż wcześniej. Kierował się w stronę domu swojego wuja, gdzie miał nieprzyjemność mieszkać. Rodzice złodziejaszka zaginęli bez wieści, gdy miał piętnaście lat. Byli drobnymi handlarzami, sprzedawali dosłownie wszystko co mogli, od ziół i warzyw po wątpliwej jakości tkaniny i odzież. Pewnego dnia udali się z asortymentem na wschód do oddalonego o kilkanaście kilometrów miasta Varloz, niestety już nie wrócili. Wedle informacji, które dostał od swojego wuja, kilka tygodni po ich wyjeździe, zostali prawdopodobnie napadnięci i zabici. Ciał nie odnaleziono. Przez wiele dni Rennard nie wierzył w słowa zapijaczonego wuja, ale z każdym kolejnym dniem, kiedy jego rodzice nie wracali, dochodziło do niego, że to może być jednak prawda. Bardzo nie chciał wierzyć w śmierć rodziców mimo iż coraz częściej słyszał od ludzi, że jego rodzice zostali napadnięci na szlaku i zamordowani. Mieszka od tamtej pory z bratem swojego ojca — Tilo, zasranym pijakiem, który sprzedał dom jego rodziców. Wuj nie przykładał zbytnio uwagi do bratanka, zdarzały się sytuacje, że młody nie miał co jeść, jednak nie przeszkadzało to Tilo w regularnym zachlewaniu mordy i uciechach z tanimi kurwami. Dosyć szybko roztrwonił pieniądze ze sprzedaży domu swojego brata, których zresztą nie było jakoś wybitnie dużo.

Rennard szedł w kierunku biedniejszej okolicy, gdzie kamienne i solidne domy, zamieniały się w drewniane chaty, wozy bez kół i namioty. Zbliżając się do chaty wuja, rozmyślał jak jutro będzie wyglądał jego dzień. Może pomoże swojemu sąsiadowi w nie do końca uczciwych, aczkolwiek mniej ryzykownych robotach. W jakiś sposób trzeba będzie pozyskać parę miedziaków, a po ostatnim zajściu odczuwa niepokój przed grzebaniem ludziom po kieszeniach. Wcześniej w sumie nie został nakryty. Mimo iż od paru lat, regularnie okrada przechodniów czy sklepy nie zdarzyło się, że ktoś by go tak perfidnie przyłapał. Nieskromnie nawet twierdził, że jest w tym całkiem niezły. Przechodząc obok starego i drewnianego domu, zauważył znajomą twarz. Była to Jana, chuda, jasnowłosa dziewczyna w zbliżonym do niego wieku, która mieszkała niedaleko. Widywał ją dużo częściej jak byli młodsi, często razem bawili się i rozrabiali z rówieśnikami. Teraz dziewczyna zajmuje się pomocą u karczmarza i próbuje wyżywić jakoś swoje dziecko. Ucięli sobie pogawędkę o tym jak się im żyje, Jana opowiadała o tym, że ma nadzieję, że jej mąż, który pracuje w tartaku, dostanie obiecywane dodatkowe korony za swoją ciężką pracę. Padły również nostalgiczne wspomnienia dzieciństwa. Rennard był znacznie mniej wylewny od swojej rozmówczyni, głównie przytakiwał, albo odpowiadał ogółami. Gdy ich rozmowa dobiegła końca, dziewczyna wróciła do swojego domu, a wymęczony oprych kontynuował podróż do domu wuja. Z przyzwyczajenia oglądał się za siebie i na boki, w tej okolicy lepiej mieć oczy dookoła głowy, przebywają tu osobniki dużo gorsze niż drobny kieszonkowiec. Nagle jego wzrok przykuła trójka mężczyzn, których dostrzegł po swojej prawej stronie. Rozmawiali przy małym, zaniedbanym, drewnianym domku przed którym stało kilka beczek. Mężczyźni wydawali mu się dziwnie znajomi. Podszedł trochę bliżej, wytężył wzrok i serce zaczęło mu trochę szybciej bić. Z dwojgiem z tych gości miał okazję odbyć jakiś czas temu, krótką i bolesną pogawędkę, zakończoną mocny ciosem w brzuch. Zakradł się bliżej, za sąsiedni dom, żeby mieć pewność, że to na pewno oni. Podchodząc bliżej, miał już pewność. Te same czarne długie płaszcze, te same sylwetki i jak mu się wydawało, te same mordy. Ciemność trochę utrudniała zadanie, ale po chwili miał już pewność. Obserwował ich, ale po paru minutach, towarzystwo się rozdzieliło i znana mu wcześniej dwójka mężczyzn poszła w jedną stronę, a ten trzeci w drugą. Nic nie jest w stanie tego wyjaśnić, ale Rennard poczuł olbrzymią potrzebę dowiedzenia się kim są Ci dwaj i co oni tutaj w ogóle robią. Nigdy wcześniej ich chyba nie widział ani na mieście, ani tym bardziej w tej okolicy. Aczkolwiek w Ilter żyje kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a może i nawet ponad sto tysięcy, więc nie wszystkich idzie skojarzyć. Postanowił skradać się za nimi, oczywiście robił to ze stosownym dystansem, regularnie kryjąc się za przydrożnymi domami. Jego nowi znajomi, przemieszczali się w kierunku granicy tej ubogiej dzielnicy i wchodzili już w bardziej zadbaną i bezpieczniejszą część miasta, już nie tak oddaloną od rynku. Oczywiście regularnie odwracali się za siebie, co było normalnym zachowaniem w tych stronach o tej porze. W końcu doszli do niewielkiego, parterowego kamiennego domu, niczym nie wyróżniającym się od innych stojących w okolicy. Zatrzymali się przed nim, chyba kończyli jeszcze jakąś rozmowę i weszli. Po chwili Rennard podszedł bliżej, nie dostrzegł żadnego światła od świecy w oknie. Minęła dłuższa chwila, a w tym domu wciąż było ciemno. _Czyżby poszli od razu spać?_ Pomyślał. __ Podszedł jeszcze bliżej. Ciekawość nie dawała mu spokoju, wiedział, że to co robi jest kompletnie bezsensu i nic mu to konkretnie nie da, ale chciał zobaczyć cokolwiek co pozwoli mu dowiedzieć się czegoś o tych facetach. Obejrzał się dokładnie po uliczkach, przewinął się tylko jakiś mężczyzna, który zapewne kierował się do swojego domu, a oprócz niego ulice te wypełniał wyłącznie majowy, lekki wiaterek. Podszedł pod dom, do którego weszli śledzeni przez niego nieznajomi. Zakradł się pod malutkie okno, i delikatnie wychylił. Nic nie widział, było kompletnie ciemno. Dostrzegł tylko zarysy jakiegoś stołu i innych mebli. Nic szczególnego i nic co mogłoby w jakimś większym stopniu zaspokoić jego niezrozumiałą ciekawość. Przyglądał się jeszcze chwilę, aż nagle poczuł olbrzymi ból z tyłu głowy, a wszystko stało się jeszcze ciemniejsze…Rozdział 2

Powieki Rennarda z trudem się podniosły, wszystko wokół niego było bardzo rozmazane, jednakże z każdą chwilą łapał coraz więcej ostrości. Dostrzegał skupiska światła i zarysy przypominające ludzkie postury. W głowie cholernie mu szumiało, ale wyłapywał też w tym męskie głosy. Zorientował się, że leży gdzieś na ziemi, a ręce, którymi miał wielką nadzieję złapać się za bolącą głowę ma związane za swoimi plecami.

— O proszę, obudził się w końcu — oznajmił ktoś donośnie.

Młodzieniec zaczął powoli dochodzić do siebie. Był świadomy, że w tym pomieszczeniu jest znacznie więcej osób.

— Nie wypada, żeby nasz gość tak leżał na tej zimnej podłodze, posadźcie go — usłyszał głos zza swoich pleców i po krótkiej chwili poczuł, jak dwóch osobników wzięło go pod ręce i rzuciło niedbale na twarde, drewniane krzesło. Czuł olbrzymi ból z tyłu głowy, ręce też nie były w najlepszej kondycji, zapewne za sprawą sznura którym były związane. Ciężko stwierdzić jak długo leżał tak na ziemi…

— Przyjacielu wstajemy, szkoda marnować tak piękną i ciepłą noc — powiedział jakiś facet stojący przed nim, zwieńczając to solidnym plaskaczem w prawy policzek Rennarda.

Trzeba jednak przyznać, że ożywiło to trochę złodziejaszka. Podniósł głowę, a szum w uszach był już znacznie mniejszy, wzrok stał się wyraźniejszy i w końcu mógł w lepszym stopniu zobaczyć w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje. Usadzony na krześle, ze związanymi dłońmi, a przed nim stoi sześcioro mężczyzn, pomyłka, pięcioro mężczyzn i ewidentnie jedna kobieta. Wszyscy mieli wzrok skierowany wyłącznie na niego, co nie sprawiało, że ta sytuacja była bardziej komfortowa. O ile w ogóle mogłaby taka być…

— Coś taki skromny? Nie bój się, lubimy słuchać naszych gości, nawet tych nieproszonych — ponownie usłyszał głos tego faceta od plaskacza.

— Nie… nie zabijajcie mnie, proszę — z trudem wykrztusił z siebie związany młodzieniec.

Gdzieś ktoś się zaśmiał, a przed Rennardem stanął inny mężczyzna, troszkę się nad nim nachylił i zaczął mu się przyglądać.

— Chyba nie myślisz — powiedział spokojnie. — Że, gdybyśmy chcieli Ciebie zabić to byśmy czekali aż się tu obudzisz? To było by pojebane przecież, nie uważasz?

Na twarzy mężczyzny pojawił się uśmieszek. Już gdzieś widział ten uśmieszek. _No tak, to przecież on,_ pomyślał i przypomniał sobie, o sytuacji, kiedy został przyłapany przez nieznajomego na grzebaniu mu w kieszeni.

— No spokojnie — kontynuował mówca. — Nie zrobimy Ci nic złego, no chyba, że niestety nas do tego zmusisz. Chcemy tylko porozmawiać. Może nam powiesz coś ciekawego przy okazji?

W tym momencie mężczyzna stojący przed nim wyprostował się, poszedł po drugie krzesło i postawił je z pół metra od swojego związanego gościa.

— Zrobić takie dwie głupoty w tak krótkim czasie, nie powiem imponujący wynik. Ale i może nasza lekcja nie była zbyt skuteczna — kontynuował oprawca. — Dobra, skończmy to pierdolenie, po co za nami szedłeś? Ktoś Ciebie na Nas nasłał?

Rennarda w tym wszystkim chyba najbardziej przerażał spokojny ton mówcy. Spokój, który wskazywał na kompletne panowanie nad sytuacją, co w sumie akurat miało miejsce. Związany, otoczony sześciorgiem nieznanych mu ludzi i wciąż lekko otumaniony złodziej, wiedział, że w tym momencie jedyne co może zrobić, to pod siebie.

— Naprawdę… to no… nie potrafię tego wyjaśnić…

— Może liczyłeś na jakąś pomstę? — zapytał siedzący przed nim mężczyzna. — Czułeś, że twój honor musi zostać uratowany? A może uznałeś, że jednak dasz radę nas okraść, co?

— Nie miałem zamiaru się na Was mścić, zresztą co sam bym Wam zrobił — odpowiedział troszkę pewniej Rennard. — Naprawdę ja… nie potrafię tego wyjaśnić. Zauważyłem Was przypadkiem jak wracałem do…

— Powiedz mi, jak długo tak żyjesz?

— W sensie jak?

— Okradając innych.

— Z siedem lat…

— Regularnie widuję jak okrada biednego piekarza — usłyszał damski głos. — Zresztą nie tylko jego.

Młody Rennard nie do końca wiedział jak ma interpretować sytuację w której się znalazł. Tym bardziej nie wiedział, co będzie z nim dalej. Zabiją go w końcu czy nie? Czy może trafił na jakąś zbieraninę przyzwoitych ludzi, który zacznie się nad nim znęcać za jego wszelkie nieprawe występki. Niepokój coraz mocniej mu doskwierał.

— A więc złodziej — kontynuował dalej siedzący przed nim mężczyzna. — W dodatku, bardzo ciekawski złodziej. Jest jakiś sensowny powód, dla którego jednak nie powinniśmy Ciebie zabić?

— Kim wy jesteście? — spytał związany gość.

— A może ty nam się przedstawisz? To, że jesteś złodziejem, to już wiemy, ale imieniem wciąż się nam nie pochwaliłeś?

— Jestem Rennard — odrzekł niepewnie.

— O widzisz, tak lepiej. Dobrze, słuchaj Renny, pozwolisz, że tak będę się do Ciebie zwracał? — zapytał kompletnie ironicznie. — Trochę nam twoja obecność tutaj, krzyżuje plany, ale nie bardzo wiem co mógłbym z Tobą zrobić. Nie jesteśmy mordercami lecz drugiej strony za dużo już niestety widziałeś…

— Większość czasu to jednak oczy miałem zamknięte — przerwał mu złodziej.

Mężczyzna ponownie się uśmiechnął, podszedł do całkiem obficie zastawionego stołu i nalał sobie wina do kielicha. Wina i to nie byle jakiego! Trunek opisany „Winnica Merlana” jest dobrze rozpoznawany i zawsze kojarzony z dobrobytem.

— Gdzie moje maniery, nasz gość zapewne jest również spragniony — powiedział rozczarowanym głosem „gospodarz”, nalał trochę wina do drugiego kielicha i podsunął Rennardowi do ust, delikatnie przechylając. Ten, wziął solidnego łyka. Nigdy wcześniej nie kosztował tego wina, jest bardzo drogie i niestety nie stoi na ladzie u pierwszych lepszych handlarzy, których ogałaca łotrzyk. Nie do końca rozumiał, gdzie się znajduje, wyglądało to na jakąś kompletną norę, w dodatku bez okien, _zapewne piwnica,_ pomyślał. Mimo iż pomieszczenie wskazywało zwykłą ruderę, to obficie zastawiony stół, drogie wina, czy dębowe skrzynie z brązowymi zamkami trochę z tym kontrastowały.

— To pozwolisz Panie — zaczął złodziejaszek. — Że spytam jeszcze raz, kim jesteś ty i twoi przyjaciele?

— Powiedzmy — wtrącił inny mężczyzna, podchodząc bliżej niezapraszanego gościa. — Że jesteśmy… lepszą wersją Ciebie. Czy taka odpowiedź jest dla Ciebie satysfakcjonująca?

— Nie bardzo rozumiem…

— Zastanów się — wtrącił ten, który poczęstował go winem. — Ile razy zostałeś przyłapany na kradzieży przez te kilka lat.

— Może na początku z raz czy dwa, ale to jeszcze byłem młodym gnojem…

— Nie żebyś nadal nim nie był — przerwał mu nieznajomy. — Lecz chyba zaczynasz już łączyć fakty? No chyba, że jesteś jednym z tych, no wiesz, którym główka wolno mieli.

Złodziej, rzeczywiście zaczynał rozumieć. Nie przyłapałby go na kradzieży byle kto. Ten ktoś musiał być albo bardzo czujny, albo po prostu sam mieć do tego smykałkę. Zaczął również rozumieć, że to nie poprawia jego sytuacji, bo najzwyczajniej znalazł się w norze zamieszkałej przez jakiś szemranych ludzi.

— Co ze mną zrobicie? — spytał Rennard. — Zabijecie mnie?

— O, to będzie zależało wyłącznie od Ciebie — oprawca nalał sobie kolejny kielich wina Merlana. — Nie jesteśmy mordercami, ale z drugiej strony jak już słyszałeś, za dużo widziałeś i za dużo wiesz.

— Jak to zależy ode mnie? — zapytał wciąż związany gość.

— Słuchaj, trochę o tobie wiemy. Wiemy czym się zajmujesz, gdzie żyjesz, z kim żyjesz, gdzie kradniesz, generalnie bardzo dużo wiemy o tym mieście. Te nasze pytanie o twoją tożsamość było wyłącznie kontrolne. Nie uważasz, że mógłbyś sobie pozwolić na coś lepszego niż kradzież jabłek, czy tam wyciąganie paru monet staruchom z kieszeni?

— Co ty robisz? — wtrącił się jakiś wysoki facet. — Nie mamy na niego czasu, a ty się nad nim tak rozczulasz. Może jeszcze go weźmiemy ze sobą?

— To w sumie nie jest taki głupi pomysł — odpowiedział mu z uśmiechem „gospodarz”. — Czy już zapomnieliście — zwrócił się donośnie w kierunku reszty swoich towarzyszy — jak wy zaczynaliście? Każdy z Was dołączył tutaj z ulicy i każdy z Was tutaj wszystkiego się nauczył i wszystko osiągnął tutaj. Właśnie dla takich ludzi funkcjonujemy i właśnie takim ludziom proponujemy polepszenie ich nędznego żywota. Nie bądźcie aż tacy samolubni i uprzedzeni, każdego z Was życie strawiło i wysrało. Czemu on miałby nie dostać tej szansy? Widać chłopak jest zdeterminowany, albo głupi, to się jeszcze okaże. Przypomina mi… a z resztą, ktoś kwestionuje moje słowa? Przypominam, że ja tu dowodzę!

Zapadła cisza, a mężczyzna który jeszcze całkiem niedawno powalił Rennarda uderzeniem w brzuch, wstał z krzesła i podszedł do niego bliżej, spoglądając na niego swoimi bystrymi zielonymi oczami.

— Wiesz czas nas trochę pogania, a ty jesteś w tym momencie trochę zbędny. Zbędny, ale może nie całkiem bezużyteczny. Słuchaj uważnie to co teraz Ci powiem bo to ważne. Opowiem Ci jak wygląda Twoja sytuacja, a ty sam ocenisz jak rozwiążemy ten problem. Chyba rozumiesz, że trafiłeś na nieodpowiednich ludzi i znalazłeś się w kiepskiej sytuacji? Ale mam dla Ciebie dwa rozwiązania tego incydentu. Pierwsze i najkrótsze, no to, że jednak Cię zabijemy. Drugie rozwiązanie, uważam osobiście za bardziej interesujące, pozwolę Tobie na poprawienie twojego żenującego życia.

Związany złodziej poczuł jak jego serce zaczęło dużo szybciej bić, a na jego twarzy pojawiły się drobne kropelki potu. Sytuacja z każdą chwilą była dla niego coraz bardziej stresująca i przerażająca.

— Co dokładnie masz na myśli? Z tą poprawą życia — spytał bardzo zaniepokojonym głosem Rennard.

— Widzę, że bardziej interesuje Cię moja druga propozycja, bardzo rozsądnie — poklepał złodziejaszka po włosach. — Chyba nie chcesz do końca życia, albo przynajmniej do momentu, aż ktoś ci w końcu utnie te łapy za kradzieże, wertować po sakwach biedakom czy kraść kiełbasę ze straganów? Nie uważasz, że jesteś w stanie zrobić coś, hm bardziej ambitnego? Dziś powiedzmy natrafiła Ci się niepowtarzalna okazja na to, żeby w końcu zrobić coś bardziej wymagającego i zarazem opłacalnego niż okradanie naszego poczciwego piekarza. Jak sam wspomniałeś jakieś doświadczenie już masz, wiec na pewno będzie Ci trochę łatwiej.

— Kim wy jesteście? Jakieś bractwo honorowych złodziei? Jakaś cholerna sekta czy co?

— Jak wspomnieliśmy wcześniej, jesteśmy lepszą wersją Ciebie, tyle na razie Ci wystarczy. Więc rozumiem, że się zgadzasz na to, żebyśmy Ci pomogli?

— Drugim rozwiązaniem jest moja śmierć?

— Zgadza się.

— W takim razie chyba przystanę na to rozwiązanie, gdzie jednak jeszcze trochę sobie pożyję — odpowiedział związany opryszek. — Czego ode mnie chcecie?

Mężczyzna którego kilka godzin temu próbował okraść Rennard, dolał sobie wina do kielicha, wziął solidne dwa łyki trunku i odpowiedział spokojnym głosem:

— Wybieramy się niebawem na małą wycieczkę, a ty nam pomożesz. Jak zrobisz wszystko to co Ci będziemy mówić to przeżyjesz. Tylko od razu zaznaczę, będziemy mieć na Ciebie oko, zwłaszcza ja. Także nie próbuj robić jakiś głupot, bo myślę, że moi przyjaciele bez większych skrupułów chętnie sobie poćwiczą wbijanie sztyletów na Tobie. Ucieczka — dodał wyciągając swój sztylet. — Też nie będzie najlepszym rozwiązaniem.

Ktoś z obecnych w piwnicy przeciął sznur, którym Rennard miał związane ręce. Główny mówca zaczął wymieniać parę uwag z dwojgiem swoich kompanów.

— Dajcie mu jakaś czarną szatę — powiedział „gospodarz” jak to zaczął myśleć o nim złodziejaszek. — Te jego łachmany za bardzo się rzucają w oczy.

Jedyna w grupie kobieta wręczyła Renemu długi, czarny płaszcz z kapturem. Mimo iż zapewne wiekowy, był w całkiem dobrym stanie.

— Dobra młody, musimy zasłonić Tobie oczy, chyba, że zamiast opaski wolisz, żeby nasz kolega ponownie zdzielił Cię pałką w łeb?

Ktoś założył wciąż nieco zdezorientowanemu złodziejaszkowi opaskę na oczy, gdzieś usłyszał, żeby podał swoją rękę i czuł jak się przemieszcza. Wpierw doszli do drabiny, potem szli po kamiennej drodze. Każdemu krokowi towarzyszyło silne, męskie szarpnięcie. Szli jeszcze tak z dobre kilka minut, regularnie skręcając to w lewo to w prawo. Dwa razy został całkowicie obrócony wokół swojej osi, także w żadnym stopniu nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić gdzie i jak szli. W końcu doczekał się ściągnięcia opaski i po chwili zorientował się, że znajduje w podgrodziu Ilter. Znał te rejony całkiem nieźle, zamieszkiwane głównie przez farmerów i biedaków, ale jest też kilka bardziej dostojnych posiadłości i właśnie niedaleko jednej z nich stali. Za dwu metrowym murkiem stał ładny piętrowy pałacyk z dużym ogrodem. Zbiorowisko stało z bocznej strony tej posiadłości, parę kroków od odgradzającego ją muru. Renny zauważył również, że jest ich znaczniej mniej, bo oprócz mężczyzny którego kilka godzin temu próbował okraść, było jeszcze dwóch nieznajomych.

— Dobra, ja pójdę z naszym nieproszonym gościem tędy, wy wejdźcie od północnej strony. Sprawdźcie tereny za domem, my przeszukamy przedni ogród i stajnię. Widzimy się potem w ustalonym miejscu.

Mężczyźni kiwnęli głowami potwierdzając, że przyjęli wszystko do wiadomości i udali się chaszczami w stronę północnej części muru.

— Dobra Rennard, teraz udowodnisz czy się do czegoś nadasz. W skrócie powiem tyle, że gospodarzy nie ma, pozostała tylko nieliczna służba, która zapewne jest już zalana w trupa. Musimy sprawdzić ten ogród i stajnię i znaleźć niewielki pakunek. Jego zawartość jest dla Ciebie kompletnie nieistotna. Sprawdzimy wpierw ogrody, a jakbyśmy tam tego nie znaleźli, udamy się w kierunku stajni. Do pałacyku nie wchodzimy i przede wszystkim, nie rób hałasu i nie daj się zauważyć. Najlepiej to trzymaj się blisko mnie i rób to co Ci mówię, jasne?

— Wydaje mi się, że tak — odparł Renny.

— Świetnie, to co, wspinaj się na mur i jak przejdziesz, schowaj się za którymś z drzew.

Rennard zrobił lekki rozbieg i odbił się jedną nogą od muru, jego dłonie złapały się górnej części zapory, podciągnął się najszybciej jak tylko potrafił i znalazł się na murze. Równie szybko, opuścił się z niego i przykleił się do najbliższego drzewa. Jego towarzysz, chwilę po nim również znalazł się za sąsiednim drzewem. Następnie zakradali się za kolejnymi roślinami, aż znaleźli się niedaleko małego, białego posążku przedstawiającym jakiegoś małego gnojka z piórem trzymanym w lewej dłoni. Posążek niestety stał całkiem na widoku i podejście do niego mogłoby zostać łatwo zauważone.

— Słuchaj — powiedział szeptem „gospodarz”. — Podejdę do tego posążka i będę musiał coś przy nim sprawdzić, jeżeli ktoś wyjdzie z pałacu, bądź pojawi się w tych oknach — wskazał palcem na obszar czterech najbliższych okien. — Przełam szybko ten patyczek, na pewno to usłyszę — dokończył i wręczył złodziejaszkowi, krótki czarny patyk z rodzaju drewna, którego młodzieniec wcześniej raczej nie spotkał.

Jego kompan, szybkimi lecz bezszelestnymi ruchami znalazł się przy posążku, przyczepił się do jego kolumny i zaczął ją obmacywać. Próbował coś podważyć sztyletem, ale bezskutecznie. Po niecałej minucie, wrócił do Rennarda, i oznajmił, że tam tego nie ma i muszą się udać do kolejnego posążka, który znajduje się przy stajni. Wrócili tym samym szlakiem drzew, którym szli do pierwszego miejsca, sprawnie przebiegli przez nieosłonione miejsce przy bramie wjazdowej i kontynuując spacer za roślinami ogrodowymi znaleźli się niedaleko stajni co ewidentnie było czuć. Młody opryszek szedł jak cień za swoim przewodnikiem, starając się zachować przy tym jak najwięcej uwagi i jak najmniej hałasu. A przede wszystkim niczym nie narazić się na jego gniew. W pewnym momencie stojący przed nim towarzysz podniósł rękę i skulił się jeszcze bardziej za drzewkiem. Rennard również, kucnął i obserwował co się dzieje. Zza rosnących przed drzewami krzewów, dostrzegł obrys jakiejś postaci przemieszczającej się chwiejnym krokiem w stronę stajni.

— Musimy chwilę poczekać — szepnął.

Po jakimś czasie ze stajni wyszła ta osoba, która okazała się po prostu pijanym członkiem służby. Podeszli jeszcze parę kroków bliżej, nieustannie będąc schowani za wszelkimi rosnącymi po drodze krzaczorami i drzewkami. W końcu się zatrzymali przy ostatnim drzewie, gdzie dalej zaczynała się wydeptana, ziemista dróżka na środku której stała studnia. Towarzysz Rennarda, szybkim ruchem wyskoczył zza drzewa, podbiegł skulony te parę kroków i przykleił się do dolnej, kamiennej części studni. Zrobił również miejsce dla swojego kompana, co było ewidentnym znakiem tego, żeby złodziejaszek powtórzył jego ruchy. Młodzieniec równie sprawnie znalazł się za studnią i oczekiwał na dalsze polecenie.

— Wysuń się delikatnie zza studnie — pokazał palcem do góry. — Lekko po twojej lewej stronie, ze trzy kroki od nas jest kolejny biały posążek. Ta sama procedura, obserwuj uważnie, a gdy tylko kogoś lub coś zobaczysz, złam ten patyczek. Masz go jeszcze co?

Rennard wyciągnął go z kieszeni, jego towarzysz przytaknął, zerknął zza studni czy nikogo nie ma i sprawnie zakradł się za posążek. Młodzieniec z delikatnie wysuniętą głową ponad kamienna zabudowę studni obserwował teren i swojego współpracownika. Nagle ze stajni, która stała parę kroków od posążku wyszła jakaś kobieta. Złodziejaszek szybko schował głowę, złamał patyczek i wychylił się delikatnie z prawej części studni. Zobaczył jak „gospodarz” kuca bezruchu za posążkiem i patrzy na niego. Ten wysunął się jeszcze bardziej i był w stanie zauważyć jak kobieta idzie dalej z jakimś wiadrem. Pokazał kciukiem swojemu towarzyszowi, że jest już bezpiecznie, ten osobiście zerknął jeszcze i wrócił do podważania części kolumny swoim sztyletem. Renny zauważył, że jego towarzyszowi udało się jakby otworzyć kolumnę posążku i coś z niej wyciąga. Włożył ponownie część kolumny na swoje miejsce, poczekał na sygnał od swojego młodszego kompana, że jest czysto i wrócił za studnie.

— Dobra, mam to co trzeba, chodź za mną. Wyjdziemy bocznym wejściem.

Chowając się za stajnią, szli w kierunku wschodniej części posiadłości, później znowu ukryli się za drzewami i znaleźli się przy niewielkiej bramie, która wyraźnie była przeznaczona dla wyjeżdżających stąd. Jeszcze tylko parę spojrzeń, czy na pewno nikogo za nimi nie ma, „gospodarz” również wychylił się delikatnie zza krat bramy, żeby zobaczyć czy teren za nią jest czysty i oboje przeszli przez nią, opuszczając teren pałacyku. Skręcili w stronę dróżki prowadzącej do Ilter i szli w kompletnej ciszy. Będąc przy wysokim dębie na uboczu drogi, zatrzymali się i bardziej doświadczony złodziej powiedział, że poczekają tu chwilę na pozostałych.

— Masz ze sobą ten patyk?

— Tak — Rennard wyciągnął z kieszeni przełamany na dwie części patyczek.

Jego towarzysz wziął go od niego, wbił w ziemie i zakopał, uśmiechając się do Rengo.

— Lepiej, żeby nikt go nie widział tutaj.

Stali w krępującej ciszy jeszcze parę minut, aż na dróżce pojawiły się dwie postaci, które później okazały się dwójką członków bandy, która miała się udać do północnej części pałacu. Złodzieje wymienili ze sobą parę zdań, zerkając sporadycznie na młodzieńca.

— Cóż, na dzisiaj to by było tyle, mamy to co mieliśmy zdobyć. Nie spierdoliłeś nic, więc, nawet coś ode mnie dostaniesz.

Mężczyzn podszedł do Rennarda i dał mu sakiewkę w której było kilkanaście koron.

— Teraz się rozdzielimy i ty pójdziesz tą drogą — wskazał na drogę z której przyszła przed chwilą dwójka jego współpracowników. — A my tamtą. Dojdziesz do podgrodzi, lepiej tam się prześpij w karczmie i nad ranem wejdź do Ilter. Mam też dla Ciebie propozycję. Przyjdź jutro do Karczmy Josfela, wiesz gdzie to? Chciałbym zamienić z Tobą parę słów i przedstawić Ci moją skromną ofertę na poprawę twojego nędznego życia. A te parę koron potraktuj jako niewielki przedsmak tego, co możesz zarobić. To byłoby na tyle, a i oddaj płaszcz.

— Poczekaj, zdradzisz mi chociaż swoje imię?

— Na to przyjdzie czas, bądź jutro w południe, tam gdzie mówiłem — odparł mu mężczyzna w kruczych włosach i wszyscy rozeszli się w swoich kierunkach. Rennard zgodnie z tym co mu zostało przekazane kierował się do jedynej karczmy w podgrodziu, gdzie przed snem gulnął trochę taniego piwa i zjadł kawałek kurczaka z ziemniakami, a i jeszcze trochę miedziaków mu zostało w kieszeni. Rozmyślał czy mimo takiego obrotu zdarzeń, trafiła mu się wyśmienita okazja na wstąpienie i zarobienie porządnej kwoty w świecie złodziei i oszustów, czy może został właśnie wplątany w jakieś brudy z których już żywy się nie wywinie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij