Szczyt pożądania - ebook
Jeden mężczyzna odciął linę i uciekł. Drugi związał ją na nowo i został. Klara Wysocka - studentka prawa, ruda, piegowata, z językiem ostrzejszym niż grań w Pieninach - trafia na wycieczkę górską, z której wróci inną kobietą. Bo w górach poznaje się ludzi. Na grani, nad przepaścią, z niedźwiedzicą za plecami - tam nie da się udawać. Tam scyzoryk w ręku mówi prawdę, której usta nigdy nie powiedzą. I tam - na zboczu, z krwawiącymi kolanami i łamiącymi się paznokciami - pojawia się on. Z dołu. Skąd nikt nie powinien nadejść. „Szczyt Pożądania” - drugi tom serii po I tomie: „Wokanda Pożądania”. Dla tych, które wiedzą, że najważniejsze nie jest to, kto trzyma cię za rękę na szczycie. Najważniejsze jest to, kto nie puszcza, gdy zaczynasz spadać. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich 18+
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 487 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rozdział 1. Kozica 3
Rozdział 2. Gospoda 8
Rozdział 3. Niedźwiedź 14
Rozdział 4. Lina 23
Rozdział 5. Policzek 31
Rozdział 6. Pani Gosia 39
Rozdział 7. Pocałunek 50
Rozdział 8. Kozica 59
Rozdział 9. Naszyjnik 65
Rozdział 10. Pizza 73
Rozdział 11. List 80
Rozdział 12. Pięćdziesiąte piąte piętro 86
Rozdział 13. Sukienka 94
Rozdział 14. Pantera 104
Rozdział 15. Wesele 113
Rozdział 16. Przesłuchanie 123
Rozdział 17. Dżaa-ri-ja 131
Rozdział 18. Legitymacja 136
Rozdział 19. Tłumaczenie 142
OD AUTORKI 1491 ROZDZIAŁ 1. KOZICA
Blanka otworzyła drzwi pokoju i stanęła.
Na podłodze - między łóżkami, między biurkiem a regałem, w przestrzeni, która normalnie mieściła dwie pary kapci i jeden dywanik - stał namiot. Niski, wąski, zielonkawy, z siatką moskitierową z jednej strony i wystającym z drugiej pałąkiem, który opierał się o nóżkę biurka pod kątem, jaki nie istnieje w żadnej instrukcji montażu. Namiot zajmował cały pokój - od ściany do ściany, od łóżka do łóżka - i wyglądał jak coś, co wylądowało tu z kosmosu i nie zamierzało odlecieć.
Z wnętrza namiotu wystawały nogi.
Nogi w obcisłych getrach - czarnych, matowych, przylegających do skóry tak, że widać było każdy mięsień łydki i zarys kolana. Nogi długie, szczupłe, zakończone skarpetkami w kolorze buraczkowym, które Blanka rozpoznała od razu, bo sama je kupiła Klarze na gwiazdkę za dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć w tym samym markecie, w którym kupowały wino.
- To ty, Blanka? - dobiegło z wnętrza namiotu.
Głos stłumiony, jakby ktoś mówił z dna wanny albo z wnętrza pralki. Blanka otworzyła usta, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, namiot drgnął. Jeden z pałąków - ten, który opierał się o biurko - ześlizgnął się z nóżki, szurnął po podłodze i złożył się z trzaskiem, jakby ktoś złamał gałąź. Materiał opadł. Siatka moskitiery zwinęła się. Namiot, który jeszcze sekundę temu był czymś w rodzaju konstrukcji architektonicznej, zamienił się w zielonkawy worek z nieruchomymi nogami w buraczkowych skarpetkach.
Z worka dobiegło sapnięcie.
Potem - ruch. Nogi zaczęły się szamotać. Zielonkawy materiał falował jak żywy - od środka, chaotycznie, jakby ktoś w środku walczył z czymś, co nie chciało puścić. Blanka zobaczyła łokieć - ostry, wyraźny, naciskający na materiał od wewnątrz jak pięść pod kołdrą. Potem kolano. Potem tył głowy - zarys czaszki pod tkaniną, poruszający się w lewo, w prawo, w lewo.
Klara próbowała się wyczołgać.
Na brzuchu - twarzą do podłogi, z rękami wyciągniętymi przed siebie, jak żołnierz pod drutem kolczastym, ciągnąc się po parkiecie łokciami, z nogami zaplątanymi w resztki moskitiery. Materiał namiotu leżał na niej jak całun - ciężki, bezkształtny, śliski - i zsuwał się z pleców tylko po to, żeby nawinąć się na nogi. Klara sapała. Klara przeklinała. Klara wyglądała jak ktoś, kogo połknął śpiwór i teraz trawił.
Blanka zobaczyła ją w momencie, gdy Klara wyprostowała się na czworaka - z głową wciąż pod materiałem, z tyłkiem wypiętym w górę, w tych obcisłych czarnych getrach, które opinały jej pośladki tak, że Blanka na chwilę zapomniała o namiocie, o pokoju, o wszystkim. Mały tyłek. Okrągły. Twardy. W matowym, sportowym materiale, który nie zostawiał nic wyobraźni - bo wyobraźnia nie była potrzebna, gdy rzeczywistość była tak precyzyjnie opakowana.
Klara wreszcie zrzuciła z siebie materiał. Wstała na kolana. Potem na nogi. Odgarnęła włosy z twarzy - rudą kitkę, która rozwiązała się w trakcie walki z namiotem i teraz wyglądała jak miotła po pożarze. Twarz czerwona, oczy błyszczące, oddech ciężki.
Stała na środku pokoju w obcisłej bluzie termoaktywnej - czarnej, dopasowanej, z długimi rękawami i zamkiem pod szyją. Bluzka opinała ją jak druga skóra - szczupły tors, małe piersi zarysowane pod materiałem, ramiona wąskie, ale wyraźne. Sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu. Rude włosy. Policzki w kolorze wina z Biedronki.
Blanka patrzyła na nią.
Klara patrzyła na Blankę.
Blanka zaczęła się śmiać.
Nie cicho - głośno, od razu, bez ostrzeżenia, tym śmiechem, który wybucha z głębi brzucha i nie pyta o pozwolenie.
- Co - Blanka łapała oddech - ty - oddech - odwalasz?
Klara wyprostowała się. Splecione ręce na piersi. Broda uniesiona. Z twarzą, na której rumieniec przechodził w godność, a godność w coś, co było prawie bezczelnością.
- Nie każdy spędza weekendy nad jeziorem Como - powiedziała z takim tonem, jakby Como było czymś pospolitym i trochę żałosnym.
- Słucham?
- Jadę na wyjazd. - Klara wskazała ręką na ruiny namiotu jak właścicielka posiadłości, która pokazuje gościom ogród. - Ze Studenckim Kołem Podróżników „Ryś”. Cztery dni trekkingu w górach. Trzy noclegi pod gwiazdami. W namiocie.
Blanka spojrzała na namiot. Na zielonkawy stos materiału, pałąków i moskitiery, który leżał na podłodze jak zdechłe zwierzę. Potem na Klarę - wyprostowaną, dumną, w getrach i bluzce termoaktywnej, z rudą kitką w nieładzie i z miną zdobywczyni.
- A w harcerstwie byłaś?
- Nie byłam. Właśnie dlatego ćwiczę. Żeby przypału nie było.
Klara spojrzała na namiot. Na stos materiału. Na złamany pałąk. Na skarpetkę, która zaplątała się w moskitierę i sterczała z niej jak flaga kapitulacji.
Zaczęła się śmiać.
Obie - jednocześnie, razem, twarzą w twarz, w ciasnym pokoju akademickim na Kickiego, z namiotem na podłodze i z tym samym śmiechem, który łączył je od pierwszego roku i który nie potrzebował powodu, bo sam był powodem.
Blanka usiadła na swoim łóżku.
- Kiedy jedziesz?
- W poniedziałek. - Klara usiadła na swoim łóżku, naprzeciwko Blanki. Kolana prawie się stykały. Między nimi - resztki namiotu. - Zadzwonili do mnie dziś rano, czy chcę. Powiedziałam, że chcę. A potem pojechałam do marketu sportowego.
Prezentowała uśmiechniętą minę - tę swoją minę, w której było zadowolenie z siebie, ekscytacja i odrobina szaleństwa, i która pojawiała się u Klary zawsze, gdy podejmowała decyzję impulsywnie i nie zamierzała jej żałować.
- I kupiłaś namiot.
- Namiot, śpiwór, matę, kuchenkę turystyczną i liofilizowaną zupę pomidorową, która wygląda jak trociny, ale podobno po zalaniu wrzątkiem smakuje prawie jak jedzenie. - Klara wyliczała na palcach. - I te spodnie. I bluzkę.
- Widzę - powiedziała Blanka.
- Na ile jedziesz?
- Cztery dni. Trzy noclegi. Zaczynamy w Pieninach, tam mała wspinaczka, a później w kierunku Beskidu Sądeckiego i koniec w Krynicy Zdroju. Szczyty, doliny, lasy, niedźwiedzie, wilki, cisza, natura, oddech od Warszawy.
Blanka patrzyła na Klarę. Na jej oczy - jasne, błyszczące, dziś zdecydowanie nie matowe. Na jej uśmiech, który był zbyt szeroki jak na wycieczkę z kółkiem turystycznym. Na rumieniec, który nie schodził z policzków, mimo że walka z namiotem skończyła się pięć minut temu.
I nagle - jak trzask pałąka w namiocie - Blanka zrozumiała.
- Pawełek też jedzie?
Klara spurpurowiała. Od szyi w górę, gwałtownie, jak termometr, w który ktoś dmuchnął gorącym powietrzem. Purpura zalała policzki, uszy, czoło, kark - wszystko.
- Jedzie czy nie jedzie, ja jadę - powiedziała szybko. Za szybko. Z tym tonem, który u Klary oznaczał: pytanie jest celne i właśnie dlatego nie zamierzam na nie odpowiedzieć.
- Klara, mów prawdę.
Klara milczała sekundę. Dwie. Trzy. Obracała w palcach skrawek moskitiery, który został jej w ręku po walce z namiotem. Potem westchnęła - głęboko, z dna klatki piersiowej - i powiedziała:
- Jedzie. Przecież on mnie namówił na zapis do tego koła. Nawet kilka składek za mnie zapłacił, jak nie miałam kasy.
Blanka zmrużyła oczy.
- A ta jego Kaśka też jedzie?
Klara podniosła głowę. Na jej twarzy pojawił się uśmiech - ostry, błyskotliwy, z zębami, uśmiech hieny, która właśnie zobaczyła ofiarę i ma doskonały humor.
- Na górskie wyprawy to jadą kozice, a nie krowy.
Blanka wybuchnęła śmiechem. Głośnym - głośniejszym niż przy namiocie, głośniejszym niż potrzeba, głośniejszym niż pozwalały ściany akademika na Kickiego. Złapała się za brzuch, bo przepona odmówiła posłuszeństwa, i śmiała się tak, że łóżko pod nią trzęsło się i sprężyny skrzypiały, i gdzieś na korytarzu ktoś pewnie się zastanawiał, czy ten pokój ma ściszoną imprezę.
- To - Blanka ocierała oczy - teraz rozumiem, kozico, skąd ten opięty strój. - Wzięła oddech. Drugi. - Obróć się. Pokaż jeszcze raz ten apetyczny tyłeczek.
Klara zaróżowiła się. Ponownie. Inaczej niż purpura sprzed chwili - delikatniej, cieplej, z rumieńcem, który pełzł po skórze powoli i zatrzymywał się na kościach policzkowych.
- To nie tak - powiedziała z godnością. - To są spodnie termoaktywne. Z dodatkiem jonów srebra. Antybakteryjne. To jest górska wyprawa, a nie wczasy w hotelu. Mycie tylko w górskich potokach.
- Jony srebra - powtórzyła Blanka z twarzą tak poważną, jak to było możliwe przy trzęsącym się podbródku. - Oczywiście. Jony srebra na Pawełka. To dopiero broń masowego rażenia.
- Blanka!
- No co? - Blanka uniosła ręce w geście niewinności. - Mówię, że wyglądasz naprawdę dobrze. Serio. Te spodnie ci pasują. Ta bluzka ci pasuje. Wyglądasz jak ktoś, kto zdobywa szczyty.
Klara patrzyła na nią z miną, w której walczyły ze sobą oburzenie i zadowolenie, i zadowolenie wygrywało - powoli, nieśmiało, ale nieodwracalnie.
- Wiem - powiedziała cicho. Uśmiechnęła się. Inaczej niż przed chwilą - nie ostro, nie z zębami. Ciepło. Z nadzieją, której się wstydziła, ale której nie potrafiła ukryć. - I Paweł też to będzie widział.
Blanka uśmiechnęła się do Klary. Z czułością, która nie potrzebowała słów - bo słowa w tym momencie byłyby za dużo albo za mało, i lepiej było po prostu siedzieć naprzeciwko siebie na łóżkach w akademiku na Kickiego, z namiotem na podłodze, z rudą kitką w nieładzie, z jonami srebra i z nadzieją, która była cichsza niż śmiech, ale trwalsza.
Za oknem Grochowska żyła swoim wieczornym życiem - tramwaje, samochody, ludzie wracający z pracy. Lato trwało. Ciepłe, długie, warszawskie lato, w którym wszystko się zaczyna i nic się nie kończy.
Klara wstała. Spojrzała na namiot rozłożony na podłodze. Na pałąki, na moskitierę, na skarpetki zaplątane w siatce.
- Pomożesz mi to złożyć?
Blanka westchnęła.
- Pomogę. Ale jutro kupujesz wino.2 ROZDZIAŁ 2. GOSPODA
Szczawnica pachniała dymem.
Nie papierosowym - drewnem. Drewnem z kominów, drewnem z desek, drewnem ze wszystkiego, bo w Pieninach drewno było powietrzem, podłogą, ścianą i dachem jednocześnie. Klara siedziała za stołem w gospodzie góralskiej i wdychała ten zapach - żywiczny, ciepły, z nutą sadzy i czegoś słodkiego, może miodu, może nalewki, może samych gór, które pachną inaczej niż cokolwiek w Warszawie. Wyżej. Ostrzej. Prawdziwiej.
Sufit z ciemnych desek wisiał wysoko nad głową - belki grube, heblowane, z sękami wielkości pięści, poczerniałe od lat dymu i wilgoci. Na ścianach - trofea myśliwskie, których Klara wolała nie oglądać, drewniane godła, krzyż i zdjęcie papieża. Lampy kinkietowe rzucały żółte światło, które nie docierało do kątów, i w tych kątach kłębiła się ciemność - ciepła, aksamitna, góralska ciemność, która pachniała piwem i wilgotną wełną.
Na sali siedziało około dwudziestu osób. Rozsadzeni przy kilku drewnianych stołach, ustawionych w nieregularny półokrąg, otaczali mężczyznę, który stał pośrodku.
Klara spojrzała na niego i pomyślała: nie.
Nie - bo mężczyzna wyglądał jak ktoś, kogo matka natura złożyła z resztek. Wysoki - może metr dziewięćdziesiąt, może więcej - ale chudy tak, że koszulka wisiała na nim jak na wieszaku, a spodnie bojówki, pogniecione i za krótkie, odsłaniały kostki w wełnianych skarpetkach. Koszulka była za duża o dwa rozmiary - szara, wyprana do białości na ramionach, z napisem „Lubię górować!” i logiem rysia pośrodku. Ryś wyglądał na równie zmęczonego jak koszulka. Twarz mężczyzny była szczupła, delikatna, z pryszczami, które rozsiały się po brodzie i na skroniach, jakby pokwitanie wróciło po latach i postanowiło się zemścić. Na głowie - dredy. Różnokolorowe. Blond, brąz, rudy, jeden zielonkawy, splecione nieregularnie i związane z tyłu w kitkę, która wyglądała jak suszony bukiet kwiatów po tygodniu na słońcu.
Damian. Przewodnik. Kierownik grupy.
- No to tak - zaczął, klaszcząc w dłonie raz, jakby odganiał muchy. Głos miał wysoki, trochę nosowy, z takim zaciągnięciem, które nie było góralskie, nie było warszawskie, nie było żadne - po prostu nerwowe. - Pamiętajcie, wszyscy za jednego, jeden za wszystkich.
Zaśmiał się. Nerwowo. Krótko. Śmiechem, który nie czekał na reakcję sali, tylko wypełniał ciszę, bo Damian wyraźnie nie lubił ciszy.
Klara oparła brodę na dłoni i słuchała.
- Jutro mamy najgorszy dzień - ciągnął Damian, pocierając ręce. - Tak pomyślałem, że macie jeszcze dużo sił, więc wrzucam go teraz. Podejście na Sokolnicę i Trzy Korony.
Ktoś przy stoliku po prawej - chłopak w polarze, z brodą, z kubkiem piwa - powiedział głośno:
- Jeszcze jak!
Kilka osób się zaśmiało. Damian uśmiechnął się - nerwowo, z dredami kołyszącymi się jak żyrandol - i kontynuował:
- Są miejsca, gdzie będzie trzeba iść przy łańcuchach. Przy krawędzi. Musi być skupienie. I musi być ktoś obok. - Podniósł palec. - Jest nas osiemnaście osób, więc każdy musi znaleźć swoją parę.
- Pary koedukacyjne dozwolone? - odezwała się dziewczyna z końca sali. Blondynka, krótkie włosy, uśmiech szeroki jak połonina.
Śmiech. Grupowy, ciepły, z tym brakiem hamulców, który pojawia się, gdy dwadzieścia osób siedzi razem przy piwie w górskiej gospodzie i nikt nikogo nie zna dłużej niż dwa dni.
Damian wyszczerzył zęby.
- To są góry. Wszystko się może zdarzyć.
- Bo w górach wszystko się może zdarzyć - powtórzył chłopak w polarze, przedrzeźniając ton Damiana z taką precyzją, że pół sali wybuchnęło śmiechem.
Damian nie załapał. Mrugał oczami - szybko, trochę za szybko - i kiwał głową, jakby cytat z jego własnych słów był potwierdzeniem, a nie żartem.
- No właśnie - powiedział z powagą. - Wszystko. Dlatego łączycie się liną. Lina karabińczykiem do łańcuchów. Na tych odcinkach nie odpinamy się bez komendy. Bezpieczeństwo jest najważniejsze.
Klara słuchała i jednocześnie obserwowała Damiana z tą swoją zdolnością, która polegała na widzeniu dwóch rzeczy naraz - tego, co ktoś mówi, i tego, kim jest naprawdę. Damian mówił o bezpieczeństwie. Damian mówił o łańcuchach i karabińczykach. Damian był przewodnikiem i kierownikiem grupy. I Damian był nerwowy jak dziecko przed występem w szkolnym teatrze.
- A teraz dobra wiadomość - powiedział, prostując się jak uczeń, który wreszcie doszedł do punktu, na który czekał. - Mimo że śpimy w namiotach, to jutro po południu mamy odpoczynek w pensjonacie. Godzinka, żeby zrobić pranie i wziąć prysznic.
Klara poczuła ulgę tak fizyczną, że prawie westchnęła na głos. „Prysznic” Dwa dni bez porządnego mycia - w górskich potokach, z mydłem w kostce, z wodą tak zimną, że skóra robiła się czerwona po trzech sekundach. Jony srebra w getrach mają swoje granice. Po kilku dniach bez prysznica wszyscy by śmierdzieli - ona też. Zwłaszcza ona - bo Klara miała tę pechową właściwość, że pociła się bardziej, niż wypadało na kobietę o jej posturze, i żadne antyperspiranty tego nie załatwiały.
Uśmiechnęła się do siebie.
I wtedy poczuła, że ktoś na nią patrzy.
To uczucie - ten lekki dreszcz na karku, to ciepło na policzku, jakby ktoś skierował na ciebie latarkę, ale zamiast światła jest wzrok - Klara znała je dobrze. Znała je z sal wykładowych, z korytarzy na wydziale, z tramwajów, z każdego miejsca, w którym Paweł był w zasięgu wzroku i patrzył na nią tak, jak patrzył tylko on.
Spojrzała.
Przy stole naprzeciwko - oddzielony od niej dwoma metrami drewnianego blatu, dwoma kuflami piwa i jedną świeczką w słoiku - siedział Paweł.
Klara widziała go po raz pierwszy od tygodni. I od razu - od pierwszej sekundy, od pierwszego spojrzenia - ciało zrobiło swoje. Serce przyspieszyło. Policzki zaczęły się grzać. Palce zacisnęły się na krawędzi stołu, jakby stół mógł uciec.
Przystojna twarz. Tego nie dało się zaprzeczyć - nawet z nienawiścią, nawet ze złością, nawet z pamięcią o tym, co zrobił. Paweł miał twarz, którą się pamięta: duże oczy w kolorze ciemnej czekolady, z rzęsami, które były niesprawiedliwie gęste jak na faceta. Nos prosty, krótki. Usta pełne, z lekkim uśmiechem, który nigdy do końca nie schodził z twarzy, jakby życie było żartem, który tylko on rozumiał. Szatyn. Włosy ścięte na tę fryzurę, którą Klara nazywała „chińska zupka”, z grzywką opadającą na czoło w nieregularnych kosmykach. Barczysty - bardziej niż Klara pamiętała, jakby przez wakacje chodził na siłownię albo dźwigał coś ciężkiego. Szczupły. W flanelowej koszuli z podwiniętymi rękawami, z przedramionami opartymi o stół.
Paweł puścił jej oczko.
Szybko. Ledwo zauważalnie. Jedno mrugnięcie - prawym okiem, z tym swoim półuśmiechem, z tą bezczelnością, która u niego nie była bezczelnością, tylko pewnością siebie tak naturalną, że wyglądała jak oddychanie.
Klara odwróciła wzrok. Szybko. Za szybko - bo szybkość, z jaką odwróciła głowę, mówiła więcej niż godzina patrzenia. Na szczęście w gospodzie panował półmrok, i rumieniec na jej policzkach był niewidoczny - albo tak sobie wmówiła, bo rumieniec na rudej skórze jest widoczny zawsze i wszędzie, nawet w absolutnej ciemności.
Damian mówił dalej. Klara go nie słuchała. Słyszała słowa - pojedyncze, oderwane od kontekstu - coś o mapie, coś o śniadaniu, coś o pogodzie.
- Wiem, dziewczyny, o czym myślicie - powiedział Damian i uśmiechnął się z wyrazem twarzy kogoś, kto jest przekonany, że powiedział coś sprytnego. - Tak, to mój autorski pomysł. Po kilku sezonach prowadzenia takich wypraw doszedłem do wniosku, że prysznic to podstawa. I pamiętajcie, nie przesadzajcie dziś z piwem.
Zaśmiał się nerwowo. Kilka osób mu zawtórowało - z grzeczności, nie z rozbawienia. Klara uśmiechnęła się odruchowo, patrząc na Damiana, który zbliżył się do jej stołu.
I wtedy zobaczyła jego oczy.
Damian stał metr od niej - w żółtym świetle kinkietu, z twarzą oświetloną od dołu jak w filmie grozy - i Klara zobaczyła jego źrenice. Duże. Za duże. Rozszerzone do granic tęczówki, czarne jak dwa otwory, w których światło wpadało i nie wracało. Oczy kogoś, kto nie jest tutaj do końca. Oczy, które Klara widziała kiedyś na imprezie na trzecim roku - u chłopaka, który potem zniknął na dwa dni i wrócił bez butów.
„Nie tylko alkohol niektórzy powinni odstawić”, pomyślała.
Damian odsunął się, dalej mówiąc. Klara odprowadzała go wzrokiem z uczuciem, które było nowe - niepokojem. Lekkim, cichym, jak kamyk w bucie. Przewodnik górski z rozszerzonymi źrenicami. Kierownik osiemnastoosobowej grupy na łańcuchach nad przepaścią. Z oczami, które nie wyglądały na trzeźwe.
„Nie myśl o tym”, powiedziała sobie. „Nie myśl”
- Jutro pobudka o czwartej trzydzieści - zakończył Damian, klaskając w dłonie.
- A wina? - zapytała jakaś dziewczyna z rogu sali.
- Wina, wódki też - odpowiedział Damian z powagą człowieka, który nie odróżnia pytania od żartu.
Klara wstała od stołu. Krzesło skrzypnęło po drewnianej podłodze. Nikt nie zwrócił uwagi - rozmowy toczyły się dalej, piwo płynęło, śmiech mieszał się z dymem z kominka. Klara przeszła między stołami i wyszła.
***
Na zewnątrz było ciemno.
Ciemno po góralsku - nie tak jak w Warszawie, gdzie ciemność jest pomarańczowa od latarni i pulsująca od świateł samochodów. Tu ciemność była czarna. Gęsta. Z gwiazdami, które Klara widziała po raz pierwszy w życiu tak wyraźnie - nie punkty, nie mgiełki, nie ledwo widoczne plamki na nocnym niebie. Gwiazdy. Prawdziwe. Ostre. Rozrzucone po niebie jak cukier po blacie, tak blisko, że wydawało się, że można je zetrzeć palcem.
Klara stała na drewnianym ganku gospody i oddychała.
Powietrze było zimne - nie sierpniowe, górskie. Z zapachem mokrej trawy, żywicy i czegoś mineralnego, co przychodziło od skał. Z daleka dochodził szum potoku - cichy, miarowy, nieprzerywany, jakby ktoś puścił kran i zapomniał zakręcić, i woda lała się od tysiąca lat i nikt nie przyszedł go zakręcić, bo po co.
Na górskim stoku po drugiej stronie doliny paliły się światła w domkach - żółte, małe, rozproszone po zboczu jak świetliki, które przysiadły na trawie. Nad nimi - zarys szczytu, ciemniejszy od nieba, wyraźny, nieruchomy. Księżyc wisiał nad grzbietem jak latarnia na końcu świata.
Klara stała i patrzyła. I była smutna.
Nie wiedziała do końca, skąd ten smutek- bo była tu, gdzie chciała być? Bo nie była tam, gdzie powinna być? Bo dziewczyny na sali siedziały w swoich grupkach - trójki, czwórki, piątki splecionych ramion i głośnych rozmów - a ona stała na ganku sama? Bo chłopaki mieli swoje piwo i swoje żarty, a ona nie miała ani jednego, ani drugiego? Bo wyjechała z Warszawy, z akademika, z bezpiecznego łóżka naprzeciwko łóżka Blanki, i teraz stała w Pieninach pod gwiazdami i nie wiedziała, po co tu przyjechała?
„Wiesz po co”, powiedział głos w głowie. Cichy. Bezlitosny. Brzmiący jak Blanka po trzecim kieliszku wina.
„Paweł”
Klara westchnęła. Potok szumiał. Gwiazdy błyszczały.
- Prawda, że pięknie?
Głos za jej plecami. Niski. Miękki. Z uśmiechem w środku, bo Paweł mówił tak, jakby każde zdanie było na wpół żartem i na wpół wyznaniem.
Klara odpowiedziała, zanim pomyślała. Ciało przed głową. Jak zawsze.
- Tak. Pięknie.
Odwróciła się.
Paweł stał na ganku - dwa kroki za nią, oparty ramieniem o drewniany słup, z rękami w kieszeniach flanelowej koszuli. Gwiazdy oświetlały go z góry - delikatnie, srebrzyście, tak, że wyglądał jak postać z filmu, który Klara oglądałaby z poduszką przy twarzy i z sercem w gardle.
Wyszczerzył białe zęby w uśmiechu.
- To co, idziemy jutro w parze? - zapytał. Lekko. Swobodnie. Jakby pytał o pogodę, a nie o to, czy Klara chce być z nim przypięta liną nad przepaścią przez cały dzień.
Klara otworzyła usta. I znowu - ciało przed głową, odruch przed myślą, tak przed nie.
- Tak.
Paweł uśmiechnął się szerzej. Nie bezczelnie - cieplej. Z oczami, które w świetle księżyca były ciemniejsze niż w gospodzie, i w których Klara zobaczyła coś, czego szukała i czego się bała. Zainteresowanie. Prawdziwe. Skierowane na nią.
- To jesteśmy umówieni - powiedział.
Z wnętrza gospody dobiegł głos - męski, głośny, rytmiczny:
- Paweł! Paweł! Paweł!
Ktoś go wołał. Paweł odwrócił głowę w stronę drzwi. Potem z powrotem na Klarę.
- Już idę. - Uśmiechnął się. - Cześć, Klara. Do jutra.
Puścił jej oczko. To samo. Prawe. Szybkie. I odszedł - przez ganek, przez drzwi, z powrotem w ciepło gospody, w śmiech, w piwo, w hałas. Drzwi zamknęły się za nim z głuchym stuknięciem.
Klara stała na ganku.
Sama. Z gwiazdami. Z potokiem. Z sercem, które waliło jak po biegu, choć nie zrobiła ani kroku. Z dwoma słowami, które powiedziała - „tak, pięknie” i „tak” - i z żadnym, które powinna była powiedzieć.
„Powiedziałaś tak”, szepnął głos w głowie. Brzmiał jak Blanka. „Dwa razy. Bez myślenia”.
Klara oparła się o barierkę ganku. Drewno było zimne pod palcami. Potok szumiał w ciemności. Księżyc wisiał nad grzbietem.
I gdzieś w gospodzie za jej plecami - Damian z rozszerzonymi źrenicami planował jutrzejszą trasę nad przepaścią.3 ROZDZIAŁ 3. NIEDŹWIEDŹ
Ostatnie dwadzieścia metrów Klara szła na samych rękach.
Nie dosłownie - nogi pracowały, mięśnie ud paliły żywym ogniem, łydki drżały z każdym krokiem - ale to ręce robiły robotę. Kurczowo zaciśnięte na metalowej poręczy, zimnej, mokrej od porannej rosy, tak chłodnej, że palce drętwiały po kilku sekundach i trzeba było przerzucać uchwyt co dwa kroki. Poręcz biegła wzdłuż ścieżki - jedyna rzecz między Klarą a trzystu metrami powietrza, które zaczynały się pół kroku na prawo.
Ścieżka pięła się w górę bezwzględnie. Białe wapienne skały - wygładzone przez stopy pokoleń, przez tysiące butów, które przed nią stawiały kroki w tych samych miejscach - lśniły w porannym słońcu jak kości. Pod podeszwami było ślisko - ta zdradliwa śliskość, która nie wygląda groźnie, dopóki stopa nie jedzie o centymetr za daleko i serce nie wskakuje do gardła. Klara stawiała każdy krok z namysłem, jakby szła po lodzie, jakby podłoga mogła zniknąć, jakby grawitacja czekała na jeden błąd.
Przed nią - Paweł.
Szedł pewnie. Za pewnie jak na kogoś, kto jeszcze trzy tygodnie temu chodził wyłącznie po Grochowskiej. Stawiał stopy na skale tak, jakby skała należała do niego - szeroko, mocno, z ciężarem ciała przeniesionym na przód stopy, z ręką na poręczy trzymaną swobodnie, nie kurczowo. Plecy szerokie pod plecakiem, koszula flanelowa zawiązana w pasie, podkoszulek mokry od potu między łopatkami. Klara patrzyła na te plecy - na mięśnie, które pracowały pod materiałem, na łopatki, które przesuwały się pod skórą jak skrzydła składane i rozkładane - i myślała, że na siłownię musiał chodzić całe lato, bo tych pleców nie pamiętała.
Szli w milczeniu. Od dwudziestu minut - w milczeniu. Bo na Sokolnicę nie wchodzi się z rozmową - wchodzi się z oddechem, z biciem serca, z zapachem żywicy rozgrzanej przez słońce i rześkim powiewem znad Dunajca, który wił się trzysta metrów niżej jak srebrna wstążka rzucona między zielone zbocza. Szum rzeki cichł z każdym metrem w górę - ustępował miejsca wiatrowi, który na grani szalał i świstał między skałami jak coś żywego, jak zwierzę, które biegnie grzbietem i nie zamierza się zatrzymać.
Lina między nimi - niebieska, syntetyczna, z karabińczykiem przypiętym do uprzęży - kołysała się lekko przy każdym kroku. Pięć metrów sznura, który łączył Klarę z Pawłem. Pięć metrów zaufania spiętego stalową klamrą.
Ostatni stopień. Skała. Płaska, szeroka, otwarta.
Klara stanęła na szczycie Sokolicy.
I przestała oddychać.
Przed nią - nic. I wszystko. Panorama, która nie mieściła się w oczach, bo oczu było za mało, bo były za małe, bo żaden ludzki organ nie został zaprojektowany do oglądania czegoś takiego. Pieniny leżały pod nią - zielone, falujące, z dolinami, które ciągnęły się po horyzont, z grzbietami, które wyrastały z zieleni jak kręgosłupy gigantycznych zwierząt. Dunajec - daleko w dole, mały teraz, cichy, błyszczący w słońcu - rysował meandry między skałami. Na horyzoncie - Tatry. Blade, niebieskie, dalekie, z białymi plamami śniegu na najwyższych szczytach, wiszące nad światem jak obietnica czegoś większego.
Klara stała na krawędzi nagiej, skalnej grani. Wiatr bił ją w twarz - zimny, silny, pachnący niebem i kamieniem. Włosy - ruda kitka - wyrywały się z gumki i latały wokół głowy jak ogień. Zmęczenie - to palące, duszące zmęczenie, które towarzyszyło jej od pierwszego metra podejścia - zniknęło. Nagle. Całkowicie. Jakby ktoś zdmuchnął je z jej ciała jak świeczkę.
W jego miejsce weszła cisza. Wewnętrzna. Głęboka. Cisza, jakiej Klara nie czuła nigdy - nie w akademiku, nie w sądzie, nie na żadnym korytarzu, w żadnym tramwaju, w żadnym pokoju. Cisza, która przychodziła tylko tu - na szczycie, na krawędzi, w miejscu, gdzie człowiek jest mały, a świat jest duży, i gdzie ta dysproporcja nie przeraża, tylko uspokaja.
Paweł wziął ją za rękę.
Znienacka. Bez pytania, bez patrzenia, bez gestu, który by to zapowiadał. Po prostu - jego dłoń chwyciła jej dłoń. Ciepła, duża, spoconą od podejścia, z palcami, które splotły się z jej palcami tak naturalnie, jakby to nie był pierwszy raz, tylko setny.
Klara nie cofnęła ręki.
Stali na szczycie Sokolicy. Ręka w rękę. W milczeniu. Z wiatrem, który szalał wokół nich, z panoramą, która leżała pod nimi, z liną, która łączyła ich biodra, i z ciszą, która nie potrzebowała słów.
Klara wzięła głęboki oddech. Wypuściła. Poczuła, jak powietrze - czyste, górskie, ostre - wchodzi do płuc i robi w nich miejsce na coś nowego. Na coś, co nie było zmęczeniem ani strachem, ani pytaniem, czy to dobry pomysł. Na coś prostszego.
- Pięknie - powiedziała.
Paweł ścisnął jej dłoń.
- Jak cholera. - Wyszczerzył zęby. Ten sam uśmiech co na ganku, co w gospodzie, co w sali wykładowej na drugim roku - biały, szeroki, nieuczciwie przystojny. - Dobry miałem pomysł z tym klubem?
Klara nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się. I to wystarczyło.
Za nimi - na ścieżce, z dołu - rozległo się klaskanie.
Damian.
Pojawił się na szczycie z lekkością, która nie pasowała do jego patykowej sylwetki, do dredów, do pryszczy, do koszulki „Lubię górować!”. Szedł szybko - prawie biegł, przeskakując po skałach z gracją kozicy, z plecakiem podskakującym na plecach, z oddechem równym jak metronom. Klara patrzyła na niego i przez chwilę zwątpiła we wczorajszą obserwację. Może źle widziała. Może światło w gospodzie. Może po prostu ma szerokie źrenice z natury - są tacy ludzie, ciemne oczy, szerokie źrenice, nic podejrzanego.
Damian klasnął w dłonie. Głośno, dwa razy, jak nauczyciel wuefu.
- Ludziska! - Głos nerwowy, nosowy, rozentuzjazmowany. - Selfiaczki i dajemy do przodu. Za nami jest jakaś grupa, więc nie blokujemy szczytu.
Zaśmiał się. Nerwowo. Nikt mu nie zawtórował - wszyscy byli zbyt zajęci panoramą, telefonami i łapaniem oddechu.