Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Szepczący w Ciemności - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 października 2026
E-book: EPUB, PDF
9,99 zł
Audiobook
9,99 zł
9,99 zł
999 pkt
punktów Virtualo

Szepczący w Ciemności - ebook

Wiosną 1927 roku powódź nawiedza Vermont. Wezbrane rzeki niosą coś, czego nie powinno być na tym świecie: dziwne ciała, których nie da się przypisać żadnemu znanemu stworzeniu. Albert Wilmarth, wykładowca Uniwersytetu Miskatonic, uważa doniesienia za wiejskie przesądy. Zmienia zdanie, gdy dostaje list od Henry'ego Akeleya, samotnika z odludnej farmy wśród zalesionych wzgórz. Nie każdy, kto szepcze w ciemności, mówi własnym głosem.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368914818
Rozmiar pliku: 681 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Proszę dobrze zapamiętać: na samym końcu nie ujrzałem na własne oczy żadnej potworności. Kto twierdzi, że to wstrząs psychiczny podsunął mi mój wniosek – ową ostatnią kroplę, która wygnała mnie z samotnej farmy Akeleya i kazała pędzić nocą cudzym samochodem przez dzikie, kopulaste wzgórza Vermontu – ten pomija najoczywistsze fakty mojego ostatniego przeżycia. Choć znałem niemal wszystkie informacje i domysły Henry’ego Akeleya, choć sam niejedno widziałem i słyszałem, a wrażenie, jakie to na mnie wywarło, było – przyznaję – niezwykle silne, nawet dziś nie potrafię dowieść, czy mój upiorny wniosek był słuszny, czy błędny. Bo przecież zniknięcie Akeleya niczego nie przesądza. W jego domu nie znaleziono nic podejrzanego, jeśli nie liczyć śladów kul – zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Wyglądało to tak, jakby po prostu wyszedł na przechadzkę po wzgórzach i nie wrócił. Nic nie wskazywało nawet na to, że miał gościa ani że w gabinecie stały owe straszne cylindry i maszyny. To, że śmiertelnie bał się stłoczonych zielonych wzgórz i nieustannego szmeru strumieni, wśród których się urodził i wychował, również o niczym nie świadczy – podobne chorobliwe lęki dręczą tysiące ludzi. Jego dziwne postępki i obawy z ostatnich dni łatwo zresztą złożyć na karb ekscentryczności.

Dla mnie cała sprawa zaczęła się od pamiętnej, bezprzykładnej powodzi, która nawiedziła Vermont 3 listopada 1927 roku. Byłem wtedy, tak jak i dziś, wykładowcą literatury na Uniwersytecie Miskatonic w Arkham w stanie Massachusetts, a przy tym zapalonym badaczem amatorem folkloru Nowej Anglii. Wkrótce po powodzi, wśród wypełniających prasę doniesień o niedoli, cierpieniach i organizowanej pomocy, pojawiły się osobliwe historie o rzeczach, które widziano w nurcie kilku wezbranych rzek. Wśród moich znajomych rozgorzały na ten temat zajmujące dyskusje, a mnie proszono, bym w miarę możliwości wyjaśnił tę sprawę. Pochlebiało mi, że moje folklorystyczne zainteresowania traktuje się tak poważnie, i robiłem, co mogłem, by pomniejszyć znaczenie tych dzikich, mglistych opowieści, które najwyraźniej wyrosły ze starych wiejskich przesądów. Bawiło mnie, że kilka wykształconych osób upierało się, iż u źródła tych pogłosek mogą tkwić jakieś niejasne, zniekształcone fakty.

Opowieści te docierały do mnie głównie w postaci wycinków prasowych, choć jedna pochodziła z przekazu ustnego: mojemu znajomemu powtórzyła ją w liście matka mieszkająca w Hardwick w stanie Vermont. We wszystkich opisywano w gruncie rzeczy to samo, przy czym chodziło, jak się zdaje, o trzy odrębne przypadki – pierwszy wiązał się z rzeką Winooski w pobliżu Montpelier, drugi z West River w hrabstwie Windham, za Newfane, trzeci zaś z rzeką Passumpsic w hrabstwie Caledonia, powyżej Lyndonville. Rozproszone wzmianki mówiły oczywiście także o innych zdarzeniach, lecz po bliższym zbadaniu wszystkie dawały się sprowadzić do tych trzech. Za każdym razem wieśniacy twierdzili, że we wzburzonej wodzie spływającej z bezludnych wzgórz widzieli jeden lub kilka nadzwyczaj dziwacznych, niepokojących kształtów, i powszechnie łączono te widoki z prymitywnym, na wpół zapomnianym cyklem szeptanych legend, które starzy ludzie wskrzesili na tę okazję.

Świadkom zdawało się, że widzą kształty organiczne, niepodobne do niczego, co dotąd oglądali. Rzecz jasna, w tamtych tragicznych dniach rzeki niosły wiele ludzkich ciał, lecz ci, którzy opisywali owe dziwne kształty, mieli pewność, że nie były to ludzkie ciała – mimo powierzchownego podobieństwa rozmiarów i ogólnego zarysu. Nie mogło to też być, zapewniali, żadne zwierzę znane w Vermoncie. Były to różowawe stwory długie na jakieś pięć stóp, o skorupiaczych ciałach zaopatrzonych w pary ogromnych płetw grzbietowych czy też błoniastych skrzydeł i w kilka par członowanych odnóży; tam, gdzie zwykle znajduje się głowa, miały coś w rodzaju pofałdowanej elipsoidy, pokrytej mnóstwem króciutkich czułków. Doprawdy zadziwiające, jak bardzo zgadzały się ze sobą relacje z różnych źródeł – choć zdumienie słabło, gdy się pamiętało, że stare legendy, znane niegdyś w całej górzystej krainie, podsuwały chorobliwie wyrazisty obraz, który z łatwością mógł zabarwić wyobraźnię wszystkich świadków. Doszedłem do wniosku, że ludzie ci – bez wyjątku naiwni, prości mieszkańcy leśnych ostępów – dostrzegli w wirującym nurcie poobijane i wzdęte zwłoki ludzi bądź zwierząt gospodarskich, a na wpół zapamiętane podania kazały im przydać tym żałosnym szczątkom fantastyczne cechy.

Dawny folklor, choć mglisty, nieuchwytny i w dużej mierze zapomniany przez obecne pokolenie, miał charakter wielce osobliwy i najwyraźniej nosił ślady jeszcze wcześniejszych opowieści indiańskich. Znałem go dobrze, mimo że nigdy nie byłem w Vermoncie, dzięki niezmiernie rzadkiej monografii Eliego Davenporta, w której zebrano przekazy ustne uzyskane przed rokiem 1839 od najstarszych mieszkańców stanu. Materiał ten pokrywał się zresztą ściśle z opowieściami, które sam słyszałem od sędziwych wieśniaków w górach New Hampshire. Mówiąc najkrócej, napomykano w nich o ukrytej rasie potwornych istot, czających się gdzieś pośród odleglejszych wzgórz – w głębokich lasach porastających najwyższe szczyty i w mrocznych dolinach, gdzie sączą się strumienie o nieznanych źródłach. Same istoty widywano rzadko, lecz o śladach ich obecności opowiadali ci, którzy zapuścili się dalej niż zwykle na zbocza pewnych gór albo w głąb pewnych stromych wąwozów, omijanych nawet przez wilki.

W błocie nad strumieniami i na gołych spłachetkach ziemi trafiały się dziwne odciski stóp czy raczej szponów, a także osobliwe kamienne kręgi z wytartą dokoła trawą, które nie wyglądały na dzieło samej Natury – ani ich ułożenie, ani kształt. Były też w zboczach wzgórz jaskinie o niezbadanej głębokości; ich wyloty zamykały głazy, ułożone w sposób raczej nieprzypadkowy, a owych dziwnych śladów prowadziło ku nim i od nich więcej niż gdzie indziej – o ile w ogóle dało się trafnie ocenić kierunek tych tropów. Najgorsze jednak było to, co śmiałkowie z rzadka widywali o zmierzchu w najdalszych dolinach i w gęstych lasach na urwistych stokach, wyżej, niż sięgają zwykłe górskie wędrówki.

Wszystko to budziłoby mniejszy niepokój, gdyby owe rozproszone relacje nie zgadzały się ze sobą tak dobrze. Tymczasem niemal wszystkie pogłoski miały kilka punktów wspólnych: utrzymywano, że stwory przypominają ogromne jasnoczerwone kraby o wielu parach odnóży i z dwoma wielkimi, nietoperzymi skrzydłami pośrodku grzbietu. Czasem chodziły na wszystkich odnóżach, czasem tylko na ostatniej parze, pozostałymi dźwigając duże przedmioty niewiadomego przeznaczenia. Pewnego razu wypatrzono ich całą gromadę – oddział brodził płytkim leśnym potokiem, trójkami, w szyku bez wątpienia karnym. Kiedy indziej widziano jednego w locie: wzbił się nocą ze szczytu nagiego, samotnego wzgórza i znikł na niebie, a jego wielkie, łopoczące skrzydła przez mgnienie odcinały się czernią na tle księżyca w pełni.

Na ogół istoty te zdawały się zostawiać ludzi w spokoju, choć niekiedy obarczano je winą za zaginięcia śmiałków – zwłaszcza tych, którzy pobudowali się zbyt blisko pewnych dolin albo zbyt wysoko na pewnych górach. O wielu miejscach zaczęto mówić, że lepiej się tam nie osiedlać, i przeświadczenie to trwało jeszcze długo po tym, jak zapomniano o jego przyczynie. Ludzie z dreszczem spoglądali na niektóre z okolicznych urwisk, choćby nawet nie pamiętali, ilu osadników przepadło i ile zagród spłonęło do cna na niższych stokach tych ponurych zielonych strażników.

O ile jednak według najdawniejszych legend stwory krzywdziły jedynie tych, którzy zakłócali im spokój, o tyle późniejsze relacje mówiły już o ich zaciekawieniu ludźmi i o próbach zakładania tajnych przyczółków w ludzkim świecie. Opowiadano o dziwnych odciskach szponów, znajdowanych rankiem pod oknami domów, i o zaginięciach, do których dochodziło czasem poza okolicami uchodzącymi za nawiedzone. Opowiadano również o brzęczących głosach, które naśladowały ludzką mowę i składały zdumiewające propozycje samotnym wędrowcom na drogach i leśnych traktach, a także o dzieciach śmiertelnie wystraszonych tym, co zobaczyły lub usłyszały tam, gdzie pierwotna puszcza podchodziła pod same podwórza. W ostatniej warstwie legend – tuż przed zmierzchem przesądów i zerwaniem bliższej styczności z budzącymi grozę miejscami – pojawiały się pełne zgorszenia wzmianki o pustelnikach i farmerach z odludzia, w których w pewnym okresie życia zaszła jakaś odstręczająca przemiana duchowa; stroniono od nich i szeptano, że zaprzedali się obcym istotom. W jednym z północno-wschodnich hrabstw około roku 1800 zapanowała wręcz moda na oskarżanie dziwaków i nielubianych samotników o to, że są sprzymierzeńcami lub wysłannikami owych wstrętnych stworów.

Co do tego, czym one właściwie były, zdania – rzecz jasna – się różniły. Powszechnie nazywano je „tamtymi” albo „pradawnymi”, choć miejscami i przejściowo używano też innych określeń. Większość purytańskich osadników uznała je zapewne bez ogródek za diabelskie chowańce i osnuła wokół nich pełne bojaźni teologiczne dociekania. Ci, którzy odziedziczyli podania celtyckie – głównie Szkoci z Ulsteru osiadli w New Hampshire oraz ich krewniacy, którzy zamieszkali w Vermoncie na kolonialnych nadaniach gubernatora Wentwortha – mgliście łączyli je ze złośliwymi wróżkami i „małym ludkiem” z trzęsawisk i starych grodzisk, a bronili się przed nimi strzępami zaklęć przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Najbardziej fantastyczne teorie mieli jednak Indianie. Choć legendy poszczególnych plemion różniły się między sobą, w kilku zasadniczych punktach panowała wyraźna zgoda: jednomyślnie twierdzono, że stwory nie pochodzą z tej ziemi.

Mity Pennacooków, najbardziej spójne i barwne, głosiły, że Skrzydlaci przybyli z Wielkiej Niedźwiedzicy na niebie i mają w naszych ziemskich wzgórzach kopalnie, z których wydobywają pewien kamień, niedostępny na żadnym innym świecie. Nie mieszkają tu, powiadały mity – utrzymują jedynie przyczółki i z ogromnymi ładunkami kamienia odlatują ku swoim gwiazdom na północy. Krzywdzą tylko tych ludzi, którzy podejdą zbyt blisko albo ich szpiegują. Zwierzęta stronią od nich z instynktownej nienawiści, a nie dlatego, że są przez nich tropione. Skrzydlaci nie mogą jeść ziemskich roślin ani zwierząt, więc przywożą sobie pożywienie z gwiazd. Źle jest się do nich zbliżać; bywało, że młodzi myśliwi, którzy zapuścili się w ich wzgórza, nigdy nie wracali. Niedobrze jest też słuchać tego, co szepczą nocą w lesie głosami podobnymi do pszczelich, które usiłują udawać głosy ludzi. Znają mowę wszelkich ludzi – Pennacooków, Huronów, ludów Pięciu Narodów – lecz własnej mowy, zdaje się, nie mają ani nie potrzebują. Rozmawiają głowami, które zmieniają barwy na różne sposoby, a każda zmiana coś znaczy.

Wszystkie te podania, zarówno białych, jak i Indian, przygasły oczywiście w ciągu dziewiętnastego wieku, jeśli nie liczyć sporadycznych, atawistycznych nawrotów. Życie mieszkańców Vermontu weszło w ustalone koleiny; a gdy ich zwyczajowe drogi i siedziby rozmieściły się już według pewnego stałego planu, coraz słabiej pamiętali, jakie lęki i przestrogi ten plan ukształtowały – a w końcu i to, że jakiekolwiek lęki i przestrogi w ogóle istniały. Większość wiedziała po prostu, że pewne górzyste okolice uchodzą za bardzo niezdrowe, nieopłacalne i w ogóle pechowe, a im dalej się od nich trzymać, tym zwykle lepiej się człowiekowi wiedzie. Z czasem koleiny zwyczaju i gospodarczego interesu wyżłobiły się w uznanych miejscach tak głęboko, że nie było już powodu, by poza nie wykraczać, i nawiedzone wzgórza pozostały bezludne raczej przypadkiem niż z rozmysłem. Poza rzadkimi chwilami miejscowej paniki jedynie rozmiłowane w cudownościach babki i zapatrzeni w przeszłość dziewięćdziesięcioletni starcy szeptali jeszcze o istotach mieszkających wśród tych wzgórz; a nawet oni przyznawali, że niewiele już z ich strony grozi, skoro przywykły do bliskości domów i osad, a ludzie zostawili w zupełnym spokoju wybrane przez nie tereny.

Wszystko to wiedziałem od dawna z lektur i z kilku ludowych opowieści zasłyszanych w New Hampshire; kiedy więc po powodzi zaczęły krążyć pogłoski, bez trudu odgadłem, na jakim podłożu wyobraźni wyrosły. Dokładałem starań, by wytłumaczyć to znajomym, i szczerze mnie bawiło, gdy kilku zapalczywych dyskutantów nadal obstawało przy tym, że w doniesieniach może tkwić ziarno prawdy. Usiłowali dowodzić, że dawne legendy odznaczają się znamienną trwałością i jednolitością, a wzgórza Vermontu są właściwie niezbadane, toteż nierozsądnie byłoby wyrokować, co może, a co nie może wśród nich mieszkać. Nie uciszyło ich też moje zapewnienie, że wszystkie te mity układają się w dobrze znany wzór, wspólny większości ludów i ukształtowany przez wczesne fazy rozwoju ludzkiej wyobraźni, które zawsze rodziły ten sam rodzaj złudzeń.

Na nic się zdało dowodzenie takim oponentom, że mity vermonckie niewiele różnią się w istocie od owych powszechnych legend uosabiających przyrodę, które zaludniły świat starożytny faunami, driadami i satyrami, podsunęły współczesnej Grecji jej kallikandzary¹, a dzikiej Walii i Irlandii dały mroczne podania o dziwnych, małych i strasznych ukrytych plemionach jaskiniowców i mieszkańców podziemnych nor. Na nic też było wskazywanie na jeszcze bardziej uderzające podobieństwo: na wiarę nepalskich plemion górskich w budzących trwogę Mi-Go, czyli „Straszliwych Ludzi Śniegu”, którzy czają się upiornie wśród lodów i skalnych iglic himalajskich szczytów. Kiedy przytoczyłem te dowody, moi oponenci obrócili je przeciwko mnie: twierdzili, że muszą one świadczyć o jakimś historycznym jądrze dawnych opowieści – o rzeczywistym istnieniu dziwnej, starszej ziemskiej rasy, która po nadejściu i zapanowaniu człowieka zmuszona była się ukryć i która, co wcale niewykluczone, przetrwała w szczątkowej liczbie do stosunkowo niedawnych czasów, a może nawet po dziś dzień.

Im bardziej wyśmiewałem takie teorie, tym zacieklej obstawali przy nich moi uparci znajomi. Dodawali, że nawet gdyby pominąć spuściznę legend, ostatnie doniesienia są zbyt jasne, spójne, szczegółowe i przekazane nazbyt trzeźwo i rzeczowo, by je całkiem zlekceważyć. Dwóch czy trzech fanatyków posunęło się do sugestii, że coś może być na rzeczy w dawnych indiańskich opowieściach, które przypisywały ukrytym istotom pozaziemskie pochodzenie; powoływali się przy tym na ekstrawaganckie książki Charlesa Forta, głoszące, że przybysze z innych światów i z przestrzeni kosmicznej często odwiedzali Ziemię. Większość moich przeciwników była jednak zwykłymi romantykami, którzy usiłowali przenieść do rzeczywistości fantastyczne podania o czającym się „małym ludku”, spopularyzowane przez znakomite opowieści grozy Arthura Machena.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij