Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Szept duszy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Szept duszy - ebook

Co zrobisz, gdy życie powie „sprawdzam”, a marzenia rozsypią się w proch?

Goja zawsze wierzyła, że szczęście ma jasno określony kształt: mąż, dom, dzieci. Gdy jednak okazuje się, że nie uda się jej dopasować do tego obrazu, cały plan przestaje być możliwy. Zdezorientowana i pełna lęku dziewczyna ucieka do Sopotu, do wuja, który uważany jest w rodzinie za czarną owcę.

Czy ten krok pozwoli Goi na powrót do równowagi i pokonanie życiowych trudności?

W nowej rzeczywistości musi zmierzyć się z wyzwaniami, które dotąd skutecznie od siebie odsuwała. Szukając pracy i poznając nowych ludzi, zaczyna coraz lepiej rozumieć siebie.Każde spotkanie, każda rozmowa odsłaniają kolejne warstwy prawdy o jej własnych potrzebach i pragnieniach.

W ciszy sopockich plaż pojawia się także coś, czego wcześniej nie słyszała – szept duszy. To on domaga się odwagi i decyzji, które nie zawsze są wygodne. Goja musi odpowiedzieć sobie na pytanie, kim chce być i jaka naprawdę jest. Czy nadal słabą i uległą dziewczyną, czy pewną siebie kobietą, która kocha i umie być kochaną? Czy odnajdzie własną drogę, zanim świat znów spróbuje ją zdefiniować? Czy wsłucha się w szept intuicji i da mu się poprowadzić?

Szept duszy to poruszająca powieść o kobiecej tożsamości, stawianiu granic i odwadze, by żyć w zgodzie ze sobą.

Saga z głębi serca. Tom pierwszy

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68647-98-3
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Szept bujanych wiatrem drzew niósł się po okolicy spokojną melodią. Wiosna piękniała z każdym dniem, zachwycając budzącą się do życia naturą. Goja wyczuła w powietrzu słony smak morza i weszła w zalesioną ulicę, kółka walizki turkotały na chodniku. Wykazała wiele odwagi, gdy postanowiła wsiąść do pociągu i przyjechać do Sopotu.

Nie powiedziała słowa najbliższym, zwłaszcza mężowi. Uciekła z jedną walizką najpotrzebniejszych rzeczy. Możemy zbierać i kupować mnóstwo przedmiotów, ale gdy wyruszamy w podróż, by odnaleźć siebie, nie potrzebujemy wiele.

Droga, którą do tej pory podążała, doprowadziła ją do rozwidlenia i nie wiedziała, w którym kierunku się udać. Los pozbawił ją tego, czego bardzo pragnęła, a co było ważnym elementem w jej planie na życie. Robiła wszystko, co mogła, aż w końcu zabrakło jej siły i możliwości, na koniec nadziei. Została z brakiem, którego niczym nie potrafiła wypełnić.

Otarła łzę żalu, która spłynęła jej po policzku. Zatrzymała się przed domem skrywającym się pod gałęziami drzew. Sięgał dwóch pięter i miał okna na poddaszu. Niskie metalowe ogrodzenie oplatała roślinność. Sprawdziła numer na jasnej elewacji i przekonała się, że dotarła do celu. Teraz zdała się na los, ten sam, który postawił ją w tak beznadziejnej sytuacji.

Nie wiedziała, jaka będzie reakcja na jej przyjazd. Brała pod uwagę różne scenariusze, nawet przegonienie, ale w duszy tliła się wiara, że właśnie tu znajdzie ratunek.

Nie było domofonu, więc pchnęła furtkę, która otworzyła się z metalicznym jękiem. Wąskim chodnikiem podeszła do drewnianych drzwi werandy i nacisnęła dzwonek. Ptaki zamilkły, a wiatr wyciszył się razem z nią, wyczekując w napięciu. Zaczynała budzić się w niej panika. Nie miała innego planu, to było jedyne miejsce, gdzie nikt nie będzie jej szukać.

Drgnęła, gdy firanka za szybą się poruszyła. Usłyszała zgrzyt zamka i po chwili drzwi się otworzyły, a w nich pojawiła postać starszego mężczyzny w szlafroku. Ignacy Rubinowicz miał kilkudniowy zarost, sterczące szpakowate włosy, a jego oczy wyrażały niebywałe zaskoczenie.

Goja nie wiedziała, co powiedzieć, mimo że wcześniej przygotowała sobie kilka słów. Przełknęła ślinę na dźwięk jego zachrypniętego głosu.

– Musisz mieć ważny powód, skoro budzisz mnie o tak wczesnej porze – powiedział Ignacy, przyglądając się dziewczynie.

– Mam – wydusiła spięta.

– Chcesz spędzić czas nad morzem? – zapytał, spoglądając na jej walizkę.

– Nie.

– Może stęskniłaś się za mną? – rzucił z ironią.

– Nie.

– Chcesz się u mnie zatrzymać? – pytał dalej. Widział, że dziewczyna jest wystraszona i tylko czekać, aż mu się na progu rozpłacze.

– Tak.

– Dlaczego?

– Bo nie mam dokąd pójść.

– Masz rodzinę.

– Zawiodłam ją – wyznała szeptem, a łzy pojawiły się w jej oczach.

Ignacy stracił animusz i zagarnął dziewczynę w ramiona, mocno przytulając. Goja się nie broniła, tylko całkiem na nim wsparła i zalała łzami.

– No już dobrze. Dobrze.

– Przepraszam, ja... – wydusiła, gdy rozpacz na dobre się z niej uwolniła – ...nie wiedziałam, co robić.

– Miło, że o mnie pomyślałaś – odrzekł z uśmiechem i spojrzał dziewczynie w oczy. – To była twoja najlepsza decyzja.

– Wujku Ignacy, przepraszam, że zjawiam się tak bez uprzedzenia.

– Nie przepraszaj ani za siebie, ani za naszą rodzinę. Znam ich lepiej niż ty. Zresztą właśnie sama się przekonałaś, jak możesz na nich polegać.

– To ja zawiniłam.

– Nie będę tego słuchać. Zapraszam. Mój dom stoi przed tobą otworem. Możesz odetchnąć, Gojka, zawitałaś do spokojnej przystani.

***

Wnętrze domu rozjaśniało światło budzącego się dnia, wnikające przez okna przysłonięte jasnymi firankami. Goja z ciekawością rozglądała się po wnętrzu. W salonie stały ciemne meble w staroświeckim stylu, a na ścianach zawieszono liczne obrazy.

Spojrzała na wuja. Podszedł do stolika z umieszczoną na nim klatką, wewnątrz której ćwierkał żółty ptaszek.

– Kanarek? – zapytała zaskoczona.

– Zawsze śpiewa mi o poranku. Czasem go wypuszczam, by polatał i posiedział mi na ramieniu – odparł Ignacy, dosypując ziarna do pojemnika.

– To urocze – powiedziała z zachwytem. Większość ludzi z jej otoczenia wybrałaby psa lub kota, ale u wujka, którego w rodzinie uważano za ekscentryka, mogła się spodziewać ptaka. Uchodził za czarną owcę, która nie pasowała do poglądów jej bliskich. – Czy on jednak nie brudzi?

– Czasem się zdarza, ale co tam trochę odchodów małego ptaszka, gdy rekompensuje mi to swoim śpiewem.

– No tak... – bąknęła, nie chcąc krytykować. – Pięknie urządzony salon.

– Dziękuję, ale czy tego się spodziewałaś? – dopytał z rozbawieniem.

Goja spojrzała na kolorowe fotele i niską kanapę, stół zaścielony gazetami i książkami. Przy oknach wychodzących na ogród stały sztaluga i zakryty obraz. Na kominku różne fiurki, zegar i niedopalone świecie z zastygłym woskiem na brzegach.

– Nie wiedziałam, czego się spodziewać – przyznała otwarcie.

– Pewnie naopowiadali ci o mnie niestworzonych rzeczy.

– Nie.

– Nie kłam, dziecko – rzucił ostrzej, niż zamierzał. Przyjrzał się dziewczynie. – W moim domu panują pewne zasady.

– Rozumiem – szepnęła zawstydzona, czując się jak uczennica przed nauczycielem, od którego zależy jej przyszłość.

– Pierwsza zasada to nie kłamiemy i jesteśmy autentyczni.

– To znaczy? – zapytała stropiona, bo nie tego się spodziewała.

Ignacy był zaskoczony.

– Jest gorzej, niż sądziłem. Tłumaczyć tak podstawowe rzeczy w dwudziestym pierwszym wieku to patologia. Masz mówić to, co myślisz, czyli szczerze wyrażać swoje zdanie, nie udawać kogoś, kim nie jesteś – wyjaśnił gniewnie.

– Nie chciałam wujka urazić.

– Urazisz mnie fałszywą maską. Chcę znać twoją opinię, z którą mogę się zgodzić albo nie. Nie odbiorę jej jako ataku, ale jako twoją perspektywę. Ludzie, którzy walczą, by narzucić innym swoje zdanie, nie nadają się do życia w społeczeństwie. Więc?

Goja przełknęła ślinę.

– Powiedzieli, że wujek uchodzi za odmieńca i... dziwaka – wydusiła z wahaniem, onieśmielona.

– Jeśli chodzi o naszą rodzinę, kochana, to dla mnie wyjątkowy komplement – odrzekł i zaczął się śmiać.

Goja dołączyła do niego, choć nie wiedziała, czy to dobrze.

– Podoba mi się wujka salon. Jest przytulny, ale brakuje telewizora.

– Niczego nie brakuje. Nie mam czasu na oglądanie życia innych, gdy ze swoim mam co robić. Powiedz, jesteś zmęczona?

– Trochę, wcześnie wstałam na pociąg. Wiem, że wuj ma do mnie wiele pytań. Dlaczego w ogóle zdecydowałam się tu przyjechać i...

– Zostawimy je na później. Przeczuwam, że to dłuższa historia. Zawsze wydawałaś mi się rezolutną dziewczyną. Mogę się domyślać, że przyjechałaś do mnie, bo coś musiało wstrząsnąć twoim światem.

– Zupełnie się zawalił, wujku – przyznała łamiącym się głosem.

– W takim razie zajmiesz najwyższe piętro domu. Strych ma szeroki salon i wnękę na łóżko. Na półpiętrze będzie twoja łazienka. Będzie ci tam dobrze.

– Nie chciałabym zajmować wiele miejsca.

– Nie będziesz mi spać na kanapie w salonie, gdy mam dodatkowe piętro, dziewczyno.

– Czy wujek mieszka sam? – zapytała z niepewnością.

– Nie, ze Staszkiem.

– Ach, tak. On chyba też powinien zdecydować.

– Niewiele mówi, tylko śpiewa – odrzekł wuj, wskazując na kanarka, i znowu się rozśmiał.

Goja też zachichotała, a węzeł smutku się rozluźnił.

– Dzień dobry, ptaszku Staszku. Czy mówienie do ptaka jest normalne? – zapytała odważnie, wciąż się śmiejąc.

– W moim domu jak najbardziej.

– W moim mówienie do siebie już zakrawa na szaleństwo – przyznała szczerze.

– Dziecko, u mnie panują inne zasady, a rozmowa z samym sobą powoduje, że słyszy się szept duszy – dodał z porozumiewawczym mrugnięciem.

Ignacy zaprowadził dziewczynę schodami na najwyższe piętro, niosąc jej walizkę. Drewniane stopnie miały odcień mahoniu i odbijały echem ich kroki. Na ścianach, tak jak w salonie, wisiało wiele obrazów.

Na piętrze Goja zajrzała przez otwarte drzwi do sypialni i zobaczyła panujący w niej rozgardiasz. Domyślała się, że na tym poziome cała przestrzeń należy do wuja.

Strych okazał się sporych rozmiarów. Skosy i drewniane belki dachowe dodawały uroku. Meble były przykryte prześcieradłami, a nagromadzone rzeczy zajmowały większość powierzchni.

– Trzeba tu posprzątać, w łazience też – powiedział Ignacy.

– Zajmę się tym, to i tak więcej, niż się spodziewałam.

– Te obrazy zaniesiemy piętro niżej, do mojego gabinetu. Później pokażę ci dom. Sądzę, że będziemy mieli dużo czasu, by się lepiej poznać – odparł z uśmiechem.

– Nigdzie mi się nie spieszy, a właściwie to nie mam dokąd pójść – wyznała zgodnie z prawdą.

– Nad tym też się pochylimy. Możesz się położyć i odpocząć. Pościel jest w komodzie.

– Pewnie powinnam, ale nie będę w stanie zasnąć.

– W takim razie zaczniemy od śniadania – zaproponował Ignacy. – Zrobisz zakupy, odwiedzisz miejsca, które ci zaraz zapiszę. Kupisz pieczywo i warzywa. Oni mnie tam znają, powiesz, że jesteś ode mnie. Dam ci pieniądze.

– Nie trzeba, ja zapłacę.

– Jesteś moim gościem, wystarczy, że przyniesiesz – odrzekł z zadowoleniem. – To mamy plan. Odśwież się i zejdź na dół.

– Wujku, ja nie jestem taka jak ty – rzuciła pod wpływem impulsu, kierowana nagłą chęcią pokazania mu, jak bardzo się różnią. – Jestem jak nasza rodzina, od której uciekłeś.

– Skoro tak uważasz. Ale jak mawia mój przyjaciel Carl Jung: „W każdym z nas jest ktoś, kogo nie znamy”. – Posłał dziewczynie szelmowski uśmiech i zostawił ją samą.

***

Blask dnia odważniej wtargnął na strych i rozjaśnił jego mrok. Goja, omijając stłoczone przedmioty, podeszła do okna i rozsunęła firany. Za szybą zobaczyła konary drzew, tak blisko, że gdyby się nachyliła, mogłaby poczuć ich strukturę.

Odwróciła się do wnętrza, by ocenić przystań, do której przybyła. We wnęce stało łóżko, a przy ścianie wysoka szafa. Kanapa i pufy, a pomiędzy nimi stolik, wypełniały jego środek.

Wyszła z pokoju i zeszła do łazienki na półpiętrze, by się odświeżyć. Spodziewała się zużytych sprzętów, a zastała białe płytki i nową armaturę. W lustrze przyjrzała się swojemu odbiciu. Jasne włosy sięgały jej pleców, dłuższa grzywka opadała na boki, co łagodziło okrągłość jej twarzy, a niebieskie oczy okalały ciemne rzęsy pomalowane tuszem.

Goja wnikliwie szukała w sobie zmian. Wszystko wyglądało tak samo, ale wewnątrz zagnieździło się ziarno braku pewności siebie i zagubienia.

Zeszła do salonu i udała się do kuchni, której okna wychodziły na ogród. Rośliny jeszcze nieśmiało nabierały kolorów, a gałązki krzewów czekały na wysyp liści.

– Odwiedzisz piekarnię Matyldy, ona da ci to, co trzeba. Wystarczy, że pójdziesz prosto i skręcisz w lewo – instruował Ignacy, rysując na kartce mapkę. – Później odwiedzisz warzywniak Waldka. On też wie, co lubię. Idź i szybko wracaj.

– Nie znam Sopotu.

– Tak wkrótce go poznasz. Idź, idź.

Ignacy odprowadził dziewczynę do drzwi, jeszcze odpowiadając na jej pytania. Była zagubiona, ale nie zamierzał jej niczego ułatwiać, by tym szybciej wyszła z marazmu, jaki u niej dostrzegł. Przez chwilę zerkał zza firanki, jak się waha, aż w końcu rusza ulicą.

Po salonie rozniósł się dzwonek telefonu. Nie pamiętał, gdzie go zostawił, więc ruszył za jego dźwiękiem. Na wyświetlaczu pojawił się znajomy numer.

– Cześć, Wanda – przywitał się pogodnie.

– Cześć. Czy ty w końcu zrobiłeś to, o co prosiłam?

– Jeszcze nad tym pracuję.

– Klient się niecierpliwi.

– Niech doceni naszą sztukę. Na najlepsze trzeba poczekać – powiedział i usłyszał marudzenie kobiety, więc jej przerwał. – Słuchaj, nie uwierzysz, kto do mnie przyjechał.

– Cieszysz się, więc ktoś, kogo lubisz – rzuciła Wanda.

– Moja bratanica Goja.

– Córka twojego brata?! – dopytała z zaskoczeniem. – Co u ciebie robi?

– Jeszcze nie wiem, ale jest zupełnie zagubiona.

– Czyżby szła w twoje ślady?

– Nie sądzę, wydaje się zrozpaczona, chyba coś nie poszło tak, jak planowała.

– Jak każdemu z nas. Chętnie ją poznam.

– Świetnie, bo dziś wieczorem wyprawię przyjęcie.

– Przyjdę. Przy okazji dasz mi to, o co proszę? – zapytała, wracając do przerwanego tematu.

– Marudzisz, a wiesz, że mam gościa – uciął i zakończył połączenie.

***

Słońce wychyliło się spomiędzy chmur i już tylko niewielkie obłoki przepływały po błękicie nieba. Goja była w Sopocie, daleko od męża i rodziny, i zupełnie nie wiedziała, co jeszcze się wydarzy.

Usłyszała gwałtowne hamowanie auta, a po chwili klakson. Znieruchomiała wpatrzona w kierowcę, który właśnie wysiadał. W zamyśleniu nie zauważyła, jak wyszła na drogę.

– Co robisz?! Macie pierwszeństwo, ale na pasach! – krzyknął, podchodząc do dziewczyny. Był wysoki i barczysty, a z jego twarzy biła złość.

– Ja, przepraszam... – wydusiła zaskoczona jego agresją. Z jej oczu popłynęły łzy.

– Płaczesz, rany, ja... Sorry, przesadziłem. Rany... – dukał zmieszany, nie wiedząc, co robić. – Możesz przestać?

Goja pokiwała głową.

– Zamyśliłam się.

– Pewnie, to zrozumiałe, nie przejmuj się – bagatelizował bezradnie.

– Dopiero co przyjechałam do Sopotu. Nie wiem, co będzie dalej – mówiła, jakby dopiero teraz wstrzymywana niepewność puściła, znajdując ujście.

– Ja tu mieszkam. Darek – przedstawił się.

– Goja – odpowiedziała, ocierając twarz. – Wybacz, za dużo zmian naraz.

Darek zmierzył dziewczynę wzrokiem, a to, co zobaczył, mu się spodobało.

– Skoro jesteś tu nowa, to mogę pokazać ci miasto. Wymienimy się numerami i w wolnej chwili spotkamy się na kawie? – zaproponował.

Goja osłupiała, bo tego się nie spodziewała. Z uwagą przyjrzała się chłopakowi. Był wysoki i przystojny, z ciemnymi brwiami i oczami, z modnie ułożonymi włosami.

– Dobrze – zgodziła się z nadzieją, że będzie jej raźniej w tym obcym mieście. Zapisała jego numer w telefonie.

– To jesteśmy umówieni. Teraz lecę do pracy.

– Przepraszam i miłego dnia! – krzyknęła jeszcze za chłopakiem.

Goja poczekała, aż odjedzie, i odeszła. Starła z twarzy resztki łez, nie mogąc uwierzyć, że rozpłakała się przy obcym. Wiedziała, że było z nią źle, a wstrzymywane uczucia smutku i rozpaczy już nie dawały się tłumić. Wyjazd był jej potrzebny, może nowe otoczenie i ludzie pomogą jej dojść do równowagi.

Zgodnie ze wskazówkami Ignacego doszła do ulicy Bohaterów Monte Cassino, gdzie panował większy ruch i gwar. Ulica, nazywana Monciakiem, była główną atrakcją miasta. Znajdowało się na niej mnóstwo kawiarni, restauracji i klubów, a prowadziła do najdłuższego drewnianego molo nad Morzem Bałtyckim i w całej Europie.

Goja znalazła pierwszy punkt na jej liście zadań, jakim była piekarnia. W lokalu pachniało wypieczonym ciastem i świeżo zaparzoną kawą. Kobieta za ladą miała około pięćdziesiątki. Uwagę przyciągał jej kolorowy fartuch w folkowe wzory.

– Dzień dobry – Goja przywitała się i zawahała, niepewna, jak sprzedawczyni zareaguje, gdy wspomni o wujku.

– Dzień dobry. Co podać?

– Jestem od Ignacego – odpowiedziała ostrożnie.

Kobieta przyjrzała się dziewczynie z zaskoczeniem.

– Naszego Rubinka?

– Tak... Ignacego Rubinowicza, to mój wuj. Przyjechałam dziś rano, wysłał mnie po zakupy.

– A to dobre – ożywiła się kobieta. – Cała rodzina się od niego odsunęła, a tu proszę, taka niespodzianka.

– Nie odsunęła – powiedziała Goja w odruchu lojalności wobec swoich bliskich – tylko zdystansowała.

– Jak zwał, tak zwał. Został jednak sam – mruknęła kobieta nieprzekonana. Zapakowała towar do papierowych torebek i wręczyła je dziewczynie. – Ignacy będzie zadowolony.

– To zazwyczaj kupuje?

– Kupuje to, co ja powiem – zaśmiała się kobieta. – Jestem Matylda, a ty, drogie dziecko?

– Goja.

– Zaraz... druga córka jego brata? – dopytała.

– Tak, skąd pani wie?

– Znamy się z Rubinkiem wiele lat... Widzę, że ty też na rozdrożu.

– Ja tylko z wizytą, na chwilę.

– Gdyby tak było, nie przyjechałabyś do czarnej owcy w rodzinie – zauważyła przytomnie. – Kawa gratis, dla ciebie.

Goja poczuła łzy, które z trudem wstrzymała. Dopiero na zewnątrz pozwoliła im popłynąć. Matylda uderzyła w czułą strunę, bo choć Goja z uporem temu zaprzeczała, coraz bardziej czuła, że została poza nawiasem rodziny.

***

Sopot jaśniał w słońcu, które wspinało się coraz wyżej po kopule nieba. Goję otaczał hałas przejeżdżających aut i rozmowy mijanych przechodniów. Zapach morza niósł się z wiatrem, upewniając ją, że była daleko od domu.

Doszła do kolejnego punku na swojej mapie, którym był sklepik warzywny z wystawionymi skrzynkami owoców i warzyw. Nad jego oknami zamontowano markizy, ich falującymi końcami bawił się wiatr.

Ustawiła się w kolejce i gdy przyszła jej kolej, przywitała się z mężczyzną w wieku jej wuja.

– Co podać? – zapytał przyjaźnie.

– Mój wuj Ignacy powiedział, że będzie pan wiedział.

– Rubinek?

– Tak – potwierdziła z obawą, że tak jak Matylda w piekarni i on wspomni o odrzuceniu Ignacego przez rodzinę. – Przyjechałam go odwiedzić.

– To dobrze. Ignacy zawsze za wami tęsknił.

Goja ponownie poczuła wzruszenie, więc pośpiesznie zapłaciła i opuściła sklepik. Żal jej było nie tylko Ignacego, ale i siebie.

Wujek Ignacy był starszy o pięć lat od jej ojca, który często wspominał go jako chłopaka odważnego i pełnego energii, istną duszę towarzystwa. Ich drogi się rozeszły, gdy Ignacy po konflikcie ze swoim ojcem zrzekł się prowadzenia rodzinnego biznesu i porzucił rodzinny dom, by udać się w sobie tylko znanym kierunku. Nie wiedziała, co było powodem takiego obrotu spraw, ale Ignacy nie był mile widziany w domu dziadków. Goja chciała kiedyś rozwikłać tę rodzinną tajemnicę, ale gdy zaczęła zadawać pytania, usłyszała tylko, że dziadek uznał, że starszy syn przyniósł rodzinie wstyd, i się go wyrzekł.

Pierwszy raz wuja zobaczyła na pogrzebie dziadka, a później babci, nie zostawał jednak na noc. Siedział zazwyczaj sam na końcu stołu i z nikim nie rozmawiał. Zamieniła z nim kilka zdań, nie wiedząc, jaki naprawdę jest i czego się po nim spodziewać.

Nie miała pewności, czy powinna go o to wypytywać – mimo że bardzo chciała poznać powód banicji i wykluczenia przez rodzinę, obawiała się, że otworzy to dawne rany. Sama nie była gotowa mówić o swoim powodzie opuszczenia rodzinnego miasta. Mogła wzbudzić w nim litość i współczucie, a tym samym poczuć się nic niewarta.

Wracała do domu wuja, ale zamiast skręcić w odpowiednią uliczkę, tknięta wewnętrznym pragnieniem skierowała się w stronę morza. Doszła do Skweru Kuracjuszy, gdzie zieleń na drzewkach rwała się do rozkwitu. Dojrzała molo, po którym spacerowało wielu turystów.

Skręciła w alejkę i po chwili wyszła na połać piasku. Mimo wiosennego chłodu zsunęła buty i zanurzyła stopy w fali delikatnych ziarenek. Zaczerpnęła powietrza i poczuła jego słoność, wiatr plątał jej włosy. Wypełnił ją spokój i chciała uwierzyć, że wszystko się ułoży.

Opuściła plażę i otrzepała się z piasku. Weszła w park wypełniony trelami ptaków. Na jednej z ławek zobaczyła chłopaka i dziewczynę. Patrzyli sobie w oczy i po chwili się pocałowali.

Poczuła, jak po jej policzku płynie łza na wspomnienie dnia, w którym się zakochała. Chłopak, który ją wtedy całował, był dla niej całym światem.

To było gorące popołudnie, wracała ze szkoły. Koło niej szły dwie siostry. Starsza o dwa lata Roma i młodsza o rok Maja. Planowały iść na lody do ulubionej lodziarni. Roma spotykała się z chłopakiem, o którym cały czas mówiła. Goja wtedy też marzyła o miłości takiej jak z filmów, a serce rwało się do miłosnych uniesień. W końcu na jej drodze pojawił się chłopak, choć nie tak wyobrażała sobie romantyczne spotkanie.

_Goja słuchała Romy, która ze szczegółami opisywała pocałunek swojego chłopaka. Próbowała wyobrazić sobie to doznanie, a widoczne szczęście siostry utwierdzało ją w przekonaniu, że to musi być coś wyjątkowego. Jej wizja rozwiała się, gdy coś twardego uderzyło ją w głowę._

_Krzyknęła i upadła na chodnik, a piłka, która to spowodowała, potoczyła się dalej._

_– Goja! – krzyknęła tak samo zaskoczona Roma._

_– Ojej – powiedziała Maja, nieruchomiejąc._

_– Przepraszam – zawołał chłopak, który właśnie podbiegł i podawał rękę leżącej dziewczynie._

_– Myślisz, że twoje „przepraszam” pomoże mojej siostrze? – zaatakowała go Roma._

_– No... mam nadzieję – wybąkał speszony. – To nie ja ją wykopałem, ale i tak przepraszam._

_– W porządku – wydusiła Goja, sprawdzając, czy niczego sobie nie uszkodziła. – Nic się takiego nie stało_

_– Stało się, stało! – grzmiała Roma. – To nie boisko, więc pilnujcie swojej piłki._

_– Jasne – odrzekł chłopak i jeszcze raz spojrzał na kontuzjowaną dziewczynę. – Masz okropną siostrę, ale ty wyglądasz spoko._

_Goja wpatrzyła się w jego roześmiane oczy. Obserwowała, jak wraca na boisko do kolegów._

_– Co za palant – rzuciła Roma._

_– Dobrze, że nic ci się nie stało – dodała Maja i ruszyła za siostrami._

_– Słyszałaś, to nie jego wina. Był całkiem fajny – broniła go Goja._

_– Nie mów, że ci się spodobał? – zapytała zaczepnie Roma. – Fajny to jest mój Marcin. Mówiłam wam, że chce mnie zabrać na randkę do klubu nocnego?_

_– Rodzice się nie zgodzą – ostrzegła Goja._

_– Oczywiście, że się zgodzą, jestem już pełnoletnia. Nie mogą mi zabronić – upierała się Roma. – Marcin za rzucenie we mnie piłką odpowiednio by mnie przeprosił._

_– Przecież to było niechcący – tłumaczyła Goja._

_– Powinien ci coś zaproponować, ale widocznie nie jesteś w jego typie – ucięła znudzona Roma. – Chodźmy na te lody._

_Po słowach siostry uśmiech Goi zgasł. Odwróciła się w stronę boiska i odszukała wzrokiem chłopaka, który stał i patrzył w jej stronę. Zaśmiała się, gdy teraz to on dostał piłką. Pobiegła za siostrami, a w jej sercu rozbudziła się nadzieja, że chłopak, którego znała ze szkoły, do niej podejdzie i zaprosi ją na randkę._

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij