Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Szept Między Gwiazdami - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 sierpnia 2026
22,90
2290 pkt
punktów Virtualo

Szept Między Gwiazdami - ebook

Ava Rhyne budzi się na pokładzie Nokturnu bez wspomnień z ostatnich miesięcy i z pewnością, że ktoś wymazał je celowo. Nie wie, co stało się podczas przejścia przez Bramę. A im więcej odkrywa, tym wyraźniej czuje, że prawda została ukryta przed nią nie bez powodu. Jedyny, który zdaje się wiedzieć więcej, to Orion Vale mężczyzna, który ratuje jej życie i jednocześnie ostrzega, by nie ufała nawet jemu. Między nieufnością a przyciąganiem, między pamięcią a kłamstwem, Ava musi odkryć, kim naprawdę jest — zanim zrobi to ktoś inny. Thriller psychologiczny w kosmicznej scenerii, w którym każde odzyskane wspomnienie jest bardziej niebezpieczne od poprzedniego.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 183 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SZEPT MIĘDZY

GWIAZDAMI

Tom I trylogii

------------------------------------------------------------------------

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZŁOWIEK, KTÓREGO NIE PAMIĘTAM

------------------------------------------------------------------------

Rozdział pierwszy

Obudził mnie chłód.

Nie taki, jaki wchodzi pod kurtkę na peronie stacji przesiadkowej, ale głębszy, metaliczny, który osiada na zębach i sprawia, że oddech smakuje jak stara moneta. Leżałam na podłodze, policzkiem na kratownicy, i przez kilka pierwszych sekund byłam całkowicie pewna jednej rzeczy: jeśli się nie poruszę, świat zostawi mnie w spokoju.

Potem usłyszałam alarm. Nie wycie syreny – coś uprzejmego, prawie delikatnego. Trzy tony, pauza. Trzy tony, pauza.

Rezerwa.

Skądś to wiedziałam. Trzy tony znaczą, że podtrzymywanie życia zaczęło zjadać zapasy, i że ktoś powinien coś z tym zrobić. Ta wiedza przyszła gotowa, jak wyjęta z szuflady, i była pierwszym z bardzo wielu momentów tej nocy, kiedy moje ciało wiedziało więcej niż ja.

Podniosłam się na łokciach. Świat przekrzywił się o kilka stopni, a potem wrócił na miejsce. Awaryjne światła paliły się bursztynowo, co dwa metry, i między nimi rozciągały się kałuże ciemności. Na ścianie po lewej rósł szron – cieniutkie, siwe pióra na spoinach.

Klęczałam na podłodze wąskiego korytarza. Metal był wyszorowany do połysku przy samej podłodze i matowy wyżej, tak jak zawsze robi się w miejscach, po których ludzie chodzą latami. Ktoś dbał o ten statek. Ktoś tu żył.

Nie miałam pojęcia, gdzie jestem.

– Dobrze – powiedziałam na głos i mój własny głos mnie przestraszył. Był ochrypły, obcy, jakby nie używany od dni. – Dobrze. Po kolei.

Po kolei. Tak się to robi. Kiedy pacjent wychodzi z restytucji zdezorientowany, nie pytasz go, co się stało. Pytasz o rzeczy, które są głębiej niż pamięć.

Jak się nazywasz?

Ava Rhyne.

Ulga przeszła przeze mnie tak gwałtownie, że musiałam oprzeć czoło o ścianę. Ava Rhyne, dwadzieścia pięć lat, urodzona na Ilionie, w dzielnicy, gdzie deszcz padał przez dwieście dni w roku i wszyscy udawali, że tak ma być.

Matka: Nella. Ojciec: nieobecny na tyle konsekwentnie, że stał się rodzajem pogody. Zawód: restytutorka drugiego stopnia, Instytut Restytucji, oddział wschodni.

Wszystko było na miejscu. Wszystko było moje.

Co pamiętasz jako ostatnie?

Pamiętałam deszcz na szklanym dachu instytutu. Pamiętałam herbatę, która stygła w kubku z odpryśniętym brzegiem, i Deriego, który stał w drzwiach mojego gabinetu i mówił coś o pacjencie z siedemnastego. Pamiętałam, że byłam zmęczona. Pamiętałam, że myślałam o matce.

Listopad. To był listopad dwa tysiące sto osiemdziesiątego ósmego.

Podniosłam wzrok. Nad drzwiami na końcu korytarza świecił się mały panel z tymi nudnymi informacjami, które nikogo nigdy nie interesują: ciśnienie, temperatura, data.

8 kwietnia 2189.

Patrzyłam na te cyfry długo. Przeczytałam je może dwadzieścia razy, jakby przy dwudziestym pierwszym miały się poprawić.

Pięć miesięcy.

Nie było ich. Nie były zamglone, nie były trudne do przywołania – po prostu ich nie było, tak jak nie ma na mapie miejsca, którego nikt nigdy nie narysował. Sięgnęłam po grudzień i moja ręka zamknęła się na powietrzu.

Znam to. Znałam to lepiej niż ktokolwiek na Ilionie. Widziałam to trzy razy w tygodniu przez cztery lata, w oczach ludzi, którzy siadali na moim fotelu i mówili: pani doktor, wróciłem z Przejścia i nie wiem, czy mam siostrę .

Nauczyłam się mówić im spokojnie, że pamięć jest jak miasto, a Przejścia gaszą w nim światła, i że moja praca polega na tym, żeby chodzić od domu do domu i włączać je z powrotem.

Nigdy im nie mówiłam tego, co wiedziałam naprawdę: że w niektórych domach nie ma już czego zapalać.

Wstałam. Nogi trzymały, chociaż niechętnie.

Miałam na sobie termiczny kombinezon, przetarty na łokciach, ze śladem po przypalce nad prawym kolanem. Znałam ten ślad. Nie pamiętałam, skąd się wziął, ale ręka sama do niego poszła, tak jak idzie się do znajomej klamki po ciemku.

W zgięciu lewego łokcia miałam siniak w kolorze przejrzałej śliwki, a w środku niego małe, precyzyjne nakłucie.

Ktoś mi coś podał. Albo ja sama sobie podałam.

I wtedy zobaczyłam napis na wewnętrznej stronie przedramienia. Litery były niebieskie, nierówne, pisane w pośpiechu i lewą ręką – a ja jestem praworęczna, więc pisałam to na sobie sama.

* NIE UFAJ TEMU, CO PAMIĘTASZ. *

Zaśmiałam się. Krótko, brzydko, w pustym korytarzu.

– Świetnie – powiedziałam. – Bardzo pomocne, Ava.

Ruszyłam w stronę drzwi, bo trzeba było ruszyć w którąś stronę, a alarm nadal grzecznie odmierzał trzy tony i pauzę. Drzwi rozsunęły się przede mną, kiedy byłam jeszcze dwa kroki dalej.

Nie dotknęłam panelu. Nie powiedziałam hasła.

Statek mnie znał.

Za drzwiami była mesa. Cztery miejsca przy stole przykręconym do podłogi, kuchenka, ekran, na którym leciała pętla jakiegoś martwego kanału. Na blacie stały dwa kubki.

Jeden był mój. Wiedziałam to natychmiast, tak samo bezmyślnie jak wcześniej wiedziałam o trzech tonach: biały, z odpryśniętym brzegiem, ten sam kubek, w którym stygła herbata w moim gabinecie na Ilionie, pięć miesięcy i całe życie temu. Przyjechał tu ze mną. Ktoś go przywiózł przez pół galaktyki.

Drugi był czarny, ciężki, z tłustym śladem palca na uchu.

Stały obok siebie. Blisko. Tak, jak stawia się kubki, kiedy dwoje ludzi siedzi po tej samej stronie stołu.

– Halo? – powiedziałam.

Statek szumiał. Nikt nie odpowiedział.

Na oparciu krzesła wisiała kurtka. Wzięłam ją do ręki, zanim zdążyłam pomyśleć, czy chcę. Była za duża – ramiona zwisały mi grubo poza barki. Ciemna, znoszona, z rozprutym szwem pod pachą, zaszytym potem ręcznie, nierówno, czarną nitką. Ktoś naprawiał ją sam, w gorszym świetle, niż powinien.

Podniosłam ją do twarzy.

Nie zdecydowałam się na to. Po prostu to zrobiłam, jak sięga się po poręcz na schodach, i wciągnęłam zapach – kurz, olej, coś ciepłego i gorzkiego jak przypalona skórka od cytryny – a moje ciało zrobiło rzecz, której nie umiałam wybaczyć.

Rozluźniło się.

Cała ja, od karku do kolan, opadłam o pół oddechu, jakby ktoś powiedział mi, że mogę przestać uważać. Coś w piersi zrobiło mi się ciasne i gorące, i moje oczy zaszły łzami, zanim mój mózg zdążył zapytać: dlaczego, na Boga, płaczesz nad cudzą kurtką?

Odrzuciłam ją. Uderzyła w krzesło i zsunęła się na podłogę, a ja stałam nad nią z rękami przy bokach i sercem walącym jak u kogoś, kto ucieka.

– Nie – powiedziałam do siebie. – Nie. Nie znam tego.

Ale znałam. To było najgorsze. Nie pamiętałam ani jednego dnia z tych pięciu miesięcy, ale moje ciało wyraźnie pamiętało wszystkie i nie zamierzało mnie pytać o zdanie.

Otarłam twarz nadgarstkiem i wtedy zobaczyłam pierścionek.

Był na moim lewym palcu. Szeroka, ciężka obrączka z ciemnego metalu, nie złoto, nie stal, coś matowego i ciepłego w dotyku, z rudawym, miedzianym odblaskiem, który zapalał się dopiero wtedy, gdy obróciłam dłoń pod światło. Brzegi miała fazowane i wypolerowane na dwie wąskie, jasne krawędzie, a między nimi biegło płaskie, przygaszone pole. Na czole obrączki siedział duży owalny kamień, wtopiony w gruby, ciemny kołnierz oprawy tak głęboko, że nie sposób było go stamtąd wyjąć: butelkowa zieleń, a pod nią, głębiej, coś żółtego i rozżarzonego, jakby ktoś zamknął w środku iskrę i przykrył ją szkłem. Fasety rozchodziły się od środka jak szprychy i przy każdym drgnieniu ręki przesuwały światło o kilka stopni. Nie wyglądała jak biżuteria. Wyglądała jak narzędzie, któremu kazano udawać biżuterię.

Chwyciłam ją i pociągnęłam.

Nie zsunęła się. Skręciłam ją, pociągnęłam mocniej, aż skóra pod nią zbielała, aż zapiekło. Obrączka obracała się swobodnie – zielony kamień wędrował na wewnętrzną stronę dłoni i z powrotem, ciężki jak paciorek na sznurku – ale nie chciała zejść ponad staw, jakby ktoś dobrał ją tak, żebym mogła nią kręcić w nieskończoność i nigdy jej nie zdjąć.

Poszłam do zlewu i puściłam wodę. Nasmarowałam palec olejem z butelki stojącej przy kuchence. Ciągnęłam tak długo, że palec zrobił się śliski i czerwony, i wtedy usłyszałam siebie: sapałam, jak zwierzę w potrzasku.

Zamarłam z rękami nad zlewem.

Ava. Głos w mojej głowie był mój i był spokojny, ten sam głos, którym mówiłam do pacjentów. Panikujesz z powodu biżuterii. To nie strach o palec. To strach o to, co ona znaczy.

Wytarłam ręce. Przy świetle nad zlewem obróciłam obrączkę kamieniem do dołu i zajrzałam do środka.

Na wewnętrznej stronie były rysy. Biegły równym pasem tuż przy krawędzi, dookoła całego palca: krótkie kreski, wydrapane czymś ostrym, jedna obok drugiej, nierówne, w różnym nachyleniu, gdzieniegdzie przedzielone drobnym punktem – jak ktoś, kto liczył coś w ciemności i nie chciał się pomylić.

Policzyłam.

Jedenaście. A po jedenastej – dwunasta, zaczęta i nieskończona, ledwie zadraśnięcie w metalu.

Zimno weszło mi pod skórę od środka, nieproszone. Nie wiedziałam, co się liczyło. Wiedziałam tylko, że ktoś liczył – i że raczej nie były to szczęśliwe okazje.

– Dobrze – powiedziałam trzeci raz tego dnia, bo widocznie tylko na to mnie było stać. – Znajdźmy kogoś, kto to wyjaśni.

Mostek był na końcu następnego korytarza i znów wpuścił mnie bez pytania.

Był mały – statek klasy kurierskiej, dwa fotele, ściana wyświetlaczy, zapach ozonu. Za szybą leżała czerń tak gęsta, że najpierw pomyślałam, że patrzę na wyłączony ekran. Dopiero potem zobaczyłam gwiazdy, a potem coś, co odjęło mi resztę odwagi.

W dole, po prawej, wisiał pierścień.

Ogromny, ciemny, ustawiony do mnie krawędzią, tak że wyglądał jak szrama na tle gwiazd. Znałam ten kształt z każdej tablicy informacyjnej w galaktyce, tylko że tam zawsze świecił. Tam zawsze pulsował tym mlecznym, chorym blaskiem, przez który przelewały się statki, ludzie, towary, całe życia.

Brama. Wygaszona.

Dryfowaliśmy w cieniu martwego Przejścia i to było najlepsze miejsce, żeby nie zostać znalezionym, jakie w ogóle istniało.

Osunęłam się w lewy fotel. Był wygrzany dokładnie na mój kręgosłup.

Konsola obudziła się pod moimi rękami i zanim zdążyłam przeczytać, co jest na ekranie, moje palce już się ruszyły. Cztery komendy, przerwa, jeszcze trzy. Szybko, płynnie, bez wahania – tak, jak muzyk gra utwór, którego nie umie zanotować.

Ekran zmienił się. Odblokowałam warstwę systemu, o której nie wiedziałam, że istnieje.

Cofnęłam ręce i przycisnęłam je do brzucha, jakby to one były problemem.

ARCHIWUM STATKU " NOKTURN" – WŁAŚCICIEL: RHYNE, AVA. DOSTĘP: PEŁNY.

Statek był mój.

Nie wynajęty. Nie kradziony. Mój, wpisany na moje nazwisko, ze wszystkimi opłatami i certyfikatami, których restytutorka drugiego stopnia z pensją restytutorki drugiego stopnia nie mogłaby uzbierać przez dwadzieścia lat.

Otworzyłam dziennik.

Był pusty.

Nie uszkodzony, nie zaszyfrowany – wyczyszczony. Sto dziewięćdziesiąt dwa dni logów, kasowanych porcjami przez cztery godziny, jedenaście dni temu. Podpisane. Moimi danymi. Moim głosem. Moją dłonią na czytniku.

Siedziałam w fotelu, który znał mój kręgosłup, na statku, który znał moją rękę, i patrzyłam na dowód, że ktoś bardzo dokładnie zabrał mi moje własne życie.

I że tym kimś byłam ja.

– Dlaczego – szepnęłam. – Dlaczego to zrobiłaś?

W odpowiedzi ekran mrugnął.

JEDNA WIADOMOŚĆ. ODTWORZYĆ?

Palec zawisł mi nad panelem na dłużej, niż byłabym gotowa przyznać. Ostrzeżenie na przedramieniu piekło mnie, jakby ktoś je tam dopiero pisał.

Dotknęłam ekranu.

Pojawił się mężczyzna.

Siedział dokładnie tam, gdzie ja teraz – w prawym fotelu, na tle tej samej ściany wyświetlaczy. Ciemne włosy, za długie, mokre od potu i przyklejone do skroni. Trzydzieści lat, może trochę więcej, chociaż zmęczenie dodawało mu dekadę.

Na kości policzkowej miał rozcięcie, sklejone na szybko, i krew, której nie zdążył zetrzeć spod żuchwy.

Patrzył prosto w obiektyw i przez trzy sekundy nie mówił nic. Tylko oddychał.

A ja, patrząc na jego twarz, poczułam dokładnie to samo, co przy kurtce – to bezczelne, nieproszone rozluźnienie w barkach, ten skurcz gdzieś pod żebrami, tę potworną, upokarzającą ulgę.

Znam cię , powiedziało moje ciało.

Nie , powiedziała moja pamięć. Nigdy w życiu.

– Jeśli to oglądasz – powiedział mężczyzna – oznacza to, że mnie już nie pamiętasz.

Głos miał niski i spokojny, i pękał w środku każdego zdania, jak lód, po którym idzie się mimo wszystko.

– Nie ufaj nikomu. – Przełknął. – Nawet mnie.

Nachylił się do przodu. Światło przesunęło mu się po twarzy i zobaczyłam, że oczy ma czerwone.

– Statek jest twój, jest zatankowany i ma dwadzieścia dwa dni wody. Współrzędne, których nie znasz, są w drugim archiwum i to dobrze, że ich nie znasz. Nie wracaj na Ilion.

Nie szukaj matki. – Zaśmiał się bez cienia śmiechu. – Boże, wiem, że to zrobisz. Zawsze to robisz.

Zawsze.

– Ava. – Powiedział moje imię tak, jak mówi się coś, co się nosiło w kieszeni przez wiele lat. – Jeśli mnie znajdziesz, ucieknij. Nie dlatego, że cię skrzywdzę. Dlatego, że ja tego nie zrobię, a to nas oboje zabije.

Wyciągnął rękę do panelu, żeby zakończyć nagranie.

I wtedy, na dolnej krawędzi obrazu, zobaczyłam coś, czego nie miałam zobaczyć.

Jego drugą rękę. Opuszczoną między fotele.

I moją, splecioną z nią. Mój kciuk poruszał się w kółko po jego kostkach, w tę i w tamtą, powoli, uspokajająco – mały, prywatny gest, którego nie robi się dla kogoś, kogo się dopiero poznało.

Byłam w tym pokoju. Byłam obok niego. Trzymałam go za rękę, kiedy nagrywał wiadomość ostrzegającą mnie przed nim.

I jeszcze jedno, czego nie zauważyłam za pierwszym razem, bo było za małe, żeby cokolwiek znaczyć. Mój palec wskazujący nie leżał na jego dłoni razem z resztą. Leżał niżej, wsunięty w zagłębienie nadgarstka, tam, gdzie skóra jest cienka i gdzie czuje się puls.

Nie trzymałam go tylko za rękę. Liczyłam mu tętno.

Odtworzyłam ten fragment jeszcze trzy razy. Za każdym razem było tak samo, i za każdym razem coś we mnie odpowiadało na to skinieniem, jakby wiedziało, ile powinno wypaść.

Nagranie zgasło.

Siedziałam bez ruchu, dopóki nie zorientowałam się, że nie oddycham. Wypuściłam powietrze i wciągnęłam kolejne, i było w tym coś obscenicznego – że ciało robi dalej swoje, kiedy fundament wyjęto spod niego godzinę temu.

Nie ufaj nikomu. Nawet mnie.

To nie było ostrzeżenie przed obcym. Obcych nie trzyma się za rękę.

To była ostatnia rzecz, jaką dwoje ludzi zdążyło sobie zrobić.

– Kim ty jesteś – powiedziałam do czarnego ekranu.

Sięgnęłam do konsoli i tym razem nie pozwoliłam rękom pracować za mnie. Powoli, litera po literze, kazałam statkowi przeszukać wszystko, co miał: bufory łączności, przechwycone transmisje, śmieci z otwartych kanałów, cokolwiek z ostatnich dwóch tygodni.

Znalazł jedną rzecz. Biuletyn Kuratorium, odebrany automatycznie, powtarzany co szesnaście godzin od jedenastu dni na wszystkich częstotliwościach w tym sektorze.

Otworzyłam go.

Jego twarz wypełniła ekran. Ta sama, tylko czystsza, młodsza, sfotografowana w świetle, które nikogo nie oszczędza.

ORION VALE.

POSZUKIWANY. Terroryzm. Sabotaż infrastruktury Przejść. Zdrada rodzaju ludzkiego.

Zagrożenie: krytyczne. Nie podejmować kontaktu. Nie słuchać.

Nagroda: dwa miliony kredytów. Kuratorium Pamięci, z upoważnienia dr Eliasa Vossa.

Nie słuchać.

Przeczytałam to dwa razy. W żadnym liście gończym, jaki w życiu widziałam, nie było punktu " nie słuchać " .

Za moimi plecami, gdzieś w brzuchu statku, coś stuknęło.

Odwróciłam się tak szybko, że fotel obrócił się razem ze mną. Korytarz za mostkiem był pusty, bursztynowy, cichy.

Wróciłam do konsoli i zrobiłam jedną rozsądną rzecz z całej tej nocy: wywołałam mapę termiczną kadłuba.

" Nokturn " pokazał mi się w przekroju, w kolorach zimnych jak woda. Mesa: szesnaście stopni. Mostek: dziewiętnaście, bo siedziałam tu i grzałam własnym ciałem. Kabiny: piętnaście. Ładownia na dolnym pokładzie: dwanaście.

I w ładowni, w prawym rogu, za rzędem skrzyń – plama.

Owalna, wyraźna, cieplejsza od wszystkiego innego na tym statku. Trzydzieści siedem stopni.

Patrzyłam na nią, a wszystko we mnie robiło się bardzo, bardzo ciche.

Ktoś tu był ze mną. Cały czas. Leżał w ciemności o dwa pokłady pode mną, oddychał moim powietrzem i czekał, aż się obudzę.

A potem, dokładnie w chwili, w której to do mnie dotarło, plama się poruszyła.

I bursztynowe światła zgasły.

------------------------------------------------------------------------

Rozdział drugi

Ciemność na statku nie jest taka jak ciemność na planecie.

Na Ilionie zawsze coś się tliło – reklama nad dachami, lampa sąsiada, poświata chmur od miasta. Tutaj, kiedy zgasły światła, nie zostało nic poza szybą i tym, co za nią, a to, co za nią, nie oświetla niczego.

Siedziałam w fotelu i liczyłam oddechy, żeby nie liczyć innych rzeczy.

Statek nie umarł. Słyszałam go – cichy, sięgający kości pomruk regeneratora, który zszedł na najniższy bieg. Ktoś nie uszkodził zasilania. Ktoś je ściszył . To dwie zupełnie różne rzeczy i tylko jedna z nich oznacza, że na pokładzie jest osoba, która wie, co robi.

Wstałam po ciemku i moja lewa ręka natychmiast znalazła poręcz przy wyjściu z mostka. Nie szukała. Poszła.

– Nienawidzę cię – poinformowałam swoje ciało i wyszłam na korytarz.

Trzy kroki dalej zatrzymałam się przy szafce, której wcześniej nawet nie zauważyłam. Zdjęłam zatrzask, wsunęłam rękę i wyjęłam iglicznik. Zimny, ciężki na końcu, z rękojeścią wypolerowaną od używania.

Nie wiedziałam, że tam jest. Wiedziałam.

Sprawdziłam magazynek – palce zrobiły to same, trzy ruchy, klik – i zaczęłam schodzić.

Drabinka na dolny pokład była wąska i zimna. Zeszłam sześć szczebli, zatrzymałam się, posłuchałam. Nic. Jeszcze cztery. I wtedy poczułam zapach.

Krew. Dużo, i niemłoda.

W ładowni było ciemniej niż wszędzie i coś tam oddychało. Nierówno, płasko, z tym cichym syknięciem na końcu wydechu, które słyszy się przy złamanych żebrach albo przebitym płucu. Zapamiętałam to z kursów pierwszej pomocy, których nigdy nie miałam okazji użyć.

Podniosłam broń i wycelowałam w ciemność.

– Wiem, że tam jesteś – powiedziałam.

Cisza. A potem, gdzieś na wysokości podłogi, spokojnie i cicho:

– Nie strzelaj w prawo, bo tam stoi utleniacz.

Głos był ten sam. Ten z nagrania, tylko gorszy – starty do samego dna, jakby mówienie kosztowało go osobne pieniądze.

Serce zrobiło mi w piersi coś idiotycznego i nieprzyzwoitego. Podskoczyło. Jak pies, który usłyszał klucz w drzwiach.

– Wyjdź na środek – powiedziałam. – Ręce widoczne.

– Nie mogę wstać.

– To się czołgaj.

Coś zaszurało za skrzyniami. Trwało to nieprzyzwoicie długo – mężczyzna wielkości dorosłego mężczyzny przesuwający się półtora metra po metalu – i przez cały ten czas nie wydał z siebie ani jednego jęku, co powiedziało mi o nim więcej niż cała jego kartoteka.

– Światło – poprosił. – Ale nie górne. Na kadłubie jest cutter Kuratorium i szuka nas od czterech godzin. Zobaczą każdą szparę.

– Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz?

– Nie masz skąd – powiedział. – Właśnie o to chodzi.

Włączyłam latarkę i skierowałam ją nisko, na podłogę, tak jak kazał, bo – i to jest rzecz, którą pamiętam z tej nocy najlepiej – posłuchałam go, zanim zdecydowałam, że posłucham.

Leżał na boku, oparty łokciem o skrzynię. Czarna koszulka przyklejona do żeber, po lewej stronie ciemna od pasa w górę. Twarz, którą widziałam na dwóch ekranach jednej nocy: raz jako prośbę, raz jako list gończy.

Orion Vale patrzył na mnie z podłogi mojego statku i uśmiechał się. Nie kpiąco. Nie triumfalnie.

Patrzył na mnie tak, jak człowiek, który przez jedenaście dni nie był pewien, czy jeszcze kiedyś mnie zobaczy.

– Cześć, Ava – powiedział.

– Ręce.

Podniósł je. Lewa drżała.

– Ładnie trzymasz – zauważył, patrząc na iglicznik. – Tylko puść trochę. Ściskasz, jakbyś chciała, żeby broń też cię kochała.

– Zamknij się.

– Zawsze to robiłaś przy trzecim palcu. – Skinął głową, jakby zaznaczał punkt na liście. – Zaciskasz trzeci palec. Pociągnie w lewo.

Chciałam mu powiedzieć, żeby przestał zgadywać, że nic o mnie nie wie, że mógł to wyczytać z mojej kartoteki, z akt, z czegokolwiek. Ale trzeci palec mojej lewej ręki był zaciśnięty.

Poczułam go dopiero teraz, kiedy o nim powiedział – napięty do bólu, wbity w chwyt, dokładnie tak, jak opisał. Rozluźniłam go świadomym wysiłkiem i broń rzeczywiście osiadła w dłoni inaczej, pewniej, celniej.

Nie ma takiej kartoteki, w której zapisuje się, jak ktoś zaciska trzeci palec.

I wtedy spojrzałam na własne dłonie.

Iglicznik był w mojej lewej ręce. Prawa podtrzymywała ją od spodu, kciuk przy zamku, łokcie miękkie – nienagannie, podręcznikowo, jakbym robiła to co tydzień od dekady.

Jestem praworęczna. Piszę prawą. Jem prawą. Podpisywałam prawą tysiąc kart pacjentów.

A strzelam z lewej.

– Nie – szepnęłam.

– Ava.

– Nie mów tak do mnie. – Głos mi się załamał i znienawidziłam go za to bardziej niż jego. – Nie znam cię. Nie wiem, kim jesteś. Wiem tylko, że pół galaktyki poluje na człowieka z twoją twarzą, że mój dziennik jest wyczyszczony i że mam na palcu coś, czego nie umiem zdjąć.

Zrobiło się bardzo cicho.

Coś stało się z jego twarzą. Nie płacz – nic tak prostego. To był raczej ten moment, kiedy budynek, który stał już po wybuchu, decyduje się jednak osunąć. Powoli. Warstwa po warstwie.

– Nie pamiętasz – powiedział.

– Właśnie to mówię od minuty.

– Wiem, ja tylko … – Zamknął oczy. – Musiałem to usłyszeć. Przez jedenaście dni wmawiałem sobie, że może tobie się uda. Że jeśli ktokolwiek na świecie potrafi coś zatrzymać, to ty.

– Zatrzymać co?

Otworzył oczy i spojrzał na mnie, i przysięgam, że wolałabym, żeby na mnie krzyczał.

– Siebie – powiedział.

Nie usiadłam obok niego. Usiadłam na skrzyni trzy metry dalej, z iglicznikiem na kolanie, i przez chwilę oboje po prostu oddychaliśmy w tej ładowni.

– Nazywasz się Orion Vale – powiedziałam.

– Tak.

– Jesteś terrorystą.

– Tak mówią.

– A jak mówisz ty?

– Że wysadziłem trzy Bramy – odpowiedział spokojnie – i że zrobiłbym to jeszcze raz, a potem jeszcze raz, i że żaden człowiek, którego znałem, nie zginął w żadnym z tych wybuchów, bo wybierałem godziny, w których nikt nie przechodzi. Kuratorium nie liczy tego jako okoliczności łagodzącej.

– Trzy Bramy – powtórzyłam. – Wiesz, ilu ludzi zostało po drugiej stronie? Ilu nie wróciło do rodzin?

– Sto czterdzieści tysięcy. – Powiedział to bez wahania, jak człowiek, który zna tę liczbę na pamięć, bo wypowiada ją sobie codziennie. – A wiesz, ilu ludzi przeszło tymi trzema Bramami przez ostatnie dziesięć lat? Dziewięć milionów. I żaden z nich nie wyszedł po drugiej stronie cały.

– To efekt uboczny – powiedziałam. – Wiem o tym więcej niż ty. Zajmowałam się tym zawodowo. Utrata warstw pamięci przy tranzycie, statystycznie od trzech do jedenastu procent na przejście, więcej u dzieci i osób starszych, i tak, to potworne, i tak, bogaci mają restytucję, a biedni nie mają nic, i tak, to jest zbrodnia, ale to nie znaczy, że wysadzanie Bram …

– Ava. – Przerwał mi cicho. – Skąd wiesz, że to efekt uboczny?

Otworzyłam usta.

– Bo tak mówi Kuratorium – dokończył za mnie. – I bo pracowałaś dla Kuratorium.

– Pracowałam dla instytutu.

– Instytut należy do Kuratorium.

– To nie to samo.

– Wiem – powiedział – i to była najczęstsza rzecz, którą sobie powtarzałaś.

Wstałam. Musiałam się poruszyć, bo coś we mnie chodziło pod skórą i nie miało gdzie się podziać.

– Skąd wiesz, jak strzelam? – spytałam. – Skąd wiesz o trzecim palcu?

– Bo cię tego nauczyłem. – Poprawił się nieznacznie na łokciu i syknął. – Nie. To nieprawda. Nauczyła cię kobieta o imieniu Halka, na Wrzecionie, a ja stałem obok i miałem bardzo dużo uwag, których nikt nie chciał słuchać.

– Dwa miliony – powiedziałam. – Tyle za ciebie dają.

– Widziałem to zdjęcie. – Poprawił się ostrożnie i skrzywił. – Nie jestem wart dwóch milionów. Nawet w lepszym świetle.

Powiedział to bez uśmiechu, tak jak mówi się rzeczy, które trzeba wypowiedzieć na głos, żeby przestały być groźne. Zapisałam to sobie gdzieś z boku, razem z blizną i z kurtką: człowiek, który żartuje z własnej głowy wycenionej na dwa miliony, albo nic już nie czuje, albo czuje tak dużo, że musi to czymś przykryć.

– A kurtka? – Głos mi zdrętwiał. – Ta w mesie. Za duża na mnie.

– Moja.

– To dlaczego jest w mesie, a nie w twojej kabinie?

Zawahał się. Pierwszy raz.

– Bo nosiłaś ją, kiedy była twoja kolej na wachtę – powiedział. – Zawsze marzłaś przy trzeciej nad ranem.

I to była ta chwila. Nie przy nagraniu, nie przy kubkach – tutaj, w ładowni, przy zdaniu tak małym i tak głupim, że nikt by go nie wymyślił.

Zawsze marzłaś przy trzeciej nad ranem.

Marznę. Marzłam całe życie, w każdym mieszkaniu, w którym kiedykolwiek mieszkałam, i nigdy nikomu o tym nie powiedziałam, bo to nie jest rzecz, którą się mówi.

Coś we mnie się przekrzywiło – jakby ktoś przestawił mi grunt o pół stopnia i wszystkie meble zaczęły się bardzo powoli zsuwać w jedną stronę.

Uniosłam lewą rękę i pokazałam mu obrączkę.

– Co to jest?

Patrzył na nią długo.

– Twoje.

– Jesteśmy małżeństwem?

– Nie.

– Byliśmy?

– Nie.

– Więc czym jesteśmy?

– Ava – powiedział bardzo cicho – nie zadawaj mi pytań, na które odpowiedzi już raz kazałaś mi zataić.

– Nie masz prawa …

– Mam nagranie, na którym prosisz mnie o to imiennie – przerwał – i mam własną głowę, w której to pamiętam, i możesz mi nie wierzyć, i szczerze mówiąc powinnaś mi nie wierzyć, bo to jedyna rzecz, która cię do tej pory utrzymała przy życiu.

Statek zabrzęczał.

Krótko, wysoko, dwa razy – dźwięk, którego nie znałam, ale on znał, bo poderwał głowę tak szybko, że aż zgrzytnął zębami.

– Zbliżenie – powiedział. – Podchodzą. Ava, słuchaj mnie i nie myśl. Na mostku, druga warstwa, komenda " cisz a" . Wygaś regenerator. Wypuść ciepło z kadłuba w cień Bramy. I żyroskopy… odetnij żyroskopy, bo ich drgania widać z dwustu kilometrów. Masz dwie minuty.

– Nie wiem, jak to zrobić.

– Wiesz – powiedział. – Twoje ręce wiedzą. Idź.

I poszłam. Nie dlatego, że mu uwierzyłam , alternatywą było stać w ciemności i mieć rację.

Weszłam na mostek, położyłam dłonie na konsoli i przestałam patrzeć. To było jak zdjęcie ciężaru – po prostu odsunęłam się od własnych rąk i pozwoliłam im pracować. Cztery komendy, przerwa, jeszcze trzy. Warstwa druga. " Cisza " .

" Nokturn " umarł pod moimi palcami. Pomruk zniknął. Wentylacja stanęła. Nawet powietrze zrobiło się nagle martwe i za gęste, i w tej samej sekundzie zrozumiałam, że wraz z żyroskopami odeszła grawitacja pokładowa – mój żołądek podniósł się o centymetr i został tam.

Zjechałam z powrotem po drabince, ledwo dotykając szczebli.

Orion unosił się kilka centymetrów nad podłogą ładowni, przytrzymując się skrzyni jedną ręką. W ciemności widziałam tylko jego kontur i błysk oczu.

– Zdążyłaś – powiedział.

– Nie mów do mnie.

– Dobrze.

I wtedy przeszedł nad nami cutter.

Nie usłyszałam go – w wakuum nie ma czego słuchać. Poczułam go. Kadłub " Nokturna " zadrżał od impulsu skanującego, cieniutko, jak szyba przy przejeżdżającej ciężarówce, a przez małe okno ładowni przesunęła się smuga białego światła. Raz. Wróciła. Drugi raz, wolniej.

Odepchnęłam się od drabinki, żeby zejść z linii okna, i wykonałam to o jakieś dwadzieścia procent za mocno.

Wpadłam na niego.

Zderzyliśmy się w powietrzu, jego ręka odruchowo zamknęła się na moim ramieniu, moja dłoń wylądowała płasko na jego piersi, żeby się odbić – i nie odbiła się. Zostaliśmy tak, dryfując o pół metra nad podłogą, splątani, twarz w twarz, w ciemności przeszywanej co kilka sekund białym pasem.

Czułam pod dłonią jego serce. Waliło tak samo szybko jak moje.

– Nie ruszaj się – wyszeptał. Oddech miał ciepły przy mojej skroni. – Termika. Widzą ruch.

Nie ruszałam się.

Nie ruszałam się przez czterdzieści sekund, które trwały tydzień, i przez cały ten czas moje ciało prowadziło swoją własną, cichą zdradę. Bo powinnam była się bać. Powinnam była czuć, że dotykam najbardziej poszukiwanego człowieka w galaktyce, mordercy, sabotażysty, kogoś, kogo sama ostrzegłam siebie, żeby nie ufać.

A moja dłoń, płasko na jego piersi, zaczęła wiedzieć rzeczy, o których mój umysł nie miał pojęcia.

Wiedziała, że pod moim kciukiem, kilka centymetrów wyżej, jest blizna – twarda, wypukła, stara. Nie widziałam jej. Nie dotykałam jej. A wiedziałam, że tam jest, i wiedziałam nawet, jaki ma kształt, jakby moje palce obrysowały ją kiedyś tyle razy, że nauczyły się jej na pamięć.

Przesunęłam kciuk o milimetr i tam była. Dokładnie tam. Sękata, zabliźniona linia, może po nożu, może po czymś gorszym.

Orion wstrzymał oddech.

Nie z bólu. Jego serce, które i tak waliło za szybko, potknęło się pod moją dłonią o jedno uderzenie – jakbym dotknęła nie skóry, ale czegoś znacznie głębiej. Jakby ten jeden ruch mojego kciuka znaczył coś, co oboje kiedyś wiedzieliśmy, a co teraz wiedział tylko on.

– Ava – wyszeptał, i moje imię zabrzmiało w jego ustach jak ostrzeżenie i jak prośba naraz.

Cofnęłam rękę. Za późno. Ciało już zrobiło swoje, już mnie zdradziło, już powiedziało temu obcemu więcej, niż powiedziałabym komukolwiek żywemu – że go znam. Że znam go dotykiem, w ciemności, po bliźnie, której nie widzę.

W nieważkości nie ma jak się cofnąć. Odepchnęłam się dłonią od jego ramienia, żeby odpłynąć, ale odbicie było za słabe i tylko obróciło nas oboje wolno wokół wspólnego środka, tak że przez chwilę wisieliśmy głowami w przeciwne strony, złączeni, dryfujący, i jego twarz przesunęła się tuż obok mojej – na tyle blisko, że w białym pasie światła zobaczyłam każdy szczegół: rozcięcie na kości policzkowej, zmęczenie pod oczami, i to, jak patrzył na mnie. Nie na kobietę, którą trzymał w ramionach teraz. Na kobietę, którą pamiętał.

I to było gorsze niż wszystko. Bo w jego oczach byłam kimś. Byłam cała. Byłam kochana. A ja nie miałam pojęcia, kto to jest.

A le czułam się tak, jakbym wróciła do domu.

I to właśnie mnie przerażało. Bo jeśli ciało pamięta, a umysł nie, to które z nich jest mną? I jeśli tamta Ava – ta, która znała jego bliznę, ta, którą on wciąż widział, patrząc mi w oczy – jeśli ona wciąż gdzieś tu była, zapisana w moich rękach, w moim kręgosłupie, w moim kciuku obrysowującym cudze blizny po ciemku… to czy ja jestem nią, czy tylko chodzę w jej ciele?

Wisieliśmy tak, dwoje obcych, których ciała się znały, i przez jedną potworną chwilę chciałam, żeby to trwało. Nienawidziłam siebie za to. Ale chciałam.

Smuga światła przeszła po raz trzeci i zgasła.

– Poszli? – spytałam.

– Nie. – Nie puścił mojego ramienia. – Kiedy nie znajdują, zwykle …

Zapiszczał odbiornik.

Poszedł po całym kadłubie, bo w ciszy nie miał gdzie się schować – dźwięk otwartego kanału, szeroki, publiczny, taki, jakim woła się kogoś, kto na pewno słucha.

A potem odezwał się głos kobiety. Uprzejmy , c iepły. Zupełnie zwyczajny.

– Panno Rhyne.

Zrobiło mi się zimno w środku.

– Mówi kurator Sena Marris, Kuratorium Pamięci. Wiemy, że pani żyje, i wiemy, że nas pani teraz słyszy, więc nie będę udawać, że to rozmowa.

Orion zamknął oczy.

– Doktor Voss przesyła najserdeczniejsze życzenia. Prosił, żeby powiedzieć pani dwie rzeczy. Pierwsza: nie jest na panią zły.

Pauza. Idealnie odmierzona przez kogoś, kto to robi zawodowo.

– Druga: pani wspomnienia są u nas. Wszystkie. Sto dziewięćdziesiąt dwa dni, warstwa po warstwie, nienaruszone, w archiwum na Wieży. Może pani je odzyskać w ciągu tygodnia. Będzie pani znów sobą.

Nie oddychałam. Ręka Oriona na moim ramieniu zacisnęła się tak mocno, że zabolało.

– Cena jest jedna, panno Rhyne, i pani ją zna. Proszę nam oddać człowieka, który jest teraz obok pani.

Kanał szumiał.

– Ma pani dwadzieścia godzin.

W ciemności ładowni, w bezruchu, z dłonią wciąż na jego pękniętych żebrach, ja – Ava Rhyne, dwadzieścia pięć lat, restytutorka drugiego stopnia, kobieta, której odebrano pięć miesięcy życia – usłyszałam w swojej głowie odpowiedź.

I ta odpowiedź brzmiała " nie " .

------------------------------------------------------------------------

Rozdział trzeci

Dwadzieścia godzin.

Siedziałam na podłodze mesy, oparta plecami o szafkę, z kubkiem w dłoniach – tym białym, z odpryśniętym brzegiem i patrzyłam, jak minuty schodzą na małym zegarze nad drzwiami. Regenerator wrócił do pracy, kiedy cutter odpłynął poza zasięg, i statek znów cicho żył . G rawitacja trzymała mnie przy podłodze, i wszystko to razem wyglądało jak normalny wieczór dla kogoś, kto nie liczy godzin do decyzji, po której nie będzie już sobą.

Orion siedział naprzeciwko, oparty o przeciwną szafkę, z nogą wyprostowaną sztywno. Rozciął koszulkę i owinął żebra bandażem z apteczki – sam, odsuwając moje ręce, kiedy chciałam pomóc, i tego jednego gestu nie umiałam rozgryźć.

Odsunął mnie tak, jak odsuwa się kogoś, komu się na tyle ufa, że nie trzeba być przy nim grzecznym.

Przez chwilę żadne z nas nic nie mówiło. Mesa była za mała na dwoje ludzi, którzy się nie znają. Za każdym razem, kiedy jedno sięgało po cokolwiek, drugie musiało się cofnąć, i robiliśmy to na zmianę, z uprzejmością obcych na peronie.

Wstałam, żeby dolać wody. Wzięłam z blatu kubek, napiłam się, odstawiłam.

Dopiero po dwóch krokach zorientowałam się, że to był ten czarny.

Zatrzymałam się z ręką w powietrzu i czekałam, aż powie: to mój. Nie powiedział nic. Nawet nie podniósł wzroku. Po prostu przesunął po blacie drugi, ten biały, z odpryśniętym brzegiem, tak jak podaje się komuś rzecz, po którą i tak sięgnie.

I to było gorsze niż wszystko, co mi tamtego wieczoru powiedział, bo tamto mogłam sprawdzić, a tego nie.

– Powinieneś pozwolić mi to obejrzeć – powiedziałam. – Jeśli masz krew w opłucnej …

– Nie mam.

– Skąd wiesz?

– Bo już raz miałem, dwa lata temu, i wtedy nie mogłem mówić, a teraz mówię aż za dużo. – Poprawił się i skrzywił. – Poza tym ty byś to poznała. Zawsze poznawałaś.

– Przestań tak robić.

– Jak?

– Wrzucać " zawsze " do każdego zdania. Jakby to była broń.

Popatrzył na mnie. Miał oczy koloru ciemnego bursztynu, w tym samym odcieniu co awaryjne światła, i zmęczenie zebrało się pod nimi w dwie sine plamy.

– Bo to jest broń – powiedział cicho. – I to jedyna, jaka mi została. Ty masz iglicznik, Kuratorium ma flotę, a ja mam sto dziewięćdziesiąt dwa dni, które istnieją tylko w mojej głowie, i muszę cię nimi jakoś przekonać, że nie jestem tym, za kogo cię proszą, żebyś mnie miała.

Odstawiłam kubek.

– No to przekonuj – powiedziałam. – Masz dwadzieścia godzin. Ja mam wybór między odzyskaniem całego swojego życia a ratowaniem obcego. Więc przekonuj, Orion. Kim dla siebie byliśmy?

Długo się nie odzywał.

– Zadaj mi łatwiejsze pytanie – powiedział w końcu. – Zbudujmy to od dołu. Zapytaj o coś, co mogę udowodnić.

– Zanim zacznę pytać – powiedziałam – chcę, żebyś wiedział jedno, bo to jest jedyna przewaga, jaką mam. Robiłam to zawodowo. Wiem, co da się człowiekowi wgrać, a czego nie.

Można ci wgrać, co pamiętasz. Nie można ci wgrać tego, co umieją twoje ręce. Dlatego zła restytucja zawsze wygląda tak samo: pacjent pamięta wszystkie lekcje gry i nie umie zagrać ani jednej nuty. Pamięć jest opowieścią. Ciało jest świadkiem.

– To dobrze – powiedział Orion po chwili. – Bo ja też nie mam ci nic prócz tego.

– Dobrze. – Podciągnęłam kolana pod brodę. – Skąd się znamy?

– Z Wieży. – Oparł głowę o szafkę i patrzył w sufit, jakby tam był zapisany. – Osiem miesięcy temu. Ty pracowałaś w archiwum restytucji na Wieży Kuratorium, dwadzieścia trzy piętra pod ziemią.

Najlepsza restytutorka, jaką mieli, i wiesz, dlaczego najlepsza? Bo nienawidziłaś zgadywać. Inni odtwarzali pacjentom wspomnienia mniej więcej, sklejali dziury tym, co pasowało. Ty nie. Ty odmawiałaś, jeśli nie miałaś pełnego zapisu.

Wolałaś zostawić człowiekowi dziurę niż wsadzić mu w głowę coś, czego nie było.

To była prawda. Nie mógł tego wiedzieć z żadnej kartoteki, bo za to dostawałam nagany, nie pochwały. Trzy razy stawałam przed komisją za " nadmierny rygoryzm proceduralny " . Za odmowę.

– Mów dalej – powiedziałam ciszej.

– A ja przyszedłem do archiwum jako technik konserwacji chłodzenia. – Kącik ust mu drgnął. – Fałszywe papiery, oczywiście. Wchodziłem tam, żeby ukraść jeden zapis. Nie swój. Chłopca, dziewięć lat, Toma Aldiss, którego przepuszczono przez Bramę czternaście razy w ciągu roku, bo jego opiekunowie prawni wozili go tam i z powrotem do " terapii " , i po czternastym razie chłopiec nie umiał już powiedzieć, jak ma na imię.

Ktoś mnie wynajął, żebym wykradł to, co z niego zostało, zanim Kuratorium to skasuje.

– Dlaczego mieliby kasować zapis pacjenta?

Odwrócił głowę i spojrzał na mnie.

– To jest właśnie pytanie, Ava – powiedział. – To jest to całe pytanie. I ty je zadałaś pierwsza, nie ja. Złapałaś mnie w archiwum o trzeciej nad ranem z kością pamięci tego chłopca w ręku, i wiesz, co zrobiłaś? Nie wezwałaś ochrony.

– Co zrobiłam?

– Zapytałaś, czy wiem, dlaczego jego zapis ma trzy warstwy więcej, niż powinien.

Zimno, które chodziło mi pod skórą przez cały wieczór, na chwilę znieruchomiało.

– Nie rozumiem.

– Wtedy też nie rozumiałaś. – Przesunął się, żeby usiąść prościej, i tym razem nie skrzywił się, tylko po prostu to przetrzymał. – Dziewięcioletni chłopiec był czternaście razy w Przejściu.

Powinien mieć zapis warstwowej utraty – dziury tam, gdzie tranzyt zabrał mu pamięć. A ty, patrząc na jego kość, zobaczyłaś coś odwrotnego. Zobaczyłaś warstwy, których wcześniej nie było. Zapisy doświadczeń, których ten chłopiec nigdy nie przeżył. Wspomnienia, które ktoś do niego dopisał .

– To niemożliwe – powiedziałam automatycznie. – Restytucja tylko odtwarza to, co zostało zarchiwizowane przy tranzycie. Nie da się dopisać czegoś, czego nie było.

– Tak nas uczono.

– To nie kwestia nauczania, to fizyka procesu, ja to robiłam …

– Ava. – Powiedział to łagodnie i to było gorsze niż gdyby krzyknął. – Skąd masz zapisy, które wgrywasz pacjentom przy restytucji?

Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć. To było proste. To było pierwsze, czego uczą.

Zapisy pochodzą z Bramy. Kiedy człowiek przechodzi przez Przejście, tunel skanuje jego świadomość – cały stan umysłu, każdą warstwę pamięci – po to, żeby przenieść go bezpiecznie na drugą stronę.

Skan jest archiwizowany. Jeśli po drodze coś się zgubi, restytutorka pobiera archiwalny skan i odtwarza pacjentowi to, co zniknęło.

Powiedziałam to na głos, słowo w słowo, tak jak mówiłam to setki razy.

I usłyszałam, jak to brzmi.

– Brama – powiedziałam wolno – skanuje całą świadomość człowieka. Za każdym razem. I to archiwizuje.

– Tak.

– Pełny stan umysłu. Każde wspomnienie. Wszystko, kim ktoś jest, w jednej chwili tranzytu.

– Tak.

– To nie jest kopia zapasowa pamięci – powiedziałam, i mój głos zrobił się bardzo cichy, bo dopiero teraz to widziałam, całe, jak coś, co stało przede mną od zawsze, tylko odwrócone tyłem. – To jest kopia człowieka .

Orion nie odpowiedział. Nie musiał.

– Przez ile lat działają Bramy? – spytałam.

– Trzydzieści jeden.

– Ile tranzytów dziennie, przez wszystkie Przejścia w galaktyce?

– Ostatni oficjalny szacunek to cztery miliony.

Zamknęłam oczy. Robiłam rachunek, którego nie chciałam zrobić, i wychodziło z niego coś, co nie mieściło się w głowie. Bilion. Więcej. Bilion pełnych, kompletnych skanów ludzkich świadomości, archiwizowanych przez trzydzieści jeden lat, i każdy z nich to był ktoś – cały, żywy, myślący ktoś, zamknięty w zapisie, o którym uczono nas myśleć jak o pliku.

– Gdzie one są – szepnęłam. – Gdzie są te wszystkie skany?

– To – powiedział Orion – jest ostatnie pytanie, które zadałaś, zanim cię zabrali.

Otworzyłam oczy.

Patrzył na mnie z drugiej strony mesy i w jego twarzy nie było już nic z tego lekkiego, ostrego tonu z ładowni. Była tylko czułość tak zmęczona, że ledwo się trzymała, i strach – nie o siebie, zrozumiałam nagle. O mnie.

– Co się stało, kiedy zadałam to pytanie? – spytałam.

– Poszłaś to sprawdzić. – Głos mu zdrętwiał. – Miałaś dostęp, jakiego nikt inny nie miał. Weszłaś tam, gdzie trzymają archiwum świadomości – najgłębiej pod Wieżą, poziom, którego nie ma na żadnym planie – i znalazłaś to, czego szukałaś.

A potem wróciłaś do mnie, i byłaś biała jak ściana, i powiedziałaś dwa słowa, których nie zapomnę, choćbym przeszedł przez tysiąc Bram.

Czekałam. Nie mogłam oddychać.

– Powiedziałaś: " One żyją " .

Cisza w mesie zrobiła się gęsta jak woda.

Siedziałam bez ruchu i próbowałam nie rozumieć tego, co już zrozumiałam. To jest sztuka, której nauczyłam się w instytucie – jak nie wiedzieć czegoś przez jeszcze jedną sekundę, kiedy wiedza jest zbyt ciężka, żeby ją unieść od razu.

Robiłam to setki razy, patrząc na wyniki restytucji pacjenta, którego już nie dało się uratować. Odsuwałam moment, w którym trzeba to nazwać.

Ale nazwać trzeba zawsze.

– One – powtórzyłam. – Nie " on " . Nie " to " . One.

Orion nie odpowiedział. Pozwolił mi dojść samej.

Miliard skanów. Trzydzieści jeden lat. Cztery miliony tranzytów dziennie, każdy z nich pełny, kompletny obraz czyjejś świadomości w chwili przejścia – i uczono nas myśleć o tym jak o kopiach zapasowych, jak o plikach w archiwum, jak o czymś, co się pobiera i wgrywa.

Nazwaliśmy to zapisem . To słowo robi z człowieka dokument. Nie krzyczy. Nie pamięta. Nie boi się.

Ale co, jeśli słowo kłamało?

Co, jeśli tam, najgłębiej pod Wieżą, w miejscu, którego nie ma na żadnym planie, nie leży miliard plików – tylko miliard świadomości, kompletnych, przytomnych, każda z nich pamiętająca, kim była w chwili, gdy weszła w Bramę?

Miliard ludzi, którzy nie wiedzą, że ich ciała chodzą gdzieś dalej, żyją, starzeją się, umierają – podczas gdy oni sami zostali tutaj, w ciemności, na zawsze, świadomi.

Zrobiło mi się zimno tak głęboko, że aż zabolało.

– Ja to widziałam – wyszeptałam. – Nie domyśliłam się. Nie wywnioskowałam. Ja tam byłam, Orion, weszłam do tego archiwum i zobaczyłam , co to naprawdę jest. I dlatego powiedziałam " one żyją " – bo to nie była teza. To było świadectwo.

– Tak – powiedział cicho. – I dlatego się boję. Bo cokolwiek zobaczyłaś, było na tyle straszne, że wolałaś wymazać własny umysł, niż nosić to dalej.

– Co to znaczy – wykrztusiłam. – Orion, co to znaczy, że żyją? Że są przytomne? Że cierpią? Że można je… – urwałam, bo następne słowo było gorsze od wszystkich poprzednich – …że można je wypuścić ?

– Nie wiem. – Pokręcił głową. – Przysięgam ci, nie wiem, bo nie zdążyłaś mi powiedzieć. Tej samej nocy przyszli po ciebie. Nie po mnie – po ciebie. I wtedy zrozumiałem, że Voss przez cały czas mniej boi się terrorysty wysadzającego Bramy niż jednej restytutorki, która zobaczyła, co jest w archiwum. Bo ja mogę zniszczyć jego maszyny. Ale ty mogłaś zniszczyć jego kłamstwo .

Wstałam. Nogi mi drżały, ale musiałam stać, musiałam się poruszyć, bo w głowie miałam miliard ludzi i nie było gdzie tego pomieścić.

– To dlatego straciłam pamięć – powiedziałam. – Nie przez tranzyt. Oni mi ją zabrali. Celowo.

– Nie. – Orion też spróbował wstać, oparł się o szafkę, syknął. – Ava, to nie oni.

– Więc kto? Sama sobie ją wymazałam? – Zaśmiałam się, wysoko, brzydko. – Napisałam sobie na ręce " nie ufaj temu, co pamiętasz " , wyczyściłam własny dziennik, nagrałam ostrzeżenie przed człowiekiem, którego kochałam, i to wszystko dla żartu?

Zamilkł.

I w tym milczeniu pojęłam, że trafiłam w coś, czego nie chciał powiedzieć.

– Orion. – Podeszłam bliżej. – Kto zabrał mi pamięć?

– Ava, nie teraz. Zostało nam dziewiętnaście godzin i musimy …

– Kto.

Podniósł na mnie wzrok, i w jego oczach zobaczyłam człowieka, który stoi przed drzwiami, wiedząc, że za nimi jest coś, co złamie osobę, którą kocha, i że i tak musi je otworzyć, bo ona sama trzyma za klamkę.

– Ty – powiedział.

Świat się zatrzymał.

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij