-
nowość
Szept z lasu - ebook
Szept z lasu - ebook
Rok 2014. Petr, ceniony dziennikarz śledczy, wraca do rodzinnej wsi w Górach Orlickich, by po rozwodzie zacząć nowe życie w odziedziczonym po matce domu. Trafia na starych znajomych, ale musi też zmierzyć się z dawną traumą. Tajemnica zaginięcia jego najlepszego przyjaciela z dzieciństwa domaga się wyjaśnienia. Wkrótce Petr odkrywa, że w okolicy zniknęło bez śladu na przestrzeni kilkudziesięciu lat podejrzanie dużo dzieci. Co z tym mają wspólnego przedwojenne bunkry wtopione w górski pejzaż oraz tradycja lepienia bałwana z pierwszego zimowego śniegu?
Czeski bestseller łączący elementy thrillera, horroru, fantasy i kryminału, porównywany do powieści Stephena Kinga.
Tłumaczenie: Kamil Czaiński
Strony: 696 (w druku)
Tłumaczenie zostało sfinansowane z grantu Ministerstwa Kultury Republiki Czeskiej.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368484021 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
OKŁADKA
KARTA TYTUŁOWA
KARTA REDAKCYJNA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY
POSŁOWIE AUTORKI
NOTKA O TŁUMACZUROZDZIAŁ PIERWSZY
Kiedy skręcił na wyjeżdżoną szutrówkę przed domem, koła wpadły w poślizg. Wiedział, widział i czuł, że ziemia jest rozmokła, ale mimo to poślizg zaskoczył go tak bardzo, że musiał się postarać, aby nie uderzyć przodem samochodu w starego kasztanowca, który stał po prawej stronie chałupy. – Świetnie się zaczyna, naprawdę – mruknął pod nosem. Wyprostował koła, zatrzymał się, wyłączył silnik i zaciągnął ręczny hamulec. (W takich momentach zawsze przypominał sobie, jak bardzo Jana nie znosiła tego auta. _Jeździ jak jakaś pieprzona drezyna, przedpotopowe dziadostwo, kompletnie nie rozumiem, dlaczego nie mogłeś kupić samochodu z automatem_).
– No, tym się już przejmować nie muszę – powiedział do Škody, która, stygnąc, pomrukiwała, jakby na znak zgody, a przynajmniej takie wrażenie odniósł Petr. Mógłby już wysiąść, ale jeszcze nie chciał. Rozparł się na siedzeniu i spojrzał na chałupę. Stała zupełnie na końcu wsi Lhota Třebovice, w której się urodził i wychował. Wydawało mu się teraz, że dom niepostrzeżenie rósł razem z nim. Za drewnianą częścią frontową, która mieściła dużą izbę, sypialnię oraz łazienkę, ciągnęło się murowane skrzydło gospodarcze, a nieco dalej w poprzek ustawiona była stodoła. Od kiedy Petr pamiętał, nie było tam zwierząt, rodzice ich nie chcieli. Jako dziecko nie zdawał sobie sprawy, jak duży to budynek; teraz był tym przerażony. Każdy dodatkowy metr do utrzymania namacalnie wręcz odbijał się na jego portfelu i wolnym czasie.
Petr pogrążył się we wspomnieniach. Zadymiona izba, gdy babcia smażyła pączki i dym z parą nie miały którędy uciec z nie tak wcale dużego w sumie pomieszczenia; w blasku światła zza okna krople tłuszczu tańczyły z drobinkami kurzu zapoznawczy menuet. Przenikliwy, ale mimo to swojsko przytulny dźwięk piły tarczowej w weekendowe poranki. Jako dziecko Petr dość długo sądził, że piła jest czymś w rodzaju koguta albo dzięcioła – istotą z własnym rozumem, która wyciem oznajmia, że nadeszło sobotnie przedpołudnie. Matka z wiecznie zmartwionym wyrazem twarzy i strasznie niemodną fryzurą, z przodu krótką, a z tyłu przykrywającą kark niczym filcowy koc, była praktyczną kobietą i nie chciała, żeby włosy wpadały jej do oczu przy pracy, ale z drugiej strony musiała mieć do czego przypiąć grzebień z kryształkami, gdy w sąsiedniej Březovej odbywał się bal strażacki albo myśliwski.
Widział ją przy wielu czynnościach, ale teraz z całej serii dostępnych slajdów mózg zaproponował mu akurat ten, na którym siedzi na ławce przed domem i obiera jabłka do trzymanej na kolanach miski. Nie patrzy wcale na to, co robi, tylko w kierunku nisko zawieszonego wczesnojesiennego słońca, mrużąc łzawiące oczy. Ojciec natomiast pojawia się jedynie jako sylwetka w tle, sam szkic bez szczegółów i kolorów, gniewna postać narysowana czarnym tuszem, która siedzi za stodołą i pije lepką, przezroczystą ciecz z nieoznakowanych butelek, bo domowego bimbru raczej nie okleja się etykietami. I do tego Vojta. Vojta z wybrakowanymi zębami świetnie gwizdał na szparze między dwoma przednimi, gdzie dziurę miał szczególnie wyraźną. Vojta… – Dosyć, człowieku, trzeba się rozpakować – przerwał sobie Petr ten napływ wspomnień. Machnął przy tym ręką przed twarzą, jak gdyby naprawdę je odganiał niczym natrętne kaczki.
Z westchnieniem (i tylko częściowo uformowaną myślą, że tutaj, w Třebovicach, jego skłonność do monologów osiągnie mistrzowski poziom) wysiadł z samochodu i otworzył bagażnik, aby wyjąć zapasy jedzenia i ubrania. Spakował prawie wszystko, co posiadał, resztę wyrzucił w Pradze na śmietnik. Teraz to będzie jego dom, więc gdzie indziej miałby trzymać swoje rzeczy?
– Halo! Czego pan tu szuka? Tam nikogo nie ma.
Petr obrócił się i w pierwszej chwili pomyślał, że przy odpędzaniu pamięciowych slajdów jeden pozostał w projektorze. Z sąsiedniego domu wyszła pani Urbánková, stara jak świat już w czasach, kiedy Petr niósł na plecach większy od siebie tornister podczas swojej pierwszej drogi do szkoły (tak mu się przynajmniej wtedy wydawało – była _dorosła_). Był to najbliższy budynek, znajdował się około dwudziestu metrów od chałupy Petra. Inne stały nieco dalej, wzdłuż głównej drogi i po jej drugiej stronie. Urbánková teraz tylko utwierdzała Petra w jego dziecięcych wyobrażeniach, że musiała już urodzić się stara, że taka właśnie wypadła z przekrojonego jabłka albo kokonu, jakich wiele znaleźć można w bruzdach na polu: w kwiecistym fartuchu, prążkowanych pończochach, których czubki wystawały kilka centymetrów ponad palce, fioletowawą trwałą i luźną skórą na ramionach powiewającą niczym małe flagi na wietrze, gdy energicznie gestykulowała. Jedyną nowością były krzykliwie różowe crocsy.
– Pani Urbánková, dzień dobry, to ja, Petr, niech się pani nie boi. Nie jestem włamywaczem.
– Péťa? Mały Péťa od Valešów?
– Tak, to ja. Będę tu teraz mieszkać. Ale pani to się w ogóle nie zmieniła, pani Urbánková, jestem pod wrażeniem.
– Ja wiem, że to wcale nie jest komplement, ty łobuzie. – _(O matko, kiedy ktoś ostatni raz powiedział do mnie „ty łobuzie”?)_ – Chodź na kawę, musisz mi wszystko opowiedzieć. – Nie czekając na jakiekolwiek wymówki Petra, pani Urbánková od razu się odwróciła i weszła do środka.
Duża izba w chałupie Urbánków sprawiała równie muzealne wrażenie jak jej mieszkanka. W jednym z narożników znajdowała się wciąż używana kuchnia kaflowa z żeliwną płytą, w drugim kredens i zlew, po przeciwnej stronie wersalka przykryta włochatą narzutą, a na środku – w roli strefy neutralnej – duży drewniany stół z gumową ceratą. Wszystkie wolne miejsca wypełniała armia ceramicznych kubków i zwierzątek spoczywających na haftowanych serwetkach. Dowodziła nią wielka wypchana kaczka na półce nad wersalką. Jako dziecko Petr bardzo się jej bał, ale jednocześnie bardzo chciał jej dotknąć w rozkosznej agonii sprzecznych uczuć, które później wypełniały go tylko przy poznawaniu nowych dziewcząt.
Pani Urbánková postawiła przed nim kryształową szklankę z parzuchą, talerzyk z ciasteczkami i kategorycznie, tak samo jak wtedy, gdy weszła do domu z jasnym przekazem, że Petr ma również wejść, wydała gościowi polecenie: – Opowiadaj!
Petr przyglądał się staruszce, wzbierała w nim chęć wysłania jej do diabła, lecz po chwili poczuł się komfortowo w świetle jej łagodnego, niebieskiego spojrzenia. Jak w cieplutkim brodziku, bezpiecznym nawet dla dzieci i tych, którzy nie umieją pływać. Co ma jej powiedzieć? Czy to nie wszystko jedno? Z kimś tutaj musi się zakolegować.
– Wie pani, że studiowałem dziennikarstwo.
– No, w Pradze – wtrąciła się energicznie.
– Co? Tak, tak, w Pradze. I już tam zostałem po studiach. Teraz pracuję w redakcji „Śledczego”.
– Tego nie czytam, kupuję tylko naszą gazetę.
– No tak, zresztą nie mamy nawet papierowego wydania, to portal internetowy. (Prychnęła). Poznałem tam swoją żonę, Janę, jest redaktorką rubryki zagranicznej.
– Péťo, ty jesteś żonaty?
– Właśnie już nie. Rozwiedliśmy się.
– Dlaczego?
– Nie chciałaby pani dołączyć do redakcji? Ta bezpośredniość. No, jeśli mam być szczery, to najwyraźniej uznała, że jestem kretynem i już nie chce dłużej ze mną być.
– A jesteś?
– Kretynem? Z punktu widzenia Jany zapewne tak. Wie pani, dla mnie bardzo ważna jest praca, a ona chciała, żebym poświęcał więcej czasu żonie, wcześniej wracał do domu, nie pracował w weekendy, żebyśmy założyli rodzinę… Ale moim zdaniem póki człowiek jest młody, to powinien robić coś pożytecznego, jakoś ulepszać świat wokół siebie. _(Dobra, w oczach Urbánkovej z całą pewnością jestem kretynem)._ Zostawiłem Janie nasze mieszkanie w Pradze. I tak chciałem wyjechać. Nie jest dobrze widywać się codziennie w redakcji, gdy teraz mamy być dla siebie znowu dwójką obcych ludzi. Mogę pracować zdalnie, mam tu laptopa i tak dalej, od czasu do czasu pojadę do Pragi na spotkanie, stąd, z Gór Orlickich, to nie jest znowu aż tak daleko. Chciałbym tu zacząć pracować nad książką. Zbieram materiały na temat korupcji przy zamówieniach publicznych na systemy informatyczne, to może być ciekawy temat.
Sam był zaskoczony swoją szczerością. Na głos nigdy jeszcze tego wszystkiego razem nikomu nie powiedział.
– Spieprzyłeś sprawę, co, Péťo?
– W sumie tak, pani Urbánková. Na pewno nie chciałaby pani pracować w „Śledczym”?
*
Petr leżał w łóżku z bardzo wysokim wezgłowiem. Starał się za mocno nie ruszać, aby całe pierze w pierzynie nie zleciało w kierunku nóg, lecz pozostało rozłożone w miarę równomiernie. _(Jutro pojadę kupić normalną kołdrę)._ Minęła już północ. Po podróży i wszystkich tych zmianach, które właśnie przeżył, był bardzo zmęczony. Obolałe mięśnie próbowały zwinąć się w kłębek jak pies szukający najwygodniejszej pozycji. Był wyczerpany, ale nie potrafił zasnąć. Wpatrywał się w sufit, po którym przemykały od czasu do czasu świetliste duchy; to nocni kierowcy wracali do domu albo rozwozili towary. Słuchał trzasku spalającego się w piecu drewna (leżało porąbane w szopie jeszcze z czasów, kiedy żyła matka, zgromadziła zapasy niczym zapobiegliwa wiewiórka; jednocześnie, z tego, co pamiętał Petr, preferowała chłodne wychowanie, nosiła grube wełniane skarpetki i sweter przypominający waciaki radzieckich czołgistów, a gdy poskarżył się na zimno, mówiła, żeby nie zachowywał się jak kapryśna dziewczynka).
– Ja pieprzę, to się serio dzieje. Wylądowałem na wsi – wyszeptał w ciemność.
Góry Orlickie na nieodległym horyzoncie chwytały pejzaż w swe objęcia. Petr nigdy nie był do końca pewien, czy to wyraz opiekuńczości (nie bój się, nie przewieje cię, nic ci się nie stanie, pod łóżkiem też na ciebie nic nie czyha, sprawdziłyśmy), czy też zaborczości (nigdy i donikąd stąd nie odejdziesz, spróbuj tylko, a przyprowadzimy się z powrotem, należysz do nas). Cokolwiek z tego było prawdą, wrócił. Wrócił do domu.ROZDZIAŁ DRUGI
– Nie wie pani, czy te gotowe kotlety można zrobić na grillu elektrycznym?
Petr trzymał w ręce plastikowe opakowanie panierowanych filetów drobiowych i zastanawiał się, kto wygląda na bardziej padniętego: one czy on. Sprzedawczyni w czerwonej koszulce, której przerwał wyrównywanie puszek z groszkiem, obrzuciła go poirytowanym spojrzeniem i warknęła: – Da pan do piekarnika. Albo na patelnię.
Podziękowanie sobie odpuścił, zresztą kobieta i tak przestała na niego zwracać uwagę. Wrzucił blade filety z piersi kurczaka do koszyka i ruszył dalej przez gąszcz półek w poszukiwaniu mleka. Nie miał w zwyczaju samemu robić zakupów. Szukając poszczególnych produktów w rychnovskim supermarkecie, miał wrażenie, że jest jak Minotaur uwięziony w labiryncie, który nieustannie zmienia swój kształt, aby biedny półbyk nie zdobył przypadkiem mleka albo jajek zbyt łatwo.
Oto rozpoczynał swój drugi tydzień na orlickiej emigracji. Czuł się jak dziecko albo przybysz z innej planety, wszystko było dla niego nowe. Uczył się na bieżąco. Za swoje zaplanowane dzieło o nieuczciwych przetargach w ogóle się jeszcze nie zabrał, chociaż w Pradze wyobrażał sobie, że pod górami znajdzie idealną przestrzeń twórczą, w której litery będą same wypływać mu z palców. Sam sobie wydawał się śmieszny, gdy przypominał sobie wyobrażenia o górach, które podsuwało mu mordercze, ale mimo to leniwe tempo stolicy. Za postacią dzielnego pisarza, pogromcy wszelkiej zgnilizny, który uderzeniami w klawiaturę wypędza złe duchy z urzędów państwowych, kroczyły w milczeniu zastępy domowych skrzatów. To one rąbały drewno, paliły w piecu, robiły zakupy i gotowały, niestraszne im było nawet pranie, dzięki czemu zacny dziennikarz mógł w spokoju kreślić słowa. W rzeczywistości jednak Třebovice cierpiały na wielkie braki kadrowe, jeśli chodzi o pracowite skrzaty, więc Petr musiał sam gospodarować.
Nieustannie się sobie przyglądał. Sądził bowiem, że będzie to dla niego męczące, tymczasem z przyjemnym zaskoczeniem odkrywał, że jest mu całkiem dobrze i czuje się pożyteczny. Nie wszystko było idealnie, oczywiście, dni, w których wyjeżdżał do Pragi na spotkania, by mieć o czym pisać, wypluwały go na swoim końcu prosto pod pierzynę (normalnej kołdry wciąż jeszcze nie kupił). Najbardziej zaś denerwowali go niektórzy koledzy po fachu wypominający mu z pobłażliwą wyniosłością, że porzucił stołeczne centrum wydarzeń, tak jakby sami w większości nie przybyli do Pragi z miasteczek, do których autobus jeździ dwa razy dziennie, a połączenia kolejowego nie ma wcale.
Akurat piąty już raz mijał alejkę z makaronami, nie zauważając, że znowu w nią wchodzi, kiedy w kieszeni zawibrował mu telefon. – Demony najwyraźniej można przywołać – mruknął pod nosem, zobaczywszy na ekranie, kto dzwoni.
– Cześć, David, co chciałeś?
David był znajomym Petra z redakcji, o wiele młodszym, niedawno skończył dopiero dwadzieścia cztery lata. Jeżeli Jana uważała, że Petr ma obsesję na punkcie pracy, powinna spędzić kilka dni z Davidem. Wszystko traktował śmiertelnie poważnie, zwłaszcza siebie, i ciągle coś go denerwowało – zawsze u innych, nigdy u siebie. Przypadek i niedopatrzenie w jego świecie nie istniały. David dobrze wiedział, że za każdym kamykiem czai się spisek, złe zamiary i zgnilizna moralna. I wszystko to tylko czeka na ujawnienie przez Davida, bo nikt nie jest tak dobry jak on. Petr go nie znosił, szczerze i wręcz płomiennie, David był dla niego ostrzegawczym obrazkiem, niczym zwęglone płuca na paczce papierosów: tak skończysz, jeśli przesadzisz z ambicjami.
– Hej, stary, nie przeszkadzam? Nie zajmujesz się teraz przypadkiem sprawą tej ukradzionej kury? – ryknął do telefonu David, a Petr wiedział, że na drugim końcu linii mruga on w tym momencie do reszty redakcji, pozując na bohatera nie tylko dzielnego, ale i niezwykle dowcipnego.
– No, zajmuję, ale jeżeli potrzebujesz pomóc przy jakimś swoim temacie, to dam radę pogodzić to z poszukiwaniem drobiu.
– Ej, nie musisz być od razu uszczypliwy. Słuchaj, serio bym potrzebował. Jestem na tropie naprawdę wielkiej sprawy, totalna bomba, wiesz?! Znasz tego bandziora z Pragi, Romana Kolouška, co nie?
– David, ja tu pracuję dziesięć lat dłużej niż ty.
– No i?
– Znam Kolouška.
– Okej, to przynajmniej nie muszę ci wszystkiego tłumaczyć. Dowiedziałem się od swojego informatora _(właściciela luksusowej restauracji Kode i dewelopera Kulhánka, który kiedyś robił interesy z Kolouškiem, doskonale wiem, z kim rozmawiasz, pajacu)_, że Koloušek skupuje od wojska elementy obronne umocnień przygranicznych, tych, które budowali w latach trzydziestych, tych takich bunkrów, nie wiem, czy wiesz, o co chodzi.
– O lekkie schrony bojowe wzór trzydzieści siedem.
– Co?
– Tak nazywają się te bunkry w oficjalnej nomenklaturze.
– No, być może, nieważne. W każdym razie Koloušek zamierza je od wojska tanio odkupić, a potem z tym samym wojskiem zawrzeć umowę na trzydzieści lat, że będzie je wynajmować jako teren strategiczny pod ewentualne ćwiczenia wojsk Grupy Wyszehradzkiej. Świetne, co nie? Mam tę umowę, tylko potrzebowałbym jeszcze zrobić jakieś zdjęcia tym bunkrom. Może dałbyś radę, nie muszą być piękne, tylko żeby było widać, jak wyglądają. Konkretnie chodzi o jakieś na Górze Sedloňovickiej, znajdziesz?
– Wiem, gdzie to jest, pochodzę stąd.
– No tak, ja cały czas zapominam, że ty jesteś faktycznie ze wsi. To co, zrobisz te zdjęcia? Wystarczy w weekend.
– Dobrze.
– Super, dzięki! A nad czym właściwie teraz pracujesz?
– Nad mlekiem.
– Co takiego?
– Nic, to tajna misja. Muszę kończyć, David, trzymaj się.
Rozdrażniła go ta rozmowa. Udane odgrywanie roli górala dawało Petrowi mnóstwo satysfakcji, ale teraz poczuł się jak postać rodem z filmów Miloša Formana, jak klasowy przygłup, który przyszedł na imprezę w koszuli i spodniach od garnituru, podczas gdy inni mają na sobie dżinsy i t-shirty z nadrukami. Chętnie zająłby się artykułem przygotowywanym przez Davida, a najbardziej męczył go fakt, że to on sam swego czasu przedstawił Kulhánkowi tego nadambitnego chujka. Stało się to niedługo po tym, jak David trafił do redakcji. Petr bardzo chciał zaszpanować przed nim swoją znajomością pajęczyny powiązań polityczno-biznesowych, więc pokazywał mu, jak uwodzić informatorów. David ich potem łatwo przejął, kiedy pasja Petra zaczynała przygasać. Wciąż chciał wyciągać robaki spod spróchniałych pni, ale już nie za wszelką cenę, i już nie uważał, że każdy pień jest spróchniały, a każdy robak to szkodnik. Niemniej tego, że nie będzie autorem tekstu o machlojkach wokół schronów, żałował.
Z przygnębienia wyrwał go kolejny telefon. Przetarł oczy, żeby dojść do siebie, i odkrył, że przez cały ten czas stał dokładnie przed półką z mlekiem. Z ulgą włożył do koszyka dwa kartony i ruszył w stronę kolejki do kasy.
– Słucham? – powiedział do aparatu. Dzwonił nieznany numer.
– Cześć, Kaczor! – odezwał się przytłumiony głos, telefon szumiał i przerywał.
Zatrzymał się w połowie kroku. Od bardzo dawna nikt nie nazwał go Kaczorem. Odruchowo spojrzał na swoje stopy, bo to dzięki nim dostał w dzieciństwie tę ksywkę. Mocno mu urosły, kiedy miał jakieś dziesięć lat, ale na rozciągnięcie ciała wzdłuż i wszerz trzeba było jeszcze poczekać kilka kolejnych, więc wyglądał jak wyrzucony na brzeg nurek, który za chwilę potknie się o własne płetwy. Nie nazywali go jednak Nurkiem, tylko Kaczorem. Nurków w Třebovicach nie było, za to kaczki owszem. Biegały po łące przy sadzawce, z której korzystali strażacy, w chaotycznej pogoni za ślimakami, prostując się przy tym jak pingwiny, a ich krępe ciałka pochylały się w biegu do przodu, tak jakby miały się zaraz przewrócić i zrobić fikołka.
– Słucham? Kto mówi?
Przez chwilę przemknęła mu przez głowę szalona myśl _(Vojta, dzwoni Vojta)_ i zrobiło mu się tak sucho w ustach, że oderwanie języka od podniebienia prawie bolało.
– I ty niby jesteś dziennikarzem? No któż to może być, Kaczorku?
W tym momencie się rozluźnił. Rozpoznał ten prześmiewczy ton.
– Helena?
– No widzisz, Sherlocku. Moja mama spotkała w sklepie starą Urbánkovą i co też ona nie powie: oto Péťa Valeš zstąpił z wyżyn metropolii z powrotem między prosty lud. A ty się nawet nie odezwiesz. Kopę lat, co?
– O rany. No tak, tak, wybacz, Helena, cały czas się urządzam, nie miałem na nic czasu. Skąd masz mój numer?
– Ty jesteś zły, że dzwonię? Wyciągnęłam od Urbánkovej.
Zrobiło mu się trochę głupio. Zapytał w tak poważnym tonie, jakby naprawdę mu przeszkadzało, że dzwoni; że go odnalazła. _(A jesteś pewien, że nie przeszkadza? To czemu tak dziwnie się czujesz i masz ochotę się rozłączyć?)_ Nie przyszło mu do głowy, że Urbánková komuś jeszcze da ten numer. Podyktował go jej (a ona sobie zapisała na karteczce zamiast od razu w telefonie) na wypadek, gdyby potrzebowała pomóc z zakupami albo gdyby musiał dłużej zostać w Pradze i chciał ją poprosić o włączenie ogrzewania w łazience – jesień dawała już pokazy swojego bezlistnego hartowania się, a nad ranem rysowała na oknach pierwsze lodowe obrazki. Nie sądził, że ktokolwiek inny w Třebovicach będzie chciał mieć do niego numer.
– Nie jestem zły, tylko zaskoczony.
– Niech ci będzie. Weź chodź na piwo, do Kocmánków, musisz poznać tubylców i zasymilować się, żeby nie zostać pożartym jako kawałek egzotycznego mięsa. Może być dzisiaj o ósmej wieczorem? Przyjdziesz? Ścigane Papugi będą grać.
– Jezu, oni jeszcze istnieją?
– Oczywiście, cały czas grają, tylko długie włosy zostały im od uszu w dół, na górze są z nich łyse pały. Ale nadrabiają zarostem, mają brody jak ZZ Top, zobaczysz. To co, przyjdziesz?
– Helena, nie wiem, czy się wyrobię.
– Co? A czym żeś taki zajęty? Ty nie chcesz przyjść?
Zamilkła na chwilę.
– Nie chcesz z powodu Vojty?
Nie mógł dopuścić do tego, by znowu poczuł ten chłód na plecach, a jego kręgi stężały jak kałuże po uderzeniu pierwszych mrozów. Wiedział, że łatwo go zranić i musi jej przerwać, zanim tę szufladę z emocjami otworzy na oścież.
– Dobrze, przyjdę. O ósmej.
– Wspaniale, cieszę się. Zobaczysz, będzie fajnie. Papugi mają nowe kawałki. O dyktaturze oligarchów, spodoba ci się. Dobra, Kaczor, to do zobaczenia wieczorem.
Rozłączyła się, zanim zdążył odpowiedzieć. Schował telefon z powrotem do kieszeni. Czy to strach jest tym, co wypełniło mu żołądek tak, że czuł się, jakby miał w środku balon wypełniony helem? Czy może nerwy? Nie chciał o tym wszystkim myśleć. O Helenie, Kaczorze, a już tym bardziej nie o Vojcie.ROZDZIAŁ TRZECI
Nie przypominał sobie, by w Pradze kiedykolwiek doświadczył tak gęstej mgły, jaka powstawała w Třebovicach. Przed zmierzchem zaczynała zbierać się w lasach, pełzła potem przez łąki i koryta potoków, zstępowała ze szczytów Gór Orlickich i gromadziła się w końcu w skumulowanej postaci pomiędzy třebovickimi latarniami ulicznymi niczym śmietana wytrącająca się na powierzchni mleka, gęsta i zawiesista. Mgła w Třebovicach miała smak. W dzieciństwie Petr wdychał ją głęboko, lecz tak naprawdę nie była to inhalacja, a popijanie mglistego napoju o smaku nocy. Z aromatem opadłych liści, ziemistym zapachem grzybów, ostrym posmakiem obornika w finiszu… Teraz znów to robił, wdychał i degustował łyk mgły, przewracając go na podniebieniu i czując, jak się ogrzewa. Spróbował go przegryźć, ale zęby oczywiście przeszły bez żadnego oporu. – Głupi jesteś – zachichotał sam do siebie.
Jesienią w Górach Orlickich zmrok zapadał wcześnie. Już we wrześniu noc poczynała coraz śmielej rozgaszczać się w domostwie światła dziennego, by od połowy listopada przestać wpuszczać słońce na dłużej niż tylko z kilkugodzinną wizytą. Petrowi to nie przeszkadzało, lubił długie wieczory. Tym bardziej, jeśli towarzyszyła im mgła. Stał teraz na progu i rozglądał się po łące obok domu, równy rządek oszronionych łodyg tu i ówdzie przecinały zgarbione grzbiety czereśni i kasztanowców, za którymi z kolei rosły dzikie jabłonie z owocami tak kwaśnymi, że temu, kto ich spróbował, wykrzywiały twarz tak, jakby próbowały ją wycisnąć. Napawał się tym widokiem, a jakżeby inaczej, ale przez to sam siebie zatrzymywał.
Poprzednią godzinę spędził na gorączkowych przygotowaniach. Wziął dokładny prysznic, trzy razy przy tym powodując wybicie korków, ponieważ bojler fiksował. Za każdym razem musiał, trzęsąc się z zimna, wyjść do nieogrzewanej sieni, żeby włączyć prąd z powrotem. Po tym, jak bojler przeciążył sieć po raz trzeci, uznał, że lepiej będzie umyć się do końca zimną wodą. Przed lustrem długo zastanawiał się, czy powinien się ogolić, czy też kilkudniowy zarost lepiej pasuje do jego nowego stylu życia. Ostatecznie zdecydował się na ogolenie, ale nie dlatego, że zarost mu się nie podobał, lecz dlatego, że ostrożne ruchy żyletką zajęły mu dodatkowy czas.
Przymierzył cztery swetry i dwie koszule, by w końcu wrócić do pierwszego ze swetrów, zwykłego czarnego z okrągłym wycięciem. Dokładnie wyczyścił sobie trampki, ściągając z podeszwy listek po listku, grudkę błota po grudce błota – nie chciał być gotowy za szybko. W końcu nie pozostało mu już nic więcej do ubrania i poprawienia, więc włożył zieloną kurtkę puchową, nakrył głowę zimową czapką i wyszedł z domu.
Ruszył po wyjeżdżonej ścieżce, mijając po prawej stronie chałupę Urbánków, a po lewej sadzawkę ze ślimakożernymi kaczkami. Po drugiej stronie drogi wyłaniał się z ciemności murowany budynek, w którym mieszkała kiedyś rodzina Hořejších. Ona była nauczycielką czeskiego, on piastował jakieś kierownicze stanowisko w pobliskiej fabryce urządzeń elektrotechnicznych. Petr nie miał pojęcia, czy jeszcze tu mieszkają, aczkolwiek dzwonniczka przed domem wyglądała wciąż tak samo. Miał ochotę pociągnąć z całej siły za sznurek i uciekać z tłumionym śmiechem w stronę centrum wsi. Tak kiedyś robili, z Vojtą i Heleną, a stary Hořejší udawał, że jest zły, i wygrażał im swoją masywną, owłosioną łapą, lecz spojrzenie miał zarazem łagodne i wesołe.
Zanim zdążył o tym porozmyślać, skręcił przy domu Hořejších w prawo (po lewej, przy głównej drodze z licznymi drzewami, za to nielicznymi zabudowaniami, stał znak z przekreśloną nazwą Lhota Třebovice, choć przysiółki należące do wsi zajmowały także dalej położone wzgórza). Wystarczyło parę dłuższych kroków, by minąć remizę strażacką oraz przystanek autobusowy i ujrzeć już zaparowane okna gospody, gdzie zimno z zewnątrz spotykało się z potem i oddechami ludzi w środku. Do Petra dotarł szum głosów, brzdęknięcia gitary i sporadyczne uderzenia talerzy; Ścigane Papugi ewidentnie stroiły właśnie instrumenty przed koncertem. Przed wejściem zgromadziła się wokół popielniczek grupka młodocianych palaczy – sądząc po charakterystycznym zapachu, wyszli na skręta. Nie wydawało mu się, by kogokolwiek z nich znał, minął ich więc z niewyraźnym, obojętnym pozdrowieniem. Pomimo to wszyscy się obrócili i badawczo przyglądali jego oddalającym się plecom.
W środku było mnóstwo ludzi i nieznośny zaduch. Petr szybko zdjął kurtkę i czapkę, żeby nie być zaraz mokrym. Niemal wszyscy palili papierosy, powietrze robiło się ciężkie od gryzącego dymu. Oprócz palaczy swoje miały na sumieniu zasłony i obrusy wydzielające stęchły odór starzyzny, którym ogrzewały gości siedzących przy prostych drewnianych stolikach. Najmniejsze służyły czterem osobom, dwa największe dziesięciu. Radio ani telewizja nie były włączone, wystarczający hałas zapewniały zlewające się głosy oraz przygotowania Papug. Petr wyobrażał sobie, że gdy wejdzie, drzwi zdradzą go swoim przenikliwym skrzypieniem, po czym wszyscy zamilkną i będą się na niego gapić. Nic takiego się nie wydarzyło, jedynie kilka osób zerknęło na niego przelotnie, by zaraz wrócić do swoich zajęć. Wyjątkiem była machająca ręka tuż obok podium zajmowanego przez oskubane Papugi; machała na znak, by do niej dołączył.
Petr przeciskał się między stołami i między ciałami płynącymi w nieprzerwanym peletonie do baru i z powrotem w ramach piwnego perpetuum mobile. Od czasu do czasu uśmiechnął się przepraszająco do tych, którym zrzucił kurtkę z oparcia na lepiącą się wykładzinę, albo których szturchnął w plecy.
Wymagało to tyle skupienia, że na Helenę właściwie nie patrzył, tylko zmierzał w stronę jej ręki niczym okręt ku latarni morskiej. Dopiero kiedy koło niej usiadł, spojrzał na nią tak naprawdę.
– Cześć, Kaczor – powiedziała radośnie.
Kiedy byli dziećmi, Helena przerosła ich w trzeciej klasie i tak już zostało do momentu, gdy miała dwanaście lat. Petr i Vojta dorastali do niej pomału. Była szczupła, smukła i giętka jak wierzba, ale im obu wydawała się ogromna i wzbudzała respekt, ponieważ dodatkowe centymetry pozwalały jej patrzeć na nich z góry. Helena przewodziła ich paczce nie tylko z powodu wzrostu, dałaby radę komenderować nawet gdyby była niska, ale to niewątpliwie pomagało. Swoje ciemne włosy miała zawsze ścięte tuż pod brodą tak, że przypominały rosyjską czapkę uszankę, bo matka zarówno ją, jak i jej starszą siostrę, strzygła sama. Matka Heleny pracowała jako sklepowa i o fryzjerstwie nie miała pojęcia, to jej jednak wcale nie zrażało. Dlatego właśnie Petr był teraz zaskoczony, że widzi przed sobą istotę o jakieś trzydzieści numerów mniejszą niż on (chociaż na siedząco trudno to było dokładnie ocenić), z długimi, dobrze ułożonymi blond włosami, które swobodnie opadały na piersi.
_(Piersi, Helena ma piersi!)_
Petrowi nigdy nie przyszło do głowy myśleć o Helenie jako o kimś, kto ma płeć, jako o kobiecie. Helena była kumplem. Po drodze układał sobie w głowie zdania na powitanie, ale ze strachu mu uciekły, pochowały się w szczelinach za framugami drzwi i okien, pozostawiając go sam na sam z tą obcą, dorosłą kobietą.
– Kurczę, ale masz włosy!
– W Pradze lecą na takie teksty?
– Co? Nie, chodzi mi o to, że mama zawsze cię tak głupio ciachała, przecież wiesz.
– Wiem. Dlatego zostałam fryzjerką, mam salon w Rychnovie. Nie chciałam dopuścić do większych szkód.
Uśmiechała się, ewidentnie była w dużo lepszym nastroju niż on, nie zdradzała żadnego niepokoju – ot, dwójka starych znajomych spotyka się po latach. Petr skinął w stronę podium zajmowanego przez czterech siedemdziesięciolatków z gigantycznymi brodami, na których zostawała im piana z piwa i drobinki z chrupek orzechowych.
– Jak to możliwe, że się nie rozpadli? Pamiętam, jak na nich chodzili nasi rodzice.
Helena bez szczególnego entuzjazmu odwróciła głowę w stronę muzyków.
– Taaa, no to są wieczni dysydenci, ugrzęźli mentalnie w latach osiemdziesiątych. Trzech z nich pije już tylko bezalkoholowe, bo nie został im nawet kawałek wątroby, ale cały czas grają. Pan Veselý, widzisz, ten od perkusji, tylko on może pić alkohol.
Petr niemal nie zauważył, kiedy przy ich stoliku pojawiła się kelnerka i postawiła dwa kufle z piwem. Tutaj nie było dyskusji, kto co zamawia – dla dorosłych piwo, dla dzieci oranżada malinowa. Jak ktoś chciał wybrzydzać, musiał sam podejść do baru.
– No to za spotkanie, Kaczor!
– Proszę, nie mów tak do mnie, już mi się wyrównały proporcje.
– Przepraszam, samo mi tak wyskakuje. Wiesz, że to trochę dziwne, że jesteś dorosły? W sumie myślałam, że dalej będziesz małym chłopcem, chociaż to niemożliwe.
– A wiesz, że miałem tak samo? Najbardziej mnie zdziwiło, że masz piersi. No i normalne włosy.
Roześmiała się, szeroko otwierając usta, a wtedy Petr ujrzał dziewczynkę, którą Helena kiedyś była. Mignęła na chwilę w jej źrenicach, po czym przeskoczyła w swoich skróconych dżinsach i znoszonych tenisówkach do jego oczu, by niesfornie biegać po bibliotece wspomnień i wyciągać jedną szufladę po drugiej.
Slajdy wysypywały się na zewnątrz.
_Scena._
Jest gorąco. Wzdłuż drogi wiją się małe strumyki, niektóre bardziej burzliwe, inne osłabione lipcowym upałem. Wkrótce zacznie się druga połowa wakacji, ta pierwsza przemknęła po niebie galopem oszalałego konia. Z prędkością, z jaką troje dzieci pędzi teraz wzwyż po górskiej ścieżce; gnają tak od Kładki Przemytników, gdzie zostawili swoje rowery. Na samym przodzie biegnie blondynek, włosy sterczą mu od potu jak młode zboże na polu, zasuwa tak szybko, że porozciągana koszulka w paski tylko za nim powiewa, co jakiś czas zahacza trampkami o leżące kamienie albo wystające korzenie drzew, ale nie zwalnia, nie zwalnia ani na moment. Kiedy się śmieje, powietrze pogwizduje w sporych szparach między jego zębami.
Nie może zwolnić, zaledwie kilku metrów brakuje, by dogoniła go tyczkowata dziewczyna, dziwaczna kombinacja wystających stawów i opalonej cery. Śmiesznie wyglądają w biegu chwiejne ruchy jej chudziutkich rąk i nóg, tak jakby zaraz miały się złamać i odlecieć. Brązowy, grzybkowaty kapelusz jej włosów raz po raz unosi się lekko i znowu opada, przypominając pływającą meduzę. Sapie, twarz ma czerwoną ze zmęczenia, ale nie zwalnia, nie może. Musi wyprzedzić Zębacza.
We wstydliwym odstępie za tą dwójką drałuje niższy chłopiec, z którego twarzy i rąk nie zniknęła jeszcze zupełnie dziecięca pucołowatość, ale za to stopy, ach te stopy, przywłaszczyły sobie cały hormon wzrostu. Plączą się niezdarnie, lewa ucieka prawej, za każdym razem znowu wyprzedzona, za każdym razem znowu wyprzedzająca. Goofy z bajek Disneya też ma takie stopy, ale w ten sposób chłopca nie nazywają – kumple, to znaczy Helena, obdarzyli go przezwiskiem Kaczor. Tylko Helena nie ma żadnego przezwiska. Kaczor leci z wywieszonym językiem, ledwo łapie oddech, ale nie zwalnia, nie może. Nie chce być pośmiewiskiem dla przyjaciół.
Cała trójka skręca ze ścieżki do lasu, między drzewa, nawet teraz nie zwalniają, mimo że buki ani świerki się nie odsuwają i grozi im czołowe zderzenie. Jako pierwszy do betonowej kuli porośniętej mchem dociera Zębacz, uderza dłonią w ścianę przy niskim wejściu do bunkra i przewraca się na ziemię, by ochłonąć. Tuż za nim przybiega Helena, próbuje go jeszcze pociągnąć za koszulkę do tyłu, ale materiał się opiera, nie daje pozbawić Zębacza zwycięstwa. Dziewczyna dotyka dłonią zimnej ściany, po czym pozwala mięśniom zwalić się na trawę. Dopiero teraz pada na nią cień Kaczora, on też już tutaj jest, przy schronie, z którego dachu wyrastają chwasty, więc wygląda niczym głowa olbrzymiego leśnego gnoma zakopanego aż po brodę w ziemi. Chłopcu nie psuje nastroju bycie ostatnim, przynajmniej nie daje tego po sobie poznać. Gładzi gnoma po skroni i opada na mechowe łóżko. Mają dziesięć lat, a świat jest taki piękny.
– Ale… to… była… jazda… – wydusza z siebie zziajana Helena. – Następnym razem z tobą wygram, Zębacz, mam dłuższe nogi.
– Tere fere. Zawsze będę pierwszy, zawsze!
Podczas obowiązkowego przekomarzania się Heleny z Zębaczem, wpuszczanego jednym uchem i wypuszczanego drugim, Kaczor odwraca głowę, by przyjrzeć się wejściu do bunkra. Przez kanciasty otwór wieje prosto na jego rozpalone czoło zimne powietrze, zimne i jakieś takie wilgotne. Tak jakby ktoś w środku mieszkał, ktoś z bardzo zimną i obślizgłą skórą. Na ramionach Kaczora, pomimo upału, pojawiają się malutkie wypukłości gęsiej skórki. Czas na kolejny akt rytuału.
– Ej, dobra, no to kto wchodzi do schronu?
Wszystkie dzieci podnoszą się na łokciach i wpatrują w ślepia bunkra. Nagle przeszywa je chłód, mimo że słońce nadal grzeje. Mają ciarki na plecach i to właśnie im się podoba – przyszli tutaj, żeby się bać. Helena energicznie wstaje i patrzy na Zębacza. Kaczorowi rzadko stawia wyzwania. To kolega, lubi go, ale nie widzi w nim godnego przeciwnika. Wszystko przez te stopy. Kaczor wcale nie jest jakoś szczególnie niezdarny, ale sprawia takie wrażenie.
– Nie wejdziesz, prawda? Boisz się.
– Czego miałbym się bać, po prostu mi się nie chce.
– Ja wchodzę, nie jestem cykorem.
Helena powoli, krok za krokiem, zmierza w stronę wejścia do schronu. Panuje tam zupełna ciemność, zupełna, tak jakby drogę zastawiały drzwi, z którymi Helena się zderzy, jeśli spróbuje pójść dalej. Staje dokładnie przed wejściem, jedną nogą wstępuje do środka i lekko się pochyla, ponieważ wejście jest dla niej już trochę za niskie – dla chłopców jeszcze nie, ale dla niej już tak. Wsuwa głowę do środka i zanurza twarz w ciemności, która otacza ją jak ropa. Helena nic nie widzi, jedynie srebrzyste niteczki resztek światła z zewnątrz roją się jej na siatkówce. Nie widzi, ale za to czuje. Ziemię, spulchnioną, tak pachnie, gdy się ją przekopuje, tak pachnie, gdy się ją obrabia. I jeszcze coś; cóż to jest? Helena nie wie, nie umie tego zaklasyfikować, ale wie, że ma to swoje źródło głęboko i daleko. Nie widzi, ale słyszy. Albo nie? Czy to spadająca kropla wody? Czy ktoś lekko, ukradkiem i niechcący nadepnął na gałązkę gdzieś z tyłu, wewnątrz bunkra, gdzie nie dociera żaden ze zmysłów Heleny?
– POŻRĘ CIĘ, ZJEM TWOJE OCZY!
Zębacz chwyta Helenę za łydkę i ryczy jak potwór. Helena wpada w panikę, próbując wydostać się z ciemnego tunelu, uderza głową o beton, potyka się i przewraca na Zębacza, przygniatając go swoim ciężarem. Cała trójka dzieci się śmieje. Zębacz oraz Helena wstają i w akompaniamencie cichnących śmiechów ruszają do wyjścia. Kaczor jeszcze się ogląda i szybko, bez zastanowienia, robi dwa kroki w głąb bunkra. Wytrzymuje niecałą sekundę, zanim żarłoczna czerń nie wleje się w niego wszystkimi otworami. Błyskawicznie się wycofuje i przyśpiesza kroku, by dogonić przyjaciół. Coś zmusza go do odwrócenia głowy i spojrzenia w otwory, przez które schron patrzy i oddycha (lub pożera), tak jakby na karku czuł chłód obcych oczu zmuszających go do oglądania się za siebie. Znowu dostaje gęsiej skórki. Kaczor kiwa głową z satysfakcją. Bardzo fajnie się dzisiaj bali.
_Scena się rozmywa._
Petr czuł, że wracają do niego dźwięki i kolory. Na chwilę był w innym miejscu i czasie. Tymczasem Papugi usadowiły się na krzesłach obok swoich instrumentów (gitarzysta również usiadł), a frontman, pan Juchelka z warsztatu samochodowego, uderzył w tamburyn, co oznaczało pierwszy akord ckliwego protestsongu. Petr wychwycił coś o Miladzie Horákovej, złotym cielcu konsumpcjonizmu i legalizacji konopi. Był to ciągle ten sam piekielny harmider pełen dysonansów, który utkwił mu w pamięci z dzieciństwa. W Třebovicach na Papugi zawsze mówiono Plastycy, bo usiłowali się poprzez wygląd i styl muzyki upodobnić do słynnej undergroundowej kapeli Plastic People of the Universe, ale w ostatnich latach – jak Helena wykrzykiwała do ucha Petrowi – zmieniło się to na Ceramicy. To dlatego, że nikt z nich nie ma już swoich zębów, więc gryzą protezami.
– Ty to wymyśliłaś, prawda? Zawsze lubiłaś wymyślać głupie przezwiska.
Uśmiechnęła się lekko i mrugnęła okiem.
Petr odkrył, że dobrze się bawi. Muzyka była straszna, długotrwała ekspozycja na te dźwięki z pewnością powodowała nieodwracalne szkody, ale podobało mu się, jak wszystko tutaj tworzyło wspólnotę. Usiadł wygodnie i napił się piwa. Nie liczył, ile razy już pojawiło się ono na stole praktycznie samo z siebie.
Papugi skończyły grać pierwszą partię i zrobiły sobie przerwę. Wszyscy czterej brodacze wyciągnęli z kieszeni papierosy, ale wyszli z nimi na zewnątrz. Chyba potrzebowali się ochłodzić.
– W sumie to czemu wyjechałeś? Z powodu Vojty?
Nie był przygotowany na to pytanie. Piwo i Ścigane Papugi rozkojarzyły Petra. Dziewczynce w tenisówkach udało się wyłamać zamek w sejfie i wyciągnąć najbardziej zakurzone przeźrocze.
_Scena._
Kaczor dzwoni do drzwi u Neumannów. To nowy dom, nowszy niż inne w Lhocie Třebovicach, dlatego posiada dzwonek; do starych chałup trzeba się dobijać kołatką. Kaczorowi bardzo podoba się dzwonienie, słyszy, jak dźwięk wypełnia całe wnętrze, trochę drżą mu od tego plomby. Bez trudu dosięga przycisku, nieco już urósł i jego stopy nie wyglądają aż tak głupio, choć wciąż się wyróżniają. Ma trzynaście lat, a na sobie trochę za duży sweter – matka mówi, że jak jeszcze trochę podrośnie, to rozmiar będzie w sam raz. To samo dotyczy grubej kurtki puchowej. Plecak z rzeczami do szkoły rzucił w domu w kąt i pobiegł do Zębacza. Nie było go w szkole i Kaczor nie wie dlaczego, być może Zębacz jest chory. Popołudnie powoli przechodzi w wieczór, nie jest jeszcze późno, około wpół do piątej, ale zmrok zapada wcześnie.
Drzwi się otwierają, staje w nich pani Neumannová. Jest sekretarką w urzędzie w Rychnovie, wygląda inaczej niż większość tutejszych matek. Ma długie włosy ułożone w loki (matki noszą włosy krótkie, praktyczne, jak niemieckie polityczki) i dzisiaj włożyła bluzkę z jakiegoś lekkiego, błyszczącego materiału oraz spódniczkę ściśle opinającą biodra. Ma również rajstopy w cielistym kolorze, tak delikatne, że prawie ich nie widać (matki noszą grube pończochy i spodnie, najczęściej z gumką w pasie i wokół stopy). Uśmiecha się do Kaczora.
– Cześć, Péťo, gdzie masz Vojtíška?
Kaczor marszczy brwi; taka rozmowa nie ma sensu, to on przyszedł zapytać.
– No nie mam właśnie, nie było go w szkole. Jest chory? Czy mam mu przekazać, co było na zadanie?
Teraz marszczy brwi pani Neumannová. Coś budzi się w jej trzewiach, coś zaciska się jej wokół szyi, ale nie, jeszcze temu nie ulega, wszystko się wyjaśni.
– Jak to nie było Vojty w szkole? A gdzie był?
– No nie w szkole. W ogóle go dzisiaj nie widziałem, ostatni raz wczoraj, ale nic nie mówił. Nie ma go w domu?
Już to nadchodzi, już nie można tego zatrzymać, zaczynają jej drżeć palce.
– Peťulko, wracaj do domu, proszę, muszę zatelefonować.
Kaczor siedzi na ławce przed remizą. Już dawno zrobiło się ciemno, normalnie o tej porze musiałby leżeć w łóżku, pewnie by już nawet spał. Ale dziś nie jest normalny dzień. Mama nie tylko nie krzyczy i nie pogania go do domu, ale siedzi tutaj obok i ściska mu dłonie. Te jej są spocone, mimo że temperatura spadła poniżej zera. Kaczor nic nie mówi, w milczeniu obserwuje migające światła radiowozu stojącego przed domem Neumannów. Jeden z policjantów mówi do krótkofalówki, która trzeszczy i brzęczy, dwóch innych rozmawia przy furtce z panem Neumannem. Jego żona jest w środku; mama powiedziała Kaczorowi, że pani Neumannová zasłabła. Kaczor nie wie, co to dokładnie oznacza, wyobraża sobie, że upadła i nie mogą jej podnieść. Przyjechali tu jeszcze inni policjanci, razem z psami; oni są teraz w lasach wokół Lhoty. Kaczor tak bardzo chciałby przeżywać to wspólnie z Zębaczem, niczego bardziej ekscytującego w życiu nie doświadczył.
Tylko że Zębacza nie ma. Zębacz zniknął.
_Scena się rozmywa._
Papugi wróciły, ciągnąc za sobą zabójczą mieszankę zimna z nikotyną, i zasiadły, żeby dokończyć koncert. Petr nie miał już siły tego słuchać, miał w głowie własny dysonans, poukrywane wspomnienia waliły swoimi młoteczkami we wszystkie mury obronne, które przez lata w sobie zbudował; okazało się, że były ze szkła i łatwo je rozbić.
– Helena, muszę stąd wyjść.
– Pójdę z tobą.
Razem oddalili się nieco od gospody i ciekawskich palaczy marihuany. Helena przywitała się z każdym z nich, ale niczego im nie tłumaczyła, o to i tak zadbają wkrótce miejscowe tam-tamy w postaci gadatliwych wdów i starych panien. Siedli po przeciwnej stronie głównego placyku, na ławce przed remizą. _(A gdzież by indziej, prawda?)_ Petr się zawahał, nie mógł pozbyć się wrażenia, że jak tylko jego tyłek dotknie podniszczonych desek, usłyszy z lasu szczekanie owczarków niemieckich i zobaczy policyjne koguty.
– Wiesz, ja nigdy tego nie przepracowałem, tego zaginięcia Vojty. Czułem, że to moja wina, że nie wydarzyłoby się to, gdybym z nim był. A potem męczyło mnie, że nie wiem, co się z nim stało, że nikt tego nie wie. Czy żyje? Czy ktoś go porwał? Stracił życie od razu czy po jakimś czasie? A co, jeśli minąłem go kiedyś na ulicy i nie rozpoznałem?
– Petr, dla mnie to też było trudne. Zniknął Vojta i ty właściwie też zniknąłeś. Straciłam obu przyjaciół.
Petr się zadumał. Nigdy w ten sposób o tym nie myślał, ale miała rację. Przestał widywać się z Heleną jeszcze tej samej zimy, kiedy Vojta wyparował, dosłownie – ślady nie prowadziły donikąd, nikt nic nie wiedział, nikt do niczego nie doszedł. Psy policyjne biegały po lasach i szczekały na stare, puste łby schronów. Nie odnaleziono niczego, co należałoby do Vojty. Petr zaczął unikać Heleny, najpierw nieświadomie, później celowo.
Nie mógł dłużej się z nią kolegować, ponieważ paczkę tworzyły trzy osoby. Gdyby byli tylko dwoje, dałby wszechświatowi znak, że nie obchodzi go, gdzie jest Vojta; że pozwala mu zniknąć.
– Moi rodzice byli już od kilku lat po rozwodzie, rozstali się jeszcze za czasów Vojty. (– Wiem, Petr, pamiętam przecież). No racja, wybacz. Jakby mamie było mało pijaństwa ojca, to on jeszcze zaczął przepuszczać wypłatę na automatach. Kiedy dołożył do tego pieniądze, które oszczędzała na moje studia, powiedziała dość i się rozwiodła. To był dla mnie bardzo trudny czas. Byłem zagubiony sam w sobie.
– Wszyscy się dziwili, że twoja mama nie zrobiła tego wcześniej. A potem wszyscy się dziwili, że mieszkałeś u niego w Hradcu.
– Ja wiem, mama czuła się bardzo zraniona. Nie umiałem jej wtedy wytłumaczyć, że muszę wyjechać, że nie mogę tutaj zostać. Chujowo było mieszkać w dwupokojowym mieszkaniu z ciągle nawalonym ojcem, który podbierał mi pieniądze z portfela, ale jeszcze bardziej chujowo było patrzeć na to puste miejsce, gdzie powinien stać Vojta.
– Powiedziałeś jej to kiedyś w ten sposób? Mamie.
– Nie, wydawało mi się to głupie. Była na mnie zła aż do śmierci. Jestem pewien, że gdybym nie był jedynakiem, nie odziedziczyłbym domu.
– No, ja tu mieszkałam cały czas, spotykałam się z nią, chodziłam ją strzyc w domu, żeby nie musiała jeździć do Rychnova. Zawsze dobrze o tobie mówiła, wierz mi, chwaliła się tobą, była dumna z twoich osiągnięć.
– Nigdy mi tego nie powiedziała.
– Widzę, że jesteście kwita.
Uśmiechnął się z przekąsem.
– Na to wychodzi.
– Wiesz, co mówiła? Helenko, ja zawsze myślałam, że mój Peťulka się z tobą ożeni, miałby u ciebie dobrze, jesteś porządna i pracowita.
– Proszę cię, ja do dzisiaj nie sądziłem, że jesteś w stanie mieć piersi. Jak mogła na coś takiego wpaść?
– I wcale bym nie była dla ciebie taka dobra. Co byś powiedział w redakcji? Że masz za żonę fryzjerkę z Rychnova? Mezalians jak z jakiejś XIX-wiecznej powieści.
– Nie gadaj głupot. Masz w ogóle męża?
– Mam. I córkę, Karolkę, ma dziewięć lat.
– Za kogo wyszłaś?
– Nie znasz. Za Adama Fichtnera z Rychnova. Jeździ tirem.
– Jesteś szczęśliwa?
– Tak, myślę, że tak. A ty, panie dziennikarzu wykształcony, jesteś szczęśliwy?
Petr nie odpowiedział, nie widział potrzeby. Siedzi w rodzinnej wsi, skąd uciekł, uczy się samodzielności, rozwiedziony i wyprzedzany przez Davidów tego świata, co podkradają mu informatorów i tematy. Raczej by tu nie siedział, gdyby był szczęśliwy.
– Słuchaj, Helena.
– Co?
– Nie chcesz wybrać się w sobotę na wycieczkę?
– Przed chwilą powiedziałam, że mam męża, córkę i jestem szczęśliwa, okej?
– Z całym szacunkiem, nie histeryzuj. Muszę dla jednego kretyna z pracy zrobić parę zdjęć schronów na Górze Sedloňovickiej.
Spojrzał na nią figlarnie przez ramię.
– Nie odważysz się wejść do środka, co?
Helena klepnęła go w plecy tak, że o mały włos nie spadł z ławki.
– Ja, Kaczorku? Ja nie jestem żaden cykor!