-
nowość
Szeptucha, latawce i inne opowiadania - ebook
Szeptucha, latawce i inne opowiadania - ebook
Trapi Cię ból zęba, gorączka, niestrawność albo wąpierze i latawce? Na ratunek rusza stara szeptucha. W czasach tak dawnych jak opowieści o Lechu, Czechu i Rusie to właśnie ona przychodzi z pomocą prostym ludziom. Mieszka w starej chatce, bez kurzej łapki, za to z dwiema kozami i młodą uczennicą. Każda wizyta u Sułki to nowa historia. Raz trzeba przechytrzyć demona, innym razem uleczyć chorego, rozwikłać starą klątwę albo zmierzyć się z tym, co kryje się w cieniu lasu. W świecie, gdzie dawne wierzenia wciąż są żywe, granica między codziennością a magią jest zaskakująco cienka. „Szeptucha, latawiec i inne opowiadania” to zbiór opowieści inspirowanych słowiańską mitologią, ludowymi podaniami i dawnymi wierzeniami. To książka dla tych, którzy lubią baśnie z odrobiną mroku, ciepły humor i bohaterów, z którymi łatwo się zaprzyjaźnić.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398228923 |
| Rozmiar pliku: | 11 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wszystkim Wam, które mi kibicowałyście i trzymałyście kciuki.
Kawałek każdej z Was jest tu i będzie także w następnych opowieściach.
Mojej Mamie, która nauczyła mnie miłości do książek.
Tomkowi, który zawsze czytał i zawsze wspierał.
I Mężowi Michałowi, za to, że kiedyś uwierzył, choć nie chciał pomagać w wymyślaniu nazw i przyczyn śmierci we wczesnym średniowieczu, za to sprawdził mi czy sowy pohukują jesienią.
Każda kobieta na dnie serca jest szaloną, brzydką, wstrętną, starą czarownicą.
Philippa Gregory, Władczyni Rzek1 Nie dziel skóry na niedźwiedziu
Szeptucha Sułka siedziała spokojnie pod swoją chatką. Żadna tam na kurzej łapce, ot chatka jak chatka, z drewna i słomą krytym dachem. Z niewielkimi oknami i drzwiami, wylotem kominowym i całym chaty wyposażeniem. Siedziała babuleńka, siwa, pomarszczona, i uśmiechała się sama do siebie. Wiedziała, że dzień zapowiada się ciekawie. Takie rzeczy się czuło. Nie trzeba było nawet zaglądać w przyszłość. Była już stara. Nauczyła się z wiekiem, że intuicji należy ufać bezwzględnie. No więc ufała. Czekała spokojnie co przyniesie jej ten dzionek, nie tak znowu różniący się od poprzednich. I słuchała głosów wokół. A to ćwierkania ptaków z pobliskiego lasu, a to stukotu dzięcioła, szumu drzew, z oddali dochodzących kroków leśnej zwierzyny na suchym poszyciu, czy choćby krzątaniny jej nowej pomocnicy. Choć być może słowo “nowa” nie było najwłaściwsze, jednak lepszego na ten czas nie znalazła. Nawojka, dziewczę młodziutkie i urodziwe, przybyła do Szeptuchy po nauki już cały rok temu. Przykrzyło jej się w domu, gdzie tylko rola, sprzątanie i pranie w zimnym strumieniu, że aż ręce bolały. No i jeszcze ojce postanowili, że czas to najwyższy coby Nawojka męża sobie wzięła. Nie w smak jej to jednak było, więc uciekła. Węzełek z połową bochenka zabrała, kawałek sera skubnęła, lniane giezło na zmianę spakowała i ruszyła w drogę. Po trzech wędrówki napotkała JĄ… Staruszka siedziała zasapana na kamieniu i patrzyła na ścieżkę, a pod jej nogami leżała rozsypana wiązka chrustu.
Nawojka wychowana była dobrze no i serca dobrego też była, przystanęła więc i spytała, czy by starowince jakoś nie pomóc. Szeptucha w duchu się zaśmiała. Oczy jej zaiskrzyły psotliwie, choć minę miała niewyraźną. Opowiedziała jak to chrustu samiusieńka musiała nazbierać, jak ją dzik po lesie przegonił, jak sobie nóg mało nie połamała, na ścieżkę wypadając, i jak jej się w końcu chrust posypał.
Poskarżyła się na straszne w plecach rwanie i zmęczenie ogólne, Nawojka więc z uśmiechem pozbierała drewno, związała sznurkiem, którym wcześniej jasne włosy splotła w gruby warkocz i zaoferowała, że zaniesie wiązkę do chaty babuleńki. Szeptucha chwilę się wzbraniała, nie chcąc dziewczęcia kłopotać, ale długo to nie trwało i zaraz się zgodziła, przyobiecawszy, że poczęstuje dziewczynę pyszną zupą z pokrzyw na kurze ugotowaną. I tak Nawojka, nie bardzo mając się gdzie podziać została u staruszki. A że głupia nie była, szybko zorientowała się w przebiegłości owej. Spostrzegła również, iż do staruszki, imieniem Sułka, ludziska z okolicy przychodzą z problemami wszelakimi, aż czasem dziw brał. A to że się krasula cielić nie chce, że kwoki jaj nie znoszą, że zboże nie rośnie tak szybko jak u sąsiada, że żona wredna strasznie, pić wzbrania, że mąż w łożnicy się nie sprawdza, dzieci niczym diablęta w kość rodzicom dają, a pod chatą cuchnie padliną przy każdej pełni. I z bólami też przychodzili. Na to wszystko zawsze szeptucha radę miała, a za zapłatę dostawała co jej potrzebne było, jedzenie, zwierzęta hodowlane, len i wełnę i temu podobne rzeczy. A i tak bywało, że chłopy jej drewno znosiły, albo cosik naprawiły jak się popsuło, albo nowe przynieśli. Wielką wdzięczność i szacunek ludy do niej mieli, co się Nawojce niezwykle upodobało. Poprosiła więc wieczora pewnego, żeby ją Szeptucha nauczyła tego i owego, bo szkoda by była, gdyby to kobiecina taką wiedzę do grobu wzięła, a coraz młodsza przeca nie jest. Staruszka roześmiała się w głos i skinęła jeno głową.
No i tak się stało, że wiedzę swoją przekazuje dziewczynie młodej, a ta jej w zamian gospodarstwo prowadzi, sprząta, gotuje i pierze w zimnym jeziorze, że aż ręce bolą. Na los swój psioczy tylko z zasady i przekory, bo jednak jest zadowolona.
Tego dnia Nawojka krzątała się w chacie, a staruszka zdrzemnęła się na ławeczce pod swoją chatką. Słoneczko cieplutko świeciło akuratno w te miejsce, to się babuleńce kości wygrzewały rozkosznie. Wtem jakiś cień przesłonił jej słońce, poczuła koński zapach, nosem pokręciła i nie otwierając oczu krzyknęła:
-– Gość w dom, Nawojka! Zgotuj no jakiegoś naparu i mioda przyszykuj!
Dziewczyna nie odpowiedziała, ale uszu kobieciny dobiegło skrzypienie metalowej rączki malutkiego kociołka zawieszanego nad ogniem. Dopiero teraz szeptucha spojrzała na przyjezdnego.
Rosłe chłopisko to było, w przeszywce podniszczonej, kolczudze połatanej i hełmie dziwacznym. Długi miecz przy boku trzymał, obijając nim bok konia. Oczy miał ciemne, nos orli i brodę kwadratową. Nie uśmiechał się tylko patrzył jeszcze chwilę. Wreszcie rzekł, głosem głębokim, dla ucha wielce miłym:
-– Zwą mnie Odolan, czcigodna zamawiaczko. Przybył żem tu, by pomoc twą łaskawą uzyskać.
Szeptucha westchnęła ciężko, trochę nazbyt, po czym klepnęła się w kolana i wstała z ławeczki.
-– Dużo to dumy woja kosztować musi, coby się o pomoc do staruchy połamanej zwracać.-– powiedziała i stanęła przed wejściem do chaty.-– Konia ostaw, nie ucieknie i za mną chodź, zupy dobrej pokosztujesz, miodu napijesz i opowiesz co ci na duszy leży.
Zniknęła w chatce pomrukując coś pod nosem. Mężczyzna zdziwiony lekko wahał się jeszcze moment, ale zaraz zsiadł ze swej klaczy i za kobieciną poszedł. Obejrzał się jeszcze na konia, bo po prawdzie szkolony bojowo, ale kto wie, czy go jakiś giez nie ugryzie i nie pogna w dal. Kiedy wszedł do głównej izdebki, staruszka siedziała już na zydlu przy długim stole. Wokół unosiła się smakowita woń jakiejś polewki na mięsiwie, a przy palenisku z prawej strony od wejścia stała cudnej urody dziewczyna. Kibić miała wąską, pierś bujną, buzię delikatną niczym kwiat jakowyś i błękitne jak wiosenne niebo oczęta. Jasne niczym słoma włosy zaplotła w niedbały warkocz puszczony na plecy. Uśmiechnęła się ślicznie do mężczyzny i skłoniła lekko główkę. On również się schylił i usiadł na jedynym wolnym zydlu. Z trudem wzrok od młodej niewiasty oderwał i od razu zobaczył dziwny uśmieszek na pomarszczonej, wąskiej twarzy szeptuchy. Dziewczyna nalała gęstej zupy do misek, ale usiąść już nie miała na czym, więc oparła się plecami o ścianę i czekała, bogowie wiedzą na co...
Pośród ogólnego ciamkania niedużych kawałków, jak się okazało dziczyzny, pływających w polewce i siorbania gęstego płynu, staruszka nie spuszczała oka z młodzieńca. Kiedy skończyli, kiwnęła głową na pomocnicę. Ta uprzątnęła po posiłku, rozlała naparu buzującego już w kociołku do dwóch glinianych, małych kubeczków. Potem zniknęła na chwilę w małej komórce za izbą a kiedy wróciła niosła ze sobą butelczynę i drewniany kubek. Postawiła go przed wojem i nalała mu miodu, wciąż się uśmiechając słodko. Szeptucha wiedziała, że nic bardziej mylnego, ta mała już obmyślała w głowie, jak tu nie wychodzić z izby, podczas opowieści gościa. Pokręciła więc tylko głową i spojrzeniem kazała usiąść dziewce na rzyci. Ta doniosłą sobie zydel z izby skrytej za kotarką i zasiadła w końcu, tuż przy palenisku
-– No, panie woju, co cię sprowadza w moje skromne acz gościnne progi?-– spytała wreszcie staruszka swoim dźwięcznym choć nieco chropowatym już głosem. Mężczyzna, wyrwany z zamyślenia odchrząknął, łyknął napitku z kielicha i zaczął.
-– Mieszkam w Przychlepisku, niewielkim gródku na zachód stąd. Głównie rolnictwem się zajmujemy, bo żyzną glebę mamy. Ale sławny jest też nasz garncarz i kowal, co takie rzeczy robi, że by się niejeden artysta nie powstydził. No i wojów mamy. Drużyna jest dobra. I dość ludne to nasze nieduże grodziszcze. Ale ostatnimi czasy nam się ludność pomniejsza…
Zawiesił głos znacząco. Szeptucha słuchała uważnie i nie popędzała. W końcu znów podjął…
-– Wiem jak to zabrzmi… sam w to nie wierzę, choć na własne oczy widziałem… w środku grodu, nagle, jak spod ziemi wyrósł olbrzymi niedźwiedź… Naprawdę olbrzymi. I silny tak, że pięciu chłopa podołać mu nie mogło. Ja, do ułomków nie należę, a rzucił mną tak, że mi żebra pogruchotało. Porwał potem dziewczynę , co to w tłumie stała, bramę w drzazgi rozniósł i zbiegł do lasu. A to nie pierwsza raptem wzięta przez zwierzę… Wcześniej jeszcze dwie młode zaginęły, w przeciągu trzech miesiączków.. Nikt tego nie połączył, bo one w lesie przepadły. Pomyślelim, że może to do jara któraś wpadła i ze głodu zmarła, albo zwierz jakowyś rozszarpał na kawałki. Ale jak ten niedźwiedź ogromny się u nas pojawił, rabanu narobił i zbiegł, to żeśmy się zastanawiać zaczęli, czy to aby przypadek. Nie uśmiecha nam się znowu dziewczęta tracić i szkody doznawać. Pewniśmy, że chłop normalny, nawet jakby wojem najlepszym w kraju był, to by niedźwiedziowi nie wydolił…
-– Woj nie może, babę pośle?-– prychnęła Szeptucha zgryźliwie.-– Chłop zbudowany jak dąb nie da rady zwierzowi, a starucha o kruchych kościach i powykrzywianych łapach ma podołać? Jakże to?
-– Zacna kobieto, toć się nie oszukujmy w żywe oczy, sława twoja nawet na zachód do nas dotarła. Tyś szeptucha, zamawiaczka, zaklęcia rzucasz… ciebie się zwierzęta słuchają, potwory lękają, a ludziska o radę pytają. Kto inny nam może pomóc? Zresztą, co tu dużo gadać, mój wuj, niegdyś wielkiej sławy drużynnik książęcy, stanął naprzeciwko bestii, a ta mu gnaty pogruchotała jak suche gałązki. Ledwo żyw z tego wyszedł i z łoża nie schodzi.
Szeptucha spojrzała na mężczyznę, pomilczała chwilę aż w końcu pokiwała głową.
-– Oj chyba za dużo po mnie oczekujecie. To tylko gadanie głupich, cożeś przed chwilą o mnie naopowiadał. Czasem jakieś ziele ususzę, maść utrę, zgagę wyleczę i podagrę czasem. Gdzie mi do bitki z potworami?
Zapadła cisza. Odolan zagryzł wargi i spuścił głowę, Nawojka milczała, bo wiedziała, że Szeptucha tego od niej teraz oczekuje. Ta też milczała, bo wiedziała od początku, że to będzie ciekawy dzień. I następnych kilka również.
-– Doradź nam więc choć co mamy czynić?-– spytał cicho woj. A nadzieja w nim gasła.
-– Jak to zwierz, to wnyki po lasach rozstawcie, a jak potwór to się do wszystkich bogów módlcie, ot co.-– odparła staruszka.
-– Myślicie, żeśmy sami na to nie wpadli? W sidła dwa dzieciaki powpadały, a z modlitw i datków to się jeno kapłan wzbogacił…
Szeptucha wypiła swoje ziółka, pomyślała chwilę, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie, powzdychała trochę, pochrząkała… Wój pytająco to na nią to na dziewczynę patrzał, ale odpowiedzi nie dostał. Staruszka wstała z zydla, przeszła się wokół stołu ze trzy razy, drapiąc się w brodę.
-– No tak.-– powiedziała wreszcie. -– Skoro tak stawiacie sprawę to pojadę, obaczę, pomyślę co można zaradzić na takowy problem. Wujka Twego obejrzę, nuże coś zaradzę na te jego rany. Nawojka, dziewucho, skocz ino do wioski, pożycz szkapę od Paszkowej, powiedz jej, że to za następne dwa słoiczki lekarstwa dla Paszki. I że szkapę oddam jak z podróży wrócę.
-– Jednego konia?-– nieśmiało wtrąciła dziewczyna.
-– Jednego. Ty zostaniesz obejścia pilnować. Ziół trza narwać i nasuszyć przed pełnią, dobrze o tym wiesz, na podróże jeszcze będziesz miała mnogo czasu.
-– Jak mamże się uczyć, jak mi każesz jeno chałupy pilnować?-– syknęła słodko Nawojka.
-– Nie dyskutuj dziecko, bo ci tak szybko męża znajdę, że się obrócić wkoło nie zdołasz. Albo do ojców odeślę. -– spokojnie odparła kobieta.
-– Coś mi się zaczyna zdawać, że to nie jest najgorsza myśl. -– mruknęła dziewczyna i wyszła z chaty, nie obrzuciwszy mężczyzny nawet krótkim spojrzeniem.
-– Dobrze mi się widzi, że te wasze dziewki ginęły o jakosik podobnej porze?-– staruszka zwróciła się do Odolana. -– Co… pełnię na przykład?
Mężczyzna potwierdził skinieniem głowy i podejrzliwie przyjrzał się kobiecie.
-– Hmm. No tak. A porwana i zaginione były dziewicami?-– „zgadywała” szeptucha dalej.
Woj osłupiał chwilowo.
-– Po prawdzie to nie wiem, pod kiecki to ja im nie zaglądałem, ale wszystkie to były panny, przez ojców raczej pilnowane. Choć też żaden za córką z batem nie chodził, coby wianka strzec.
-– Więc można rzec, że były…-– powiedziała do siebie staruszka.-– No tak, rankiem pojedziem do tego twojego grodziszcza. Wieczór się zbliża, odpocząć muszę, a ty się możesz w szopie gdzie koza przespać. Nawojka! Pódźże do mnie!
Wiedziała, że dziewuszysko nabzdyczone jeszcze do Paszków nie polazło, licząc, że mistrzyni zdanie zmieni.
-– Mnie to równa ziemia pod grzbietem wystarczy, jeśli deszcz nie kapie na głowę.-– Odolan wstał od stołu i wyszedł z chaty, przed drzwiami mijając się z dziewczyną. Zauważył, że pachniała jagodami… I latem… oczarowała go ów woń. Zerknął na dziewczynę i pomyślał, że jakby się kiedyś ino żenić mu przyszło, to z taką właśnie dziewką…
Na podwórcu klaczka stała spokojnie skubiąc trawkę na uboczu. Machnęła ogonem na jego widok, ale łba nie podniosła. Woj odpiął od siodła koce, jeden rozmościł na ziemi, drugim zamierzał się nakryć. Do wieczora jeszcze kilka godzin ostało, nie wiedział co miał ze sobą począć. Rozglądał się więc po obejściu. Zagroda i szopa dla kóz stały po lewej stronie od chaty, wszystko zadbane, jakby dopiero co postawione. Dziewczyna znów z chaty wyszła i żwawym krokiem polazła w stronę niedalekiej wioski na nikogo się nie obracając, jakby jego tu wcale nie było. Patrzył jak się oddala. Już chciał za nią pognać, bo jakże to, sama niewiasta się po lesie plącze, ale spostrzegł, że Szeptucha wygląda przez okno i patrzy wprost na niego z krzywym uśmiechem wszechwiedzącej. Zajął się więc czyszczeniem miecza, byle tylko odwrócić wzrok od staruchy. Jednocześnie obserwował otoczenie. W zagrodzie obok szopy stały dwie kozy, czarna i biała. Za chatą chyba kurnik, bo kilka kwok pałętało się z tamtej strony. Z prawej strony zaś, otoczony niskim płotkiem, ale takim coby kozy go nie sforsowały, ogródek ziołowy. Nie minęło dużo czasu, jak Nawojka wróciła prowadząc za sznurek szkapę chudą, zgarbioną i niewielką, maści nieokreślonej. Wpuściła ją do kóz i uśmiechając się ładnie do woja weszła do chatki.
Tam zaś przez okiennice wyglądała wciąż staruszka.
-– Uparty.-– Westchnęła Sułka.-– woli spać na twardej ziemi, na środku podwórza, miast w cieple i z dachem nad głową.
-– Ze śmierdzącymi kozami i ledwo zipiącym koniem. Jak można odmówić. -– prychnęła Nawojka.
-– Nie daj się pozorom zwieść dziewucho, ten koń jest mocniejszy niż klaczka naszego woja.
Wczesny wieczór minął im na gromadzeniu potrzebnych zamawiaczce ziół, maści i naparów w małych glinianych słoiczkach. To była dobra okazja po temu aby przepytać dziewczę z nazw roślin i ich działania…
Kiedy Nawojka zmęczona schowała się w swojej izbie pod dachem, szeptucha usiadła na zydelku tuż przy palenisku. Nie zamierzała rozmyślać o tym co ją czeka, zamierzała się wyspać. Zagrzała się więc trochę, wstała, wyprostowała, aż strzyknęło jej w grzbiecie i poszła do siebie. Zasnęła od razu.
O świcie obudziło mężczyznę chrząkanie tuż nad jego głową. No, może nie tuż. Ale całkiem niedaleko. Otworzył oczy i spostrzegł, że obok stoi starucha w wełnianej sukni i z wełnianą chustą na głowie. Uśmiechała się do niego dziwnie radośnie.
-– Coś chyba długom spał…-– mruknął i ziewnął. Usiadł i przeciągnął się. Mimo że spał na twardej ziemi, nic go nie bolało.
-– Ano, długo. Jak tylko słoneczko się za horyzontem schowało, takeś legł jak zaczarowany.
Odolan zmrużył oczy podejrzliwie. Ale o nic już nie pytał, jeno wstał z ziemi i zaczął zwijać koce. Z chaty wyszła dziewczyna w samym jeno gieźle, co to nieco figurę jej skrywało, ale tak pięknie i rześko wyglądała, że mężczyzna nie mógł przestać na nią patrzeć. Niosła w rękach miskę z czymś parującym.
-– Nie ma co czasu mitrężyć, zjedz więc szybciuchno resztkę polewki ze wczoraj i ruszamy.-– staruszka poklepała go po plecach. Woj założył przeszywanicę, którą do snu zdjął i wziął miskę od dziewczyny. Jadł, aż mu się uszy trzęsły. Zatenczas szeptucha poszła do zagrody kóz i wyprowadziła z niej niemrawą szkapinę, niezbyt skłonną do wędrówki gdziekolwiek. Klaczka Odolana spojrzała na zwierzę jakby z pogardą i prychnęła. Nawojka wzięła koce woja i przytroczyła do siodła konia. Mężczyzna z zupą rozprawił się szybko, skłonił się dziewczynie i dosiadł swego wierzchowca. Zaś staruszka powoli, ale bez niczyjej pomocy wgramoliła się na szkapkę, po czym wykonała jakiś dziwny znak nad głową pomocnicy i nad gospodarstwem.
-– Niedługo wrócę.-– oznajmiła pewnie. Nawojka kiwnęła głową i pomachała do nich gdy odjeżdżali… a kiedy zniknęli między drzewami, wystawiła twarz do słońca i uśmiechnęła się na myśl o kilku dniach wytchnienia od złośliwej babki.
Podróż minęła im głównie w milczeniu, więc nie ma nad czym się rozwodzić. Bez przeszkód droga zajęła im trzy dni, akurat jeszcze jeden do pełni został. O dziwo, koń zamawiaczki nie wlókł się wcale, ba nawet kroku klaczce Odolanowej dotrzymywał. Komary jakosik ich nie gryzły, choć wcześniej dawały się wojowi we znaki. Żadne zwierze dzikie się nie przyplątało, ani żaden zbójec się nie napatoczył. Mężczyzna postanowił się temu nie dziwić, chociaż przez chwilę się nad tym głęboko zastanawiał. Staruszka mimo że milczała długą drogę, nie uskarżała się na niewygody, ani na bóle w kościach (zbytnio), a nawet sprawiała wrażenie pogodnej. Odolan starał się dopatrzeć w jej rysach twarzy czegokolwiek. Kobieta była drobniutka i pomarszczona, dłonie, choć starością powykręcane były pewne i nie trzęsły się, a twarz nosiła ślady dawnej przebrzmiałej urody. No i oczy. Oczy dużo mówiły. Niebieściutkie, duże, roziskrzone, jakby należały do młodej dziewki, nie do wiekowej wiedźmy.
Dotarli wreszcie do grodu. Szeptucha rozglądała się dokoła. Po polach luda nie było, a powinni, zboże gdzieniegdzie już się do żęcia nadawało. Jakaś taka cisza ogólna panowała, choć przeca gród wyglądał na niemały, toć i nie pusty.
Wiedziała starucha, że się ludziska za palisadą skrywają, choć ta im przeca ochrony nie dawała. Znać nowa brama z dwóch skrzydeł się składająca, w połowie zamknięta była, jakby się przyjezdnych obawiano. Z kamiennego niskiego stołbu, gdzie strażnik swe miejsce miał, usłyszała kobiecina dźwięk rogu, pewnikiem powiadomił lud o powrocie Odolana. Wjechali powoli za palisadę. Gród jak to gród, chaty głównie drewniane, wąskie przejścia między nimi, jeno dwa budynki z kamienia zbudowane. Jeden, jak się domyślać starucha mogła, to siedziba wojewody, a druga pewnikiem spichlerz.
Zatrzymali się na głównym placu grodu, gdzie stał posąg Radogosta. Zaraz do Odolana podbiegł jakiś chłopiec, złapał za uzdę klaczkę i przyjrzał się zaciekawiony staruszce. Ta mrugnęła okiem do niego. Chłopca to zaniepokoiło.
-– Gniewko, dalej no, po ojca leć.-– rozkazał Odolan. Dzieciak natychmiast posłuchał i pobiegł do murowanej chałupy. Na placu poczęli się schodzić ludziska z całego Przychlepiska. Po chwili dołączył do nich grododzierżca prowadzony przez syna.
-– Witajcie, cna zamawiaczko.-– potężny, choć niemłody już mężczyzna o bujnej brodzie i wąsach poprzetykanych pasmami siwizny odezwał się głębokim głosem.
Szeptucha zlazła na ziemię ze stęknięciem, głośnym i dobitnym, i skłoniła głowę. Popatrzyła po zebranych, a oni jakby z lękiem ale i wyczekiwaniem patrzyli na nią.
-– Jak zapewne Odolan rzekł już jaki kłopot nas dotyka, tak cieszym się, że zgodziłaś się nam pomóc. Nasza wdzięczność będzie niezmierna…
-– Dość tych gładkich słów, wojewodo, wiadomym jest, iż ludzka wdzięczność jest jak najbardziej pomierzalna. Nie o wdzięczność mi jednak idzie, jeno o pomoc tym co jej potrzebują.-– Szeptucha wciąż przyglądała się mieszkańcom.-– Jak cię zwą mężny wojewodo?
-– Borzywojem mnie zowią.-– odparł nieco zmieszany olbrzym, jako że staruszka potraktowała go jak zwykłego dzieciucha. Coś mu jednak w duchu mówiło, coby się jej nie sprzeciwiać. Intuicja chyba.
-– A więc takoż i ja zwać cię będę.-– stwierdziła.-– Azali doprawdy mojej pomocy chcecie? Zdania nagle nie zmienicie, jak wam nie w smak będzie co zrobię lub powiem? Zeźliłabym się okropnie gdybym na daremno taki kawał moją rzyć obijała na ścieżynach.
-– Prosimy cię o pomoc i dostarczymy wszelkiego co ci potrzebne. -– przyobiecał grododzierżca.
-– Dobrze więc. Niech twa żona przygotuje strawę dobrą, bom zgłodniała straszliwie, a jak głodnam to i gorzej mi się zamawia. A pierwej zaprowadźcie mnie do tego bohatyra, co się sam jeden na niedźwiedzia głupio rzucił, a teraz przykuty do posłania leży.
Borzywoj machnął ręką na syna i chłopak zaraz poleciał do murowanej chaty, na progu której stała dostojna kobieta w błękitnej, skromnej sukni. Cosik do niej powiedział i oboje zniknęli w budynku.
-– Niech ktoś zaniesie moją sakwę do twojego domu, konia mego napoi i nakarmi. No dalejże, prowadźcie do rannego, nie mam dnia całego.-– powiedziała kobiecina i kolejny raz obrzuciła spojrzeniem mieszkańców grodu.
Grododzierżca kiwnął na jakiegoś mężczyznę, ten wziął ze sobą jeszcze jednego i uczynili co im Szeptucha nakazała. Zaś Odolan zaprowadził ją do skromnej chaty na uboczu.
Weszli do niej. Ciemno tu było, okiennice pozamykano, zapach chorego człowieka unosił się w powietrzu.
Sułka wytężyła wzrok i zobaczyła mężczyznę leżącego na twardym łóżku. Faktycznie, kości połamane miał, a felczer nie zajął się nim zbyt dobrze. O ile jakiś tu w ogóle był. Widać po nim było, że jeszcze kilka wiosen wstecz podobnej postury był co Odolan, teraz nikł w oczach. Spał, nie zwracał uwagi na otoczenie, członki jego nienaturalnie wykręcone nadawały mu wygląd kukły wyrzuconej z urwiska. Żal się Sułce zrobiło, bo widać było tu ból i rozpacz. Odolan, który trzymał się za jej plecami odwracał wzrok, sam nie wiedząc co zrobić czy powiedzieć.
-– Ciesz się, że jeno połamany jest, a nie trafiony pazurami bestii. Mogły być zatrute i wtedy by dzisiejszego wieczora nie dożył. A tak poskładamy go jutro na nowo, ziołami namaścimy i poczekamy.
Sięgnęła do płóciennej torby przewieszonej przez ramię i wstrząsnęła maluteńką glinianą karafką.
-– Jeśli się dzisiaj obudzi, daj mu 5 kropli tego co tu jest. Uśmierzy ból. Reszę zostaw na jutro, przyda się. Tymczasem idę się najeść, bo o pustym żołądku nie ma jak pracować.
Poklepała po plecach młodego wojownika i wcisnęła mu karafkę w dużą dłoń. A potem wyszła, z ulgą wdychając wieczorne powietrze na zewnątrz chaty. Kiedy szła do domostwa grododzierżcy, czuła na sobie spojrzenia mieszkańców Przychlepiska.
Staruszka wkroczyła do Borzywojowej siedziby pewnie i bez pukania. Panował w niej przyjemny chłodek, a przy palenisku krzątała się kobieta w błękicie. Na widok zamawiaczki skłoniła głową z szacunkiem i zaprosiła ją do długiej ławy.
-– Zaraz strawę podam.-– rzekła.
-– Byleby polewkę z omastą, bo zębów za wiela nie mam i nie mogę pogryźć.-– Sułka uśmiechnęła się pokazując co miała na myśli. Żona grododzierżcy odwzajemniła uśmiech, choć zęby wszystkie miała, więc widok był ładniejszy. Kobieta w całości urodziwa była, ciemnowłosa, o delikatnej twarzy i bystrym spojrzeniu. Szeptucha pewność miała, że Borzywoj sercem i oczami się kierował w doborze małżonki, a nie tylko rozsądkiem.
Dorośli zasiedli do ławy, prócz gospodyni, która zaraz rozlała polewki i mięsiwa mięciutkiego na talerze drewniane nałożyła. Po chwili do stołu zbiegły się dzieciaki, najstarszy Gniewko, jeszcze dwóch małych chłopaków, bliźniaki zapewne, bo podobne do się niemiłosiernie i najmłodsze dwie dziewuszki, też bliźniaczki. Wszystkie podobne do rodziców, że oszukać się nie da, że nie ichnie. Włosy czarne, oczy zielone i buźki ładne.
-– Czy wiecie już, szanowna, co to za potwór nas nachodzi?-– spytał Borzywoj między jednym a drugim kęsem.
-– Ano wiem chyba. -– krótko odparła Szeptucha.
-– I zaradzić potraficie?-– spytała tym razem żona po chwili milczenia przerywanego tylko mlaskaniem staruszki.
-– Ano tyż wiem.-– znów odrzekła.
Jako że Szeptucha nie bardzo rozmowną była, dali jej już spokój. A kiedy podjadła już, ziewnęła, zaciumkała i powiedziała:
-– Teraz odpocząć mi trzeba, straszniem podróżą strudzona. Czasu mamy wiela, więc izbę mi moją pokażcie, cobym się przespać mogła. A jutro, Borzywoju, każ ino swym ludziom przed wieczorem wielkie ognisko pod Radogostem rozpalić. Słuchaj dobrze, bo to ważne jest, mają to zrobić na trzy godziny przed zachodem słońca. Każ też swej drużynie wojów zebrać się, uzbroić po zęby i w kolczugi przyodziać, kto może. Niechaj każdy żagiew ma ze sobą. I przy ogniu stać mają. I nie budźcie mnie z rana. Sama wstanę, jak wypocznę.
Gniewko poprowadził staruszkę do niedużej, przytulnej izby, odgrodzonej od reszty pomieszczeń drzwiami, co dość niespotykane. Tam, gdy owe drzwi zawarły się za chłopcem, starucha usiadła na sienniku, sięgnęła do tej samej płóciennej torby co uprzednio, wyjęła z niej słoiczek ze śmierdzącą maścią i posmarowała sobie nią nozdrza. Po czym szybko zasnęła snem spokojnym.
Następnego dnia nikt jej nie niepokoił. Ale wszyscy czekali aż wstanie i wychynie z izdebki. Patrzyli z wyczekiwaniem gdy się pokazała, z niecierpliwością gdy jadła polewkę, z nadzieją gdy odeszła od ławy. Udała się do starego, rannego wojownika, gdzie przed jego chatą czekał na nią Odolan, bez uzbrojenia, jedynie w prostym gieźle i spodniach. Na jej widok poderwał się z ławy.
-– Potrzebne będą mi łupki, na jego ręce i nogi. I jeszcze dwie deseczki do unieruchomienia głowy.-– zarządziła bez powitania.
Posłusznie kiwnął głową i oddalił się wykonać jej polecenie. Ona sama zwróciła się jeszcze ku posągowi Radogosta i prychnęła ze złością. Po czym weszła znów do ciemnej chaty.
Stary wojownik nie spał, ale leżał bez ruchu wpatrzony w powałę. Nie zareagował na pojawienie się staruszki. Otworzyła okiennice, potrzebowała światła, żeby przyjrzeć się jego rękom i nogom.
-– Stary a głupi...-– mruczała pod nosem nachylając się nad nim.-– Sam jeden chciałeś pokonać potwora… Ze zwykłym niedźwiedziem miałbyś pewnie szansę… Głupiś, głupiś. A teraz Sułka ma pomóc. Sułka ma namaścić. Sułka ma naprawić. Aj, głupiś.
Akurat gdy skończyła go oglądać wrócił młody wojownik z drewnianymi kijami, równej długości i z pomocnikiem, zapewne kowalem, patrząc na jego szerokie ramiona i oparzenia na dłoniach.
-– Pomyślałem, że przyda nam się pomoc kogoś silnego.-– wyjaśnił Odolan.
-– Dobrze, dobrze.-– przyznała mu rację staruszka.
Wlała staremu wojownikowi krople z karafki prosto w usta, śmierdzącą maścią ze słoiczka posmarowała mu nozdrza i kazała Odolanowi napoić go jeszcze miodem, byle mocnym. I wzięła się do roboty. Odolan i kowal trzymali wojownika, by się nie ruszał, szeptucha zaś bez mrugnięcia okiem, łamała na powrót jego kości i nastawiała na powrót. Krzyczał niczym mordowane zwierzę. Ale ona nie miała litości, póki robiła co musiała. Usztywniła mu następnie kończyny przyniesionym drewnem, najkrótsze przyłożyła mu do głowy i karku. Ze swej nieodłącznej torby wyjęła kolejny gliniany słój, tym razem wielkości dwóch zaciśniętych pięści. Było w nim niedźwiedzie sadło, pachnące wrotyczem.
-– Smarujcie go tym rankiem i z wieczora, cienką warstwą na nogach, rękach i na karku. Jak zacznie ruszać którąś kończyną w najmniejszy sposób, tę kończynę przestajecie smarować. Najlepiej zlećcie to jakiejś dziewce, z wieczora dzisiaj bowiem będzie mi potrzebna pomoc przy Radogoście.
Rzekła to i wyszła. Dopiero ranek minął a ona już była zmęczona. Ale czas uciekał.
Pokręciła się trochę pod ostrokołem na zewnątrz grodu, pomruczała pod nosem niewyraźnie i wróciła do chaty grododzierżcy.
Wreszcie pora nadeszła i ludziska na placu poczęli ogień wysoki rozpalać. Dym unosił się ku niebu, ciemny i złowrogi. Zamawiaczka wzięła swoją torbę z zielami i wyszła na plac. Za nią z ciekawością kroczył grododzierżca z rodziną. Cały gród zresztą wylazł z domów coby się staruszce przyglądać. Choć ona wolałaby, żeby ze strachu po chatach siedzieli i nie kręcili się jej pod nogami. Gotowi woje stali przy ognisku i w napięciu czekali na rozkazy staruchy, wśród nich był także Odolan. Skupiony i w napięciu czekający na bieg wydarzeń. Odziany już jak wojownik, a nie jak strapiony siostrzeniec.
Szeptucha usiadła na ziemi i wyjęła z torby trochę ususzonych ziół i lnianą nić. Zioła splotła w warkocz i oplotła nicią. Wstała gładko jakby była 30 lat młodsza i do ognia podeszła. Na zachodzące powoli słońce spojrzała i zaczęła mamrotać pod nosem, nikt nie wiedział co. Obeszła ognisko trzykrotnie w prawo i trzykrotnie w lewo. Cały czas cosik tam mówiła i zaklinała. Potem wrzuciła pęk ziół do ognia i po krótkiej chwili buchnął jeszcze gęstszy i słodko woniejący dym. Ów wzbił się do góry i jak jakaś żmija leśna począł pełzać od chaty do chaty. Niezwykły, gęsty i ciemny był i doskonale widać było gdzie jest. Oplatał po kolei każde domostwo, po czym pełzł do następnej, żadnej nie ominął. Tymczasem szeptucha wyjęła jedno polano z ognia, który jakby uciekł od jej dłoni, by jej nie poparzyć. Polano płonęło jeszcze, kiedy podeszła do wojów i zaczęła podpalać ich żagwie. Nie przestawała szeptać…
Okadziła ich jeszcze dymem z dogasającego polanka i umilkła nagle.
-– W las idźcie, ławą. Niech się żaden z linii nie wyłamuje, jeśli mu żywot miłym.-– przykazała ostro. Usiadła z powrotem przy ogniu a woje ruszyli, o nic nie pytając. Przez bramę przeszli dwójkami, by zaraz za ostrokołem ustawić się w jednej linii, w zwartym szyku, jak nakazała staruszka.
Kroczyli powoli, w jednej ręce każdy trzymał płonącą i kopcącą się żagiew, w drugiej zaś broń jakowąś, to toporka, to miecz albo li włócznię. Żaden odwagi nie miał by się z linii wyłamać. Dym z pochodni jakosik przed nich leciał, jakby drogę wyznaczał, a oni bezwiednie szli za nim.
Gdy w gęsty las wleźli utrzymanie ławy do prostych nie należało, ale jakiś wewnętrzny lęk i przekonanie o racji wiedźmy sprawiały, że za wszelką cenę trzymali się tak jak nakazała. Ochłodziło się znacznie. Wieczór zapadał szybko, zwłaszcza, że wielkie drzewa broniły dostępu tym resztkom słońca jakie jeszcze próbowały się przedrzeć. Niektórym wojom ciarki po krzyżu przebiegały i trudno orzec czy li to ze strachu, czy z zimna. I cisza jakaś taka niespokojna panowała w lesie. Rozglądali się więc bacznie z ostrożności.
Żaden słowem się nie odezwał, gdy między drzewami ujrzeli cztery niedźwiedzie. Jeden olbrzymi, o szerokiej mordzie, trzy mniejsze, o brudnych od krwi pyskach.
Wtem za plecami drużyny odezwał się głos szeptuchy, jak gdyby stała dwa kroki od nich.
-– Nie odwracajcie się ino, oczu z niedźwiedzi nie spuszczajta…-– szeptała.
Zwierzęta uniosły łby i spostrzegły ludzi. Ślepia im zabłysnęły złowrogo i na nic nie czekając zaczęły szarżować pośród ryków, znać można było rządzę krwi w tym ataku.
-– Ani kroku, bo zginiecie.-– ostrzegła staruszka surowo. Nie wiedzieli co straszniejsze, Szeptucha czy rozszalałe niedźwiedzie.
Staruszka znowu zaczęła cosik gadać pod nosem, stojąc w jednym miejscu we wsi, ale głos jej krążył tu, między drzewami… krople potu wystąpiły na twarze wojów, a ręce ich i nogi drżały niczym osiki na wietrze. Dziki lęk pełzał im po plecach.
Zwierzęta były już tak blisko, że Odolan mógł przysiąc, że czuje smród zgnilizny i padliny z ich pysków. Wszystko w nim krzyczało, żeby wybiec im naprzeciw i ciąć, choćby na oślep.
I wtedy, w chwili ostatniej, dym z pochodni buchnął gęstą chmurą otaczając niedźwiedzie. Zniknęły za tą duszącą zasłoną.
Znów zapadła cisza. I tylko niczym dzwon spiżowy rozbrzmiał w uszach wojów głos Szeptuchy:
-– Własnym oczom nie uwierzycie. Ale broni wam wypuścić z rąk nie wolno, ani litości zaznać, bo zginiecie niechybnie. Zawahać się nie możecie, albo ich, i tak już przepadłe życie, albo wasze…
Dym opadł, zaś na mchu klęczało, krztusząc się i kaszląc, czworo ludzi. Wszyscy byli mieszkańcami grodu, co natychmiast dostrzegli wojowie, zupełnie zaskoczeni. Porwane dziewczęta i młodzieniec, syn jednej z rodzin. Odolan go rozpoznał. Cała czwórka nagusieńka. Dziewki wychudzone, już nie takie śliczne o włosach potarganych i polepionych brudem, połamanych paznokciach i licznych sińcach… a twarze umorusane od krwi wyglądały dziko i niebezpiecznie. Kiedy spojrzały na wojów, ci nie dostrzegli nic oprócz obłędu w ich oczach.
-– Toż to Marika, siostra moja…-– jęknął jeden z wojów. Już chciał broń opuścić i biec do siostry, wziąć ją w ramiona, oderwać od reszty wynaturzonej bandy, ale Szeptucha ponownie odezwała się w uszach wojowników:
-– Zabijcie ich! Zabijcie! Teraz, nim się znów w niedźwiedzie przeobrażą! Macie tylko chwilę!
Wojowie nie chcieli tego czynić, toż to byli ich rodacy, siostry, sąsiadki, córki, przyjaciółki...znali się…Wahali się nazbyt długo.
Nagi młodzieniec wstał, oczy mu zabłysły gniewnie i już się miał rzucić na wojów, ale ci w ostatniej chwili przecknęli się z odrętwienia. Z krzykiem zerwali się do ataku.
Otoczyli nagich ludzi, którzy szarpali się i miotali w szale. Rzucali się, drapali, kobiety krzyczały, jednak ich wrzask daleki był od ludzkiego. To był czysty chaos. Furia. Czyste zło.
Mężczyźni z grodu uderzali bronią, niemal na oślep, choć kilku z nich łkało z żalu za swymi bliskimi. Cios za ciosem. Broń zagłębiała się w chude ciała, cięła, kłuła i miażdżyła. Krew tryskała wysoko, brudząc twarze zrozpaczonych mężczyzn. Odolan sam nie wierzył własnym oczom, ale nie mógł zaprzestać swych czynów.
Wreszcie skończyli. Zapadła dziwna cisza gdy zatłukli czwórkę na śmierć, choć tamci długo krzyczeli furią opętani, póki nie skonali. Drużynnicy rozejrzeli się wokół, cali już posoką obryzgani. Szeptuchy nigdzie nie było… Była tylko cisza.
Porzucone na ziemi pochodnie dogasały powoli. Kilku wojów podniosło swoje, by było czym oświetlić drogę do domu, reszta swoje przydeptała, by na dobre je zgasić. Ciała odczarowanych pobratymców owinęli w swoje wełniane płaszcze i ponieśli do grodu. Ciemnica już całkiem zapadła, gdy dotarli. Zamawiaczka siedziała przy ogniu szepcząc coś do siebie z zamkniętymi oczami.
Wśród otaczającego ją tłumu przebiegł głośny szmer na widok powracających wojów i niesionych przez nich zwłok. Były tak zawinięte, że dostrzec nie można było kto zacz, ale rodziny zaginionych dziewcząt wzniosły szloch.
-– Wrzućcie ciała do ognia.-– rozkazała surowo staruszka, nie patrząc nawet w tamtą stronę. Nie ściągając z nich płaszczy, jeden po drugim zamordowani kończyli w płomieniach. Szeptucha cisnęła do rosnącego ogniska jeszcze jeden zwitek ziół i oczom zebranych ukazały się ginące w płomieniach niedźwiedzie. Na mgnienie oka przybrały ludzkie postacie. Gdy pojawił się w nich młodzieniec, jedna ze starszych kobiet krzyknęła rozdzierająco, padła na ziemię, zaczęła rwać włosy z głowy i płakać. Szeptucha wstała i podeszła do niej. Położyła jej rękę na ramieniu.
-– To Nażyr! Syn mój jedyny!-– łkała kobiecina grzebiąc dłońmi w piachu i posypyując się nim.
-– To już nie był Nażyr, jeno brukołak.-– oznajmiła spokojnie Szeptucha.-– taki przeklęty się urodził.
-– Wczoraj jeszcze ze mną wieczerzę zjadł…-– zawodziła kobiecina.-– dziś rankiem znikł, myślałam, że jak co miesiąc polazł do lasu, na polowanie… zawsze cosik przynosił…- chlipała i zawodziła.
-– Czy to znaczy, żeśmy go mieli cały czas pod nosem?-– zapytał Borzywoj cicho.
-– Taki się urodził, ale nie taki zawsze był. Dopiero niedawno chłopak dojrzał. A jak dojrzał, to zbudził się w nim potwór. Dziewki na swe nałożnice wybierał a potem w brukołaczki zamieniał. Jako człek nieśmiertelny był. W pełnię się w niedźwiedzia zmieniał i wtedy siłę wielką posiadał, choć nieśmiertelność tracił. Na tę krótką chwilę dymem odczarowany stracił i siłę i nieśmiertelność.-– wyjaśniła Szeptucha bez emocji.
-– Na bogów… kto takie potwory tworzy…-– szepnęła żona grododzierżcy.
-– Same się z ludzkich pragnień tworzą.-– Sułka zwróciła się do łkającej matki Nażyra- Pewnikiem długoś na potomka czekała, a później jak najlepiej dlań chciałaś. Więc się modliłaś do bogów, żeby nie umarł przedwcześnie, żeby zdrowy był i siłę niedźwiedzią miał…Rację mam?
-– To już się nie wolno modlić o zdrowie dla dziecka?-– przestraszyła się borzywojowa. A przeklęta kobieta popatrzyła na Szeptuchę przerażonymi i mokrymi od łez oczyma.
-– Można, można. Nawet trzeba. Jeno zważać należy co się mówi i do kogo, coby żadna klątwa nie spadła, miast łaski. A bogowie przewrotni są, zabawić się ludzkim losem lubią. Dla nich jesteśmy jak muchy, ważni tyle ile namolne bzykanie. Radogost wysłuchał próśb kobiety ale spełnił je tak jak on chciał, nie ona.
W grodzie panowała cisza.
Potwór zginął ale jakosik nikt nie miał ochoty na radość ni uciechę.
Pogrążeni w smutku i zadumie ludzie poczęli rozchodzić się do swych domów w milczeniu. Pochodnie płonęły w grodzie, bo nikt nie chciał już mroku ten nocy.
Choć mogli spać spokojnie, to niewielu zmrużyło oko.
Następnego dnia mieszkańcy Przychlepiska zebrali się Szeptuchę pożegnać i wdzięczność okazać. Nastrój wciąż panował ponury, ale ulgę wyczuć od ludzi można było. Wręczono staruszce sakiewkę ciężką, wypełnioną biżuterią i ozdobami, choć się wzbraniała, bo świecidełek nie lubiła. Na drogę jadła dostała i napitku, pysznej okowitki, coby się jej droga nie przykrzyła. Borzywoj skłonił się jej z szacunkiem i powagą.
Odolan zaś odprowadził ją pod samą bramę…
-– Na pewno, zacna zamawiaczko nie chcesz, bym ci towarzyszył w drodze? Zbójce różni się po lasach czają, niebezpiecznie tak samej podróżować…-– rzekł.
Ona wyciągnęła doń rękę, wykonała jakiś znak na jego czole, coś powiedziała i uśmiechnęła się przyjaźnie.
-– Dobry z ciebie człek.-– stwierdziła.-– i woj też dobry. Bogi cię w swej opiece mają. Ty dopilnuj zdrowienia swego wuja, ja sobie poradzę. Bo kto by tam staruchę na chudej szkapie napadał?
-– Mam pytanie jeszcze jedno…-– zawahał się przez chwilę.
-– Pytaj więc, chłopcze, czasu wiela nie mam.-– ponagliła go uśmiechając się krzywo.
-– Jak to się stało, żeś z nami w lesie była, a zarazem całki czas we grodzie siedziała?...
-Coś ci się w lesie musiało przywidzieć i przesłyszeć.-– odparła i mrugnęła wesoło błękitnym okiem.-– Do zobaczenia, chłopcze. Bo coś czuję, że cię jeszcze na podwórcu moim ujrzę.
Odjechała pogwizdując przez szpary między zębami…
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.