-
nowość
-
promocja
Szepty Bugu - ebook
Szepty Bugu - ebook
To niezwykła podróż przez tysiące lat historii Południowego Podlasia – od pierwszych neolitycznych osad nad Bugiem, przez czasy książąt, biskupów i kupców, aż po dramatyczne wydarzenia XIX i XX wieku.
Bug nie jest tu jedynie rzeką. Jest świadkiem ludzkich losów, strażnikiem pamięci i cichym narratorem opowiadającym o codziennym życiu zwykłych ludzi – ich pracy, miłości, wierze, nadziejach i poświęceniu. Autorka z niezwykłą wrażliwością ożywia dawne czasy, pozwalając czytelnikowi zajrzeć do chat, warsztatów, świątyń i na targowiska, usłyszeć szum trzcin oraz poczuć zapach ognisk i nadbużańskich łąk.
To opowieść, w której fakty splatają się z literacką narracją, a przeszłość staje się bliska, żywa i poruszająca. „Szepty Bugu” są hołdem dla ludzi, którzy przez wieki tworzyli tożsamość Południowego Podlasia, oraz dla rzeki, która pamięta wszystko.
Wystarczy podać autorce rękę i wsłuchać się w szept Bugu. Resztę opowie sama historia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68750-57-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Czy lubisz marzyć? Czy chcesz przenieść się do czasów, kiedy wszystko się zaczęło? Chodź ze mną… Zabiorę Cię w najdalsze zaułki historii mojego ukochanego Podlasia. Wspólnie podążymy przez wieki, poznamy miejsca i losy ludzi… prawdziwych ludzi, którzy żyli, pracowali, kochali i umierali. Posłuchaj opowieści naszej Rzeki Matki, posłuchaj szemrzących fal, one były świadkami podlaskich historii. Podaj mi rękę… Gotowy? Zaczynamy…
Pierwsze osadnictwo zawsze było związane z życiodajną wodą. Nasi przodkowie od pradziejów osiedlali się nad rzekami, jeziorami i strumieniami – aż do momentu, kiedy nauczyli się budować studnie. Ale rzeki i wtedy były ważne. Były dla ludzi stołówkami, szlakami transportowymi, łazienkami; gasiły pragnienie zwierząt i były święte. Nic więc dziwnego, że pierwsze cywilizacje, jak Sumer czy Egipt, były położone w dorzeczach rzek.
Nasze Podlasie to nie tylko sieć rzek, to także krajobraz polodowcowy, który obfitował w niezmierzone bagna, torfowiska, olsy, łęgi i podmokłe lasy. Zapytasz mnie: Dlaczego tu? Dlaczego w takim miejscu nasi przodkowie zdecydowali się osiedlić? Otóż powiem Ci, że z bagien mogli stworzyć swego sprzymierzeńca. Dokładnie badali teren, zanim założyli osadę. Wiedzieli, gdzie i którędy bezpiecznie przejść, a które miejsca są zbyt niebezpieczne, bo wciągają. Ale to wiedzieli tylko oni. Jeśli ktoś obcy w niecnych celach pokusił się o atak na tę osadę, często kończyło się to dla niego źle.
Mamy więc osadę. Wcześniej koczownicy, dziś rolnicy. Za nami idą zwierzęta, za które czujemy się odpowiedzialni, bo przecież dostarczają nam wielu ważnych rzeczy. Runo owiec jest takie cieplutkie… można z niego zrobić świetną izolację, na przykład owinąć nogi, gdy jest zimno, albo wymościć posłanie. Dzikie psy są jeszcze trochę nieufne, ale trzymają się blisko nas i ostrzegają, kiedy coś lub ktoś zbliża się do osady. W zamian za resztki wyrzucane po posiłkach zyskujemy przyjaciół – prawdziwych i wiernych do dziś. A kurki? Cóż, nic dodać, nic ująć. Kto nie lubi jajeczek, niech pierwszy rzuci kamieniem…
Ale wróćmy do naszej osady. Zanim zbudujemy domek dla siebie, musimy zadbać o zwierzęta. Powstanie więc zagroda, w której będą bezpieczne. Jutro pomyślimy o jakimś zadaszeniu i ścianach z gałęzi oraz gliny, żeby miały ciepło.
Sami musimy się gdzieś przespać, więc budujemy ziemiankę. To ciężka praca, ale jak zrobimy szkielet dachu i przykryjemy go gałęziami, jest całkiem przyjemnie i ciepło. W rogu ziemianki ułożymy gałęzie oraz owcze runo (albo skóry) i już mamy wspaniałe łóżko. Nasz domek jest skromny, ale przytulny i bezpieczny. Przed ziemianką rozpalimy ognisko i przygotujemy coś do zjedzenia. Może to będą ryby złowione wcześniej w rzece? A może po prostu po ciężkim dniu wypijemy trochę mleka i udamy się na spoczynek? Jutro musimy wykończyć pomieszczenia dla zwierząt.
Rankiem budzi nas odgłos piejącego koguta. Wstajemy i kończymy rozpoczęte prace. Kobiety idą do lasu po ptasie jaja, a może jakieś owoce leśne lub pożywne korzonki. A przy odrobinie szczęścia złowią rybkę w starorzeczu za pomocą plecionego więcierza. Wszystko będzie smakować wybornie komuś, kto ciężko pracuje.
Razem z mężczyznami ze wsi budujemy ostrokół. Nie znamy jeszcze sąsiadów i nie wiemy, jacy to ludzie. Dla większej pewności robimy grube, drewniane wrota, które będą nas chroniły przed niechcianymi gośćmi. A teraz przygotujmy sobie ziemię pod uprawy. Musimy osuszyć bagna, więc kopiemy kanały i strumyki odwadniające. Palimy ogniska, żeby wilgotna ziemia szybciej parowała, oraz wyciągamy korzenie drzew, które wcześniej wykorzystaliśmy do budowy ziemianki. Jak ziemia trochę wyschnie, podpalimy wszystko… Popiół to najlepszy nawóz. Kobiety nazbierały ziaren traw. Są smaczne, ale wybierzemy te największe i wrzucimy w popiół. Będą z tego piękne kłosy! Je też zbierzemy – część zjemy, a resztę posiejemy. To bogate źródło pokarmu… nie ucieka, nie drapie i nie gryzie. Wystarczy rozetrzeć ziarna kamieniem, dodać wody i taką papkę położyć na gorący kamień. Pycha!
Obok pola mamy stare drzewo z dziuplą, a w niej dzikie pszczoły. Nasz odważny Kosmo wybrał trochę miodu i mamy przepyszne jedzenie. Kosmo zmienił się troszkę na twarzy… Jakiś botoks? Nie, to nie ta epoka… To tylko gorące pozdrowienia od pszczół!
Wracamy do osady. Musimy zbudować drogę do sąsiadów. Fajni są jednak, razem polujemy i łowimy ryby. Oni mają łódź wydłubaną ze starego pnia, którą wypływamy na Bug. Często do nich chodzimy, więc żeby było wygodniej, uzbierane z naszego pola kamienie wyrzucimy na drogę – dzięki temu będzie stabilniejsza.
Jak Ci się podoba neolit? Zabrałam Cię do czasów, kiedy staliśmy się rolnikami. Żyliśmy w zgodzie z przyrodą, a ona z nami – karmiła, tuliła i chroniła jak najlepsza mama. Podoba Ci się takie życie? A teraz zróbmy razem wielki skok do XI wieku. Trzymaj mnie mocno za rękę…OD XI DO XX WIEKU
Nasza święta rzeka dalej płynie, ale nie możemy jej już tak nazywać. Niedawno przyjęliśmy chrzest i mamy innych świętych. Ale Bug nadal leniwie toczy swe wody, jakby nieświadomy, że stracił swą sakralną rangę. Opowiada historię, której był świadkiem. Słyszysz ten szept? On mówi…
Przy rzece jest już wiele osad. Łowimy ryby, przy starorzeczach pasą się krowy i konie. Jesteśmy coraz zamożniejsi, bo nasze utwardzone drogi są wykorzystywane przez kupców jako szlaki handlowe. Mamy tu trzy takie szlaki. Możemy się też pochwalić miastami – są piękne i niezwykle funkcjonalne. Nasz Brześć i jego zamek wzniesiony na wzgórzu sprawuje pieczę nad okolicznymi wioskami. Do tego przepiękny Drohiczyn czy Mielnik… Rozwijamy się!
W oddali widać kupców. Trzeba przygotować towar na wymianę. Może zechcą coś zjeść i przenocować w stodole? Mam tam uszykowane iście królewskie łoża na pachnącym sianie i snopkach trzciny znad Buga. Ciekawe, co dziś ze sobą przyniosą? Pewnie zmierzają do Brześcia, bo tam za dwa dni jest jarmark i będzie dużo ludu. Mam dla nich trochę suszonej ryby. Nie za dużo, bo przecież sen z powiek spędzają nam Jacygowie.
Jaćwingowie – plemię, które według niektórych podań przybyło z południa, wyparte przez inne ludy, i osiedliło się m.in. w dorzeczu Bugu. Czcili bóstwa natury, byli rolnikami, myśliwymi i rybakami. Szybko jednak zaczęli wchodzić w konflikty z okolicznymi plemionami lechickimi, m.in. podbierając im plony i ryby.
Przybyli nad rzekę… To dobrzy ludzie, dopóki zajmują się ziemią. Ale jak zaczynają nam zabierać ryby z więcierzy, to już nie jest fajnie. Zastawiamy kosze na noc, a rankiem wypływamy i zbieramy połów – o ile wcześniej oni nam go nie zabiorą! Trudno się z nimi porozumieć. Nadal modlą się do krzaków i palą wianuszki z ziół. I nawet jeśli się wydaje, że rozumieją, co do nich mówimy (że to nasze więcierze!), to i tak następnego dnia znowu je opróżnią.
Trochę się poskarżyliśmy naszemu Bolesławowi. Przybył, rozmawiał, postraszył, rozpędził towarzystwo… Ale nim na dobre stąd wyjechał z powrotem do Gniezna (i dobrze, bo ze swoją drużyną wypili nam całe piwo i zjedli suszone mięso!), Jacygowie wrócili nad rzekę. Mój sąsiad, Czcibor, zakopał na wszelki wypadek zapasy za ziemianką, żeby chociaż cokolwiek nam zostało. No i dalej musimy się z nimi dzielić rybą.
Łowimy ryby nie tylko dla siebie. Są bardzo smakowite i mogą długo leżeć, pod warunkiem że je wysuszymy. Nasza rzeka bardzo temu sprzyja – owiewa wiszące na sznurach rybki rześką bryzą, która przepięknie je otula. Przy dobrych wiatrach po kilku dniach zbieramy wyschnięte rybki, przekładamy do naczyń glinianych, a pomiędzy warstwy wkładamy zielone liście. Zapach i smak – nie do opisania! Kupcy chętnie je od nas kupują, chwalą bardzo i dają w zamian różne ciekawe rzeczy. Sam mam dzięki temu przepiękny sztylet z żółtego metalu z czerwonymi kamieniami. Co prawda metal jest miękki i do obrony mi nie posłuży, ale przypinam go do pasa i od razu czuję się jak ktoś bardzo zamożny i ważny. Fajnie się też w nim przejrzeć! Kobiety chętnie wymieniają się na naramienniki czy brązowe kolczyki – one też chcą wyglądać zamożnie, a tym samym pięknie.
Wczoraj zbieraliśmy kamienie polne. Chcemy wybudować kościółek, ale nie mamy ich tak dużo, więc tylko podmurówkę zrobimy z kamienia, a resztę z drewna modrzewiowego. Modrzew ma przepiękny kolor, a my chcemy, żeby nasza świątynia była wyjątkowa. Miejsce wybraliśmy wśród lip na wzgórzu – może wtedy Bóg szybciej usłyszy nasze modlitwy, kiedy będziemy głośno wołać do Niego z samej góry? Każdy z osady przyniósł jakieś kamyki. Nawet małe dzieci przynoszą w koszykach tyle, ile dają radę udźwignąć. To będzie wyjątkowe miejsce, bo z tymi kamieniami ludzie przynoszą swoje chęci, serca i wiarę.
Mój sąsiad ma już dwa konie – bogaty człowiek! Sprzedaje ryby i skóry zwierzęce. Mam jednak pewne podejrzenia, że poluje w lesie… A przecież nam nie wolno! Lasy są książęce i to do książąt należą zwierzęta oraz ich skóry. Mnie przy odrobinie szczęścia uda się czasem znaleźć padłe zwierzę, ale tylko takie, w które „palec jeszcze nie wchodzi” – wtedy można zdjąć skórę i ją wysuszyć. Ale to się rzadko zdarza, bo inni też zerkają na starsze sztuki w nadziei, że zdobędą skóry. O nie, nic z tych rzeczy… ja będę pierwszy! Nie na darmo mówią na mnie Szwendaczek.
Nie jestem zamożny, nie mam koni, tylko dwie stare krowy. Cieszę się jednak, bo jestem zdrowy i mam co jeść. Muszę się pochwalić: mam wspaniałą ziemiankę! Całe tygodnie ją kopałem i wyszło przednio. Zawsze panuje w niej przyjemny chłód. Trzymam tam piwo, garnce z kiszonym mlekiem, suszone ryby, a nawet udziec sarny… też suszony. W koszach mam orzechy i ziarno, no i trochę jaj. Jestem zadowolony, bo taka spiżarnia to prawdziwy skarb.
W 1018 roku Bolesław Chrobry podczas wyprawy kijowskiej rozbił oddziały nieprzyjacielskie nad rzeką Bug, co na jakiś czas ustabilizowało sytuację na granicy. Jednak pogranicze nadbużańskie przez kolejne stulecia pozostawało niespokojne.
W 1254 roku książę Bolesław Wstydliwy nadaje zakonowi Templariuszy gród w Łukowie. Celem tego przedsięwzięcia jest ochrona rubieży Podlasia przed najazdami plemion pogańskich oraz Krzyżaków. Templariusze, pod wpływem skarg ludności znad Buga, postanawiają nakłonić Jaćwingów do przyjęcia chrztu, wierząc, że dekalog powstrzyma ich przed łupieniem sąsiadów.
Mamy tu wiele sadzawek i starorzeczy. Co jakiś czas przybywa do nas brat zakonny z Łukowa, wybiera jedno z takich miejsc, modli się przy nim i kropi wodę. Musimy więc namówić Jacygów na przyjęcie chrztu. Wtedy przestaną nam kraść ryby, ustatkują się i będziemy się wspólnie modlić. Oni co prawda nie za bardzo chcą wyrzec się swojej starej wiary, ale my dobrze wiemy, że nasza jest najlepsza, więc chrzcimy ich… trochę na siłę. Łapiemy takiego Jacyga, związujemy mu ręce i nogi powrósłem, żeby nie uciekł, a gdy przybywa brat zakonny i wszystko jest gotowe do sakramentu, ustawiamy ich przy brzegu i wrzucamy do wody. Po kilku pacierzach wyciągamy (o ile się nie utopią!), rozwiązujemy, a brat nadaje im piękne imiona: Brzetysław, Mieszko, Jarogniew.
Po uwolnieniu oni i tak uciekają w popłochu w knieje i… dalej kradną nam ryby! Chyba coś robimy źle. A może za mało gorliwie się modlimy? Będę musiał śpiewać głośniej… A może chrzcimy ich w zbyt płytkiej wodzie, za daleko od Boga? Może podpowiem to bratu zakonnemu? Chociaż on jest bardziej uczony niż ja i pewnie wie lepiej, jak to działa. Tyle tych Jarogniewów rozbiegło nam się po kniejach, że już trudno rozpoznać, czy dany był chrzczony, czy nie. Myślę, że powoli zaczynamy chrzcić ich podwójnie… Wszyscy wyglądają tak samo!
Zaczęliśmy wreszcie budowę kościółka. Brat poświęcił nam ziemię, odmówił modlitwy, a my zaśpiewaliśmy „Chwała Panu” i wzięliśmy się za kopanie. Świątynia nie będzie duża, bo za mało mamy kamieni, ale dla nas będzie najpiękniejszym miejscem na ziemi – bo naszym i z naszym Bogiem. Chcemy ukończyć budowę do Bożego Narodzenia, żebyśmy mogli wszyscy razem wziąć udział we mszy. Może Jacygowie też przyjdą? Będzie wesoło, fajni z nich ludzie, jak akurat nie kradną.
Nasz kościółek jest już gotowy! Przepiękny. Dziś rozpaliliśmy w piecu. W ołtarzu mamy krzyż z figurą Pana Jezusa – wygląda jak żywy. Patrzymy na Niego z ogromnym szankiem. Zaraz przyjdzie ksiądz i odprawi mszę. Jesteśmy tacy szczęśliwi!
W 1282 roku Leszek Czarny w krwawej bitwie rozbija siły Jaćwingów, eliminując ich przywódcę Komiatę. Wydarzenie to kładzie kres zorganizowanym najazdom tego plemienia. Nieliczni niedobitkowie, którzy pozostali nad Bugiem, z czasem całkowicie asymilują się z ludnością nadbużańską.
Jak Ci się podoba życie z Jacygami? Czy polubiłeś tutejszą ludność? Taką szczerą i prostą? Oddaliby Ci ostatnią sukmanę, podzieliliby się ostatnim plackiem, żeby tylko zobaczyć Twój uśmiech. Jesteś gotowy na więcej? Chodźmy dalej…
Jesteśmy w Porchowie. To osada na szlaku handlowym, mieszka tu około setki ludzi. Mają drewniany kościółek, a chaty stoją gęsto obok siebie – budowane są na podmurówce z kamienia, a kryte strzechą z nadbużańskiej trzciny. Przed domami płoną ogniska, a ludzie uwijają się przy swoich pracach. Kobiety pieką placki, bo przecież w każdej chwili mogą nadjechać kupcy. Słychać młot kowalski – chyba jakiś konik będzie miał nowe podkówki. Szczekają psy, kury wesoło grzebią w ziemi, pod ścianami chat kicają króliki, a stado gęsi hałasuje nad sadzawką. Dzieci biegają z jakimś patykiem…
Jest ciepły majowy dzień. Powietrze pachnie kwitnącymi jabłoniami, a wysoko w górze słychać śpiew skowronków. Od rzeki wieje wspaniały, rześki wietrzyk. W centrum wsi stoi nasz drewniany kościółek – nasza duma. Każdy mieszkaniec przyniósł swój kamień na fundamenty. W tym kościele biją serca naszych ojców i dziadów, to nasz pomnik ojczysty. Obok jest sadzawka. Co prawda jest jeszcze za zimno na kąpiele, ale kobiety już od rana uwijają się z praniem. Na ledwo zazielenionych krzewach suszą się wyprane sukmany, zapaski i wszelkiego użytku materiały.
Jankiel Srul stoi przed swoją karczmą – on też wypatruje kupców. Każdy z nas przygotował coś na wymianę. Mamy wiklinowe kosze różnej wielkości, lipowe misy, własne piwo i oczywiście suszone ryby.
W całej wsi panuje jednak jakaś napięta atmosfera. Wszyscy na coś czekają, czuć aurę wielkiej tajemnicy. Każdy nasłuchuje, dopytuje, ale chyba tylko Jankiel wie, o co naprawdę chodzi. Powiedział mi w wielkim sekrecie, że nasz władca, Wielki Książę Witold, jest niezdrów i rad by się wyspowiadać. Oj, będzie z czego! Ludzie powiadają, że żywot wiedzie wielce hulaszczy – innych nie szanuje, dworuje z sąsiadów, kościoła nie wspiera. Ale dobrze, że chociaż żal w sobie wzbudza, to może i Pan mu wybaczy. Wysłał nawet poselstwo do Łucka z zapytaniem o warunki pokuty. Coś mi się widzi, że bracia z Łucka sowitą pokutę mu zasądzą, bo i jest za co… Dobry to władca, choć rzadko u nas bywa, ale jak już się pojawi, to okrutnie swawolnie poczyna – poluje w lasach i biesiaduje tak, że strach z chałupy wychodzić!
I stało się. Bracia z Łucka dostali naszą osadę w darze. Oj, wielkie grzechy musiał nasz władca popełnić… Ciekaw jestem, jak teraz nami wielebni zarządzać będą.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
_Ciąg dalszy dostępny w pełnej wersji książki._