-
nowość
Szepty w koronach rdzew - ebook
Szepty w koronach rdzew - ebook
Deszcz znów bębni o brukowane ulice Verden, a uporządkowany świat Vinegrette’a pęka pod ciężarem mokrej gazety rzuconej na biurko przez Szarlotę Salt. Genialny badacz fal kwantowych znika bez śladu z rządowej twierdzy. Krótko po nim przepada szanowany filolog, specjalista od wymarłych języków i kultów solarnych. Co łączy najnowocześniejszą technologię ze starożytną symboliką szyszki sosny? Zmuszeni do wznowienia współpracy, analityczny detektyw i dociekliwa badaczka sztuki zanurzają się w mrok miasta. Gdzieś w cieniu pociąga za sznurki niewidzialny wróg. Dla niego ludzkość to tylko ogłuszający chaos czekający na nastrojenie. Gdy kule zaczynają świstać, a nowi sprzymierzeńcy przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi, Vinegrette i Salt muszą złamać kod, zanim ostateczny mechanizm ruszy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 206 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Minęło pięć miesięcy, odkąd uciekli z Nebelquelle, i przez cały ten czas w Verden padało tak, jakby niebo próbowało zmyć z bruku coś, co nie chciało zejść. Cisza, która nastała po tamtych wydarzeniach, była dla obojga czymś nowym i kruchym — nie spokojem, lecz raczej wstrzymanym oddechem. Vinegrette wrócił do swojego uporządkowanego świata, do gabinetu na ulicy Latarników, gdzie tysiące grzbietów ksiąg tworzyły ściany szczelniejsze niż mur, a każda myśl miała przypisaną półkę. Szarlota wróciła do swoich katalogów i reprodukcji, do bezpiecznego świata sztuki, w którym potworność była zawsze zamknięta w ramie. Oboje udawali, że to wystarcza. Oboje wiedzieli, że to kłamstwo. Bo świat, który zobaczyli pod ziemią — destylowaną w kotłach Esencję, oczy barona, gdy zrozumiał, że dziewczyna od symboli rozbiła jego dzieło o kamienną posadzkę — zostawił w nich ślad, którego nie dało się odłożyć na półkę. Vinegrette wciąż czuł czasem w nozdrzach zapach tamtej piwnicy: wilgotny kamień, miedź i słodkawy odór czegoś, co nie powinno istnieć. Ich spotkania od tamtej pory były rzadkie, pełne niedomówień i ostrożnego dystansu dwojga ludzi, którzy raz otworzyli razem pewne drzwi i odkryli, że nie potrafią ich domknąć. Tego popołudnia deszcz bębnił o szyby gabinetu równym, hipnotycznym rytmem, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wpadła Szarlota Salt. Nie pukała. Nigdy nie pukała. Była jak małe tornado — z policzkami zaróżowionymi od zimna i podekscytowania, w płaszczu ciemnym od wody, ściskając zwiniętą gazetę jak myśliwy świeżo zdobyte trofeum. Za nią, przez otwarte drzwi, wdarł się do uporządkowanego pomieszczenia szum ulicy i wilgotny chłód, jakby przyprowadziła ze sobą całe Verden. — Widział pan?! — Rzuciła gazetę na jego nieskazitelnie wyrównane biurko. Kropla deszczu spadła z jej rękawa wprost na świeże notatki, a atrament rozlał się w sinawą gwiazdę. — Profesor von Schnabstein! Ten genialny fizyk od fal kwantowych! Zniknął! Policja jest bezradna, nagłówki krzyczą, a ja czuję, że to jest coś dla nas! Na pierwszej stronie czerniał tłusty tytuł: „GENIUSZ I JEGO ASYSTENTKA ZNIKNĘLI BEZ ŚLADU! TAJEMNICA PROFESORA VON SCHNABSTEINA". Pod spodem dwa zdjęcia — surowa twarz starszego mężczyzny i rozmazana, ledwo widoczna sylwetka kobiety podpisana: Elsa Vudke. — To nasza nowa sprawa — oznajmiła, a w jej oczach płonął ten sam ogień, który kiedyś rozświetlił piwnicę pod Nebelquelle. — Musimy się tym zająć. Razem. Vinegrette nie podniósł od razu wzroku. Patrzył na rosnącą plamę atramentu, jak pochłania jego staranne pismo, i bardzo powoli odłożył pióro — gestem człowieka, który odkłada coś delikatnego, by nie roztrzaskać tego o blat. Dopiero potem spojrzał na jej rozpaloną twarz. Gdy się odezwał, jego głos był zimny. — Panno Salt, obawiam się, że doszło do nieporozumienia. Nie ma żadnych „nas". Jest prywatny detektyw — wskazał na siebie końcem pióra — i jest pani. Moja, nazwijmy to, sporadyczna konsultantka w sprawach niekonwencjonalnej symboliki. Jej entuzjazm zgasł w jednej chwili, jak zdmuchnięta zapałka. To, co przyszło zaraz po nim, było gorsze: niedowierzanie, a pod nim — narastająca furia. — Konsultantka?! — Słowo wyszło z niej syknięciem. — Po wszystkim, co przeszliśmy w Schwarzwaldzie? Po tym, jak roztrzaskałam ich „Esencję" o podłogę, kiedy pan leżał skuty w tamtej piwnicy, sprowadza mnie pan teraz do roli... konsultantki? — To były wyjątkowe okoliczności. Wymknęły się spod kontroli. — Odparł chłodno, choć czuł grunt usuwający mu się pod nogami. Sięgnął po pewność jak po poręcz. — Teraz wracamy do profesjonalnych ram. — Pański „profesjonalizm" zaprowadził pana do tamtej piwnicy! — Temperament, który tak długo trzymała na wodzy, wreszcie się wyrwał. Podeszła do biurka i oparła na nim obie dłonie, pochylając się tak, że dzieliło ich pół metra deszczowego powietrza. — Mój „amatorski chaos" pana stamtąd wyciągnął. Czy pan tego naprawdę nie rozumie? Potrzebuje mnie pan dokładnie tak samo, jak ja potrzebuję pana — czy się to panu podoba, czy nie. — Nie potrzebuję... — Więc jak będzie, panie Vinegrette? — Nie pozwoliła mu dokończyć. Jej spojrzenie było twarde i nieustępliwe, pozbawione choćby cienia tamtego dziewczęcego zapału. — Albo robimy to razem, albo rozwiążę tę sprawę sama. I zapewniam pana, że dam sobie radę. A pan zostanie tutaj, wśród swoich książek, i do końca życia będzie się zastanawiał, co takiego panu umknęło. Patrzył na nią przez długą chwilę. Słychać było tylko deszcz i tykanie zegara na półce. Widział jej gniew, jej siłę, jej absurdalną, niewzruszoną pewność — i widział, że ma rację, co było ze wszystkiego najgorsze. Wciągnął powietrze, a potem wypuścił je powoli; było to westchnienie człowieka, który właśnie przeliczył wszystkie warianty i w każdym przegrywał. — Dobrze, panno Salt — powiedział tonem, w którym rezygnacja mieszała się z czymś, czego wolał nie nazywać. — Niech będzie... „razem". Na jej twarzy pojawił się uśmiech — zwycięski, choć wciąż lekko drwiący, jakby zdawała sobie sprawę, ile go to kosztowało. — W porządku. — Vinegrette wstał i odzyskał profesjonalny ton tak gładko, jakby ich kłótnia nigdy się nie wydarzyła; jakby był to po prostu jeszcze jeden dokument, który właśnie odłożył na właściwą półkę. — Skoro jesteśmy „razem", zacznijmy od początku. Proszę mi streścić wszystko, co jest w tej gazecie. Każdy detal, nawet ten, który wydaje się pani nieistotny. Ja w tym czasie przejrzę swoje kontakty. Musimy zgromadzić każdą dostępną informację o zniknięciu profesora von Schnabsteina, zanim zrobi to za nas policja i wszystko zadepcze. Usiadł z powrotem w fotelu. Szarlota, ściągając mokry płaszcz, zajęła miejsce naprzeciwko i rozłożyła gazetę pod kręgiem lampy. Za oknem Verden tonęło w deszczu, a latarnie zapalały się jedna po drugiej, znacząc ulicę punktami rozmytego światła. W ponurym, mokrym blasku, pośród tysięcy ksiąg opisujących uporządkowany świat, ich nowy, burzliwy sojusz rozpoczynał swoje pierwsze śledztwo — żadne z nich nie przeczuwając jeszcze, że tym razem otchłań, w którą zajrzą, nie zmieści się w żadnej ramie.
Rozdział 2