Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Sześć stopni błękitu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 lipca 2026
E-book: EPUB, PDF
35,00 zł
Audiobook
30,00 zł
35,00
3500 pkt
punktów Virtualo

Sześć stopni błękitu - ebook

Inspiracją do napisania książki był prawdziwy rejs. Choć nie jest to relacja jeden do jednego, polski podpalacz z Peloponezu istniał naprawdę. W kultowym „Nożu w wodzie” Polańskiego wystąpiło troje aktorów. W mojej greckiej wyprawie jest sześcioro uczestników. Miejscem akcji nie są Mazury, stać nas teraz na cieplejsze, zagraniczne akweny. Jeśli marzycie o luksusowych wakacjach na jachcie, warto przeczytać o Grecji, która wygląda inaczej niż w ofertach all inclusive. Fabuła ukazuje współczesnych Kowalskich i Iksińskie podczas wymarzonego urlopu. To zderzenie charakterów, postaw społecznych, oczekiwań i aspiracji oglądanych przez szkło powiększające niewielkiego jachtu. Pod wieloma względami morze jest dokładnie takie samo jak w czasach Odyseusza. Wciąż wieje groźne Meltemi, a konsekwencje ludzkich błędów, kaprysy losu i zmienna pogoda mogą odwrócić bieg nawet najlepiej zaplanowanej podróży.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Podróże
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398220125
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PIERWSZY DZIEŃ

Nigdy nie przepadałem za nocnymi lotami, choć powszechnie wiadomo, że są tańsze. Zawsze wydawało mi się, że jest w tym coś głęboko upokarzającego: człowiek, który o trzeciej nad ranem próbuje uśmiechnąć się do stewardesy, staje się istotą zredukowaną wyłącznie do bagażu podręcznego i marzenia o poduszce. I oczywiście ten koronny argument: niższa cena. Jakby owo „tanio” miało nam cokolwiek wynagrodzić, jakby podróżny mógł kupić odpoczynek z przeceny. W takich chwilach czuję się zawsze turystą drugiej kategorii i obiecuję sobie, że następnym razem polecę za dnia – jak człowiek.

Wtedy, w 2007 roku, nie miałem wyjścia. Chciałem tylko odpocząć; byłem zmęczony do szpiku kości. Rok wcześniej zaciągnęliśmy kredyt na nasze pierwsze mieszkanie; daliśmy sobie pół roku na jego wykończenie, by niedługo potem wziąć ślub. Święta trójca nowoczesnego męczeństwa: kredyt, mieszkanie, remont – a na końcu wisienka na torcie: ślub.

Jak to zwykle bywa, tak dalekosiężne plany często krzyżuje los. Przyszła najcięższa zima od dekady. Nasz półroczny margines na remont topniał w oczach niczym wiosenny śnieg, ponieważ deweloper opóźnił oddanie kluczy z powodu mrozów. Dostaliśmy je wcześniej, w drodze wyjątku, tylko ze względu na zaplanowane wesele.

W pamięci utkwiła mi jedna scena: po pomalowaniu sufitu w kuchni moja narzeczona usiadła na odwróconym do góry dnem wiadrze i zaczęła płakać. Nie była to przecież krucha panienka, lecz zaprawiona w bojach harcerka, z niejedną górską czy żeglarską wyprawą na koncie.

W przedpokoju wisiała szczelnie ofoliowana suknia ślubna – do ceremonii zostało kilka dni, a mieszkanie wyglądało jak po eksplozji granatu. Nasze życie było w rozsypce. W ramach podróży poślubnej mieliśmy wykupiony rejs jachtem z Aten, a dokończenie remontu musiało poczekać na nasz powrót.

„Tu też czekają mnie odsetki i kary umowne” – pomyślałem. Kiedyś większość ludzi w moim otoczeniu nie kalkulowała w sprawach małżeństwa.

Jeśli miałeś szczęście i zakochałeś się ze wzajemnością, nie myślałeś o tym, że ewentualny rozwód może cię zrujnować. Cieszyłeś się życiem z perspektywą spędzenia starości z ukochaną osobą, a naturalnym owocem tej miłości były dzieci. Dziś ludzie nie chcą ich mieć, bo generują koszty, przeszkadzają w karierze i podróżach. Wszystko stało się emanacją egoistycznego „ja”. Jesteś prawakiem, więc masz dzieci, bo hołdujesz tradycji. Na dodatek z pewnością zaciągniesz je do kościoła. Jesteś lewakiem – nie chcesz mieć dzieci, bo planeta ledwo zipie i nie zamierzasz jej dodatkowo obciążać własnym potomstwem. No i wreszcie największa grupa: konformiści. Dzieci – owszem, ale w bliżej nieokreślonej przyszłości. Cieszmy się życiem i podróżami, teraz nie stać nas na potomstwo, a poza tym nie spotkaliśmy jeszcze odpowiedniej osoby, z którą warto by je było mieć.

Ja chciałem spłodzić syna, ale wszystko po kolei: najpierw odpoczynek podczas podróży poślubnej.

Po wyczerpującym locie i jeździe wysłużonym autobusem z lotniska stawiliśmy się bladym świtem w ateńskiej marinie, blisko centrum miasta.

Z budki przy szlabanie wyszedł do nas piesek, merdając przyjaźnie ogonem. Po chwili pojawił się drugi, trzeci, siódmy... i nagle zrobiło się groźnie, gdy urocze pieski zamieniły się w warczącą watahę.

Nie wiem, jak by się to skończyło, gdyby ze stróżówki nie wypełzł w końcu cieć i nie wrzasnął czegoś po grecku. Groźne sierściuchy w jednej chwili przestały szczerzyć kły, podkuliły ogony i zniknęły równie tajemniczo, jak się pojawiły.

Nasz wybawca nie rozumiał ani słowa po angielsku. Po prostu podniósł szlaban i wpuścił nas na teren mariny niczym niemy strażnik raju albo piekła. Całe szczęście, że nie wyciągnął ręki po zapłatę, bo wtedy miałbym pewność, że wkraczamy do Hadesu.

„Nieźle się zaczyna” – pomyślałem. Cieszyłem się w duchu, że Darek – dyrektor czy kierownik jakiegoś krakowskiego hoteliku – przejął rolę przewodnika, a może wręcz przywódcy stada, pokrzykując na całą naszą grupę:

– Tędy, tędy!

Poznaliśmy się wszyscy jeszcze przed wylotem z Krakowa. Jak to mówią, pierwszego wrażenia nie zrobisz dwa razy, choć wielu ludzi zyskuje przy bliższym poznaniu.

W porcie jachty stały w równych rzędach, zacumowane przy pomostach. Przypominały te, które rok wcześniej widziałem podczas rejsu w Chorwacji – miały imponujące kokpity, otwarte rufy, koła sterowe i zadaszenia, tak niezbędne pod palącym greckim słońcem. Sam takim pływałem i była to niezwykle komfortowa podróż, która przekonała Kasię do kontynuowania żeglarskiej przygody w innym kraju. Podobny błąd popełniają wojskowi, przygotowując się do przyszłych wojen na podstawie tych już odbytych. Tymczasem te nowe zawsze okazują się zaskakujące i zupełnie niepodobne do poprzednich. Podobnie było z nami: mając dobre wspomnienia z Chorwacji, założyliśmy, że równie wspaniale będzie w Grecji. Przecież to kraj Unii Europejskiej, organizator igrzysk olimpijskich sprzed kilku lat, turystyczna mekka. Co mogłoby pójść nie tak?!

Nasz „Agadir” stał na samym końcu mariny. W przeciwieństwie do okolicznych jachtów miał zamkniętą rufę, zwykły mazurski rumpel do sterowania i żadnego zadaszenia nad kokpitem. Wyglądał jak stara Nysa przy nowych kamperach. W myślach zakląłem szpetnie – mieliśmy na nim spędzić okrągły tydzień.

Spod pokładu wychylił się młodzian z brodą i wąsami, które zapewne miały dodawać mu powagi. Na szczęście zarost miał gęsty, więc nie wyglądał groteskowo. Ot, wilk morski na pokaz.

– Wejdźcie, rzućcie graty i odpocznijcie trochę po podróży. O dziesiątej pójdziemy do kawiarni w marinie pogadać o rejsie – rzucił i zniknął pod pokładem.

Niezgrabnie zeszliśmy pod pokład, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Jacht oferował tylko dwie zamykane kajuty, z czego jedną zajął już skipper. Wnętrze, podobnie jak wcześniej pokład, w niczym nie przypominało tego, co widzieliśmy na zdjęciach, podpisując umowę z biurem podróży. Fotki musiał robić geniusz przez duże G. W rzeczywistości panował tam mrok i ciasnota, drewniane wykończenia nosiły wyraźne ślady zużycia, a tapicerka zdecydowanie pamiętała lepsze czasy.

– Zrobimy później losowanie miejsc. Dziś i tak nie wypłyniemy, musimy ustalić trasę i zrobić zakupy. Zbiórka o dziesiątej – powtórzył i zamknął za sobą drzwi do swojej „dziupli”.

Tak nas tym zaskoczył, że nikt niczego nie skomentował. W powietrzu zawisło jednak wyraźne skrępowanie: byliśmy w dwie pary, a zamykana kajuta była tylko jedna.

– Ja nie muszę spać w zamykanej, choć młodożeńcy raczej powinni – stwierdził wspaniałomyślnie profesor Jacek.

Po nocnym locie i krótkiej drzemce marzyłem już tylko o prysznicu. Skipper poinstruował nas, jak trafić do sanitariatów w marinie, ponieważ okazało się, że nasz jacht nie posiada łazienki tylko toaletę. Po dziesięciu minutach spaceru całą ekipą dotarliśmy do czterech kontenerów, w których oddzielnie dla kobiet i mężczyzn umieszczono kabiny.

Sądziłem, że Grecja, trzy lata po igrzyskach olimpijskich, będzie pełna udogodnień dla turystów. Zimny prysznic wziąłem więc dosłownie i w przenośni. Kontenera chyba nikt nie sprzątał od czasu tamtych sportowych zmagań, bo w narożniku pod sufitem rósł największy grzyb, jakiego w życiu widziałem.

Nie wiedzieliśmy, co robić. Jeśli takie standardy panują w największej ateńskiej marinie, to czego spodziewać się gdzieś na Peloponezie?!

W końcu rzuciłem:

– Byłem w harcerstwie, muszę się wykąpać po tej cholernej nocnej podróży. Po czym wszedłem pod najdalszy prysznic w pomieszczeniu. W moje ślady – zapobiegawczo w klapkach – poszli Jacek i Darek.

W portowej kawiarni, zaraz po dziesiątej rano, mogliśmy zamówić wyłącznie coś do picia. Reszta z menu była dostępna dopiero „po południu”, jak oznajmiła zniechęconym tonem kelnerka.

Stanowiliśmy grupę niczym „Drużyna Pierścienia”. Byliśmy przypadkowym zlepkiem osób, które przypatrywały się sobie nawzajem z równie dużym zaskoczeniem co obsługująca nas dziewczyna.

Najciekawiej prezentował się Jacek, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, pozbawiony prawa jazdy i jakichkolwiek umiejętności pływackich – otyły facet około sześćdziesiątki, którego na lotnisku żegnała znacznie młodsza partnerka z dwójką nastoletnich córek.

– Byłam jego studentką, uważajcie na niego – rzuciła na pożegnanie do mojej Kaśki i drugiej uczestniczki rejsu, Agi.

Profesor, podobnie jak ja, chciał tylko odpocząć i pozwiedzać. Mgliście tłumaczył, że ten wyjazd to zalecenie z terapii małżeńskiej i musi się do niego zastosować, bo na rozwód jest już za stary, a zresztą jeden ma już za sobą. Nie miał żadnej wiedzy żeglarskiej ani doświadczenia na morzu – po prostu wykupił pierwszą lepszą wycieczkę do Grecji.

Kolejny był Darek, kierownik krakowskiego hoteliku – wysoki, postawny, ostrzyżony na zero, z wyraźnym zarostem. W pierwszej chwili pomyślałem: „alfons”. Przyjechał z Agą, dużo od niego młodszą, atrakcyjną dziewczyną, która od razu stwierdziła, że są „luźną, ale jednak parą”. Pracowała jako przedstawicielka dużej hurtowni kosmetyków i przywiozła na rejs ich pokaźny zapas – zupełnie jakby zamierzała nimi handlować, niczym w czasach PRL-u.

Kiedy przyszła pora, by każdy z nas powiedział o sobie kilka słów, Kaśka wspomniała, że to nasza podróż poślubna. Ku naszemu zaskoczeniu, wywołało to kpiące buczenie drugiej pary… Całkowicie skonsternowana dodała tylko, że pracuje w logistyce, a ja w radiu i że byliśmy już kiedyś na rejsie w Chorwacji.

Wtedy głos zabrał Darek, który chyba od samego lotniska uważał się za samca alfa naszej grupy.

– Byłem z waszą firmą w zeszłym roku na Cykladach i chętnie bym tam wrócił, bo bardzo mi się to wszystko podobało. Pomijając fakt, że był to męski rejs – dodał, zerkając dwuznacznie na swoją dziewczynę, która z kolei, niczym posłuszna gejsza, uśmiechnęła się tylko i spuściła wzrok.

Skipper przedłużał niezręczną ciszę, pociągając tonik ze szklanki, po czym swoją autoprezentacją tylko potwierdził negatywne pierwsze wrażenie.

– Pływam u tych kozojebców od kilku miesięcy. Nie szanuję ich. Kręcą, naciągają, kłamią, a przy tym są kłótliwi – oznajmił bez żenady. – Liczy się dla nich tylko kasa.

– A dla kogo się nie liczy? – wtrącił przytomnie Darek.

Lekko zbity z tropu Arek zapytał, dokąd chcemy płynąć. Jakaś opatrzność sprawiła, że Cyklady ostatecznie nie stały się naszym celem, jak sugerował Darek.

Ja z kolei forsowałem pomysł wycieczki do Koryntu. Chciałem zobaczyć słynny kanał i popłynąć dalej, do miejsca skąd mielibyśmy możliwość dojazdu do Delf. Ten „Watykan” starożytności przez ponad tysiąc lat był duchowym drogowskazem Greków i Rzymian. Pomysłem tym zachwycił się Jacek, a ostatecznie poparli go również Darek i moja Kasia. Skoro mieliśmy decydować demokratycznie, większość po prostu wygrała.

Skipper – człowiek o niepewnym spojrzeniu – optował za rejsem w bezpośrednim sąsiedztwie Aten i odwiedzeniem popularnych wysepek. Stwierdził przy tym, że w Koryncie wprawdzie nigdy nie był, ale jakoś „poradzimy sobie”.

Te słowa, zarówno na morzu, jak i w małżeństwie, prawie zawsze brzmią jak zapowiedź katastrofy.DZIEŃ DRUGI – I JUŻ MIELIZNA!

Jak już wspomniałem, na jachcie nie uświadczyliśmy pełnoprawnej łazienki, a jedynie toaletę z umywalką. Owszem, można się było opłukać na rufie, ale po pierwsze: zużywało się wtedy bezcenną słodką wodę z niewielkich zbiorników, a po drugie: robiło się to na oczach połowy portu. Służyło to raczej do szybkiego spłukania z ciała soli po morskiej kąpieli, a nie jako codzienna, poranna i wieczorna higiena dla całej załogi.

Kolejny zgrzyt – zaraz po tym, jak wyśmiano naszą podróż poślubną – nastąpił przy losowaniu kajuty. Jak się okazało, argument o nowożeńcach u drugiej pary nie przeszedł. Dopisało nam jednak szczęście w rzucie monetą. Jedyna korzyść z tej wygranej polegała na tym, że nasze rzeczy nie walały się po całym pokładzie, a przy zakładaniu gaci nie trzeba było biegać do toalety. O seksie w takich warunkach nawet nie pomyślałem, i to mimo trwającej podróży poślubnej. Sama kajuta oferowała jedynie ciasną, podwójną koję rufową. Tylko tuż za drzwiami wysokość sufitu pozwalała stanąć prosto; dalej przestrzeń zwężała się w wąską kichę, w którą na czas snu wsuwało się nogi.

Wyjście z portu po zrobieniu zakupów i zatankowaniu wody nie byłoby niczym spektakularnym, gdyby nie pewien drobny incydent. Aga założyła bikini, szeroki słomkowy kapelusz oraz ciemne okulary, po czym rozłożyła się na ręczniku na samym dziobie. Moja Kasia patrzyła na nią z lekkim zażenowaniem, zresztą podobnie jak ja. Z kolei Jackowi, Darkowi, a przede wszystkim skipperowi taki widok zdecydowanie przypadł do gustu. Ten ostatni dał temu wyraz, głośno gwiżdżąc. Darek zmierzył Arka spojrzeniem w stylu: „zabiję cię, jeśli to powtórzysz”, po czym pomaszerował na dziób i usiadł obok prężącej się towarzyszki.

Pierwszy przystanek zrobiliśmy kilka mil morskich za Atenami, obierając kurs na Kanał Koryncki. Przecinaliśmy właśnie ruchliwy tor wodny, którym w stronę greckiej stolicy raz za razem sunęły promy i inne potężne jednostki. Czas wypełniały nam nerwowe manewry i uniki, by nie zderzyć się z tymi stalowymi kolosami.

Nie czułem się zbyt pewnie na tej łupinie, i to mimo że płynęliśmy na silniku, a nie pod żaglami. Kilwater takiego promu to nic przyjemnego – trzęsie jak diabli we wszystkie strony.

Na lunch zatrzymaliśmy się w małej, idyllicznej zatoczce, nad którą wznosiło się strome wzgórze. Ponieważ na szczyt prowadziła wąska ścieżka, uznaliśmy to za świetny pretekst do krótkiej wspinaczki i zrobienia kilku panoramicznych zdjęć.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy na szczycie natknęliśmy się na ułożone z suchej trawy i patyków ognisko. W jego środek ktoś wetknął butelkę do góry dnem, tak aby jej wypukłe dno zadziałało jak lupa i podpaliło stos.

Poczułem się nieswojo.

Po udaremnieniu próby podpalenia i zniszczeniu misternej konstrukcji potencjalnego piromana wróciliśmy na jacht, opowiadając o wszystkim profesorowi oraz skipperowi.

– Kozojebcy – skwitował krótko Arek, wciągając makaron ugotowany przez Jacka w ramach pierwszej wachty w kambuzie.

– Dlaczego ktoś miałby chcieć spalić wyschnięte na wiór zarośla okalające tak piękną plażę? – zapytał retorycznie profesor.

Tego nie wiedział nikt. Bolesna prawda miała wyjść na jaw zupełnie przypadkiem dopiero jakiś czas później.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij