Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Szkarłatna Cytadela - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 czerwca 2026
E-book: EPUB, PDF
4,99 zł
Audiobook
4,99 zł
4,99
499 pkt
punktów Virtualo

Szkarłatna Cytadela - ebook

Conan, król Akwilonii, wyrusza na pole bitwy, by wesprzeć sprzymierzeńca – i zbyt późno pojmuje, że został zwabiony w pułapkę. Sojusze okazują się kłamstwem, jego armia zostaje rozbita, a on sam trafia w ręce wrogów, którym marzy się jego tron. Wtrącony w trzewia szkarłatnej twierdzy, w lochy rządzone przez czarnoksiężnika o spojrzeniu węża, barbarzyńca poznaje grozę, przy której śmierć od miecza wydaje się litością. Z dala od niego inni już dzielą jego królestwo, pewni, że nigdy nie ujrzy światła dnia. Lecz Conana nie złamią ani kajdany, ani mrok, ani magia. A ci, którzy go zdradzili, zapomnieli o jednym: barbarzyńca, który raz zdobył koronę mieczem, nie odda jej bez walki.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368914405
Rozmiar pliku: 342 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Spętali Lwa, gdy legł na Shamu złotym piasku,
żelazem skuli moc, co lśniła niegdyś w blasku;
i wzbił się ryk surm hen, pod sklepienie nieba:
„Padł władca pustyni! Lękać się nie trzeba!"
Lecz biada wam gdy zerwie swe żelazne kajdany
i wstanie Lew z niewoli, na wolność wyrwany!

–Stara Ballada

Wrzawa bitwy ucichła; okrzyk zwycięstwa zmieszał się z jękiem konających. Niczym barwne liście po jesiennej burzy, polegli zaścielali równinę; zachodzące słońce mieniło się na wypolerowanych hełmach, zdobnych złotem kolczugach, srebrnych napierśnikach, złamanych mieczach i ciężkich, królewskich fałdach jedwabnych sztandarów, powalonych w kałuże krzepnącej purpury. W milczących stosach leżały rumaki bojowe wraz ze swymi odzianymi w stal jeźdźcami, powiewne grzywy i pióropusze splamione jednako krwawym przypływem. Wokół nich i pośród nich, niczym naniesione burzą szczątki, rozrzucone były pocięte i stratowane ciała w stalowych przyłbicach i skórzanych kaftanach – łuczników i pikinierów.

Olifanty rozbrzmiewały fanfarą triumfu po całej równinie, a kopyta koni zwycięzców tratowały piersi pokonanych, gdy wszystkie rozproszone, lśniące szeregi zbiegały się ku środkowi niczym szprychy migotliwego koła, ku miejscu, gdzie ostatni z żywych wciąż toczył nierówny bój.

Tego dnia Conan, król Akwilonii, ujrzał, jak kwiat jego rycerstwa zostaje rozniesiony w pył, zmiażdżony i rozbity na strzępy. Z pięcioma tysiącami rycerzy przekroczył południowo-wschodnią granicę Akwilonii i wjechał na trawiaste łąki Ofiru, by zastać swego niegdysiejszego sprzymierzeńca, króla Amalrusa z Ofiru, sprzysiężonego przeciw niemu wraz z zastępami Strabonusa, króla Kothu. Zbyt późno dostrzegł zasadzkę. Uczynił wszystko, co w ludzkiej mocy, ze swymi pięcioma tysiącami jazdy przeciwko trzydziestu tysiącom rycerzy, łuczników i włóczników spiskowców.

Bez łuczników i piechoty rzucił swą opancerzoną konnicę na nacierające zastępy, ujrzał, jak wrodzy rycerze w lśniących kolczugach padają pod jego kopiami, rozdarł na strzępy nieprzyjacielski środek, gnając rozbite szeregi przed sobą – tylko po to, by uwięznąć jak w imadle, gdy nietknięte skrzydła zwarły się wokół niego. Szemiccy łucznicy Strabonusa zasiali spustoszenie wśród jego rycerzy, naszpikowując ich strzałami, które trafiały w każdą szczelinę zbroi, kładąc konie, a kothyjscy pikinierzy rzucali się naprzód, by przebić powalonych jeźdźców. Opancerzeni kopijnicy rozgromionego środka zwarli na nowo szyki, wzmocnieni jeźdźcami ze skrzydeł, i szarżowali raz za razem, zmiatając pole samą przewagą liczebną.

Akwilończycy nie uciekli; polegli na polu bitwy, i z pięciu tysięcy rycerzy, którzy poszli za Conanem na południe, ani jeden nie zszedł z pola żywy. A teraz sam król stał w potrzasku pośród posiekanych ciał swoich przybocznych, plecami oparty o stos martwych koni i ludzi. Ofirscy rycerze w pozłacanych kolczugach przesadzali na koniach pagórki trupów, by ciąć samotną postać; krępi Szemici o sinoczarnych brodach i ciemnolicy rycerze kothyjscy otaczali go pieszo. Szczęk stali wzbijał się ogłuszająco; czarno odziana sylwetka króla Zachodu górowała pośród rojących się wrogów, zadając ciosy niczym rzeźnik wymachujący wielkim tasakiem. Konie bez jeźdźców pędziły przez pole; wokół jego okutych żelazem stóp narastał krąg poszarpanych ciał. Napastnicy cofali się przed jego rozpaczliwą zaciekłością, dysząc, z twarzami pobladłymi.

Teraz przez wrzeszczące, klnące szeregi nadjechali władcy zwycięzców – Strabonus o szerokiej śniadej twarzy i przebiegłym spojrzeniu; Amalrus, szczupły, wybredny, zdradziecki, niebezpieczny niczym kobra; oraz wychudły sęp Tsotha-lanti, odziany jedynie w jedwabne szaty, którego wielkie czarne oczy lśniły z twarzy podobnej obliczu drapieżnego ptaka. O tym kothyjskim czarnoksiężniku krążyły mroczne opowieści; rozczochrane kobiety w wioskach na północy i zachodzie straszyły jego imieniem dzieci, a krnąbrnych niewolników szybciej niż batem doprowadzano do skruszonej uległości groźbą sprzedania go w jego ręce. Powiadano, że posiadał całą bibliotekę mrocznych dzieł oprawnych w skórę zdartą z żywych ofiar, i że w bezimiennych lochach pod wzgórzem, na którym stał jego pałac, paktował z mocami ciemności, wymieniając krzyczące niewolnice na bezbożne tajemnice. To on był prawdziwym władcą Kothu.

Teraz uśmiechnął się ponuro, gdy królowie ściągnęli wodze w bezpiecznej odległości od groźnej, okutej żelazem postaci górującej pośród zabitych. Przed dzikimi błękitnymi oczami płonącymi morderczo spod pierzastego, powgniatanego hełmu cofał się i najodważniejszy. Ciemna, naznaczona bliznami twarz Conana pociemniała jeszcze bardziej z furii; jego czarna zbroja była posiekana w strzępy i zbryzgana krwią; wielki miecz czerwony aż po jelec. W tej ostatecznej próbie cała powłoka cywilizacji opadła; to barbarzyńca stał naprzeciw swoich pogromców. Conan z urodzenia był Cymmeryjczykiem, jednym z tych srogich, posępnych górali, którzy zamieszkiwali swą mroczną, zachmurzoną krainę na północy. Jego saga, która wywiodła go aż na tron Akwilonii, stała się osnową całego cyklu opowieści o bohaterach.

Tak więc obaj królowie trzymali się teraz z daleka, a Strabonus rozkazał swoim szemickim łucznikom razić wroga strzałami z dystansu; jego dowódcy padali niczym dojrzałe zboże pod mieczem Cymmeryjczyka, Strabonus zaś, równie skąpy na rycerzy jak na złoto, pienił się z wściekłości. Lecz Tsotha pokręcił głową.

– Wziąć go żywcem.

– Łatwo powiedzieć! – warknął Strabonus, niespokojny, że czarno odziany olbrzym mógłby jakimś sposobem przerąbać sobie drogę ku nim przez las włóczni. – Któż weźmie żywcem ludożernego tygrysa? Na Isztar, depcze po karkach moich najlepszych szermierzy! Wyszkolenie każdego z nich kosztowało siedem lat i stosy złota, a oto leżą niczym żer dla sępów. Strzały, powiadam!

– Po raz wtóry – nie! – uciął Tsotha, zsiadając z konia. Roześmiał się zimno. – Czyż dotąd nie pojąłeś, że mój umysł potężniejszy jest niż jakikolwiek miecz?

Przeszedł między szeregami pikinierów, a olbrzymy w stalowych hełmach i kolczych kaftanach cofały się trwożliwie, byle tylko nie dotknąć choćby skraju jego szaty. Nie mniej skwapliwie ustępowali mu z drogi pierzasto upierzeni rycerze. Przestąpił trupy i stanął twarzą w twarz z ponurym królem. Wojska patrzyły w napiętej ciszy, wstrzymując oddech. Czarno opancerzona postać górowała w straszliwej grozie nad chudą, w jedwabie odzianą sylwetką, a wyszczerbiony, ociekający krwią miecz zawisł wysoko.

– Daruję ci życie, Conanie – rzekł Tsotha, a okrutna wesołość bulgotała gdzieś w głębi jego głosu.

– Ja daruję ci śmierć, czarowniku – warknął król i poparte żelaznymi mięśniami oraz dziką nienawiścią wielkie ostrze opadło w ciosie, który miał przeciąć szczupły tułów Tsothy na pół. Lecz nim jeszcze wojownicy zdążyli krzyknąć, czarownik skoczył naprzód – zbyt szybko, by oko mogło za nim nadążyć – i pozornie tylko położył otwartą dłoń na lewym przedramieniu Conana, z którego naprężonych mięśni odpadł płat kolczugi. Świszczące ostrze zboczyło z łuku, a opancerzony olbrzym runął ciężko na ziemię i legł bez ruchu. Tsotha zaśmiał się bezgłośnie.

– Podnieście go i nie lękajcie się; kły lwa zostały wyrwane.

Królowie ściągnęli wodze i z nabożnym lękiem spoglądali na powalonego lwa. Conan leżał sztywno, niczym martwy, lecz jego oczy wpatrywały się w nich szeroko otwarte, płonące bezsilną wściekłością.

– Coś mu uczynił? – spytał Amalrus niespokojnie.

Tsotha pokazał szeroki pierścień o osobliwym wzorze, tkwiący na jego palcu. Ścisnął palce, a po wewnętrznej stronie pierścienia wysunął się maleńki stalowy kieł, niczym język węża.

– Nasączono go sokiem purpurowego lotosu, który rośnie na nawiedzanych przez upiory bagnach południowej Stygii – rzekł czarodziej. – Sprowadza on chwilowy paraliż. Zakujcie go w kajdany i połóżcie na rydwanie. Słońce zachodzi, czas wyruszyć w drogę do Khorshemish.

Strabonus zwrócił się ku swemu wodzowi, Arbanusowi.

– Wracamy do Khorshemish z rannymi. Towarzyszyć nam będzie jeno oddział królewskiej jazdy. Twoim zadaniem jest ruszyć o świcie ku granicy Akwilonii i obiec miasto Shamar. Ofirczycy dostarczą ci żywności po drodze. Dołączymy do ciebie najrychlej, jak zdołamy, z posiłkami.

Tak więc zastęp – z rycerzami zakutymi w stal, z pikinierami, łucznikami i obozową czeladzią – rozbił obóz na łąkach nieopodal pola bitwy. A wśród rozgwieżdżonej nocy dwaj królowie oraz czarnoksiężnik, który był potężniejszy od każdego króla, jechali do stolicy Strabonusa, otoczeni lśniącym pocztem pałacowym, ciągnąc za sobą długi szereg rydwanów wyładowanych rannymi. W jednym z nich leżał Conan, król Akwilonii, obciążony łańcuchami, ze smakiem klęski w ustach i ze ślepą wściekłością osaczonego tygrysa w duszy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij