Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Szklany świt - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 maja 2026
2974 pkt
punktów Virtualo

Szklany świt - ebook

Stary dom, tajemnicze morderstwo sprzed lat i czas, który przestaje istnieć.

Julia Schmidt wiedzie spokojne życie u boku kochającego męża, jednak coś mrocznego i przerażającego próbuje wpełznąć do jej stabilnego świata. Kobieta zaczyna słyszeć głosy, których nikt inny nie słyszy. Z domu znikają przedmioty, dni i tygodnie jej uciekają. A kiedy wygląda przez okno, czuje, że czai się za nim potworne zło. Dociera do niej, że granica między tym, co prawdziwe, a tym, co może być snem, jest bardzo cienka. Tkwi w obłędzie, którego zdaje się nie dostrzegać nikt z jej bliskich.

Tylko czy jej bliscy naprawdę są godni zaufania?
Szklany świt to mroczny i duszny thriller psychologiczny o manipulacji, paranoi, rodzinnych sekretach i balansowaniu na cienkiej linii dzielącej rzeczywistość od szaleństwa. To również niesamowicie wciągający „eksperyment”, w którym trudno określić, kto jest ofiarą, a kto katem.

Im głębiej wejdziesz w tę historię, tym trudniej będzie ci z niej wyjść!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-977618-7-2
Rozmiar pliku: 818 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Czasem budzisz się nagle w środku nocy z uczuciem, że coś lub ktoś cię obserwuje. Rozglądasz się, szukasz, ale pokój jest pusty. Cienie są nieru­chome, nie dzieje się nic, co mogłoby być bardziej przerażające niż samo życie. Oddech wraca do rytmu, a serce, choć jeszcze niespokojne, powoli zwalnia w piersi. Przekonujesz się, że to tylko sen.

Ale co, jeśli nie? Co, jeśli to właśnie wtedy jesteś najbliżej prawdy?

Może świat, który uznajemy za pewnik, jest tylko cieniem czegoś głębszego, odbiciem na wodzie, która nigdy nie stoi w miejscu. Może nasze wspomnienia są śladami innych snów, które przyśniły się komuś dawno temu i tylko przez przypadek znalazły się w naszych głowach.

Czy kiedykolwiek obudziliśmy się naprawdę? Czy każde przebudzenie nie jest tylko przejściem do kolejnego snu – bardziej realistycznego, lepiej oświetlonego, ale wciąż utkanego z tej samej materii?

Z ulotności, z pyłu, z wyobrażenia?

Może to, co uważamy za życie, jest opowieścią, którą ktoś inny właśnie zapomina.

A my, wędrując pośród ludzi, dotykając dłoni, patrząc w oczy, szukamy tylko dowodów, że istniejemy naprawdę. One jednak wciąż rozpływają się jak wszystko inne.

Bo może istnienie to po prostu sen, który wciąż się odtwarza, nieustannie powraca, tworząc iluzję rzeczywistości.

Widzisz ślady na podłodze, których nie pamiętasz. Czujesz zapach w powietrzu, który budzi wspomnienie, choć nie wiesz, skąd ono pochodzi. Myślisz, że to tylko twoja wyobraźnia, ale czym jest wyobraźnia, jeśli nie drzwiami do miejsca, w którym wszystko się zaczęło i wszystko może się skończyć?

Prawda nie zawsze przychodzi w świetle. Czasem pojawia się szeptem w ciemności. Nieproszona. Nieuchwytna.

A kiedy już raz ją zobaczysz…

Nigdy więcej nie zaśniesz spokojnie.PROLOG

2005 rok

Złość malowała się na idealnie ogolonej twarzy mężczyzny. Gniew pulsował w jego skroniach, dłonie drżały z napięcia. Wszystko mogło się rozsypać w drobny mak przez zachłanność prostackiej dziewuchy. Zbyt wiele poświęcił, by teraz to stracić. Całe lata ciężkiej pracy i poświęceń miałyby pójść na marne? Nie, na to nie mógł pozwolić.

Ruszył przez pokój szybkim krokiem, niemal przewracając po drodze krzesło. Frustracja buzowała w nim z każdym krokiem. Musiał działać według planu. I to natychmiast.

Spojrzał na zegarek, czując, jak krople potu zaczynają toczyć się wzdłuż jego karku. Czas uciekał nieubłaganie, a on musiał działać szybko. Powinien zakończyć ten cyrk raz na zawsze. Nie pozostawiła mu wyboru. Żadnego.

Zdjął marynarkę i koszulę, przewiesił je przez oparcie krzesła, dbając o to, by się nie pogniotły. Spodnie starannie złożył w kostkę i ułożył na siedzisku. Każdy ruch wykonywał w skupieniu. Potem ubrał się w czarny dres, a na wierzch założył gumowe rybackie spodnie i płaszcz przeciwdeszczowy. Podziękował sobie w duchu za oprzyrządowanie, które przewidująco pozostawił w bagażniku po ostatnim wędkowaniu.

– Nie dałaś mi wyboru. Za nieposłuszeństwo należy się kara – powiedział do siebie.

Wyszedł z biura, wsiadł do samochodu i zerknął w lusterku wstecznym na swoje odbicie. Jego oczy byłe zimne i zdecydowane.

***

Mrok przyszedł szybko, jak zawsze o tej porze roku. Powietrze niosło już ze sobą powiew późnojesiennego chłodu, a w wyższych partiach gór w oddali dało się zauważyć leżący śnieg. Kamila siedziała w samochodzie nad wąwozem, czekając, tak jak się umówili. Czas dłużył się jej niemiłosiernie, a panująca wokół ciemność i odgłos ulewy tylko potęgowały uczucie niewypowiedzianego strachu. Kołyszące się na wietrze bezlistne gałęzie drzew rzucały złowrogie cienie na szyby samochodu. Po jej plecach przebiegł zimny dreszcz. Spodziewała się, że będzie zdenerwowany, ale musiała się zabezpieczyć na wypadek, gdyby ktoś chciał ją zwolnić. Spojrzawszy we wsteczne lusterko, zauważyła odbijające się w nim przednie światła drugiego auta. Serce jej przyspieszyło, a dłonie samoistnie zacisnęły się na kierownicy, instynktownie szukając poczucia bezpieczeństwa.

– No, nareszcie – powiedziała sama do siebie, nie odrywając ­wzroku od lusterka.

Mężczyzna wysiadł z samochodu. Mimo zacinającego deszczu spokojnym krokiem podszedł i otworzył drzwi od strony pasażera.

– Długo kazałeś na siebie czekać – stwierdziła, obrzucając go szybkim spojrzeniem. – Wybierasz się na ryby? – Jej śmiech zabrzmiał nerwowo i sztucznie.

– Gdzie dokumenty? – zapytał zimnym głosem.

– Nie tak szybko… – zaczęła, ale nie dał jej szansy dokończyć.

Płynnym ruchem wyjął dłoń z kieszeni i wręcz niezauważalnie wbił nóż w jej brzuch. Krew trysnęła gwałtownie, brudząc tapicerkę. Kamila, nie do końca rozumiejąc, co się właśnie wydarzyło, spojrzała na niego raz jeszcze. W tym momencie dłoń w czarnej lateksowej rękawiczce chwyciła ją za brodę, a nóż jednym płynnym ruchem przesunął się po jej szyi, tnąc głęboko i precyzyjnie. Z krtani kobiety zaczęła bulgotać krew, która momentalnie zalała jej ubranie. Morderca, dłonią wciąż podtrzymując jej twarz, z niewzruszonym spokojem w oczach patrzył, jak uchodzi z niej życie.

– Wybacz, moja piękna. Za daleko to zaszło i nie miałem wyboru – powiedział. – Popatrz, do czego doprowadziłaś. Mówiłem, ostrzegałem. Nie posłuchałaś. Za nieposłuszeństwo jest kara adekwatna do czynów.

Puścił z uścisku jej podbródek i wyszedł na zewnątrz, zabierając z tylnego siedzenia teczkę z dokumentami, którą wsunął za poły płaszcza. Deszcz wciąż padał intensywnie. Obszedł samochód dookoła, wyciągnął bezwładne ciało kobiety i zrzucił je w dół. Patrzył, jak stacza się po kamienistym brzegu leśnego nasypu, a kiedy zniknęło mu z oczu, wrzucił luz i zepchnął także samochód.

– Nie dałaś mi wyboru – powtórzył, patrząc za zsuwającym się pojazdem. – Żadnego. Ale teraz będzie już tylko dobrze. Będzie dobrze.

Deszcz padał tak mocno, że w pewnym momencie mężczyzna nie był już w stanie dostrzec niczego. Zdjął gumowe rękawiczki, wsunął je do kieszeni płaszcza i wolnym krokiem ruszył w stronę swojego auta, znikając w mroku nocy.ROZDZIAŁ PIERWSZY

2010 rok

W mieście panowały gigantyczne korki. Julia Schmidt, zdezorientowana i zaniepokojona, od kilkudziesięciu minut praktycznie stała w miejscu, próbując nie zwariować od wszechobecnego trąbienia i wrzasku poirytowanych kierowców. Każdy dźwięk klaksonu uderzał w jej skronie niczym młot. Migrena, która w ostatnich dniach nasilała się mimo dużych dawek paracetamolu i ćwiczeń relaksacyjnych, teraz wydawała się nie do zniesienia. Julia czuła, jakby jej czaszka miała za chwilę eksplodować. Nie miała siły tkwić już dłużej pośród zgiełku miasta. Potrzebowała odpoczynku, długiego odpoczynku, a każda kolejna minuta w samochodzie pogarszała jej samopoczucie.

Wreszcie po nieokreślonym, niemiłosiernie ciągnącym się czasie auta przed nią zaczęły się leniwie toczyć, więc i ona powoli włączyła się do ruchu. Po kilkunastu minutach zjechała z obwodnicy i skręciła w prowadzącą do jej domu leśną drogę. Jakieś nieprzyjemne uczucie zawładnęło jej ciałem. Ten odcinek zazwyczaj ją uspokajał, jednak dziś zamiast ulgi odczuwała ucisk w klatce piersiowej. Coś gniotło ją od wewnątrz, niosąc przerażające wrażenie, że jest obserwowana. Że ktoś przeszywa niewidzialnym spojrzeniem jej samochód i obejmuje chłodem całe jej ciało. W lesie panowała cisza, zmącona jedynie odgłosem pracującego silnika, ale wewnętrzny instynkt Julii krzyczał, że nie jest sama. Starając się nie patrzeć w lusterka, dojechała do domu. Dopiero gdy zamknęła drzwi wejściowe na oba zamki, odetchnęła z ulgą. Serce powoli odzyskiwało prawidłowy rytm. Coś było z nią ostatnio nie tak. Wiedziała o tym zbyt dobrze. Zerknęła na wiszące w przedpokoju lustro i chociaż na zewnątrz wyglądała tak samo, to nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jej wzrok staje się coraz bardziej pusty. Przetarła zmęczoną twarz dłońmi, bo ból głowy znów zaczynał przybierać na sile. Czuła nieprzyjemne mrowienie w karku, a w czaszce ponownie zadudniło.

– Julka, wszystko w porządku? – zapytał znienacka Grzegorz.

Popatrzyła na niego zaskoczona, zupełnie nie spodziewając się jego obecności.

– Jak… jak wszedłeś? – zapytała drżącym głosem.

Przed oczami zaczęły jej tańczyć mroczki.

– Skarbie, no co ty, przecież przez garaż. – Cmoknął ją przelotnie w czubek nosa i ruszył do kuchni.

Widziała jego plecy przez wirujące przed oczami czarne kropeczki. Odgłos, jaki wydał ekspres do kawy, wbił ostry sztylet w jej skroń.

– Nie wyglądasz najlepiej. – Odwrócił się i spojrzał na nią z troską.

Szybko zamrugała, by złapać ostrość obrazu.

– Zasuń, proszę, wszystkie rolety i sprawdź, czy dobrze zamknąłeś garaż. Ja pójdę się na chwilę położyć – powiedziała cicho, czując ponownie jakiś nieprzyjemny dreszcz przebiegający po jej ciele.

Bała się. Bała, choć nie do końca wiedziała czego i dlaczego.

Trzymając się ściany, praktycznie po omacku pokonała klatkę schodową i korytarz prowadzący do sypialni. Liczyło się tylko to, aby mogła przyłożyć głowę do poduszki, dlatego przed łóżkiem zsunęła jedynie ze stóp obuwie, po czym weszła pod kołdrę. Ból przeszył jej skronie, przyprawiając ją o mdłości. Syknęła głośno. Otępiające uczucie w szalonym tempie rozlało się po wszystkich komórkach, nie dając jej nawet cienia szansy na to, by zarejestrowała cokolwiek, co się wokół niej działo. Przez chwilę trwała w zawieszeniu między bolesną jawą a błogim snem, aż w końcu uczucie lekkości ogarnęło jej umysł.

Najpierw przyszło ciepło. Fala senności wypełniła jej ciało, lecz zamiast zapadać się w zwykłą ciemność, Julia poczuła delikatne i nieuchwytne unoszenie. Myśli oderwały się od rzeczywistości i popłynęły w innym kierunku. Powietrze wokół niej zgęstniało.

Zwykły pokój zniknął, a w jego miejsce pojawiła się przestrzeń – ni to las, ni to pustka. Mgła, przesączona złotym światłem, otaczała ją ze wszystkich stron. W powietrzu unosiły się liście, porwane przez niewidzialny wiatr. Nie była tu sama. Czuła to aż nadto.

Oddech. Była niemalże pewna, że za sobą czuje i słyszy czyjś oddech. Serce wręcz wyskoczyło z klatki piersiowej, a żyły pulsowały niemiłosiernie, tłocząc krew w oszołamiającym tempie. Już miała zacząć krzyczeć, kiedy gdzieś obok zabrzmiał czyjś głos.

– Idziesz?

Odwróciła się gwałtownie. Na granicy mgły stała postać – wysoka, spowita cieniem, lecz jej oczy zdawały się odbijać światło. Nie była pewna, czy to ktoś znajomy, czy ktoś, kogo miała dopiero poznać.

– Dokąd? – spytała, a jej własny głos zabrzmiał obco.

– Tam, gdzie myśli odnajdują swoje zakończenia… albo gdzie giną na zawsze.

Zawahała się na krótki moment, jednak niewidzialna siła popchnęła ją naprzód. Zrobiła krok. A potem kolejny. I wtedy słowa zaczęły spływać w jej umysł, nie jak obce dźwięki, ale jak coś, co od zawsze tam było.

– Kim jesteś? I dokąd mnie prowadzisz?

– Ja ciebie? Nigdzie.

– Jak to nigdzie? – zapytała przestraszona.

– Czyżbyś się bała? – Postać się zatrzymała, a powietrze wokół nich zaczęło nienaturalnie wirować. Leżące na ziemi liście poderwały się.

Zrobiło się zimno. Bardzo zimno. Julia objęła się ramionami, jednak odnosiła wrażenie, że chłód wydobywa się z niej samej.

– Strach jest tylko tym, co może wytworzyć twoja głowa.

– Ale…

– Pamiętaj, nie zawsze czarne jest czarne. Nie zawsze. Czasem ciemność wychodzi stamtąd, gdzie znajduje się serce.

Słowa odbiły się w jej głowie kilkukrotnie i z taką intensywnością, że z trudem wyrwała się ze snu, łapczywie chwytając oddech.

Rozejrzała się wokół zdezorientowana. Obok łóżka paliła się niewielka lampka, a za oknem było już zupełnie ciemno.

To tylko sen… – próbowała się uspokoić, chociaż słowa kobiety jeszcze brzmiały jej w głowie. Nie mogła tylko zrozumieć, co postać miała na myśli. I dlaczego jej wzrok i głos były tak bardzo hipnotyzujące.

Miała dziwne wrażenie, że coś wisi w powietrzu. Coś nastąpi.

Przetarła oczy dłońmi, by pozbyć się resztek snu spod powiek, i zdała sobie sprawę, że panuje wyjątkowa cisza. Nasłuchiwała jakichkolwiek odgłosów, lecz dom zdawał się zastygły w całkowitym milczeniu. Odruchowo spojrzała na szafkę nocną. Stała na niej szklanka z wodą, a obok leżała mała żółta kapsułka. Przez moment próbowała sobie przypomnieć, czy sama ją sobie przyniosła przed snem i zapomniała zażyć, czy zrobił to Grzegorz, jednak zaspany umysł odmówił jej posłuszeństwa. Nie zastanawiając się nad tym dłużej, zażyła pigułkę i zwlekła się z łóżka. Zeszła do salonu, gdzie Grzesiek siedział na kanapie i czytał książkę.

– Zdrzemnęłaś się? – zapytał, podnosząc na nią wzrok.

– Tak, ale nadal nie czuję się najlepiej.

Poszła do kuchni i nalała sobie soku, ale gdy podniosła szklankę do ust, jej ręka niekontrolowanie zadrżała.

Dziwne – przemknęło jej przez głowę, kiedy uświadomiła sobie, że niezależnie od jej woli dłoń nadal drży.

– Skarbie, co się dzieje? – Grzegorz stanął tuż za nią.

Odstawiła szklankę na blat i szybkim ruchem schowała dłonie do kieszeni, aby mąż niczego nie zauważył.

– Ostatnio kiepsko wyglądasz. Martwię się – dodał i położył ręce na jej ramionach. Delikatnie, jakby się obawiał, że ona się rozsypie.

– Nie wiem, to chyba ta zimowa aura tak na mnie działa – wytłumaczyła, nie bardzo wiedząc, czy chce przekonać jego, czy samą siebie.

– Powinnaś odpocząć. Weź może kilka dni wolnego, wyśpij się, zrelaksuj. – Mówił spokojnym tonem, przesuwając ręce w kierunku jej barków. – Ja też mam ostatnio ciężki czas. Góra ciśnie o lepsze wyniki, wszyscy oszaleli w poszukiwaniu nowych klientów – westchnął ciężko, po czym spojrzał na jej twarz i zmarszczył brwi. – Płaczesz?

Julka szybko starła łzę z policzka.

– To tylko… od bólu głowy. Przytul mnie po prostu – poprosiła cicho, chowając głowę w jego ramionach.

Objął ją mocno. Jednak mimo jego bliskości wciąż gdzieś z tyłu głowy odczuwała ten dziwny lęk, który nasilał się z przypływem kolejnej fali migreny.

– Zamówię kolację, a ty idź się odświeżyć – zaproponował, całując ją w czoło. – Kąpiel dobrze ci zrobi.

Uśmiechnął się do niej, a ona popatrzyła na niego z czułością. Był dobrym człowiekiem, wrażliwym, czułym, opiekuńczym. Poznała go kilka lat wcześniej, gdy jako dziennikarka prowadziła z nim wywiad o firmie farmaceutycznej, której był przedstawicielem. Po tamtej rozmowie zaprosił ją na kawę, a po kilkunastu miesiącach byli praktycznie nierozłączni, stanowiąc zgrany duet. Po dwóch latach wzięli ślub i prowadzili w miarę spokojne życie.

W skroni ponownie zapulsowało. Zmrużyła oczy, bo światło znów zaczęło jej przeszkadzać. Odwróciła się na palcach i ruszyła do łazienki.

Kąpiel nieco rozluźniła jej ciało i na chwilę złagodziła ból. Julia leżała w wannie niemal po brzegi wypełnionej wodą, starając się nie myśleć o swoim złym samopoczuciu, tylko przenieść uwagę na projekt, który miała oddać w najbliższym czasie. Ciepło wody przyniosło ulgę na tyle, że pogrążyła się w zamyśleniu. Było jej dobrze. Cicho i przyjemnie.

W pewnym momencie jakieś nieokreślone uczucie ogarnęło jej umysł. Otworzyła oczy i dopiero wtedy dotarło do niej, że znajduje się pod wodą. Panika sięgnęła zenitu, zaciskając pętlę na jej szyi. Ostatkiem sił wynurzyła się z wody, zaczerpnęła powietrza w spazmatycznym odruchu, kaszląc i krztusząc się. Po chwili z jej ust wyrwał się wrzask – pełen strachu, desperacji i wściekłości. Nie przestawała krzyczeć, wierząc, że tylko w ten sposób może uwolnić się od paraliżującego uczucia paniki, które trzymało ją w swoich szponach.

– Kochanie, co się dzieje? – Przestraszony Grzesiek wpadł do łazienki.

Julia cała się trzęsła.

– Grześ… – wychrypiała przestraszona. – Topiłam się… Topiłam i nawet o tym nie wiedziałam.

Otulił ją ręcznikiem i przyciągnął do siebie.

– Już dobrze, Julcia. Wszystko w porządku… Po prostu zasnęłaś pod wpływem ciepłej wody, ale teraz naprawdę nic się nie dzieje.

***

Julia podniosła głowę na dźwięk alarmu budzika. Próbowała go jeszcze przez kilka minut lekceważyć, ale sygnał stawał się coraz bardziej uporczywy. Kątem oka spojrzała na cyferblat, nie rozumiejąc, co się dzieje.

Szósta trzydzieści.

Usiadła na łóżku i ze zdziwieniem stwierdziła, że jej męża nie ma obok. Próbowała sobie przypomnieć cokolwiek z wczorajszego wieczoru, ale w miejscu wspomnień pojawiła się złowroga czarna dziura. Przetarła twarz dłońmi w nadziei na przebudzenie umysłu i niepewnie wyszła z sypialni. Dom ponownie zdawał się nienaturalnie cichy. Dreszcz niepokoju znów przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Przystanęła nad schodami. Jakiś głos zaszeleścił jej za uchem niczym powiew nieprzyjemnego chłodu. Nabrała więcej powietrza, aby zagłuszyć to dziwne uczucie, gdy nagle schody, jeden po drugim, zaczęły się poruszać. Patrzyła na nie szeroko otwartymi oczami, oniemiała z przerażenia. Zupełnie nie mogła tego pojąć. Stopnie płynęły w dół niczym ruchome schody w centrum handlowym. Zamrugała, jednak to nic nie dało.

– Skarbie, co ty robisz? – Głos Grześka wyrwał ją z transu.

Stał na końcu korytarza i patrzył na nią skonsternowany.

Odwróciła głowę w jego stronę, a potem z powrotem przeniosła wzrok na schody, ale ze zdziwieniem stwierdziła, że nic się nie dzieje. Stopnie tkwiły w miejscu bez żadnego ruchu, żadnej anomalii.

– One przecież… Te schody… one przecież… – próbowała wyartykułować, ale głos ugrzązł jej w gardle.

– One przecież co? – zapytał ponownie, z widoczną troską w oczach.

Julia popatrzyła raz jeszcze w dół klatki schodowej. Nic się nie działo. Kompletnie nic. Zacisnęła powieki i ponownie je otworzyła.

– Nie, nic. Zaspana chyba jeszcze jestem – skłamała, chcąc sama uwierzyć w to, co mówi. – Chcesz kawy? – zapytała, żeby odwrócić jego uwagę od swojego dziwacznego zachowania.

– Tak, chętnie. Wezmę prysznic i zaraz zejdę.

Poczekała, aż jej mąż wejdzie do łazienki, i niepewnie postawiła stopę na pierwszym schodzie. Nic. Był tak samo nieruchomy jak zawsze. Zeszła ostrożnie i dopiero na dole odetchnęła z ulgą. Przystanęła jeszcze przy schodach w obawie, że ponownie zaczną falować, ale nic takiego nie nastąpiło. Słyszała jedynie szum wody dochodzący z górnej łazienki.

W kuchni zasłonięte rolety zewnętrzne blokowały dopływ światła. Nastawiła ekspres i podeszła do okna. Poczuła niepokój, stając przed zasłoniętą szybą. Uruchomiła mechanizm i po chwili szarość poranka wlała się do środka. Przymknęła powieki, próbując uspokoić szybciej bijące serce. Ciarki przebiegły jej po plecach. Leżący na sofie rudy kot zjeżył się i zaczął ostrzegawczo posykiwać, co wcale nie zmniejszyło jej niepokoju. Uczucie bycia obserwowaną przeniknęło ją do głębi. Powoli odwróciła głowę i spojrzała w każde z okien po kolei. Padał deszcz, wiał wiatr, ale oprócz tego nie było niczego, co powinno ją niepokoić, jednak dojmujące uczucie, że ktoś na nią patrzy, stało się niemal nie do wytrzymania. Podniosła kubek z kawą do ust. Gorzki płyn pozostawiał na podniebieniu przyjemny posmak, ale nie zagłuszył tego odczucia. Wręcz przeciwnie – miała nieodparte wrażenie, że czyjś wzrok się na niej skupia. Dłoń zaczęła jej drżeć i kawa rozlała się na podłogę. Napar poparzył jej skórę, jednak Julia nie zwróciła uwagi ani na to, ani na bałagan, który zrobiła – stała nieruchomo jak zahipnotyzowana, wpatrując się przed siebie.

– Co ty wyprawiasz?

Na dźwięk głosu Grześka podskoczyła, rozlewając resztę kawy.

– Przepraszam, zaraz to uprzątnę – wymamrotała cicho, starając się uniknąć spojrzenia męża. – Po prostu się zamyśliłam…

Obejrzała się przez ramię, by spojrzeć na rozległy teren za oknem, i niepewnym krokiem przeszła do kuchni. W każdej komórce swojego ciała czuła, że coś jest nie tak.

***

– Chyba mamy problem z twoim autem – odezwał się Grzegorz, kiedy Julia usiadła przy stole. – Wygląda na to, że wycieka z niego olej. Lepiej go dzisiaj nie używaj, trzeba go jak najszybciej zawieźć do mechanika.

– Jak to? – Zmarszczyła brwi.

– Wracałem z joggingu i zauważyłem na podjeździe ciemną plamę. Na moje oko to olej.

Julia odgarnęła kosmyk włosów z twarzy, czując rosnące zdenerwowanie.

– Ale… muszę dziś jechać do biura.

– Jak się pośpieszysz, to mogę cię podrzucić – zaproponował.

– Niepotrzebnie. Pojadę sama.

Grzegorz spojrzał na nią z konsternacją.

– Czym? Przecież…

– Pożyczę twój – powiedziała, nakładając na talerz porcję jajek na twardo z majonezem i szczypiorkiem.

– Nie zapominaj, że jadę nim do pracy – odparł zdumiony Grzegorz, zatrzymując łyżkę tuż przy ustach.

– Ty jeździsz służbowym, a ja potrzebuję podjechać do firmy, więc wezmę ten, który stoi w garażu. Skoro mój jest niesprawny, muszę pożyczyć twój, nie mam innego wyjścia – kontynuowała, nie zwracając uwagi na jego zdumienie.

Grzegorz popatrzył na nią znad talerza.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – odchrząknął zmieszany. – Dawno nie jeździłaś automatem.

– Uważasz, że nie potrafię prowadzić?

– Kochanie, przecież wiesz, że nie to mam na myśli, po prostu martwię się o ciebie.

– O mnie czy o swój wóz? – zażartowała, chcąc rozładować napiętą atmosferę. – Nie martw się. Zarówno ja, jak i twoja czarna perła dotrzemy z powrotem całe i zdrowe – zapewniła.

Grzegorz uśmiechnął się blado.

– Dobrze. Tylko błagam, uważaj przy wyjeżdżaniu z garażu – poprosił, patrząc na nią wymownie.

– Będę – obiecała i szybko dokończyła śniadanie.

Przez chwilę siedzieli jeszcze w ciszy, pogrążeni we własnych myślach. To był zwykły poranek, jakich wiele. I właśnie ta zwykłość dawała złudne poczucie bezpieczeństwa.

Julia wstała od stołu i nie patrząc na męża, zapytała:

– Gdzie kluczyki?

– Na komodzie. I proszę… – westchnął.

– Tak, wiem, przy wyjeżdżaniu z garażu. Zadzwonię, jak wrócę – powiedziała, podrzucając kluczyki w dłoni.

– Julka… – Grzegorz spojrzał na nią z lekkim uśmiechem.

– Tak?

– Kocham cię.

Jej serce ścisnęło się na chwilę.

– Ja ciebie też, Grześ – odpowiedziała, po czym wyszła.

Czuła na sobie jego spojrzenie. Dziwnie przenikliwe i zimne. Na dodatek towarzyszyło jej poczucie pewności, że nie tylko wzrok męża był w tej chwili na niej skupiony.

***

Po kilku godzinach spędzonych w zatłoczonym i gwarnym biurze głowa Julii ponownie zaczęła wrzeć. Mroczki latały jej przed oczami jak szalone, a tętno pulsowało zdecydowanie zbyt szybko. Marzyła już tylko o jednym – by wrócić do domu i odpocząć. Pozbierała wszystkie materiały potrzebne jej do pracy zdalnej i szybkim krokiem opuściła budynek. Mroźne powietrze uderzyło ją w twarz, kiedy wybiegła na zewnątrz, obładowana teczkami i papierami. Szum pod czaszką narastał, a ona nerwowo szukała wzrokiem swojego samochodu.

Cholera jasna! Gdzie ten wóz? – zastanawiała się, przy okazji rzucając pod nosem kilka niecenzuralnych słów. Wreszcie przypomniała sobie, że powinna szukać samochodu Grzegorza. Ruszyła w prawo, a tuż przed autem zahaczyła obcasem o wystającą kostkę brukową. Wszystko, co trzymała, rozsypało się na ubłoconym chodniku, a ona ledwie zdołała utrzymać równowagę.

– Jasna cholera!

Miała już dosyć tego dnia. Otworzyła bagażnik i schyliła się po dokumenty, a wtedy jej wzrok zatrzymał się na zarysowanym nadkolu. Między kołem a błotnikiem tkwiła wbita gałąź.

Grzesiek mnie udusi – pomyślała ponuro i chwyciła gałąź, żeby ją wyjąć. Szarpała, zastanawiając się, jak to możliwe, że tak mocno się zaklinowała, skoro przez las jechała z raczej niewielką prędkością.

– Pomóc pani? – Męski głos oderwał ją od siłowania się z kawałkiem drzewa.

Odwróciła się gwałtownie. Mężczyzna patrzył na nią z lekkim rozbawieniem.

– Będę wdzięczna – przyznała, odsuwając się nieco. – Nie mam pojęcia, jak ona się tam dostała.

Mężczyzna schylił się, kręcąc głową.

– Musiała pani szybko jechać, że to się tak mocno wbiło – stwierdził.

Julia myślała gorączkowo, analizując podróż przez las. Była pewna, że jechała powoli, jednak teraz zaczęła mieć wątpliwości.

– Widocznie tak – przyznała zrezygnowana.

– Proszę bardzo. – Mężczyzna podniósł się, trzymając w ręku sporych rozmiarów patyk. – Cud, że nie wbił się w oponę.

Julia uśmiechnęła się blado.

– Dziękuję serdecznie, sama bym tego nie wyjęła.

Ponownie schyliła się, żeby pozbierać papiery, po czym wrzuciła je do bagażnika i wsiadła za kierownicę. Musiała złapać oddech, bo nerwy tłukły jej wnętrze jak uderzenia w worek bokserski. Drżącą ręką sięgnęła do kieszeni płaszcza po telefon, jednak gdy próbowała go wyciągnąć, aparat wyślizgnął się jej z dłoni i wpadł pod siedzenie.

– Już… weź oddech – szepnęła, zamykając oczy. – To tylko zły dzień. Wyciągniesz ten telefon, odpalisz samochód i dojedziesz bezpiecznie do domu.

Wzięła głęboki wdech i zanurkowała ręką pod siedzenie. Opuszkami palców wyczuwała aparat, ale nie mogła go dosięgnąć na tyle, aby go pewnie pochwycić. Spróbowała jeszcze raz – nadal bez skutku. Już miała wyjąć dłoń spod fotela, kiedy natrafiła na jakiś maleńki przedmiot. Chwyciła go i delikatnie wyjęła. Ze zdziwieniem patrzyła na kolczyk w kształcie serduszka wykonany z białego złota i wysadzany małymi brylancikami.

– Rany… – szepnęła zaskoczona. – Skąd się tu wziął mój kolczyk?

Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jechała tym samochodem razem z Grześkiem. W jej głowie pojawiły się dziesiątki pytań i znów to uczucie… Nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak, że coś umyka jej uwadze.

– Dobrze, że się znalazłeś – westchnęła z ulgą i schowała ozdobę do wewnętrznej kieszeni płaszcza.

Sięgnęła dłonią po raz kolejny, tym razem głębiej, i udało jej się dosięgnąć telefonu. Wsunęła go do torebki, odpaliła silnik i ruszyła w stronę domu. Deszcz ze śniegiem utrudniał płynną jazdę po zatłoczonym mieście. Julia nie lubiła zimy ze względu na warunki na drodze, z jakimi musiała się zmagać za każdym razem, gdy wsiadała za kierownicę. Mieszkali na dość sporym wzniesieniu, a droga przez las o tej porze roku zawsze była wyzwaniem. Starała się skupić na jeździe, ale wciąż gryzło ją wspomnienie znalezionego kolczyka. Ten mały przedmiot niczym magnes przyciągał jej myśli. W głowie znowu jej zapulsowało.

Przystanęła na skrzyżowaniu. Dreszcze przebiegły przez jej ciało, kiedy spojrzała w prawo. Droga, skąpana w dziwnym mroku, zdawała się przyciągać ją do siebie. Przez ułamek sekundy miała ochotę skręcić, mimo że nie wiedziała dlaczego. Serce biło jej mocno, a jej oczy błądziły po lesie. Ściana wysokich, gęstych drzew po obu stronach jezdni tworzyła malowniczy, lecz jednocześnie przerażający krajobraz.

Ktoś mnie obserwuje – przeleciało jej przez głowę.

Ruszyła z piskiem opon i co chwilę zerkała w tylne lusterko. Dopiero kiedy zaparkowała w garażu, dała upust nerwom i pozwoliła sobie na łzy. Bała się. Po raz kolejny przeraźliwie się bała wysiąść z samochodu, mimo że przecież znajdowała się już w bezpiecznym miejscu.

Położyła dłonie na policzkach, starając się uspokoić. Zabrała ze sobą dokumenty, które przywiozła, i nie rozglądając się, opuściła garaż. Dom wydawał się jej teraz niemożliwie wielki i pusty. Stała w korytarzu i nasłuchiwała. Cisza. Żadnych odgłosów, żadnego dowodu na obecność kogokolwiek. Tylko kot pomrukiwał, zwinięty w kłębek na fotelu. Odetchnęła głęboko i położyła wszystko na stole w jadalni. Sięgnęła do wewnętrznej kieszeni i wyjęła kolczyk. Mienił się, nienaturalnie przyciągając jej uwagę.

– Dobrze – powiedziała do siebie. – Założę je dziś, może poprawią mi humor.

Położyła kolczyk na komodzie w przedpokoju i poszła do sypialni po drugi. Podniosła wieko szkatułki i oniemiała. W środku znajdowały się dwa kolczyki w kształcie serduszek.

Zamknęła oczy, nie dowierzając. Fala paniki zaczęła wzbierać w jej piersi.

Przecież to niemożliwe. Skoro tutaj są dwa, to skąd tamten wziął się w samochodzie? – myślała gorączkowo. Wzięła oba kolczyki i zbiegła do przedpokoju. Stanęła jak wryta. Serce jej łomotało, a zimny pot wystąpił na jej czoło. Kolczyk, który parę minut temu odłożyła na komodę, zniknął. Zaczęła przesuwać dłonią po blacie z nadzieją, że wzrok ją myli i wyczuje go pod palcami. Nic. Spróbowała raz jeszcze, tym ­razem przesuwając ręką wolniej. Wciąż nic. Schyliła się i zaczęła dotykać wykładziny.

Przecież musi tu być – gorączkowo przeszukiwała podłogę, nie rozumiejąc, co się dzieje.

Spojrzała pod komodę, lecz tam też niczego nie dostrzegła.

W panice, że ma omamy, spojrzała na swoją lewą dłoń. Wciąż trzymała oba serduszka zabrane ze szkatułki w sypialni. Bez zastanowienia założyła je na uszy i zaczęła na kolanach przeczesywać wykładzinę dywanową centymetr po centymetrze, a z każdym kolejnym ruchem popadała w coraz większy obłęd. Kolczyka znalezionego w samochodzie nigdzie nie było.

Zakryła usta dłonią, a następnie pobiegła z powrotem do sypialni, gdzie złapała za telefon i wybrała numer do Gabi. Odpowiedziała poczta głosowa. Nie miałaś kiedy wyłączyć telefonu, tylko akurat teraz – pomyślała. Serce podskoczyło jej do gardła, łomocząc boleśnie. Nie wiedziała, co robić. Rozejrzała się po pokoju i zatrzymała wzrok na laptopie.

OD: juliasch@

DO: gabijan11@

TEMAT: Kolczyk

Gabi, dzieją się dziwne rzeczy, sytuacje… Boję się, nie wiem, o co chodzi, ale zaczyna mnie to przerażać. Proszę, jak tylko będziesz mogła – dzwoń natychmiast.

Kliknęła „wyślij” i popędziła do przedpokoju z nadzieją, że w magiczny sposób kolczyk pojawi się na komodzie.

Pustka. Nie była pewna, czy odczuwa ją wewnątrz siebie, czy widzi przed sobą. Uklęknęła ponownie i na czworakach przeszukiwała podłogę. Krew aż szumiała w całym jej ciele. Miała wrażenie, że za moment pęknie w niej jakaś żyłka.

– Czy mogę wiedzieć, co ty znów wyprawiasz? – Grzesiek stał w drzwiach wejściowych, patrząc na nią z wyrazem bezgranicznego zdziwienia na twarzy.

Usiadła ciężko na podłodze, ogarnięta totalną bezsilnością. Była zdruzgotana na myśl, że to wszystko się jej tylko przywidziało.

Grzesiek podszedł do niej i pomógł jej wstać.

– Znalazłam w samochodzie kolczyk… – zaczęła mówić, płacząc i przytulając się do niego. – Położyłam go na komodzie. Poszłam po drugi, żeby je założyć, ale okazało się, że oba są w szkatułce… – ­tłumaczyła nieskładnie, szlochając. – A ten z samochodu wyparował. Nie ma go nigdzie, a jestem pewna, że go znalazłam.

Chciała coś dodać, ale głos uwiązł jej w gardle.

– To tak jak z tą gałęzią, która pojawiła się znikąd – wyszeptała po chwili.

Grzesiek zmarszczył brwi.

– Jaka gałąź? – zapytał zaskoczony.

– Między koło a nadkole wbiła się gałąź – wyszlochała Julia, ocierając mokre policzki rękawem. – Przepraszam, nie mam pojęcia, jak to możliwe, bo jechałam bardzo powoli i omijałam wszelkie przeszkody, ale ona tam była…

Jej płacz jeszcze się nasilił.

– Jula, uspokój się, proszę – powiedział cicho Grzegorz. – Wszystko da się jakoś wytłumaczyć, tylko bez nerwów.

Uniósł delikatnie jej podbródek, zmuszając, by spojrzała mu w oczy.

– Może z roztargnienia zabrałaś ten kolczyk ze sobą do sypialni i tylko wydawało ci się, że zostawiłaś go na komodzie? Uspokój się, bo panika niczemu nie służy, a już na pewno nie przynosi niczego dobrego. A gałąź mogła zaklinować się za kołem, nawet jeśli jechałaś powoli. Zdarza się. Naprawdę, nie masz się czym martwić.

Odczekał chwilę, aż jej oddech się uspokoił.

– Już dobrze, kruszynko. Zrobię ci herbatę, położysz się, odpoczniesz i wszystko będzie w porządku. – Ucałował ją w czoło. – Idź do sypialni, przyniosę ci leki przeciwbólowe – powiedział, odwracając ją w stronę korytarza.

Nie oponowała, bo wiedziała, że teraz nie ma innego wyjścia, jak tylko wtulić się w poduszkę i dać sobie czas na odpoczynek. Weszła do sypialni i zaciągnęła rolety do samego końca. Światło drażniło jej oczy. Chwilę później pojawił się Grzesiek ze szklanką soku porzeczkowego i proszkiem przeciwbólowym. Zażyła lekarstwo bez słowa, kątem oka zauważając, że mąż zamyka jej laptopa. Chciała go jeszcze poprosić, aby sprawdził, czy Gabi odpisała na jej wiadomość, ale nie zdążyła, bo zapadła w głęboki sen.

Stała pośrodku długiego korytarza. Nie miała zielonego pojęcia, jak się tu znalazła, ale jakoś nie czuła niepokoju. Raczej dziwną pewność, że powinna iść naprzód. Powietrze wokół było jakby gęste, a każdy jej ruch zostawiał za sobą ledwo widoczny ślad. Korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność, choć była przekonana, że gdzieś na jego końcu coś na nią czeka.

– Jesteś. – Jakiś głos nagle poniósł się echem wzdłuż korytarza.

Julia zadrżała, a jej serce mocno zabiło. W odległości kilkunastu metrów przed nią majaczył zarys sylwetki.

– Zastanawiałaś się kiedykolwiek, jak daleko mogą zajść myśli, nim znikną w cieniu własnych pytań? – zapytała postać i ruszyła, nim Julia zdążyła odpowiedzieć.

Kobieta przełknęła ślinę, ale poszła za nieznajomym, przyciągana niewidzialną siłą.

– Czy mogą dotknąć miejsc, do których ciało nie ma dostępu? – kontynuowała postać. – Czy mogą przejść przez drzwi zamknięte na klucz i odkryć to, co skryte w najciemniejszych zakamarkach serca?

– Pytasz poważnie? – Zdziwiła się Julia.

– Oczywiście. Wiesz, czasem myślę o tych, które nigdy nie wracają, które giną gdzieś po drodze, rozproszone, rozpłynięte jak kropla wody w morzu. Co je tam spotyka? Jakie obrazy, jakie sny? Czy mogą odczuwać strach, zagubienie? Czy są jedynie cichymi świadkami tego, co przemija, co nieuchwytne?

– My nadal mówimy o myślach? Bo brzmi to raczej jak analiza psychologiczna.

Na moment zapadła cisza. Dziwna. Nierealnie namacalna. Julia poczuła mrowienie na karku, potem na ramionach. Coś ledwo wyczuwalnego musnęło jej skórę.

Przełknęła ślinę, z każdą sekundą coraz bardziej świadoma, że coś się zmienia. Powietrze zgęstniało, zrobiło się chłodniejsze, a mimo to na jej skroni pojawiła się kropla potu.

I wtedy usłyszała głos. Tuż przy uchu, tak blisko, że czyjś ciepły oddech zmieszał się z jej własnym.

– A może to nie my myślimy, ale to myśli myślą nas?

W głowie Julii rozbrzmiał potężny dźwięk, który wstrząsnął całym jej ciałem. Myśli rozsypały się w chaosie, a serce przyspieszyło, bijąc w nierównym rytmie. Przez ułamek sekundy czuła jeszcze ten oddech na swojej skórze, ciężki i zimny, ale gdy spróbowała odsunąć się o krok, grunt pod stopami zniknął.

Spadała.

Ręce instynktownie zacisnęły się na pościeli, ciało szarpnęło do przodu, a powietrze wpadło do płuc w gwałtownym hauście. Otworzyła oczy i rozejrzała się oszołomiona. Była w swoim pokoju, ale w uszach nadal brzmiał jej ten szept, jak echo, które nie chciało zniknąć. Oniemiała, zerknęła na budzik, który wskazywał ósmą czterdzieści rano. Wszystko jej się zlewało w jedną plamę. Jakieś głosy, jakieś przedmioty. Przed oczami przeskakiwały obrazy, których za nic nie mogła sobie przypomnieć. Podniosła się do pozycji siedzącej. Spostrzegła, że jest w piżamie, więc albo przebrała się sama i tego nie pamiętała, albo przebrał ją Grzesiek, czego też nie pamiętała. Myślenie o tym wydawało się zbyt trudne. Wstała i wyszła z sypialni, po czym prawie bezszelestnie podeszła do schodów.

Nic. Tylko tykanie zegara.

Patrzyła na stopnie biegnące w dół, przypominając sobie, jak niedawno tańczyły jej przed oczami. Teraz jednak były nieruchome. Nabrała powietrza i trzymając się blisko ściany, zeszła do salonu. Jej spojrzenie automatycznie zatrzymało się na komodzie, a mózg próbował sobie przypomnieć dlaczego. Przymknęła powieki.

Skup się – powtarzała sobie w głowie. – To nie takie trudne, tylko skup się na tym.

Stała tak jeszcze przez chwilę, aż otworzyła oczy i spojrzała w lustro. Na uszach miała dwa serduszka.

– Kolczyk! – Przypomniała sobie o całej sytuacji i o wiadomości do Gabi. – Zadzwonić, muszę do niej zadzwonić! – Zaczęła w panice szukać komórki.

Przeszukała kuchnię, salon i resztę pomieszczeń w domu, ale telefonu nigdzie nie było.

Dłonie zaczęły jej dygotać. Wzięła głęboki oddech i wróciła do sypialni, żeby sprawdzić laptopa. Była pewna, że przyjaciółka odpisała na maila, nie mogąc się do niej dodzwonić. Z nadzieją otworzyła komputer, nie było jednak żadnej odpowiedzi. Coraz bardziej zdenerwowana, chciała sprawdzić, o której wysłała wiadomość, weszła więc w folder
„wysłane” i zamarła.

Nie było żadnej wiadomości wysłanej do Gabi.

– To niemożliwe… – wyszeptała, czując, jak uginają się pod nią nogi.

Sprawdziła wszystkie inne foldery. Nic. Znajdowała same stare ­maile, ale z poprzedniego dnia nie było żadnego. Zakręciło jej się w głowie. Sufit niczym fala odpływu zdawał się zabierać jej tlen, a ściany wirowały wokół niej.

Nic nie rozumiała. Nie potrafiła tego w żaden sposób wytłumaczyć. Myśli przelatywały jej w głowie z prędkością światła, ale żadna z nich nie przynosiła rozwiązania, tylko jeszcze większy chaos. Cała sytuacja wydawała się tylko snem. Dziwnym, niepokojącym snem. Spojrzała w okno. Grzesiek musiał podnieść rolety przed wyjściem do pracy i do sypialni wpadały promienie słońca. Chciała choć przez chwilę skupić uwagę na czymś kompletnie bez znaczenia, bo odnosiła wrażenie, że znajduje się obok siebie. Że obserwuje wszystko jako widz, stojąc gdzieś z boku, a mimo to czuje ogromny strach.

Dlaczego nie ma wiadomości wysłanej do Gabi? Czy na pewno ją wysłałam? I gdzie się podziała komórka? Co się ze mną ostatnio ­dzieje? – intensywnie przeczesywała zakamarki pamięci, aż w końcu nie wytrzymała i zasłoniła oczy dłońmi, chcąc uspokoić myśli.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij