Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Szkoła szpiegów. Kierunek: Alaska - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 stycznia 2026
3199 pkt
punktów Virtualo

Szkoła szpiegów. Kierunek: Alaska - ebook

Uwaga, czas na operację „Feniks w płomieniach”!

Ben Ripley i jego przyjaciele z Akademii Szpiegostwa ruszają na Alaskę trenować pod okiem Cyrusa Hale’a. Ćwiczenia z orientacji w terenie, łamania szyfrów i tworzenia materiałów wybuchowych z artykułów gospodarstwa domowego idą całkiem nieźle, jednak Cyrus nieoczekiwanie wpada w ręce wroga! Czy uda się go uwolnić? Kim jest rosyjski agent Iwan Szubrawski, który maczał palce w porwaniu? I kto tu kogo właściwie robi w konia?

Arktyczny wicher, góry lodowe i eksplodująca kra nie ułatwiają zadania nastoletnim agentom, ale na szali jest nie tylko przyszłość zasłużonego szpiega i dziadka Eriki. Tu ważą się losy całego świata…

Kolejna część bestsellerowej serii sprawdzonej w akcji (w każdych warunkach)!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-838-0348-7
Rozmiar pliku: 3,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1. Relokacja

Rozdział 2. Manewry na wodzie

Rozdział 3. Transmisja

Rozdział 4. Awiacja

Rozdział 5. Infiltracja

Rozdział 6. Samoobrona

Rozdział 7. Spotkanie

Rozdział 8. Konspiracja

Rozdział 9. Wygnanie

Rozdział 10. Informacje

Rozdział 11. Desperacja

Rozdział 12. Przemyt dzikich zwierząt

Rozdział 13. Neutralny grunt

Rozdział 14. Detonacja

Rozdział 15. Ratunek

Rozdział 16. Inwazja

Rozdział 17. Pułapka

Rozdział 18. Łamanie szyfrów

Rozdział 19. Pod ochroną

Rozdział 20. Sprawy rodzinne

Rozdział 21. Tropienie

Rozdział 22. Konfrontacja

Rozdział 23. Bunt

PodziękowaniaDla Garretta, Simone, Bustera i Bixby

14 czerwca

Od: ■■■■■■■■, agent emerytowany

Do: ■■■■■■■■■■■■■■■■, dyrektorka generalna CIA

Temat: Operacja „Feniks w płomieniach”

Droga ■■■■■■■■■■■■■■■■,

wydarzenia ostatnich tygodni stanowią czarną kartę w historii CIA. Moja ukochana Alma Mater – akademia, w której uczyła się również Pani, jak i wielu innych agentów – została zdemaskowana i niemal zniszczona. Nie sposób dalej prowadzić tam zajęć, pod znakiem zapytania staje więc przyszłość całego pokolenia agentów.

Na szczęście nie jesteśmy bezradni. Na Pani prośbę załączam moją propozycję dotyczącą dalszego – potajemnego – szkolenia niewielkiej grupy uczniów, którzy wykazali się już w terenie: ■■■■■■■■ ■■■■■■■■, ■■■■■■■■■■■ ■■■■■, ■■■■■■■■ ■■■■■■■■, ■■■■■■■■ ■■■■■■■■, ■■■■■■■■ ■■■■■■■■ oraz ■■■■■■■■ ■■■■■■■■. Chętnie będę nadzorować ich dalszą naukę wraz z ■■■■■ ■■■■■■■■■■■, ■■■■■■■■■■■■ ■■■■, ■■■■■■■■■■■■■■■■, ■■■■ ■■■■ ■■■■■■■■ i ■■■■■■■■■■■ ■■■■■. ■■■■■■■■■■■■■■■■ również się zgłosił, ale sądzę, że jego obecność mogłaby raczej zaszkodzić, niż pomóc.

Powodzenie operacji będzie zależało od utrzymania jej w tajemnicy. Dlatego zalecam relokację do ■■■■■■■■■■■ ■■■■■ ■■■■■■ ■■■■■■■■■■, a potem do ■■■■■ ■■■■■■■■■■■ ■■■■■■■■■■■ ■■■■■, jak również ■■■■■■■■, ■■■■■ ■■■■■■■ ■■■■■■■■ ■■■■, ■■■■■■■■, przy użyciu ■■■■■■■■■■■ ■■■■■ ■■■■■■ ■■■■■■■ ■■■ ■■■■■ ■■■. Powinniśmy też z całą pewnością ■■■■■ ■■■■■■■■■ ■■■■■ ■■■■■, żeby nie zrobił się prawdziwy bałagan.

Proszę o jak najszybszą odpowiedź. Mój zespół czeka w gotowości.

Z poważaniem

■■■■■■■■■■■■■■■■

PS ■■■■■■■■ pyta, czy może prosić o przepis Pani męża na sałatkę ziemniaczaną, którą podaliście podczas naszych ostatnich odwiedzin. Wiem, że to ściśle tajne, ale może nam Pani zaufać. Jesteśmy gotowi zrewanżować się przepisem na szarlotkę.

Rozdział 1

RELOKACJA

Placówka pomocnicza Akademii Szpiegostwa CIA

Park Narodowy Kenai Fjords, Alaska

17 lipca

Godzina 10.00

Erica Hale zawisła na swojej linie wspinaczkowej, wsparta nogami o ścianę klifu sto sześćdziesiąt metrów nad ziemią, i zapytała:

– Co to za zapach?

Przerwałem schodzenie i znieruchomiałem obok niej, pewien, że się przesłyszałem.

– Czy właśnie spytałaś mnie, co to za zapach?

– Owszem.

Zerknąłem w dół, na ziemię, od której dzieliło mnie jakieś pięćdziesiąt pięter, i natychmiast tego pożałowałem. Z tej wysokości nawet największe drzewa wyglądały jak krzaczki. Wczepiłem się w skałę, aż pobielały mi knykcie.

Tymczasem Erica wyglądała na całkiem wyluzowaną, jakby siedziała sobie na wygodnej kanapie wśród poduszek.

– Nie musisz się kurczowo trzymać. Twój przyrząd asekuracyjny dociska linę i nie pozwoli ci spaść – powiedziała.

– Wiem. Ale czuję, że tak jest bezpieczniej.

– Nie jest. Niepotrzebnie się męczysz. Puść skałę i wyluzuj. – Odepchnęła się nogami i pomknęła nad otchłanią, wyszczerzona jak dziecko na huśtawce. Lina jęknęła ostrzegawczo pod jej ciężarem, ale na Erice nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Znów podleciała do ściany i z hukiem uderzyła w nią podeszwami butów.

Kilka kamieni oderwało się i runęło w przepaść pod naszymi nogami.

Mimo słów Eriki jeszcze mocniej wbiłem palce w ścianę klifu.

– Możemy ruszać dalej? – spytałem.

– Najpierw odpowiedz.

– W czym problem?! – zawołał ktoś z góry. Zza położonej piętnaście metrów nad nami krawędzi klifu wyjrzała Zoe Zibbell.

Obok niej zobaczyłem uśmiechniętą twarz Mike’a Brezinskiego.

– Czy Ben schizuje?

– Wcale nie! – odkrzyknąłem natychmiast.

Mike i Zoe wymienili spojrzenia.

– Schizuje – stwierdziła Zoe.

– No raczej! – wrzasnąłem. – Wisimy na skalnej ścianie, a zamiast po prostu schodzić, Erica chce, żebym powiedział, jaki czuję zapach!

– Musisz być zawsze wyczulony na otoczenie – wyjaśniła Erica. – Wykorzystywać wszystkie zmysły. Chwilowo skupiłeś się tylko na ścianie klifu.

– Ściana jest dla mnie bardzo istotna! Jeśli spadnę, zginę.

Stojąca na górze Zoe mocno wciągnęła powietrze.

– Ja czuję w powietrzu strach.

– Czyli Bena – rzuciła Erica.

Miała rację. Choć było lato, temperatura na Alasce wynosiła zaledwie dziesięć stopni, a do tego wiał zimny wiatr, ale ja i tak pociłem się jak mysz. Mój zapach było chyba czuć z odległości dwóch kilometrów.

Mike też głęboko odetchnął.

– Ja czuję igły sosnowe – stwierdził. – I nutę morskiej bryzy.

– Oraz świeżej trawy – dodała Zoe. – Wspaniała mieszanka.

– Prawda – zgodził się Mike. – Właśnie taki zapach usiłują podrobić producenci odświeżaczy powietrza.

Choć znajdowali się na szczycie ekstremalnie wysokiego klifu, wydawali się absolutnie spokojni. Z naszej czwórki jedynie ja miałem dość rozsądku, żeby przerażała mnie wizja upadku i śmierci. Ale zrozumiałem już, że Erica nie pozwoli mi zejść, dopóki nie odpowiem na jej pytanie. Im dłużej zwlekałem, tym dłużej musiałem wisieć nad przepaścią.

Przełknąłem strach i niepewnie zacząłem węszyć. Poza zapachem mojego ciała wyłapałem jeszcze wonie sosen, morskiej bryzy i trawy, o których wspominali moi przyjaciele. Oraz inne: piaszczysty, suchy zapach kamiennej ściany, gęsty aromat lasu... i piżmowy, ziemisty odorek, którego nie potrafiłem zidentyfikować. Chociaż wydawał mi się z jakichś przyczyn istotny.

Użyłem innych zmysłów, aby odkryć jego źródło.

Oderwałem wzrok od kamiennej ściany. Okazało się, że mam z tego punktu fantastyczny widok. Był piękny, bezchmurny dzień, co jest nietypowe na południowym wybrzeżu Alaski, widziałem więc teren w promieniu wielu kilometrów w każdym kierunku. Klif, z którego dyndałem, piętrzył się wśród bujnego lasu, otoczony z jednej strony przez fiord i zatokę, od której fal odbijało się słońce, a z drugiej – przez postrzępiony łańcuch górski. Góry wieńczyło pole lodowe Hardinga o powierzchni ponad tysiąca ośmiuset kilometrów kwadratowych i grubości dochodzącej do niemal dwóch tysięcy metrów. Wyrastały z niego liczne lodowce, które sunęły zacienionymi dolinami w stronę wody. Tereny były tak niedostępne i dzikie, że w historii naszej planety nie oglądał ich prawie nikt. Góra, z której schodziliśmy, nie miała nawet nazwy.

Byliśmy całkowicie odcięci od świata. Do najbliższego miasteczka – zamieszkanego przez raptem tysiąc osób – przy dobrej pogodzie płynęło się cztery godziny. A przy złej pogodzie (czyli zazwyczaj) w ogóle nie sposób było tam dotrzeć. Mieszkaliśmy w drewnianych chatach ukrytych w lesie u podnóża klifu, nad brzegiem jeziora polodowcowego. Daleko w dole widziałem ich dachy, choć z tej wysokości wyglądały jak domki z gry Monopoly. (Nawet kolor się zgadzał – były zielone, żeby lepiej kamuflować się wśród drzew). Energię czerpaliśmy ze słońca. Zamiast kanalizacji mieliśmy latrynę. Zabraliśmy ze sobą suchy prowiant, między innymi wielkie wory fasoli i ryżu, ale żywiliśmy się przede wszystkim roślinami, które zdołaliśmy zebrać, i rybami z jeziora. Całkiem jakbyśmy cofnęli się w czasie.

Jeszcze kilka tygodni wcześniej wszyscy mieszkaliśmy w zupełnie innym miejscu – na gotyckim kampusie Akademii Szpiegostwa CIA, w samym sercu Waszyngtonu. Istnienie szkoły szpiegów długo stanowiło tajemnicę; naszą placówkę oficjalnie nazywano Akademią dla Uzdolnionej Młodzieży imienia Świętego Smithena. Niestety, prawdę na temat szkoły ujawnił jej dawny uczeń, a obecnie wrogi agent – Murray Hill. Był moim arcywrogiem. Pokrzyżowałem kilka z jego złowieszczych planów, a on w ramach zemsty wyznaczył nagrodę za moją głowę i zdradził sekret szkoły płatnym zabójcom z całego świata. CIA uznała program za stracony, zamknęła akademię i odesłała uczniów do domów, żeby mogli wrócić do normalnego życia...

Wszystkich poza naszą czwórką.

Cyrus Hale, dziadek Eriki i powszechnie szanowany szpieg, zasugerował rozwiązanie pozwalające uratować choćby niewielką część programu: należało wybrać kilkoro uczniów i wywieźć ich w odosobnione miejsce, gdzie mogliby dalej pobierać nauki pod okiem samego Cyrusa. Operacja była tak ściśle tajna, że nawet w CIA wiedzieli o niej nieliczni. Nasz dawny dyrektor nie miał o niej pojęcia (chociaż dla niego to akurat standard).

Erica, Zoe, Mike i ja zostaliśmy wybrani dlatego, że zupełnym przypadkiem wszyscy prowadziliśmy już działania w terenie. Wedle regulaminu uczniowie powinni ruszać na misje dopiero po ukończeniu nauki, a więc po siedmiu latach wytężonej pracy... ale los miał co do nas inne plany. W pierwszej misji brałem udział na skutek serii pomyłek, po tym, jak CIA wykorzystała mnie w charakterze przynęty, aby schwytać działającego w szkole kreta, przed którym uratowała mnie ostatecznie Erica. Później kolejne dziwne zrządzenia losu sprawiły, że Erica i ja braliśmy udział jeszcze w dziewięciu wspólnych operacjach, podczas których często ważyły się losy świata. Na szczęście ostatecznie zawsze odnosiliśmy sukces.

Właśnie dlatego, mimo że miałem na koncie zaledwie półtora roku nauki w szkole szpiegów, a czternaście lat skończyłem dopiero miesiąc wcześniej, trafiłem do grupy wybrańców. Mike’a i Zoe wytypowano, ponieważ uczestniczyli w kilku spośród naszych późniejszych misji. Zoe uczyła się na moim roku, a Mike, choć byliśmy w tym samym wieku, technicznie rzecz biorąc, był o rok niżej. (Przyjaźniliśmy się w zwykłej podstawówce, a CIA zwerbowała go, kiedy domyślił się prawdy o szkole szpiegów).

Erica była z nas wszystkich zdecydowanie najbardziej wykwalifikowana. Ukończyła cztery lata nauki w akademii, ale jako członkini rodziny Hale’ów była szkolona właściwie od narodzin. Hale’owie szpiegowali dla Stanów Zjednoczonych, zanim stały się one niezależnym państwem, a przodkowie matki Eriki równie długo działali na rzecz Anglii. Można powiedzieć, że dziewczyna szpiegostwo miała we krwi. (Jej pierwsze pełne zdanie brzmiało: „Ajestuję cię za zdjadę ojcyzny”). Dlatego właśnie była lepsza od pozostałych uczniów w szkole... oraz od wielu dorosłych z CIA. I dlatego teraz uczyliśmy się od niej, choć miała tylko niecałe dwa lata więcej niż ja.

Była też, dodajmy, moją dziewczyną. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia – czy raczej od pierwszego zderzenia, bo powaliła mnie na łopatki podczas egzaminu wstępnego do szkoły szpiegów – i od tamtej chwili nie mogłem o niej zapomnieć. Przez dłuższy czas absolutnie się mną nie interesowała, ale podczas wspólnych misji udowodniłem, że całkiem niezły ze mnie agent, a nawet zdołałem nauczyć ją kilku nowych sztuczek.

Nadal była jednak ode mnie nieporównywalnie lepsza. I to już raczej nie miało się zmienić. Trudno wymienić wszystkie jej talenty. Zaliczają się do nich między innymi: umiejętność walki wręcz z wieloma wrogami jednocześnie, rozbrajanie bomb, znajomość szesnastu języków i prowadzenie pościgów. Przez ostatnie trzy tygodnie uczyła się też latać śmigłowcem. Właściwie niczego się nie bała (co demonstrowała choćby teraz, dyndając nad przepaścią), a zmysły miała niewiarygodnie wyczulone. Któregoś razu przewidziała atak wroga, bo z odległości pół kilometra wywąchała na wietrze zapach jego wody po goleniu. Powtarzała, że wszystkie swoje zdolności zawdzięcza regularnym treningom, tak więc Zoe, Mike i ja przez ostatnie tygodnie też próbowaliśmy się podszkolić.

Działało. Ćwiczyliśmy przez siedem dni w tygodniu, czasem po osiemnaście godzin na dobę. Udoskonalaliśmy umiejętności takie jak: samoobrona, łamanie szyfrów, orientacja w terenie i tworzenie materiałów wybuchowych z artykułów gospodarstwa domowego. Do tego dochodził wyczerpujący trening fizyczny: taszczyliśmy po leśnych dróżkach dwudziestokilogramowe plecaki, przepływaliśmy jezioro wzdłuż i wszerz oraz wspinaliśmy się na lodowce. Widziałem zachodzące w nas zmiany. Mike i Zoe już wcześniej byli wysportowani, ale teraz zaczynali przypominać młodych olimpijczyków. Nawet ja nabrałem rewelacyjnej kondycji.

Niestety, nie ze wszystkim tak dobrze mi szło.

Mimo ciągłych ćwiczeń nadal nie radziłem sobie z bronią. Wcześniej tego samego dnia przypadkiem wystrzeliłem bełt z kuszy i niemal przerobiłem Cyrusa na szaszłyk. Nie był zadowolony.

W innych sferach robiłem jednak znaczące postępy.

Na przykład zdecydowanie wyostrzyły mi się zmysły.

Wisząc na linie wspinaczkowej, zdołałem się uspokoić i skoncentrować. Wytężyłem słuch. Po chwili wyłapałem – poza szumem wiatru w drzewach i odległym chlupotem fal rozbijających się o kamieniste wybrzeże fiordu – dochodzący gdzieś z dołu cichy odgłos mlaskania. I nagle zidentyfikowałem źródło zapachu piżma.

– U stóp wzgórza jest niedźwiedź – poinformowałem Ericę.

– Tak. – Uśmiechnęła się z zadowoleniem. – A jakiego koloru ma futro?

Kilka tygodni wcześniej całkiem by mnie zagięła, bo przecież nie da się wywąchać ani wysłyszeć koloru. A jednak, choć wciąż stresowałem się swoim obecnym położeniem, zrozumiałem, że przecież znam odpowiedź.

– Czarnego.

Byliśmy w jednym z niewielu rejonów Alaski pozbawionych niedźwiedzi brunatnych, takich jak grizzly, które nie potrafiły przedostać się przez wielkie połacie lodu, a przy tym zbyt wysuniętym na południe dla niedźwiedzi polarnych. Niedźwiedzie czarne były znacznie mniejsze i mniej agresywne od swoich krewniaków, ale i tak lepiej było nie zsuwać się żadnemu z nich prosto na łeb.

Jako że w okolicy brakowało innych dużych drapieżników, wokół naszego obozu kręciło się tych zwierzaków całe mnóstwo. Nie znaliśmy ich dokładnej liczby, ale na pewno miały nad nami przewagę, przez co nocne wyprawy do latryny stawały się naprawdę stresujące. Jak dotąd nikt z nas nie znalazł się w poważnym niebezpieczeństwie, a niedźwiedzie raczej nie zwracały uwagi na obozowisko, choć i tak nosiliśmy przy sobie puszki z odstraszającym sprejem.

– Kolejna dobra odpowiedź – pochwaliła mnie Erica. – Czyli jak powinniśmy teraz postąpić?

– Zejść powoli, dzięki czemu niedźwiedź nie uzna nas za zagrożenie. I robić przy tym dość hałasu, żeby go nie zaskoczyć.

– Doskonale. Na szczęście jest zajęty jedzeniem łososia, więc skupi się raczej na nim, a nie na nas, ale lepiej zachować ostrożność.

Posłałem jej zdziwione spojrzenie.

– Naprawdę wiesz, co je?

– Dobrze znam charakterystyczny zapach martwego łososia. Zresztą to bardzo prawdopodobne. Niedźwiedzie nie żywią się teraz prawie niczym innym.

Skinąłem głową. Łososie wracały już do polodowcowych jezior na tarło. Niektóre z miejscowych strumieni były tak pełne ryb, że prawie dawało się przejść na drugi brzeg po ich łuskowanych grzbietach. Niedźwiedzie miały święto – wokół roiło się od przysmaków, więc żarły ile wlezie.

– Czyli możemy już schodzić? – spytałem.

– Tak.

Odetchnąłem z ulgą.

– Całe szczęście.

Podczas treningów wypróbowywaliśmy różne metody oznajmiania niedźwiedziom, że nadchodzimy. Początkowo krzyczeliśmy po prostu: „Hej, misiu!”, ale podczas długich wypraw robiło się to monotonne. Później zaczęliśmy głośno rozmawiać... albo śpiewać. Erica, jak się okazało, miała piękny głos i – co całkiem mnie zaskoczyło – znała mnóstwo piosenek z różnych musicali. Sporo mnie nauczyła w trakcie ostatnich tygodni, tak więc teraz, gdy sunęliśmy w dół, otworzyłem usta, żeby zacząć śpiewać I feel pretty...

Nagle Erica cała się spięła.

Zmiana w jej zachowaniu była subtelna. Jeszcze niedawno w ogóle bym jej nie zauważył. Ale teraz zauważyłem.

– Co jest?

– Ćśśś. – Przekrzywiła głowę, nasłuchując.

Ja też nadstawiłem uszu. Ponownie doszedł do mnie dźwięk niedźwiedziego mlaskania, ale wyłapałem coś jeszcze cichszego i bardziej odległego, na granicy słyszalności. Po chwili rozpoznałem odgłosy walki wręcz.

Erica tak samo. Wybałuszyła oczy.

– Dziadek! – zawołała i pognała w dół tak szybko, jak tylko potrafiła.

Po linie zwykle schodzi się tyłem i bez pośpiechu – tarcie sznura o przyrząd asekuracyjny chroni wtedy przed upadkiem. Początkowo nie podobało mi się, że mam ruszyć w dół po pionowym klifie, odwrócony plecami do otchłani, ale ostatecznie zrozumiałem, że to całkiem bezpieczne, o ile człowiek zachowuje spokój. Teraz jednak Erica, spiesząc się do dziadka, zapomniała o ostrożności. Nie tyle schodziła, ile zbiegała tyłem ku ziemi. Jej lina sunęła przez przyrząd asekuracyjny tak szybko, że zaczęła dymić.

– Co z miśkiem?! – zawołałem. – Mieliśmy iść powoli, żeby nie uznał nas za zagrożenie!

– Mamy większe problemy! – odkrzyknęła Erica. – Złaźcie natychmiast! Wszyscy!

– Robi się! – krzyknął ze szczytu wzgórza Mike, po czym on i Zoe zniknęli nam z pola widzenia. Wiedzieli, że lepiej będzie, jeśli po prostu zbiegną dłuższą drogą, zamiast czekać, aż dotrzemy na dół po linach i zwolnimy im miejsce. Przez chwilę słyszałem tupot ich nóg. Ucichł, gdy oddalili się ścieżką, po której wcześniej weszliśmy na szczyt.

Zerknąłem niepewnie w dół. Bałbym się nawet w normalnych okolicznościach. Teraz, gdy czekał tam na mnie groźny niedźwiedź, byłem przerażony.

Ale Erica pokonała już połowę drogi.

Wziąłem się w garść i ruszyłem za nią.

Schodziłem znacznie wolniej, ale i tak za szybko, żeby czuć się komfortowo. Puściłem linę, pozwalając, żeby sunęła przez mój przyrząd asekuracyjny, i raz za razem odpychałem się od pionowej powierzchni. Czułem się jak w ekspresowej windzie, tyle że bez windy. Wiatr huczał mi w uszach, lina zaczęła dymić, las mknął mi na spotkanie. Było tylko ciut lepiej, niż gdybym po prostu skoczył na główkę. Po chwili trafiłem między drzewa. Zrobiło się ciemniej, bo liście przesłoniły słońce. Zalała mnie fala zapachów: czułem sosny, wilgotny mech... i niedźwiedzia.

Niedaleko punktu, gdzie miałem wylądować, zwierzę pożerało właśnie ogromnego łososia, wyciągniętego z najbliższego strumienia. Niedźwiedź okazał się wyjątkowo wielki – ważył przynajmniej dwieście dwadzieścia kilo i miał pazury jak haki do mięsa. W normalnych okolicznościach wolałbym trzymać się od niego z daleka... ale teraz nie miałem takiej możliwości. Na szczęście był całkiem skupiony na obżeraniu się, niczym pasażer statku wycieczkowego, który trafił do bufetu typu „jesz, ile chcesz”. Dostrzegłem, że Erica zdołała przemknąć obok niego bez żadnego problemu. Jej sylwetka mignęła mi między drzewami. Erica zmierzała do obozu i miała nade mną coraz większą przewagę.

Uciszyłem instynkt, który kazał mi unikać ogromnych mięsożerców, i wylądowałem na miękkiej ziemi. Mimo wszystko poczułem ulgę, że nie dyndam już w powietrzu. Szybko odpiąłem linę i zrobiłem coś, czego nie poleciłby żaden spec od przetrwania w dziczy: pobiegłem prosto w stronę niedźwiedzia.

Choć nawet na mnie nie spojrzał, na pewno wiedział, że nadchodzę – zjeżyła mu się sierść na grzbiecie i wydał z siebie niski, głęboki warkot, który poczułem aż w kościach. Mimo to nie zdecydował się przerwać posiłku. Gdybym spróbował podejść bliżej, albo, co gorsza, odebrać mu rybę, na pewno rozerwałby mnie na strzępy pazurami. Jednak skoro go ominąłem, nawet nie drgnął.

W porządku, zdołałem zejść po linie i przetrwać spotkanie z bestią. Pozostało już tylko jedno niebezpieczeństwo – ze strony kogoś, kto zaatakował Cyrusa.

Czyli, jeśli się zastanowić, niebezpieczeństwo zdecydowanie największe.

Napastnicy, w przeciwieństwie do niedźwiedzi, z pewnością nie zamierzali zostawić nas w spokoju. Tupot moich stóp i łomot serca były tak głośne, że nie słyszałem prawie nic innego, ale odgłosy walki zdawały się cichnąć. Mógł to być znak bardzo dobry – a nuż Cyrus pokonał wrogów? – albo fatalny – jeśli to oni wzięli nad nim górę.

Od obozu prowadziła czterystumetrowa ścieżka, którą sami wyrąbaliśmy wśród drzew i krzewów. Dzięki treningom byłem w tak dobrej kondycji, że sprawnie pokonałem ten dystans. Ledwie minutę po ominięciu niedźwiedzia zobaczyłem pierwszą chatę.

Obóz zbudowali żołnierze z amerykańskiej armii podczas drugiej wojny światowej, zanim jeszcze Alaska stała się stanem i gdy wszystkie walczące narody zakładały bazy wojskowe na Pacyfiku. (Rosjanie i Japończycy też mieli wtedy po kilka posterunków w alaskańskiej dziczy). Rozmiar tych baz nie miał znaczenia – chodziło po prostu o przyczółek na kontynencie. Od czasu zakończenia wojny ten konkretny obóz chyba rzadko wykorzystywano. Wszyscy zwyczajnie o nim zapomnieli. No, wszyscy poza Cyrusem. Kiedy dotarliśmy tu cztery tygodnie wcześniej, chaty były w fatalnym stanie: dachy przeciekały, ściany gniły, w środku roiło się od dzikich lokatorów. Erica i Zoe znalazły u siebie kilkadziesiąt norników, a Mike i ja – rodzinę rosomaków. Mieliśmy jednak ze sobą narzędzia, sklejkę i sprej na niedźwiedzie, a część sprzętu wojskowego, który znaleźliśmy, jak choćby żelazne piece na drewno, nadal działała bez zarzutu, bo wytrzymałaby chyba nawet wybuch bomby atomowej. Wkrótce doprowadziliśmy obóz do stanu używalności. Po kilku dniach domki zostały naprawione i zrobiły się całkiem przytulne.

Było ich łącznie osiem, ale odnowiliśmy tylko cztery: po jednym dla dziewczyn, chłopaków, Cyrusa oraz rodziców Eriki – Alexandra i Catherine Hale’ów, którzy byli teraz na wyprawie po zaopatrzenie. Mieliśmy również do dyspozycji latrynę i kantynę (położone, na szczęście, na przeciwnych krańcach obozowiska), kilka baraków z narzędziami oraz pomieszczenie do suszenia ubrań, wiecznie przemoczonych ze względu na srogi alaskański klimat. Cyrus zajął chatę leżącą na obrzeżach obozu, najbliżej doku i łodzi. Twierdził, że robi to, by chronić nas wszystkich przed ewentualnym atakiem, który najpewniej musiałby nadejść właśnie od strony wody... ale potem Erica zdradziła mi prawdziwy powód: dom stał najbliżej latryny. (Pęcherz Cyrusa nie działał już tak dobrze jak kiedyś i starszy agent musiał wstawać nocą kilka razy, żeby sobie ulżyć).

Gdy wpadłem na teren obozu, zwolniłem i wypatrywałem śladów walki. Na ziemi nie widziałem ani nieprzytomnych wrogich agentów, ani Cyrusa. Ostrożnie minąłem kantynę i pozostałe domki, aż wreszcie dotarłem do tego nad wodą.

Ktoś wyłamał drzwi z zawiasów, żeby dostać się do środka – zapewne wróg. Stanąłem kilka kroków od wejścia, niepewny, czy wewnątrz nie czają się bandziory.

Usłyszałem tupot, a po chwili z domku wypadła Erica. Jeszcze nigdy nie wyglądała na tak przerażoną.

– Zniknął! – zawołała. – Zabrali go!

– Oni, czyli kto?

– Nie wiem, ale na pewno są niedaleko.

Zerknąłem za Ericę i do wnętrza chaty Cyrusa. W środku musiało dojść do brutalnego starcia. Nie mieliśmy dużo mebli, bo sami musieliśmy zbijać je z desek, ale tu dosłownie wszystkie rozwalono w drobny mak.

Erica trzymała w dłoni szmatkę cuchnącą chloroformem, co wskazywało, że Cyrusa pozbawiono przytomności.

Nagle od strony zatoki ryknął silnik motorowy. Nasi wrogowie próbowali uciec.

Erica ruszyła biegiem.

A ja, zanim zdążyłem się zastanowić, czy to rozsądne, pognałem za nią.

Rozdział 2

MANEWRY NA WODZIE

Placówka pomocnicza Akademii Szpiegostwa CIA

Park Narodowy Kenai Fjords, Alaska

17 lipca

Godzina 10.30

Przystań dla łodzi znajdowała się przy niewielkim półwyspie, ukształtowanym podczas ostatniego zlodowacenia. Z perspektywy geologicznej była to morena czołowa, czyli wał kamieni i żwiru, które pchał przed sobą lądolód. Gdy temperatury wzrosły, lodowiec się skurczył, zostawiając za moreną rozległą, głęboką kotlinę. Ostatecznie wgłębienie wypełniła woda, nadal jednak widać było pozostałości wału – w głąb zatoki sięgało łukowate pasmo kamieni. Całość przypominała miniaturową wersję półwyspu Cape Cod w Massachusetts, który powstał w podobnych okolicznościach, tyle że tam lodowiec był o wiele większy.

Przez ostatnich kilka tysięcy lat lodowce cofały się powoli jak... no, jak lodowce. Niestety, zmiany klimatu bardzo przyspieszyły ten proces. Pokrywa położona najbliżej naszego obozu skurczyła się o osiemset metrów w mniej niż dziesięć lat, a z innej, znacznie większej, sięgającej aż do końca fiordu, na naszych oczach odpadały kolejne płaty lodu.

Erica i ja wybiegliśmy z obozowiska, przemknęliśmy przez las i wdrapaliśmy się na szczyt moreny. Niewielki dmuchany ponton motorowy sunął właśnie po spokojnych wodach fiordu. Na pokładzie znajdowało się czterech mężczyzn, z czego trzech przytomnych. Czwarty leżał rozciągnięty tak niedbale, że jedna z jego nóg dyndała za burtą. Nie widziałem jego twarzy, zakładałem jednak, że to Cyrus.

Kiedy zobaczyłem w pontonie wiosła, zrozumiałem, jak wrogowie zdołali nas zaskoczyć: wpłynęli do zatoki, korzystając wyłącznie z siły swoich ramion. Musiało im być ciężko, ale mogli nie wydawać przy tym prawie żadnych dźwięków. Teraz, w ciszy fiordu, warkot silnika motorówki brzmiał jak ryk startującej rakiety.

W naszej przystani zwykle znajdowało się więcej jednostek pływających: kajaki i kanu, które wykorzystywaliśmy podczas treningów. Niestety, wrogowie przedziurawili je wszystkie, aby uniknąć pościgu.

Rodzina Hale’ów była jednak przygotowana na każdy kryzys. W obozowisku mieliśmy motorówkę, tyle że ukrytą nieco dalej, za ogromnym pniem zwalonego drzewa i – na wszelki wypadek – pod brezentem maskującym. Tak jak się spodziewaliśmy, wrogowie ją przegapili. Była znacznie większa i szybsza od ich pontonu. Miała dość mocy, żeby w razie konieczności zabrać nas wszystkich do najbliższego miasta (choć szybciej leciało się helikopterem, więc Alexander i Catherine wykorzystali właśnie ten środek transportu, aby zdobyć zaopatrzenie). Motorówka, srebrna i opływowa, miała na pokładzie niewielką sterówkę, a pod pokładem – dwa silniki po trzysta koni mechanicznych każdy.

Erica i ja szybko ściągnęliśmy brezent, wepchnęliśmy łódź do wody i wskoczyliśmy przez burtę. Erica odpaliła silniki w trzydzieści sekund i natychmiast ruszyliśmy w pogoń.

Tymczasem Mike i Zoe wybiegli spomiędzy drzew i skierowali się do moreny, dysząc ciężko po długim sprincie w dół zbocza. Ale nie mogliśmy na nich czekać.

Nasze silniki ryczały głośniej niż te napędzające ponton, napastnicy wiedzieli więc, że się zbliżamy.

Spojrzeli w naszą stronę i nawet z tej odległości dostrzegłem, jak wybałuszają oczy ze zdumienia. Nie wzięli pod uwagę, że możemy mieć zapasową łódź, tym bardziej tak szybką.

Dopiero teraz dotarło do mnie, że nie wiem, co właściwie dalej zamierzamy.

– Eee... Erico? – zagadnąłem. – Co zrobimy, kiedy już ich dościgniemy?

– Potraktujemy ich jak oni dziadka. Dostaną po łbach. – Zadanie wydawało się trudne, ale Erica mówiła tonem, jakiego normalni ludzie używają, gdy dają znać, że mają coś do załatwienia na poczcie.

Przełknąłem ślinę. Choć miałem za sobą miesiąc ekstremalnych treningów, i tak nie paliłem się do walki. Potrafiłbym już pokonać większość przypadkowo spotkanych osób, ale ci faceci nie znaleźli się tu przypadkiem.

– No... tyle że ich jest trzech.

– Wiem. Umiem liczyć.

– A nas dwoje. Z czego ja jestem, cóż...

– Żałosny w walce wręcz?

– Chciałem powiedzieć: „niezbyt kompetentny”. Ale tak. Może wrócimy po Mike’a i Zoe? Zyskalibyśmy przewagę liczebną.

– Nie mamy czasu. Zresztą dam sobie radę.

– Na pewno? Ci goście są naprawdę gigantyczni. Facet przy sterze przypomina ogoloną Wielką Stopę.

– Tym lepiej. Będą zbyt pewni siebie i nas zlekceważą, co da mi przewagę. A mam jeszcze to! – Otworzyła skrytkę i wyjęła z niej elektryczny kij do popędzania bydła. W obozowisku mieliśmy takich kilka. Cyrus i Erica wzmocnili ich ładunki, żeby jednym dźgnięciem mogły pozbawić przytomności nacierającego niedźwiedzia.

– Dobra – powiedziałem. – A masz tam drugi kij dla mnie?

– Tak, ale go nie dostaniesz.

– Czemu?

– Bo jest spore ryzyko, że przez pomyłkę sam się porazisz i padniesz na dno motorówki, miękki jak galareta.

– Słusznie. To jak mogę pomóc?

– Nie wchodź mi w drogę i bądź wspierający.

– Dobra. – Plan nadal mi się nie podobał, z doświadczenia wiedziałem jednak, że Erica nie zmieni zdania.

Szybko zbliżaliśmy się do naszych wrogów, którzy zdążyli tymczasem oddalić się od skalistych brzegów fiordu i dotrzeć do jego centrum. Otrząsnęli się już z zaskoczenia, ale nie wyglądali na przygotowanych do walki. Najpierw myślałem, że zgodnie z przewidywaniami Eriki po prostu nas nie doceniają. Miało to sens, bo byliśmy przecież parą nastolatków, a oni, sądząc po mięśniach, od maleńkości żyli na diecie sterydowej. Gdy podpłynęliśmy bliżej, dostrzegłem jednak na ich twarzach chytre uśmieszki. Każdy wyglądał jak pokerzysta z asem w rękawie.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij