Facebook - konwersja

Szlachta-bracia: wspomnienia, gawędy, dialogi (1802-1850) - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.
Pobierz fragment

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 417 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SPIS RZE­CZY:

SPIS ILU­STRA­CYJ… VIII

PRZED­MO­WA WY­DAW­CÓW… IX

CZĘŚĆ PIERW­SZA – Ongi i w ćwierć wie­ku po­tem… 1

CZĘŚĆ DRU­GA – Pan Igna­cy z Dor­su­ni­szek… 55

CZĘŚĆ TRZE­CIA – Ob­ra­dy sej­mi­ko­we… 195

Ob­ra­dy sej­mi­ko­we na Li­twie… 197

Po­li­ty­cy li­tew­scy… 223

Taki to ego­ista.. Taka ego­ist­ka… 237

Ustro­nie (Frag­ment)… 249

SPIS ILU­STRA­CYJ:

1. Szlach­cic chu­dy, we­dług szki­cu Alek­san­dra Or­łow­skie­go… przed tek­stem

2. Szlach­cic tłu­sty, we­dług szki­cu Alek­san­dra Or­łow­skie­go… 16

3. Sce­na w karcz­mie, we­dług współ­cze­snej li­to­gra­fji wi­leń­skiej, na­śla­du­ją­cej gro­te­skę Al. Or­łow­skie­go… 32

4. Igna­cy Łu­ka­sze­wicz, we­dług akwa­re­li dra Sta­ni­sła­wa Mo­raw­skie­go… 56

5. Typy z po­cząt­ku XIX w., we­dług współ­cze­snej li­to­gra­fji wi­leń­skiej… 96

6. Ele­gan­ci z po­cząt­ku XIX w., we­dług li­to­gra­fji W. Smo­kow­skie­go… 144

7. Za­ba­wa za mia­stem, we­dług li­to­gra­fji wi­leń­skiej z pierw­szej po­ło­wy XIX w. 160

8. Dwór w Ustro­niu, we­dług fo­to­gra­fji… 240PRZED­MO­WA.

Po­mię­dzy rę­ko­pi­sa­mi dra Sta­ni­sła­wa Mo­raw­skie­go z Ustro­nia, au­to­ra ogło­szo­nych przez nas w ostat­nich cza­sach pa­mięt­ni­ków: "Kil­ka lat mło­do­ści mo­jej w Wil­nie" (War­sza­wa 1924) i "W Pe­ter­bur­ku", (Po­znań 1927), znaj­du­je się dość gru­by tom, za­ty­tu­ło­wa­ny "Szlach­ta – bra­cia". (Bib. Ord. Kra­siń­skich L. P. lnw. Ręk. 4519.) Za­wie­ra on w so­bie w czę­ści pierw­szej "prze­lot­ne wspo­mnie­nia, prze­lot­ne uwa­gi, prze­lot­ne do­my­sły i wnio­ski", w dru­giej zaś ob­szer­ny ży­cio­rys Igna­ce­go Łu­ka­sze­wi­cza, szlach­ci­ca z Dor­su­ni­szek, są­sia­da i przy­ja­cie­la "Pu­stel­ni­ka z Ustro­nia". Treść tych ga­węd sta­no­wi opis ży­cia szlach­ty oko­licz­nej kie­dyś, na po­cząt­ku XIX wie­ku, i po­tem, w po­ło­wie te­goż stu­le­cia. (Rę­ko­pis jest da­to­wa­ny: "Za­czą­łem o Wszyst­kich Świę­tych 1849 roku. Skoń­czy­łem, na­pi­saw­szy przy­tem i kil­ka in­nych za­ba­wek, na Grom­nicz­ną 1850 roku"). Au­tor bia­da tu nad upad­kiem szlach­ty oko­licz­nej, ry­su­je po­nu­re ob­ra­zy jej współ­cze­sne­go mu ży­cia i prze­ciw­sta­wia im ja­sne wspo­mnie­nia swe­go dzie­ciń­stwa i mło­do­ści. "Pió­ro z ręki wy­pa­da temu, co się na to wszyst­ko przez lat jaki dzie­sią­tek do­brze na­pa­trzył. A każ­dy rok w no­wem po­ko­le­niu co­raz nowe a co­raz szko­dliw­sze, co­raz zgub­niej­sze za­gwoż­dża, wy­pa­la i uwiecz­nia wady!" wola w jed­nym z pierw­szych roz­dzia­łów tej swo­jej pra­cy. Ko­cha on jed­nak szlach­tą, bo "kie­dyś był to wy­raz dla nas ol­brzy­mi… Kie­dyś szlach­ta… był to mur chiń­ski, co za­sła­niał i kraj i oj­czy­zną od burz i wia­trów, wie­ją­cych na nas ze wszyst­kich czte­rech stron świa­ta… Szlach­ta ży­wot­ne i od sa­me­go rdze­nia szla­chet­ne przed wie­ka­mi od­da­ła kra­jo­wi usłu­gi. To był kra­jo­wy ry­cerz. To było kra­jo­we na­ro­do­we woj­sko, za­wsze i wszę­dzie na obro­ną oj­czy­zny go­to­we. Stąd, z "oko­li­cy" szlach­cic, czy dla za­bliź­nie­nia ran swo­ich, czy dla da­nia si­we­mu a krwią Ta­ta­ra zbro­czo­ne­mu wło­so­wi spo­czyn­ku na­gro­dzo­ny już zie­mią, albo swo­ją jesz­cze oso­bą, albo przez swe­go już po­tom­ka ścia­ną z pier­si swo­ich nie­przy­ja­cie­lo­wi i naj­czę­ściej nie­prze­by­tą ścia­ną nad­sta­wiał. Szlach­ta i tem jesz­cze uwa­gi i po­sza­no­wa­nia w ser­cu na­szem jest god­na, że ona była wła­śnie roz­sad­ni­kiem pol­skich pół­pan­ków, pa­nów i ma­gna­tów. Wszy­scy oni, co do nogi, prócz cu­dzo­ziem­ców in­dy­ge­na­tem z krwią na­szą złą­czo­nych, ra­niej lub póź­niej na ob­szer­niej­szą niwą pu­blicz­ne­go ży­cia stam­tąd prze­sa­dze­ni zo­sta­li i w tych gniaz­dach wy­ro­śli, gdzie się szlach­ta-bra­cia wy­klu­wa".

"Ga­niąc, po­tę­pia­jąc, zło­rze­cząc" czy­ni on to z mi­ło­ści pu­blicz­ne­go do­bra, pi­sze "z na­dzie­ją po­żyt­ku dla bliź­nich", acz "ma­lo­wać oby­cza­je zbę­kar­cia­łej i spodlo­nej do grun­tu rasy, śle­dzić za każ­dą żył­ką nie­cno­ty, za każ­dym ner­wem roz­pu­sty, za każ­dym ko­cim cho­dem prze­wrot­nej chy­tro­ści, za każ­dym zie­wem ospa­łe­go i gnu­śne­go le­ni­stwa, za każ­dym szty­le­tem nie­wdziącz­ne­go a czą­sto i bez­boż­ne­go ser­ca, za każ­dym cią­gle wy­sy­cha­ją­cem gar­dzie­lem opo­ja, a ła­pać zno­wu da­rem­nie ra­ka­mi odro­bi­ny tyl­ko daw­nych ra­so­wych za­let – bo­le­snem jest dla pra­we­go czło­wie­ka za­da­niem! A bar­dziej jesz­cze wte­dy, kie­dy już mu nie o całą ludz­kość ale o wła­sne po­wie­trze, o wła­sną za­gro­dę, o wła­sne cho­dzi za­go­ny!" Ma­cza tedy pió­ro we krwi ser­decz­nej i Mosz­cze wszyst­kie ujem­ne stro­ny ży­cia współ­cze­snej mu szlach­ty oko­licz­nej, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie wy­ja­śnić przy­czy­ny tego upad­ku i za­sta­no­wić, czy nie znaj­dzie się dro­ga ra­tun­ku. A czy­ni to z całą na­mięt­no­ścią san­gwi­nicz­ne­go cha­rak­te­ru, z całą ostro­ścią swej in­te­li­gen­cji i dow­ci­pu, z ca­łym ta­len­tem swe­go sty­lu, prze­pla­ta­jąc swe uwa­gi, do­my­sły i wnio­ski wspo­mnie­nia­mi swe­mi.

Bo "zno­wu któ­ryż z nas, co do­szedł już wie­ku, ja­kie­go daw­niej dla bez­stron­nych sę­dziów wy­ma­ga­ły pra­wa, otwo­rzyw­szy księ­gę wła­sne­go ży­wo­ta, za­raz na jej szes­na­stej czy sie­dem­na­stej kar­cie nie znaj­dzie naj­słod­sze­go wspo­mnie­nia? Wspo­mnie­nia, któ­re do ozdo­by ca­łe­go ży­cia jego na­le­ży? Wspo­mnie­nia, któ­re usta jego i przy sko­nie na­wet, je­śli się ono po my­śli jego prze­su­nie, słod­kim ozdo­bi uśmie­chem?"

Wspo­mi­na więc swą pierw­szą mi­łość ku pięk­nej Ju­sty­si z przy­le­głej oko­li­cy, wspo­mi­na swe wcze­sne dzie­ciń­stwo, swe lata szkol­ne w Kow­nie, sło­wem, do­peł­nia swe ogło­szo­ne już do­tych­czas przez nas pa­mięt­ni­ki, do­rzu­ca­jąc jed­no­cze­śnie peł­ne­mi gar­ścia­mi cie­ka­we a licz­ne szcze­gó­ły do ob­ra­zu ży­cia spo­łe­czeń­stwa pol­skie­go na Li­twie w pierw­szej po­ło­wie XIX w., od­twa­rza­jąc sze­reg cha­rak­te­ry­stycz­nych ty­pów, ry­su­jąc wie­le za­ni­kłych lub za­ni­ka­ją­cych oby­cza­jów.

Do­wia­du­je­my się więc szcze­gó­łów o Szko­le Po­wia­to­wej ko­wień­skiej, o uczniach tego za­kła­du, o pro­fe­so­rze Do­bro­wol­skim; po­zna­je­my pa­le­strę nad­nie­meń­ską ze Swol­kie­niem na cze­le, oby­cza­je i typy szlach­ty oko­licz­nej w star­szem i młod­szem po­ko­le­niu; sta­je przed nami pro­to­typ klucz­ni­ka Ger­wa­ze­go z "Pana Ta­de­usza", (por. Mar­jan Ko­rab: Pro­to­typ Ger­wa­ze­go, Tyg. II. 1921. II. 491), uczy­my się go­to­wać li­tew­ski tru­nek, "krup­ni­kiem" zwa­ny, Ud., Ud.

Szlach­ta, księ­ża, na­uczy­cie­le, ucznio­wie, ad­wo­ka­ci; ich oto­cze­nie, oby­cza­je, po­ję­cia, rysy cha­rak­te­ry­stycz­ne – two­rzą przed nami barw­ny i wy­pu­kły ob­raz ży­cia pol­skie­go w Kow­nie i Ko­wień­skiem, z rzad­kim u pa­mięt­ni­ka­rzy ta­len­tem wy­ko­na­ny.

Rę­ko­pi­su, o któ­rym mó­wi­my, nie po­da­je­my tu w ca­ło­ści. Wie­le roz­wa­żań i do­cie­kań au­to­ra stra­ci­ło zu­peł­nie swą ak­tu­al­ność i żywą war­tość. Opu­ściw­szy więc wszyst­ko, co ma ten cha­rak­ter, po­da­je­my tyl­ko to, co za istot­ne wspo­mnie­nia pa­mięt­ni­ka­rza uwa­żać moż­na.

Po­zwo­li­li­śmy też so­bie na pew­ne prze­gru­po­wa­nie ma­ter­ja­łu, a mia­no­wi­cie w czę­ści pierw­szej. Nada­li­śmy jej przedew­szyst­kiem ty­tuł, któ­re­go nie po­sia­da w ory­gi­na­le; da­lej, wy­jąw­szy z niej tyl­ko to, co zda­niem na­szem na ogło­sze­nie za­słu­gu­je, od­rzu­ci­li­śmy au­tor­ski po­dział na roz­dzia­ły i da­li­śmy swój, przy­czem roz­dział trze­ci po­wstał z frag­men­tów, po­prze­dza­ją­cych w ory­gi­na­le pierw­szy i dru­gi. Uczy­ni­li­śmy to dla udo­stęp­nie­nia ca­ło­ści czy­tel­ni­ko­wi i nie­nu­że­nia jego uwa­gi przed­łu­gie­mi wy­wo­da­mi mo­ra­li­za­tor­skie­mi au­to­ra, acz­kol­wiek na ogół są one i ro­zum­ne i dow­cip­ne. Ty­tu­ły roz­dzia­łów dru­gie­go i trze­cie­go tej czę­ści są rów­nież na­sze. W czę­ści dru­giej opu­ści­li­śmy tyl­ko trzy roz­dzia­ły (w ory­gi­na­le jest ich 20) i nie­któ­re ustę­py z po­szcze­gól­nych roz­dzia­łów. Ko­lej­ność i ty­tu­ły zo­sta­wi­li­śmy zgod­nie z ory­gi­na­łem.

Jed­no­cze­śnie, chcąc wy­czer­pać bo­ga­tą spu­ści­znę pa­mięt­ni­kar­ską po "Pu­stel­ni­ku", do­łą­cza­my do tego tomu jesz­cze to i owo z jego rę­ko­pi­sów, co wią­że się z tre­ścią "Szlach­ty-bra­ci", a co nie zo­sta­ło jesz­cze umiesz­czo­ne w po­przed­nio przez nas ogło­szo­nych jego wspo­mnie­niach. Dwa dia­lo­gi, sta­no­wią­ce cykl p… t. "Ob­ra­dy sej­mi­ko­we na Li­twie", zna­la­zły się tu ze wzglę­du na do­sad­ną cha­rak­te­ry­sty­kę dzia­ła­ją­cych osób, nie­wąt­pli­wie żyw­cem z rze­czy­wi­sto­ści na pa­pier prze­nie­sio­nych tak, iż te sce­ny rów­nież w znacz­nym stop­niu za roz­dział z pa­mięt­ni­ka mogą ucho­dzić. Od­twa­rza­ją one zna­ko­mi­cie at­mos­fe­rę, w któ­rej ra­dzi­ła na sej­mi­kach szlach­ta li­tew­ska w pierw­szej po­ło­wie XIX wie­ku, w dia­lo­gu zaś "Ego­ista… Ego­ist­ka" mamy ob­ra­zek z ży­cia, zna­ko­mi­cie od­da­ją­cy śro­do­wi­sko to­wa­rzy­skie współ­cze­sne pa­mięt­ni­ka­rzo­wi.

Wresz­cie frag­ment "Ustro­nie" za­po­zna­je nas ze schył­kiem ży­cia tego dziw­ne­go czło­wie­ka, któ­ry ma­jąc tyle da­nych na to, by wy­su­nąć się na czo­ło swe­go spo­łe­czeń­stwa, jak rów­nież, by osią­gnąć pew­ne szczę­ście w ży­ciu, w sile wie­ku od­osob­nił się od wszyst­kich i za­mknął się w swej pu­stel­ni, od­da­jąc się roz­my­śla­niom o prze­szło­ści i roz­trzą­sa­niom swo­jej współ­cze­sno­ści, do któ­rej zra­zi­ła go ja­kaś nie­zna­na nam, ta­jem­ni­cza, ale wi­dać bo­le­sna, przy­czy­na.

Wspo­mnie­nia, ga­wę­dy i dia­lo­gi, w tym to­mie za­war­te, obok gry­zą­cej iron­ji ce­chu­je jesz­cze ostry hu­mor. Nie­któ­re roz­dzia­ły ży­cio­ry­su Igna­ce­go Łu­ka­sze­wi­cza (3, 4, 10) są zna­ko­mi­te­mi hu­mo­re­ska­mi i po… bu­dza­ją czy­tel­ni­ka do ser­decz­ne­go śmie­chu. Cały zaś ży­cio­rys jest ob­ra­zem ro­dza­jo­wym, ma­lo­wa­nym sło­wa­mi w ro­dza­ju Te­nier­sa. Jesz­cze raz przy tej spo­sob­no­ści moż­na stwier­dzić, że Mo­raw­ski jest uta­len­to­wa­nym pi­sa­rzem, któ­ry nie­tyl­ko opo­wia­da cie­ka­we rze­czy, ale umie też je nie byle jak opo­wie­dzieć, czy­niąc to z całą ła­two­ścią wy­bit­ne­go ar­ty­sty.

Jak po­przed­nie tomy wspo­mnień Mo­raw­skie­go, tak i ten od­da­je­my w ręce pu­blicz­no­ści z głą­bo­kiem prze­ko­na­niem, że prze­czy­ta ona go z całą sa­tys­fak­cją, jako twór praw­dzi­wie uta­len­to­wa­ne­go pió­ra. Nie za­opa­tru­je­my go w przy­pi­sy, gdyż z jed­nej stro­ny za­wie­ra on ra­czej be­le­try­stycz­ne utwo­ry niż pa­mięt­nik, z dru­giej zaś w po­przed­nich dwóch chęt­ny czy­tel­nik znaj­dzie ob­ja­śnie­nia, do­ty­czą­ce tych waż­niej­szych osób, o któ­rych au­tor tu wspo­mi­na.

Gdańsk-War­sza­wa, Paź­dzier­nik 1929.

Adam Czart­kow­ski. Hen­ryk Mo­ścic­ki.I. By­wa­ło….

Kie­dyś, by­wa­ło, wy­rwaw­szy się z pod oka i groź­nej fe­ru­ły ojca pod pre­tek­stem czy ja­rząb­ka, czy ry­dzów, za­biegł cza­sem pa­nicz z fu­zyj­ką do ja­kie­go skrom­ne­go a przy­ja­zne­go w są­siedz­kiej oko­li­cy dwor­ku.

Ku­rzy­ło się tam cały boży dzień z ko­mi­na! Drew da­wał Pan Bóg jesz­cze do woli – cze­goż ża­ło­wać? Nie było nas, był las; nie bę­dzie nas, bę­dzie las" – to wiecz­ne ludu i szla­chet­ne­go, i pra­co­wi­te­go przy­sło­wie. Przy­sło­wie na ten raz fał­szy­we, bo już la­sów nie sta­ło! Je­śli już jeść prze­sta­no go­to­wać, to inne go­spo­dar­skie pani domu za­ję­cia wy­ma­ga­ły cią­głe­go ognia w prze­ciw­ni", to jest w pie­kar­ni, któ­ra u nich zwy­kle i do­tąd dru­gą po­ło­wę domu dla po­miesz­cze­nia cze­la­dzi zaj­mu­je.

W izbie go­ścin­nej i Pan Je­zus i Mat­ka Naj­święt­sza olej­no; czę­sto szty­cho­wa­ne, choć do­brze okop­co­ne loże Ra­fa­ela, obok parę z hi­stor­ji pol­skiej szty­chów z Smu­gle­wi­cza i ob­raz­ki in­nych świę­tych, i ksią­żę Jó­zef Po­nia­tow­ski i Barc­lay de Tol­ly na­ko­niec, u bur­ła­ka wę­drow­ne­go ku­pio­ny; i ku­fer oku­ty moc­no, ma­lo­wa­ny zie­lo­no, i czer­wo­ne drew­nia­ne ma­lo­wa­ne stoł­ki a izba cała rą­ba­nym po­sy­pa­na aje­rem. Co było w prze­ciw­ni, to już, praw­dę mó­wiąc, było i wte­dy Bogu na chwa­łę! Ale człek my­ślał i miał na­dzie­ję, że się to kap­cań­stwo z po­stę­pem cza­su w na­stęp­nem po­ko­le­niu po­pra­wi. Zresz­tą obce oko chy­ba tyl­ko z przy­pad­ku tam kie­dy zaj­rza­ło.

Zo­czy­ła już zda­le­ka niby nie­spo­dzie­wa­ne­go pa­ni­cza ślicz­niut­ka, świe­żut­ka, jak róża, pan­na Ju­sty­na, naj­star­sza domu tego pa­nien­ka, sie­dzą­ca u otwar­te­go okna. Na­tem oknie ko­niecz­ny pieprz tu­rec­ki, ge­ra­nium i bal­sa­mi­ny w wa­zo­nach szczę­śli­we go­dzi­ny pę­dzi­ły, zra­sza­ne co­dzień ko­cha­ną Ju­sty­si rącz­ką. Obok nich sta­ły inne jesz­cze to szkla­ne po­pę­ka­ne sło­iki, to sta­re na nic już ro­dzi­com nie­zdat­ne gar­nusz­ki, cza­sem ko­lo­ro­wym ob­ło­żo­ne pa­pie­rem, roz­wi­ja­ją­ce w so­bie po­wo­li kie­dyś tam przez tego sa­me­go pa­ni­cza przy­nie­sio­ne kwia­tów na­sio­na.

Z tej stro­ny domu, na­zew­nątrz wiły się oko­ło okien buj­ny z pon­so­wym kwia­tem sza­bla­sty gro­szek i po­ma­rań­czo­we na­stur­cje. Cza­sem pan­na i za ko­ło­wrot­kiem lub szy­ciem na dzie­dziń­cu oko­ło wrót domu sie­dzia­ła.

Już jej ko­ra­lo­wa bu­zia, śnież­na, gła­dziut­ka ła­bę­dzia szyj­ka i rącz­ki daw­no się kil­ka­krot­nie ską­pa­ły, splu­ska­ły w czy­stej jak krysz­tał i chłod­nej wo­dzie przy­le­głej kry­ni­cy. Już i w lśnią­ce jak pela wło­ski swo­je po po­łu­dniu aż dwa razy za­plo­tła ry­chło od skwa­ru słoń­ca na jej gło­wie więd­ną­ce pon­so­we goź­dzi­ki. Pons tak do­brze od czar­nych wło­sków od­bi­ja!

Ale nie dla­te­go to sta­ra­nie, ten wy­twór, że wie ja­ko­by, że pa­nicz dziś przyj­dzie – ale, że już ta­kie było prze­czu­cie, że dzi­siaj gość bę­dzie. Na to się już cała ro­dzi­na pod wpły­wem ob­ser­wa­cyj­ne­go du­cha Ju­sty­si zgo­dzi­ła pod­czas obia­du. Dla­cze­go? Bo wiel­ka zie­lo­na mu­cha aż czte­ry razy raz po­raz z brzę­kiem usia­dła na ob­raz­ku św. Mar­ci­na. A wię­cej jesz­cze, bo sro­ka od sa­me­go rana na brzóz­ce pod sto­do­łą skrze­czy. Cza­sem się w taki dzień z ja­kiejś nie­wia­do­mej przy­czy­ny lek­ko zmarsz­czy­ło gła­dziut­kie Ju­sty­si czo­ło. Cza­sem ja­kaś ma­lut­ka nie­cier­pli­wość pa­nien­kę bra­ła. Cza­sem się bez żad­ne­go ży­we­go po­wo­du w jej drob­nych i zgrab­nych rącz­kach to nić, to prząd­ka ze­rwa­ła! Nie dla­te­go, broń Boże, że do­tąd się ża­den pro­gno­styk o go­ściach nie spraw­dza – ale, że len nie­mo­czo­ny, zle­ża­ły!…

– Ma­mu­siu! Ma­mu­siu! ucie­kaj!… Idzie pa­nicz przez uli­cę od lasu!

– Cze­go ucie­kać? Ot głu­pia dziew­czy­na! Cóż to? roz­bój­nik jaki, czy co? Otbyś po­szła le­piej do al­kie­rza a ogar­nę­ła się tro­chę, a to wy­glą­dasz, jak nie­to­perz jaki – za­wo­ła­ła mat­ka.

– Ma­mu­siu, nie chcę, nie chcę!… Wsty­dzę się, nie chcę!… Scho­wam się le­piej gdzie­kol­wiek!

I tyl­nym dzie­dziń­cem, nie cze­ka­jąc od­po­wie­dzi mat­ki, po­bie­gła, jak sar­na, do bor­ku! Że nikt nie wie­dział, jak i gdzie się po­dzia­ła.

A tu się młod­sze sio­strzycz­ki i więk­sze bła­zny krzą­ta­ją i czysz­czą. A i pani mat­ka cze­pe­czek na gło­wę wkła­da i wło­sy na czo­le przy­gła­dza. Gość idzie!

– Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny Je­zus Chry­stus! Na wie­ki wie­ków! cały dom od­po­wie, i wiel­cy i mali.

– Nuże Igna­siu, daj znać je­go­mo­ści, że pa­ni­sko przy­szedł.

– A gdzież to pan­na Ju­sty­na? Nie wi­dać jej! cóż ona, moja imość, nie ła­ska­wa na mnie? Czy nie gnie­wa się tyl­ko?

– At! jesz­cze­by na to uwa­żać! Zwy­czaj­nie błaź­ni­ca i dziew­czy­na. Wsty­dzi się pana, – ale to tak, że, jak tyl­ko pana zda­le­ka zo­ba­czy, to ucie­ka, ucie­ka i, Bóg wie, gdzie w kąt za­le­zie. Zwy­czaj­nie – dziec­ko! Wszak jej do­pie­ro szes­na­sty ro­czek od św. Jana! (Po­czci­wa mat­ka!)

Wy­cho­dzi przy­pad­kiem i sta­ry oj­ciec, nie wie­dzą­cy jesz­cze o go­ściu; wy­szedł z od­ry­ny w ko­szu­li i lek­kiej płó­cien­nej ta­ra­tat­ce.

– Lau­de­tur Je­zus Chri­stus! Prze­pra­szam pana, że w ta­kim stro­ju. My, zwy­czaj­nie, go­spo­da­rze nie mamy cza­su my­śleć o ubio­rach! Chwa­ła Bogu, kie­dy się moż­na ucze­sać i umyć. Ale za­raz wło­żę su­kien­ną ka­po­tę.

– Ach pa­nie Ko­mor­ni­ko­wi­czu, nie trudź się pro­szę i tak bar­dzo do­brze. A po­tem ja tyl­ko do was na szklan­kę wody za­bie­głem i za­raz da­lej!…

– Ja­siu! Jaa-siuu! A ukłoń że się bał­wa­nie!

Jaś z do­brze uma­za­ną ale świe­żą, jak ja­go­da, bu­zią, cały jesz­cze spo­co­ny od tyl­ko co przyj­ściem go­ścia prze­rwa­nej woj­ny z ko­gu­tem, woj­ny o spa­da­ją­ce na zie­mię okru­szy­ny ma­sła z chle­bem, któ­re Ja­sio w ro­dza­ju przy­mu­so­wej po­życz­ki u mat­ki na ra­chu­nek zbli­żyć się za parę go­dzin ma­ją­ce­go pod­wie­czor­ku za­ja­da. Jaś pa­trzy nam w oczy i stoi, skro­biąc się w głów­kę. On tu ma bar­dziej in­te­re­su­ją­ce przed­mio­ty. Bury ko­tek, rów­nież jak ko­gut chci­wy ale wię­cej roz­trop­ny, pa­trzył już daw­no na tę woj­nę chłop­ca z ko­gu­tem w po­sta­wie zbroj­ne­go neu­tra­li­te­tu. Na­pu­szo­ny a w łęk wy­gię­ty ze sku­pio­ne­mi nóż­ka­mi i pod­nie­sio­nym do góry wę­ży­ko­wa­tym ogon­kiem, ko­tek był so­bie go­tów na wszel­ki przy­pa­dek. Ja­sia to dziw­nie bawi! Gdzie mu do go­ścia!

– A ukłoń się, ty smar­ka­czu! – po­wta­rza oj­ciec. Jaś na­ko­niec od­su­wa nogę pra­wą od sie­bie tak da­le­ko, jak tyl­ko do­się­gnąć może, a mat­ka dum­na z syn­ka swo­je­go woła zci­cha, ro­biąc poń­czosz­ki i pa­trząc na nie­go zpo­deł­ba: Do­brze, do­brze, śmia­ło, tak, tak! Na­ko­niec Jaś, jak cyr­kiel już roz­war­ty, z wiel­ką po­czci­wych ro­dzi­ców ra­do­ścią, sku­pia rap­tem te roz­bie­głe nóż­ki, przy­bli­ża je do sie­bie, na­kła­nia głów­kę i jed­no­cze­śnie nie­po­słusz­ne do­tąd a ostat­nie ka­wał­ki chle­ba i ma­sła, ko­rzy­sta­jąc z bli­sko­ści pra­wej ręki, do buzi za­ty­ka pa­lusz­kiem.

– Ślicz­nie Ja­siu! wy­bor­nie! – po­wia­da gość: Co to za spryt w tym chłop­cu!

A ojcu i mat­ce jak żeby i cie­płe­go ule­pu na ser­ce na­lał!

– Żono, żono, a wy­nie­ścież mio­du! Ja po­de­bra­łem już psz­czół­ki a imość wszak masz ogór­ki?

– A są, chwa­ła Panu Bogu. Ja umyśl­nie dzi­siaj dla pa­ni­ska cały dzie­sią­tek ich za­cho­wa­łam. Ja tak my­śla­łam, że pa­ni­sko może dziś przyj­dzie.

Mat­ka po­bie­gła do świr­na. A tam już wszyst­ko stoi go­to­we. Na czy­stej zie­lo­nej po­le­wa­nej mi­sie leżą ogór­ki. A obok rącz­ką Ju­sty­si przy­go­to­wa­ny, tak so­bie dla wszel­kie­go przy­pad­ku od go­ścia, bo srocz­ka bar­dzo skrze­cza­ła, stoi czy­ściut­ki fa­jan­so­wy ta­lerz do mio­du. I bia­ły ob­ru­sek wisi od­niech­ce­nia na koł­ku.

– Otóż i miód i ogór­ki…

– Dzię­ku­ję pań­stwu za tak miłą go­ścin­ność wa­szą. Ale odłóż­my to na inny raz. Ja tyl­ko do was za­sze­dłem przy­pad­kiem do­wie­dzieć się, jak się ma­cie, i do­syć. Taki zdraj­ca ja­rzą­bek! z ga­łę­zi na ga­łąź od sa­me­go Ma­ku­pia aż tu­taj pod samą oko­li­cę mnie po­pro­wa­dził a na cel wziąć się nie dał!

– Oho! mo­spa­nie, znam ja to pa­nie! ja­rzą­bek, to pierw­szy fi­lut w na­szych la­sach, to gor­szy od lisa! – po­wia­da go­spo­darz.

– Chwa­ła Bogu, że tu wszy­scy zdro­wi! Po­śpie­szyć mu­szę, może zno­wu tego zdraj­cę gdzie spo­tkam. On pew­no tu oto, w tych krza­kach za­padł i sie­dzi! Ale dla­te­go za po­zwo­le­niem wa­szem we­zmę z sobą je­den ogó­rek na dro­gę.

– Ach, jak­że pa­ni­sko na nas nie­ła­skaw! Nie chce na­wet skosz­to­wać na­sze­go mio­du!

– No, żono!…. nie prze­szka­dzaj. Ty babo nie wiesz, co ma na du­szy my­śli­wy!…., (Po­czci­wy oj­ciec).

– Toć już na dru­gi raz zo­sta­nie. Co się prze­wle­cze, to nie ucie­cze, moi dro­dzy są­sie­dzi. Bądź­cież mi zdro­wi, przy­ja­cie­le moi.

– Niech Bóg szczę­śli­wie pro­wa­dzi!…

I pa­nicz lo­tem pta­ka pu­ścił się i krę­giem wró­cił do bor­ku. I trąb­ką swo­ją, lek­ko za­dę­tą, wia­do­my znak po­dał. Nie­ma od­po­wie­dzi!… Do­pie­ro w do­brą chwi­lę nie­wie­dzą­cy ja­ko­by o ni­czem mi­lut­ki gło­sik śpie­wa pio­sen­kę: "Już mie­siąc za­szedł, psy się uśpi­ły i ktoś tam klasz­cze za bo­rem".

Pa­nicz na ten głos leci pio­ru­nem. – Ju­sty­siu! ślicz­na Ju­sty­siu. – A Ju­sty­sia ani my­śli o pa­ni­czu! Od­wró­co­na od nie­go, schy­lo­na, zbie­ra so­bie ry­dze. Na­ko­niec ob­ra­ca się do chłop­ca, nadaw­szy ko­ra­lo­we ustecz­ka, i z za­dzi­wie­niem po­wia­da: – A, jak się pan ma? Cóż to pan tu robi?…

– Tak że to mnie wi­tasz, tak przyj­mu­jesz, dro­ga Ju­sty­siu?

– A cze­góż tam tak dłu­go ba­wi­łeś? a o mnie, co tu na cie­bie cze­ka­łam tak dłu­go, nie dbasz!

– Cóż chcia­łaś, żeby się mat­ka cze­go do­my­śli­ła? Moje dro­gie dzie­cię!

– Ach mój Sta­siu, mój Sta­siecz­ku, mój anie­le, mój skar­bie, moje ty ży­cie! Ja cie­bie wiecz­nie, wiecz­nie ko­chać będę! Ja cie­bie nig­dy, nig­dy nie za­po­mnę! Ja nig­dy nie pój­dę za­mąż! Pój­dę do klasz­to­ru!…, a ty cza­sem o mnie wspo­mnisz? Ty! ty! ty! sły­szysz? ja do cie­bie mó­wię – ty!

– Moja naj­droż­sza!…

– I ty mnie bied­nej dziew­czy­nie tak po­ufa­le na­zy­wać sie­bie po­zwa­lasz?…

I pod­jąw­szy rącz­ki do góry z wdzię­kiem, któ­re­go ża­den de­kla­ma­tor nie po­tra­fi na­uczyć, a któ­ry sam się bie­rze ze szcze­ro­ści du­cha, Ju­sty­sia, jak pta­szek wzro­kiem po­ło­zu zdu­rzo­ny, rzu­ca się pierw­sza w ob­ję­cia pa­ni­cza.

I ręce ich splo­tły się z sobą wę­żem La­oko­ona! I usta ich z usta­mi się spo­iły!

I na wszyst­kich so­sen ga­łąz­kach przy­cza­jo­ne, ła­ska­we, życz­li­we, ma­lut­kie bor­ku tego opie­kuń­cze du­chy ra­zem kla­snę­ły w dło­nie, że aż wie­trzyk po wszyst­kich drzew wierz­choł­kach lek­ko i we­so­ło za­szu­miał! Bo w tej chwi­li do­bre du­chy te wi­dzia­ły dwo­je mło­dych, peł­nych ży­cia i zu­peł­nie na jed­ną se­kun­dę szczę­śli­wych pod ich opie­ką lu­dzi!…II. Za mło­de­go wie­ku mo­je­go.

…Za mło­de­go wie­ku mo­je­go, za­cząw­szy od 1815 r. do 1826 roku, pa­mię­tam już do­brze, jak wy­glą­da­ła ów­cze­sna oko­licz­na szlach­ta li­tew­ska. Oj­ciec mój, by­wa­ło, co nie­dzie­la mu­siał być w ko­ście­le. Pro­bosz­czem nie­mo­niuń­skiej pa­ra­fji, bied­nej, ubo­żuch­nej pa­ra­fji, bo tuż obok z dru­giej stro­ny, mie­li­śmy bo­ga­tą fun­da­cji Pa­ców ple­ban­ję je­znień­ską, był za­cny, po­czci­wy, mi­ło­sier­ny, pro­sto­dusz­ny ka­płan, ksiądz Mej­żo­wicz. Oj­ciec mój dla usza­no­wa­nia peł­ne­go za­let pro­bosz­cza i dla przy­kła­du in­nym, co wte­dy wie­le zna­czy­ło, wiecz­nie, nim wszedł do ko­ścio­ła, za­cho­dził wprzó­dy do ple­ban­ji i mnie za­bie­rał z sobą. Za­sta­wa­li­śmy tam sta­tecz­nie po­czci­we­go pro­bosz­cza, cho­dzą­ce­go prze­kąt­ną po swo­jej ubo­giej ale schlud­nej, ale czy­stej iz­deb­ce, i kil­ku­na­stu oko­licz­nej szlach­ty, ze­bra­nej w kup­kę czy w gron­ko po­mię­dzy drzwia­mi i pie­cem czar­nym ka­flo­wym, na pra­wo. Szlach­ta za­wsze sta­ła.

Wszy­scy byli ubra­ni w kon­tu­szach i żu­pa­nach, kar­ma­zy­nem lub pon­sem pod­bi­tych, w je­dwab­nych a cza­sem słuc­kich pa­sach. U boku sza­bla. A Bo­bro­wicz, sta­ry, dy­mi­sjo­no­wa­ny eko­nom ojca mo­je­go, za­wsze się sta­wił w pa­rad­nym stro­ju i li­tym pa­sie, któ­re kie­dyś na imie­ni­ny od ojca mo­je­go był do­stał. Wło­sy u wszyst­kich dłu­go za­pusz­czo­ne z tyłu i nie­co fa­li­sto za­krę­co­ne, nad czo­łem pod­strzy­żo­ne rów­no i krót­ko. Łbów ły­sych a cza­sem i ze szra­ma­mi dużo. Łbów go­lo­nych już mię­dzy nimi nie było! Ale każ­dy ślicz­nie ucze­sa­ny, ogo­lo­ny, umy­ty. Wąs ma­leń­ki, oględ­nie z góry i z dołu sta­ra­niem i no­życz­ka­mi mał­żon­ki pod­strzy­żo­ny. Buty całe, czy­sto czar­ną ja­kąś, tłu­stą i nie da­ją­cą glan­su opa­trzo­ne przy­pra­wą. Czer­wo­ne i żół­te buty, już tyl­ko u pa­nów, jesz­cze się po pol­sku no­szą­cych, na wiel­kich zgro­ma­dze­niach za mło­du wi­dzia­łem. W na­szej stro­nie tak się tyl­ko no­si­li mar­szał­ko­wie: Klecz­kow­ski i Go­da­czew­ski. Wra­ca­jąc do szlach­ty, cza­sem kto z nich miał na so­bie wę­gier­kę sa­mo­dzia­ło­wą. Ale ta za­wsze ob­ra­mo­wa­na była su­te­mi czar­ne­mi ta­śma­mi a peł­na ba­ry­łek, to jest wy­to­czo­nych ta­kim kształ­tem gu­zi­ków. Wę­gier­ki z rzad­ka jed­nak pstro­ka­ci­ły pol­skie ubio­ry. Sza­ble kła­dli tyl­ko na sie­bie od fe­stu pa­ra­fjal­ne­go, kie­dy pro­bosz­czo­wi do bal­da­chi­mu asy­sto­wać trze­ba było.

Wszy­scy co do nogi mniej wię­cej ru­sza­li jesz­cze gę­ba­mi przy wej­ściu na­szem do ple­ban­ji, spie­sząc się wi­docz­nie ostat­nie kę­ski w gar­dziel swój ze­pchnąć. Bo, jak amen w pa­cie­rzu, tak ka­raf­ka z za­far­bo­wa­ną na żół­to lub na czer­wo­no wód­ką, ta­lerz fa­jan­so­wy głę­bo­ki z ma­słem na­kła­dzio­nem w ka­wał­kach i po­tęż­ne par­ty­ki ra­zo­we­go chle­ba na mi­sce gli­nia­nej sta­ły u ubo­żuch­ne­go, ale cno­tli­we­go ple­ba­na na sto­le.

Za wej­ściem ojca mo­je­go za­trzy­my­wał się w bie­gu swo­im po izbie ple­ban. Oj­ciec mój z głę­bo­kim ukło­nem ca­ło­wał go po­wy­żej łok­cia. Ja w rękę. Przed­niej­szą szlach­ta ucie­ra­ła na­tych­miast i wąsy i usta chust­ka­mi czy­ste­mi i jak śnieg bia­łe­mi i szła, kto od­waż­niej­szy i po­ufal­szy na prze­dzie, do­tknąć pra­wą ręką ojca mo­je­go ko­la­na i po­ca­ło­wać go tak­że o parę cali po­wy­żej łok­cia. Mój sta­ry, uści­snąw­szy ple­ba­na, ukło­niw­szy się jesz­cze raz szlach­cie, za­sia­dał na skrzy­pią­cej i do osta­tecz­no­ści roz­cheł­ta­nej ka­nap­ce po­czci­we­go księ­dza pro­sto na­prze­ciw drzwi wcho­do­wych i na­prze­ciw szlach­ty a przez kil­ka chwil trwa­ła ja­kaś ogól­na i prze­ry­wa­na ga­węd­ka, nim wszyst­ko do na­le­ży­tej przy­szło sy­me­tr­ji. Za­czy­na­ły się po­tem py­ta­nia i od­po­wie­dzi. Roz­mo­wa co­raz się bar­dziej sta­wa­ła ogól­ną, w któ­rej i ple­ban i oj­ciec mój słu­cha­cza­mi tyl­ko byli naj­czę­ściej. Oj­ciec im rzu­cał zręcz­nie ma­ter­je naj­czę­ściej o go­spo­dar­ce i o jej wy­pad­kach. Cza­sem coś mó­wił z ga­zet o ja­kim­ściś nie­zwy­kłem zda­rze­niu. Czę­sto też wy­pro­wa­dzał ich w pole o pro­gno­sty­kach rol­ni­czych, któ­re zbie­rać lu­bił, choć i sam na­tem ostro był kuty.

Kto miał wię­cej ham­bi­tu, śmia­ło­ści, ten sta­rał się za­wsze coś po­wie­dzieć, żeby się po­tem tą roz­mo­wą przez cały ty­dzień u sie­bie w domu mógł po­pi­sy­wać i chwa­lić. A wszyst­ko, co mó­wio­ne, było tak roz­trop­nie, tak uprzej­mie, z taką na­iw­ną ale peł­ną praw­dzi­wej szla­chet­no­ści pro­sto­tą, tak się ża­den nie roz­parł, nie roz­dzia­wił, nie­przy­stoj­ne­go sło­wa nie wy­rzekł, pal­ca­mi nosa nie utarł, że aż miło było pa­trzeć!

Na sto­ją­cym na biur­ku czar­nym, sta­ro­świec­kim ze­ga­rze księ­dza biła je­de­na­sta go­dzi­na. Oj­ciec mój do­by­wał swe­go ze­gar­ka, spraw­dzał chwi­le szyb­ko bie­gną­ce­go cza­su ze świę­to­bli­we­go księ­dza klep­sy­drą i zwy­kle po­tem, po­wsta­jąc, po­wia­dał: "Mo­ści pa­no­wie, czas­by już do domu Bo­że­go". Wszy­scy kła­nia­li się pięk­nie i za oj­cem kupą na Mszę św. ru­sza­li.

W je­sie­ni cza­sem, daw­niej, kie­dyś, kie­dyś za bar­dzo ma­lut­kich lat mo­ich, zna­lazł się któ­ry z po­mię­dzy tych za­cnych i przy­zwo­itych lu­dzi, co po­wie­dział: "Szko­da pa­ni­cza pięk­nych trze­wicz­ków; te­raz bło­to po cmen­ta­rzu". I wziął mnie ma­łe­go jak ba­ran­ka na ręce i po­niósł jak pił­kę, a ja, ob­jąw­szy go za szy­ję, ca­ło­wa­łem za to w bie­lut­ką, czy­ściut­ką, jak ala­ba­ster ły­si­nę.

Szlach­ta u ple­ba­na nie dar­mo już ja­dła za­ką­skę. Bo i pier­wej mu ją w ofer­cie ob­fi­cie przy­sła­ła i na parę go­dzin przed­tem w ław­kach ko­ściel­nych na pra­wo chó­rem od­śpie­wa­ła ró­ża­niec do Naj­święt­szej Mar­ji Pan­ny. Od­po­wia­da­ła im dy­sz­kan­tem lewa stro­na ła­wek, przy­stoj­nie ubra­na, mil­szym i wab­niej­szym żon i có­rek tej szlach­ty gło­sem. Ko­bie­ty odzia­ne były bez żad­ne­go wy­my­słu, bez dzi­siej­szych brud­nych i zgnie­cio­nych na gło­wie miej­skich ka­pe­lu­szów, na wi­leń­skiej tan­de­cie u smro­dli­wej Ży­dów­ki ku­pio­nych. A broń Boże, żeby się któ­ra z nich od­wró­ci­ła za sie­bie, ku drzwiom ko­ścio­ła spoj­rza­ła! Choć jej cza­sem i do­praw­dy, bie­dacz­ce, bar­dzo na ser­dusz­ku swę­dzi­ło, żeby jak naj­prę­dzej swo­je­go mi­łe­go uj­rzeć ka­wa­le­ra. A ka­wa­ler, gdy­by po ko­ście­le bąki bić ze­chciał, eo in­stan­ti sto bi­zu­nów za po­wro­tem do domu od ojca je­go­mo­ścia pew­no­by na pa­miąt­kę otrzy­mał. Sta­ry­by czap­ki z gło­wy jesz­cze nie zdjął, ka­ra­be­li nie od­pa­sał a bi­zun ze ścia­ny jak naj­prę­dzej na sy­na­la ścią­gnął.

Pierw­sza nie­dzie­la mie­sią­ca od­by­wa się tu za­wsze z wy­sta­wie­niem Prze­naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu i wiel­ką na­zew­nątrz ko­ścio­ła pro­ce­sją. Tu naj­star­sza i naj­po­waż­niej­sza szlach­ta bra­ła i nio­sła bal­da­chim, inni trzy­ma­li ple­ba­na pod ręce, inni szli na­przód, ro­biąc mu dro­gę. Ci zno­wu zo­sta­wa­li za nim i ochra­nia­li od ści­sku świę­ty chód jego.

Na Boże Cia­ło każ­dy w kar­ma­zy­no­wych spodniach wy­stę­po­wał zwy­kle. A nie­je­den, komu na to by­wa­ło nie sta­nie, i w bu­ra­ko­wym ro­so­le żony płó­cien­ne ga­cie swo­je wy­ką­pał i przy­kra­sił, ale się u spodu kar­ma­zy­no­wo ko­niecz­nie po­ka­zał i przy­zwo­icie po­sta­wił.

Oto­cze­ni w tej stro­nie ze­wsząd sta­ro­stwa­mi i my, i oko­licz­na szlach­ta tu­tej­sza mie­li­śmy w owym cza­sie o gra­ni­ce pra­wie co ty­dzień smut­ne z chłop­stwem sta­ro­ściń­skiem za­tar­gi, nie­po­ko­je i śledz­twa. Ze w tym wzglę­dzie wspól­ny był in­te­res, oj­ciec mój w ra­zie za­rzą­dza­nych czy prze­ciw nie­mu, czy prze­ciw szlach­cie śledztw i pro­ce­sów, wzy­wał nie­kie­dy są­siedz­ką oko­licz­ną szlach­tę do sie­bie dla wspól­nej na­ra­dy i pod­trzy­ma­nia rze­czy wspól­ne­mi do­ku­men­ta­mi. Ja, mło­dy bła­ze­nek, zwy­kle świad­kiem tego by­wa­łem.

Każ­dy z tej szlach­ty miał ty­tuł ja­kiś, któ­rym go czczo­no ko­niecz­nie. Ten – pan rot­mistrz, ten – pan cho­rą­ży, ten – to­wa­rzysz ka­wa­ler­ji na­ro­do­wej, tam­ten – pan struk­cza­szy, łow­czy i temu po­dob­nie. Inni, zwy­cza­jem uświę­co­nym no­si­li ty­tu­ły zdrob­nio­ne oj­ców swo­ich. Byli to: pan cho­rą­życ, pan łow­czyc. Wnu­ko­wie przyj­mo­wa­li zno­wu w zu­peł­no­ści ty­tu­ły dzia­dów i zno­wu się w cho­rą­żych, łow­czych za­mie­nia­li. Sło­wem, że bez "ho­no­ru" to jest bez ty­tu­łu ani kro­ku szlach­cie dać nie mógł. Wy­raz ten jed­nak "ho­nor" miał jesz­cze i inne zna­cze­nie, któ­re i po dziś dzień do­trwa­ło. Jak się szlach­cic chciał do­wie­dzieć o two­je fa­mi­lij­ne na­zwi­sko, mó­wił: "Jak ho­nor pań­ski". Po­szło to stąd, że na­zwi­sko wiecz­nie obok ty­tu­łu cho­dzić mu­sia­ło. Daw­niej jesz­cze obok z praw­dzi­wym ho­no­rem za­wsze cho­dzi­ło.

Kto tedy z moż­niej­szych chciał być praw­dzi­wie grzecz­nym, po­wi­nien był każ­dy ty­tuł szlach­ci­ca każ­de­go do­brze za­pa­mię­tać. Grzecz­niej­szym był jesz­cze ten, kto oprócz ty­tu­łu i imię chrzest­ne szlach­ci­ca wie­dział i zręcz­nie w cią­gu roz­mo­wy to ty­tuł, to imię na­prze­mian wci­skał. Oj­ciec mój był na to wy­bor­ny! To już był naj­wyż­szy sto­pień szla­chec­kie­go ugrzecz­nie­nia i bar­dzo szlach­ci­co­wi po­chle­biał, bo pe­wien ro­dzaj z jed­nej przy­najm­niej stro­ny po­ufa­ło­ści uda­wał.

Praw­dę mó­wiąc, mało z nich ta­kich było, coby czy­tać, a mniej jesz­cze, coby pi­sać umie­li. Ale rzad­ki był bar­dzo, coby swe­go imie­nia i na­zwi­ska nie po­tra­fił pod­pi­sać. Dla te­sta­men­tu, dla do­ku­men­tu, dla re­for­my i po­sa­gu cór­ki, dla we­zwa­nia gdzieś z przy­pad­ku na świad­ka – to jest kie­dy się gdzieś przyj­dzie in­spe­ra­to pod­pi­sać! Nie moż­naż było tak, jak dziś, bez­wstyd­nie i bez za­ru­mie­nie­nia po­wie­dzieć: "Prze­pra­szam pana, ja pi­sać nie umiem!"

A jak to wszyst­ko, nie umie­jąc czy­tać i pi­sać, ła­ciń­skie­mi wy­ra­za­mi mó­wi­ło o pra­wie, o pro­ce­sach, ma­ni­pu­lach i po­zwach, to czło­wiek, co wte­dy do szkół już cho­dził, tyl­ko ra­mio­na­mi ści­skał i mą­dro­ści ich za­zdro­ścił!

Szlach­ta na­sza po­mi­mo ra­bun­ków, kon­fe­de­ra­cyj, wo­jen i za­wi­chrzeń cią­głych a cią­głych w tym kra­ju, jesz­cze pod­ów­czas mia­ła peł­ne skrzy­nie naj­cie­kaw­szych i roz­ma­itych pa­pie­rów, do­ku­men­tów, per­ga­mi­nów. Zdra­dzo­na po­tem wkrót­ce i po­zba­wio­na tych skar­bów zo­sta­ła przez miej­skich ad­wo­ka­tów, pa­ni­czów, fi­lu­tów i ło­trów, któ­rzy im te do­wo­dy po­za­bie­ra­li pod po­zo­rem i obiet­ni­cą uło­że­nia z nich ge­ne­alo­gicz­ne­go drze­wa! Przez tych wiel­kiej ręki zbrod­nia­rzy, co po­tem albo te pa­pie­ry komu in­ne­mu moż­niej­sze­mu sprze­da­li za­bez­cen, albo je po szyn­kach prze­pi­li i za­sta­wi­li i spra­wie­dli­wą śmier­cią po­żar­ci, idąc już na wiecz­ny smo­łą i ogniem u sza­ta­na trak­ta­ment, żad­ne­go ich tu­taj po so­bie nie zo­sta­wi­li śla­du, że dojść po­tem nie moż­na było, gdzie się to po nich po­dzia­ło. Za­bój­cy nie­szczę­sni losu tych pro­stych a cno­tli­wych lu­dzi pierw­si może wy­stęp­ną ręką przy­go­to­wa­li dzi­siej­szy byt nie­szczę­sny oko­licz­nej szlach­ty. Nie­chaj ich imię bę­dzie na wie­ki od po­czci­wych lu­dzi prze­klę­te!

Po ścia­nach i sza­fach jesz­cze wte­dy dużo u szlach­ty i ksiąg sta­ro­świec­kich by­wa­ło! Oj­ciec mój, zda mi się, w 1817 roku na­zna­czo­ny przez rząd na lu­stra­cję sta­ty­stycz­ną oko­lic szla­chec­kich w sa­mych Szy­ła­nach i Pie­le­szysz­kach zgó­rą 180 to­mów na­li­czył. A wie­le z tych ksiąg było wiel­ce cie­ka­wych i rzad­kich, mia­no­wi­cie kro­nik. Jesz­cze do­tąd u jed­ne­go sta­re­go szlach­ci­ca, co czy­tać od dzia­da nie umie, jest pięk­nie w skó­rę opraw­na księ­ga "O mag­de­bur­skiem pra­wie", ale już oprócz Zło­tych Oł­ta­rzy­ków na wszyst­kich, wie­le tu jest, oko­li­cach, jed­na!

Owóż tedy, by­wa­ło, dzie­się­ciu, pięt­na­stu ta­kiej szlach­ty sta­nę­ło u drzwi w sal­ce ojca mo­je­go na jego we­zwa­nie. Po­da­no śnia­da­nie. Mó­wi­li z sobą dłu­go. Każ­dy z nich znał każ­dy ba­dyl swo­jej od­wiecz­nej for­tu­ny, swo­jej oj­co­wi­zny. I każ­dy z nich znał tak­że nasz są­sied­ni naj­mniej­szy kur­ha­nek czy ko­piec. Pro­szę tyl­ko było pa­trzeć, po­słu­chać, jak to wszyst­ko wo­gó­le było przy­zwo­icie i roz­sąd­nie. Jak każ­dy, cho­ciaż cały spłu­ka­ny w swo­jej wiej­skiej pro­sto­cie, w ni­czem przy­zwo­ito­ści, któ­rą ra­dzi czy­sty roz­są­dek i szla­chet­na duma, nie uchy­bił nig­dy. Szlach­cic dla nie­przyj­mo­wa­ne­go przez ob­cych zwy­cza­ju, dla mody, nie po­ni­ża­jąc sie­bie, do ko­la­na by­wa­ło uchy­lił, bo taki układ był mię­dzy wszyst­ki­mi grzecz­ny­mi ludź­mi przy­ję­ty, ale tam wi­dać było, bez żad­ne­go z jego stro­ny sta­ra­nia, tyl­ko czy­stą grzecz­ność. On znał to jesz­cze i pa­mię­tał, że nie­daw­no mógł być na­wet i kró­lem ob­ra­ny!

Każ­dy z nich nad­to, nie zna­jąc ła­ciń­skie­go już ję­zy­ka, umiał za­sto­so­wać do rze­czy i traf­nie róż­ne ła­ciń­skie u nas kur­su­ją­ce przy­sło­wia. Wziął to po swo­im ojcu.

– Pa­nie Ko­mor­ni­ko­wi­czu, przy­szlij­że mi z ła­ski swo­jej ju­tro ten do­ku­ment na za­ścia­nek twój, Bu­ra­kisz­ki. Tyl­koż, pa­nie An­to­ni, nie za­po­mnij o tem, bądź ła­skaw.

– Ju­tro nie­za­wod­nie panu do­bro­dzie­jo­wi go przy­szle, albo i sam oso­bi­ście do­rę­czę. Przy­rze­kłem. Jak­że to za­po­mnieć? Ver­bum no­bi­le de­bet esse sta­bi­le – od­po­wie­dział Ko­mor­ni­ko­wicz. Jak­że tu nie ko­chać ta­kie­go szlach­ci­ca!

Nie­któ­rzy z moż­niej­szych, za­trzy­my­wa­ni na obiad, umie­li jeść przy­zwo­icie i za­cho­wać się u sto­łu tak, że ani wsty­du, ani am­ba­ra­su czy to so­bie, czy go­spo­da­rzo­wi nie ro­bi­li nig­dy. I nig­dy na złość pan­nom re­zy­dent­kom, trzpiot­kom, co tyl­ko wzor­ki z lu­dzi zbie­rać lu­bi­ły i do śmie­chu szu­ka­ły przy­czy­ny, na cel wziąć się nie dali!

Byli wpraw­dzie i tacy z nich, co się tyl­ko wy­łącz­nie od­da­wa­li my­śli­stwu. Ci wię­cej za­bur­ma­szy­ści i śmie­li by­wa­li czę­sto po in­nych do­mach są­siedz­kich, bo oj­ciec mój nie lu­bił my­śli­stwa i wo­lał nie wi­dzieć zwie­rzy­ny, niż ją u sie­bie za­bi­jać. Tacy tedy przyj­mo­wa­ni czę­ściej byli u in­nych na­szych są­sia­dów nam przy­ja­znych a szcze­gól­nie u bra­ci Pęcz­kow­skich, któ­rzy i sta­rą pol­ską go­ści­ność w ca­łym umie­li utrzy­mać bla­sku i duże wszel­kie­go ro­dza­ju, aż do so­ko­łów, my­śli­stwo trzy­ma­li. Za­wsze u nich w sie­niach przy­najm­niej dwóch wy­uczo­nych czy ja­strzę­bi, czy ko­bu­zów sie­dzia­ło. Toż i są­siad nasz Ka­rol Płosz­czyń­ski, choć ku­la­wy a tłu­sty, tak, że jak czop wy­glą­dał, kie­dyś jed­nak my­śli­wy i ama­tor, nie mo­gąc sam już mieć w tej roz­ryw­ce udzia­łu, rad kla­skał w ręce, jak sta­ry fur­man z bi­cza, kie­dy mu inni co upo­lo­wa­li.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: