Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Szlak zapomnianych - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 lipca 2026
2699 pkt
punktów Virtualo

Szlak zapomnianych - ebook

Góry pamiętają każdą krew. Nawet tę, którą zmył czas.

Pierwsza kobieta zniknęła ponad czterdzieści lat temu. Po niej były kolejne. Wszystkie je łączyło jedno – nikt ich nie szukał. Na stokach Pilska życie toczyło się inaczej, a beskidzki regiel potrafił ukryć najgłębsze sekrety.

Gdy po latach zostaje odnaleziony ślad po jednej z zaginionych, Magda Ciesielska, dziennikarka, która wróciła w rodzinne strony, postanawia wejść na szlak i podążyć tropem zapomnianych dziewczyn. Odkryte ścieżki prowadzą w mrok ludzkiej duszy. Okazuje się, że kartami kłamstw i przemilczeń grało wiele osób z lokalnej społeczności.

Jak wysoką cenę przyjdzie Magdzie zapłacić za odkrycie prawdy? I czy tajemnice sprzed lat zniszczą jej dotychczasowe życie?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68851-33-5
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Przy każdym kroku jej sukienka podnosiła się i lekko falowala. Pod cienkim niebieskim materiałem rysowały się jędrne pośladki, migały opalone uda. Przeniósł spojrzenie wyżej – szczupła talia, wąskie plecy, piersi tuż pod sporym dekoltem. Piękno możliwe tylko wtedy, gdy ciało jest młode, dopiero co rozkwitłe. Już świadome własnej atrakcyjności, ale jeszcze nie siły, jaką może obudzić – w sobie i w innych.

Przełknął ślinę. Na chwilę odsunął lornetkę od oczu. Jego tętno przyspieszyło.

Być blisko obiektu to nie to samo, co oglądać go w gazetach. Na zdjęciach. W wyobraźni. W tamtych sytuacjach wszystko miał pod kontrolą – obmyślone, odbywające się zgodnie z planem. Wtedy był sprawny i sprawczy. Ruszał przed siebie, na łów. Podchodził do nich, od tyłu. Nie wiedziały, nie spodziewały się niczego, więc nie reagowały od razu. Był sprytniejszy, szybszy. Kiedy orientowały się, co oznaczają silne męskie dłonie na ich ciałach, było za późno. Najpierw drętwiały. Jak schwytana zwierzyna, która zamiera, kiedy wie, że nie ma szans na ucieczkę. Ani na wygraną w walce. Na kilka chwil organizm wchodził w tryb znieruchomienia. Zamarcia. W tym momencie było jeszcze udawane, miało zadziałać na ich korzyść, ale później następowało to prawdziwe.

Znowu przyłożył lornetkę do oczu. Mógł ją obserwować i bez powiększających soczewek, ale znów chciał widzieć szczegóły.

Stanęła pod drzewem. Rozejrzała się. Nie dostrzegła go, był tego pewien. Umiał być częścią natury. Ona zupełnie tego nie potrafiła. Skąd się tu wzięła? Dokąd chciała iść? W tej sukience i tenisówkach na cienkiej podeszwie?

Znał ją. Wiedział, kim jest. Przewijała się wśród tych wyobrażanych twarzy, piersi, pośladków. Poczuł, że znowu ma erekcję. Tym razem silniejszą niż zwykle. Przywykł już do sytuacji, w których planował. Lubił planować. Już to dawało mu dużą satysfakcję. Podniecało go. Myśl, że panuje nad sytuacją, sprawiała, że czuł się silny. Męski. Robił, co chciał. Nie musiał niczego z nikim uzgadniać. A po wszystkim nie było żadnych konsekwencji.

Do tej pory jednak sceny działy się tylko w jego wyobraźni. Teraz była okazja, żeby wreszcie zrealizować je naprawdę. Wszystko miał już obmyślone, przećwiczone krok po kroku w głowie. To się miało wydarzyć niebawem, w ciągu najbliższych tygodni, ale nie teraz. Nie w tym momencie.

Walczył ze sobą. Okazja była wspaniała, właśnie do takiej dążył, taką chciał zainscenizować, ale to była najtrudniejsza część planu – zależna nie tylko od niego. Istniało ryzyko, że dziewczyna się nie zgodzi albo powie o tym komuś. To go wstrzymywało, nad tym wciąż się zastanawiał.

Tymczasem okazja po prostu się trafiła. Jeden z tych momentów w życiu, które nazywa się przypadkiem. Dla niego – bardzo szczęśliwym. Dla niej – nie. Ale przecież właśnie tak wydarzało się życie, o czym ona na pewno wiedziała. On także.

Rozejrzała się i usiadła na trawie, pod drzewem. Nogi miała ugięte w kolanach, lekko rozchylone na boki. Poczuł gwałtowne pulsowanie w podbrzuszu. Nie zachowywała się tak, jak powinna zachowywać się skromna dziewczyna. To, że była przekonana, że nikogo nie ma w pobliżu, niczego nie zmieniało. Są kobiety skromne i takie, które tej cechy nie mają. Ona należała do tej drugiej grupy, co zresztą go nie dziwiło.

Poczuł, że pocą mu się dłonie. Był tak blisko urzeczywistnienia tego, co planował. Ale nie na dziś. To jeszcze nie miało konkretnej daty, czekało na lepszą okazję. Dwie sprzeczne myśli wciąż walczyły ze sobą w jego głowie. Ta druga podpowiadała jednak, że właśnie teraz, zaraz nadarza się idealny moment. Bardzo, bardzo dobry. Nie, pomyślał, to musi wyglądać inaczej. Zgodnie z planem zapiętym na ostatni guzik.

Tak, teraz, zrób to teraz – mówiło mu jego ciało. To była ogromna siła. Nie umiał się jej oprzeć, dlatego planował, wyobrażał sobie, przeżywał – ale w głowie.

Nastał czas, że mógł doświadczyć tego naprawdę.

Wciąż siedziała pod drzewem. Poruszyła nogami, a niebieski materiał sukienki przesunął się wyżej, obnażając fragment ud i bielizny.

Wdech, wydech, wdech, wydech.

Nie była niewinna, niewinne dziewczyny nie robią takich rzeczy. Zresztą czego można się było po niej spodziewać?

Wstała. Lekko obejrzała się przez ramię i zaczęła otrzepywać dłonią materiał opinający jej pośladki. Ruszyła w górę. Jeśli będzie szła ścieżką, dojdzie do polanki. Ładnej, zacisznej. Pustej. Nikogo dziś nie spotkał w okolicy. Pusto. Tylko oni dwoje.

Patrzył na jej oddalającą się sylwetkę. Poczuł, jakby tracił coś, co już było jego. Jakby wypuścił z rąk ofiarę, którą już przecież schwytał. Włożył lornetkę do plecaka i ruszył przez las szybkim krokiem. Co jakiś czas spoglądał w prawo. Wciąż widział przesuwający się niebieski punkt. Na chwilę oddalał się od niego, zbaczając w lewo, ale po kilku minutach znów kierował się w prawą stronę. Szedł po łuku. Był teraz wyżej. Dotarł do polany, na której ona powinna się za chwilę pojawić.

Była. Niebieska kropka na czarnej ścieżce. Odłożył lornetkę i przesunął się za szeroki pień drzewa, żeby go nie zauważyła. Nie zauważyła. Minęła go. Powoli wspinała się wyżej. W tym miejscu podejście było strome. Wcześniejszy fragment trasy rozleniwiał, zwłaszcza że w prześwicie było widać łąkę. Za zakrętem droga nagle zaczynała ostro piąć się w górę. To było miejsce, w którym wiele osób przystawało, żeby nabrać oddechu przed dalszą wędrówką. Ona też.

Znalazł się tuż za nią. Nie spostrzegła go ani nie usłyszała. Wyciągnął przed siebie ręce. Znał ten ruch, przećwiczył go kilkadziesiąt razy w wyobraźni. Mięśnie wiedziały, co robić.

Usta miała ciepłe i delikatne. Próbowała krzyczeć, ale był silniejszy. Patrzył na miękki niebieski materiał opinający jej ciało. Uklęknął i odchylił go. Nigdy nie czuł się tak, jak w tej chwili. I to było uczucie, przy którym nic innego się nie liczyło.

Pierwszy raz, ale już wiedział, że nie ostatni.ROZDZIAŁ 1

– No, tak to wygląda, zobacz. – Zbigniew Pieczonka przesunął telefon w jej stronę.

Magda Ciesielska wzięła aparat do ręki.

– Ściszę trochę, bo te trzaski są okropne. Co on robił? – Spojrzała na Pieczonkę.

– Nic nie robił. Stary jest i ma stary telefon, to wszystko trzeszczy – on sapie, głośnik szwankuje. Ścisz, bo i tak był za daleko, żeby nagrał się jakiś wyraźny głos. Zresztą obraz jest ważniejszy.

Magda kilka razy nacisnęła przycisk z boku obudowy. Hałas ustał. Odetchnęła i zaczęła się wpatrywać w ekran komórki. Na filmie, z pewnego oddalenia, widać było młodych ludzi, zgrupowanych na leśnej drodze prowadzącej pod górę. Przed nimi stali mężczyźni w roboczych ubraniach. Młodzi blokowali przejście i przejazd.

Ręka kamerzysty skręciła w prawo i Magda zobaczyła traktor, dwie wysłużone terenówki i duży samochód ciężarowy zaparkowane na poboczu asfaltowej drogi. Nacisnęła „stop”.

– Gdzie dokładnie? – Patrzyła na zatrzymany, rozmazany obraz. Jakość filmu nie była najlepsza.

– Tam, gdzie zaczyna się żółty szlak na Halę Miziową. Mniej więcej na wysokości Czarnego Gronia. Jasiu tam mieszka. Daleko już nie chodzi, bo po wylewie ciągnie nogę, więc to musi być blisko niego. Mógłby sobie kupić nowy telefon, tobyśmy więcej zobaczyli, ale oszczędny jest, więc go nie namówisz. Co jednak ma być widać, to widać. Jest sprawa, trzeba jechać. Czegoś takiego jeszcze nie mieliśmy. Sytuacja jest rozwojowa. A my potrzebujemy rozwojowych sytuacji, sama wiesz, jak jest.

– Słabo jest – powiedziała.

– Słyszę, że ten inteligencki Kraków to mocno w ciebie wszedł. Ja bym użył innego wyrazu, ale może przy kobiecie nie wypada. Chociaż ty jesteś swoja. No i w końcu wróciłaś. W domu jednak najlepiej, co? – Pieczonka patrzył na nią z uśmiechem.

– Taak – odparła, celowo przeciągając samogłoskę.

– Entuzjazm masz zaraźliwy. – Nadal się uśmiechał.

Magda westchnęła.

– Byłam szczera. – Wzruszyła ramionami. – Życie mnie docisnęło, dlatego tu przyjechałam. Nie na zawsze, tylko na trochę.

– Kto to może wiedzieć, co mu pisane. Zwłaszcza że oboje wybraliśmy sobie zawód, który robi się zbędny. Różnica między nami jest taka, że ja już jestem emerytem.

– Ja chyba nigdy nie zobaczę emerytury.

– Jaka emerytura, ty jeszcze jesteś młoda, wszystko przed tobą. Na przykład ta akcja teraz pod Pilskiem. To jak, pojedziesz?

Magda znowu westchnęła. Przecież sama przyszła do Zbigniewa Pieczonki z prośbą, by mogła pisać do „Tygodnika Żywieckiego”. Powodem były pieniądze, ale nie tylko one, bo Zbyszek płacił tak, jak mógł, czyli niewiele. Bardziej chodziło o to, żeby mieć kontakt z zawodem.

Skończyła dziennikarstwo. Było to w czasach, kiedy się wydawało, że czwarta władza jest niezagrożona i potrzebna. Później jednak przyszła piąta – nagły rozwój technologii, który z każdej osoby mającej sprzęt i ochotę robił dziennikarza. A teraz pojawiła się jeszcze AI.

Pieczonka jednak wierzył, że w lokalnych mediach tkwi siła, bo ludzie najbardziej interesują się tym, co najbliżej nich. „Fakty i plotki. Mięcho i sól. Czasem coś na osłodę. I musimy pisać o tym pierwsi”. Od lat miał ten sam przepis na sukces. Skuteczny, bo „Tygodnik Żywiecki”, mimo niesprzyjających czasów nadal utrzymywał się na rynku – w wersji internetowej i drukowanej. To drugie szczególnie go cieszyło. Papier, z którego ludzie wciąż czerpali wiedzę o świecie – koncepcja już prawie archaiczna, ale w Żywcu nadal mająca zwolenników.

– Oni protestują przeciwko wycince? – zapytała.

– Tak. „Ekoterroryści”, jak to powiedział Jasiu.

– Różnica pokoleniowa. – Magda znowu uruchomiła nagranie.

Drżąca ręka kamerzysty przesunęła się z prawej na lewą. Znowu było widać ludzi. Nagrywający zrobił zbliżenie. Mimo rozpikselowanego obrazu nie było wątpliwości, że ci, którzy blokują wjazd do lasu, są o pokolenie młodsi od tych, którzy pracują przy wycince. I o dwa pokolenia młodsi od Pieczonki i jego kumpla Jasia.

– Możesz sobie tak napisać, jako obiektywny osąd dziennikarki, ale pamiętaj: mięcho. Jedni mówią: „ekoterroryści” albo nawet „ekoidioci”...

– Tak ci powiedział Jasiu? – Uśmiechnęła się.

– Tak, i jeszcze dosadniej. Będzie tam, pogadaj z nim. Jest głosem okolicznych mieszkańców.

– Okolicznych starszych mieszkańców – sprostowała.

– Obok niego tacy tylko zostali. Młodzi powyjeżdżali i jeszcze nie wrócili.

– Może już nie wrócą.

– Wrócą, wrócą. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, tak się mówi, co?

Nie skomentowała. Od jej powrotu do Żywca upłynęło za mało czasu, żeby przełknęła gorycz porażki, bo w takich kategoriach myślała o wyjeździe z Krakowa. Docisnęły ją finanse. Skończyły się zlecenia, i tak już rzadkie i mało płatne z „Dziennika Polskiego”. Czasem dostawała jakieś zlecenia z tygodników albo miesięczników, ale to były ochłapy. Chałturzyła, pisząc teksty reklamowe i marketingowe, i wszystko to, za co ktoś był gotów jej zapłacić. Starczało akurat na wynajem mieszkania. Słabo, gdy ma się trzydzieści osiem lat. W Żywcu czekał na nią pusty dom rodzinny. No, prawie pusty, bo mieszkał tam teraz także Piotrek, jej starszy brat. Jeden ze starszych braci, któremu życie również średnio się udawało.

– Zdjęcia też porób. Kultura obrazkowa.

– Wiem. – Patrzyła w ekran komórki redaktora naczelnego „Tygodnika Żywieckiego”. – Nic ciekawego już na tym nagraniu nie będzie. Obie strony się okopały na swoich pozycjach.

Usłyszeli piknięcie. Przyszła wiadomość.

Magda podała Pieczonce telefon.

– Esemes od Jaśka. Poczekaj.

„Chłopaki się wnerwili i zadzwonili po policję. Szykuje się dłuższa sprawa”.

Naczelny się uśmiechnął.

– Tym lepiej dla nas.

– Tak. Mięcho. – Magda pokiwała głową. Nagle znieruchomiała. – Mogę jeszcze na chwilę? – Wyciągnęła przed siebie rękę.

– Naprawdę nie ma już nic ciekawego. W przeciwieństwie do tego, co teraz może się tam dziać. – Pieczonka się zniecierpliwił.

– Coś zobaczyłam.

Bez słowa podał jej aparat. Magda zatrzymała film i cofnęła go trochę. Nadal widać było zbliżenie na grupę protestujących. Bez szczegółów, bo słaba jakość, ale teraz pojawił się tam charakterystyczny element. Kolorowa plama. Postać schodząca z góry. Właściwie dwie postaci, ale jedna przykuła jej uwagę.

– No i co tam masz? – Naczelny zajrzał jej przez ramię. – O, a tego nie widziałem. – Przysunął się jeszcze bliżej. – Dosłownie sekundę wcześniej wyłączyłem film, bo wyglądało, że nic ciekawego już się nie wydarzy. A tu się zdarzyło. To chyba tym bardziej pojedziesz, co? – Pieczonka przeniósł spojrzenie z ekranu na Magdę. – Tylko wiesz, jak brzmi pierwsza zasada niezależnego dziennikarstwa?

– Wiem – odpowiedziała po chwili. – Że jest niezależne.

– Zgadza się. Adam pewnie nie ma pojęcia, co się tam dzieje. I nie będzie zadowolony.

Magda pomyślała o swoim drugim starszym bracie. Najstarszym z ich trójki. On jedyny miał ułożone życie. Praktycznie bezproblemowe, nie licząc jego córki, Dominiki. Do niedawna spokojna i cicha siedemnastolatka, ufarbowała włosy na wściekle niebieski, obszyła ciuchy pacyfkami, a teraz protestowała przeciw wycince drzew.

– Co ona robi? – Naczelny zadał to pytanie, choć przecież oboje widzieli to samo.

Dominika Ciesielska zaczęła się rozbierać.

W tym momencie nagranie się kończyło.

– To będzie naprawdę ciekawy materiał. Masz całą stronę. – Położył dłoń na jej ramieniu.

– Dobra. Ale później napiszę to, o czym ci już mówiłam.

– Napiszesz. Choć tamto to przeszłość, a liczy się to, co tu i teraz.

* * *

– Jakby to były moje dzieciaki, toby przez tydzień na tyłku nie usiedziały. – Rosły pięćdziesięciolatek w koszulce polo opiętej na wydatnym brzuchu nie hamował emocji. – Jak to jest możliwe, że blokują drogę, a policja nic nie może z tym zrobić?

Młody policjant, który stał przed nim, odparł, oglądając się przez ramię:

– Procedury są. Oni mogą wszystko, a my musimy zgodnie z prawem. Zwłaszcza że część z nich jest nieletnia.

– E tam, panie. – Znajomy Pieczonki machnął ręką. – Kiedyś to tak nie było. Coraz gorsze te czasy. Normalnym to nic nie wolno, a tym, no, zwichrowanym, to wszystko. – Cmoknął.

Facet w polo pokiwał głową.

– I właśnie dlatego, że to gówniarze, to trzeba ostro i krótko. – Nie ustępował. – Na co pan czeka? – W napięciu patrzył na policjanta.

– Na szefa. Będzie tu za chwilę. I zdecyduje, co dalej. Ja tylko wykonuję polecenia.

– Paranoja. – Mężczyzna z niezadowoleniem pokręcił głową. – Człowiek jest tu zgodnie z prawem, ma robotę do zrobienia, czas mija, a wiadomo, że czas to pieniądz, a tacy się bawią, bo inaczej tego nie nazwę. Znaczy zaraz nazwę, bo mi ciśnienie rośnie. Naoglądali się jakichś filmików w Internecie, jakiegoś lewackiego bełkotu naczytali, mięsa też pewnie nie jedzą, bo zwierzątek szkoda.

Magda, stojąca w pobliżu, notowała sobie w głowie te teksty. Jedno musiała przyznać – były świetne do cytowania.

– Szef przyjedzie i zadecyduje – powtórzył policjant.

– To jeszcze niech coś z tymi... tymi... dziewczynami zrobi. – Słychać było, że mężczyzna chciał użyć innego określenia. – Co to ma być? Żeby się gówniary publicznie rozbierały jak jakieś panienki z ulotek. Zdemoralizowane tak, że brakuje słów.

Znajomy Pieczonki milczał. Magda pomyślała, że akurat ten wątek sprawy mu nie przeszkadza. Zresztą z tej odległości żadnych szczegółów nie było widać.

– One są w kostiumach kąpielowych – odchrząknął policjant.

– To niech się, kurwa, do Buczynki idą kąpać! A nie tu cyckami świecą.

– Proszę się uspokoić. – Mundurowy poczerwieniał. Całym sobą sprawiał wrażenie, że bardzo nie chciał tu stać.

– Jestem spokojny – odburknął facet. – Ale co to miało być?

– Powiedziały, że są nagie, tak jak nagi będzie ten teren po wycince.

Magda nie zobaczyła miny mężczyzny, który wezwał policję, bo obejrzała się przez ramię. Usłyszała odgłos nadjeżdżającego radiowozu.

– Szef przyjechał, zaraz... – zaczął policjant, ale facet w polo mu przerwał.

– A tamci to co robią? – Wyciągnął rękę przed siebie, wskazując na dwóch chłopaków, którzy odłączyli się od grupy protestujących i zaczęli biec pod górę, w głąb lasu.

– Nie wiem. – Policjant wyglądał na zdezorientowanego.

– Przecież mieliście ich pilnować.

– Pilnujemy, ale ich jest więcej i...

Policjant, który do tej pory stał przy protestujących, teraz ruszył w dół, w stronę kolegi. I szefa, który właśnie wysiadł z radiowozu.

Magda drgnęła. Znała tego, który właśnie przyjechał. Byli równolatkami, chodzili do tego samego liceum. Zresztą nie tylko to ich kiedyś łączyło.

– Dzień dobry. Cześć. – Czterdziestolatek w mundurze, który podszedł do nich, był zdziwiony, widząc Magdę, ale nie skomentował jej obecności. – Jak sytuacja? – Popatrzył na podwładnych, ale zanim któryś z nich zdążył odpowiedzieć, odezwał się facet w koszulce polo.

– Dwóch zwiało do lasu. Nie wiadomo, co jeszcze im przyjdzie do tych pustych łbów.

– To akurat wiadomo – odchrząknął ten, który nienajlepiej wywiązał się ze swojego obowiązku pilnowania pikietujących. – Przypną się łańcuchami do drzewa. Żeby nie można było ciąć.

* * *

– Co ty tu właściwie robisz? – Tadeusz Groń zapytał Magdę. Ruchem głowy dał jej znać, żeby do niego podeszła. Sam odsunął się na bok – dalej od rozemocjonowanego mężczyzny w polo i coraz większej grupki obserwatorów.

– Pracuję.

– Po której stronie? Wycinki czy protestu? Obstawiam protest. Zawsze byłaś lekko w kontrze.

– W kontrze? Do czego?

– Wszystkiego. Życia. Systemu. Zasad. Mnie. – To ostatnie dodał po krótkiej przerwie w wypowiedzi.

– W kontrze do ciebie? – Uśmiechnęła się, choć żołądek miała lekko ściśnięty. Ostatni raz widziała Gronia z dziesięć lat temu i to przelotnie. Wtedy też czuła, że choć formalnie od dawna nic już ich nie łączyło, a sprawy niby zostały wyczyszczone, to relacja między nimi była napięta.

– No. Gdybyś nie była w kontrze, to byś mnie nie rzuciła.

A jednak. Dobre miała przeczucie.

– To prehistoria. Zresztą rzuciłam to złe słowo. Nasze drogi się po prostu rozjechały.

_Zupełnie jakby nie pamiętał_ – pomyślała. Ona pamiętała, mimo upływu lat.

– Teraz nastąpił zjazd. – On też się uśmiechnął, z podobną nutą niepewności. – To gdzie pracujesz?

– W „Tygodniku Żywieckim”.

– Serio? Pieczonka ostatnio narzekał, że pieniędzy na wszystko brak, a tu się zjawia dziennikarka z Krakowa.

Nie potrafiła wyczuć, czy naprawdę kpił, czy maskował napięcie. Obstawiała to drugie.

– Jestem wartością dodaną – weszła w konwencję, ale szybko zmieniła temat: – Powiesz mi coś więcej o tej sprawie?

– Wiem pewnie tyle, co ty. Zadzwonił facet i powiedział, że nie mogą ciąć, bo im gówniarze zablokowali drogę. Mają na górze drzewo do zwózki i nie ruszą z dalszą pracą, dopóki tamtego nie zabiorą. A młodzi się zawzięli. Widzę, że jest tam i twoja krew. – Spojrzał na grupkę nadal blokującą przejście.

– Moja krew... No, trochę moja. – Kiwnęła głową.

– Bardzo twoja. Bratanica to bliska rodzina, zwłaszcza jak się nie ma własnych dzieci.

– Skąd wiesz, że nie mam?

– A masz?

– Nie mam.

Nie zrewanżowała się pytaniem, bo wiedziała, że Groń kilkanaście lat temu został ojcem. Zresztą, co ją to interesowało.

– Przynajmniej już się ubrały, bo podobno protestowały na całego.

– W kostiumach. Mamy dwudziesty pierwszy wiek. – Mimo wszystko Magda też się ucieszyła, kiedy dziewczyny włożyły ciuchy.

– Uuu, bronisz jej. Jak na rzetelną dziennikarkę to chyba niezbyt dobrze.

– Nie bronię, stwierdzam fakt.

– Niech ci będzie.

– Co tam się dzieje na górze? – Znowu zmieniła temat. Nie tak powinna przebiegać ta dyskusja, to ona powinna nad nią panować, nadawać jej kierunek.

– Wiem tyle, co i ty. Że się młodzież łańcuchami i kłódkami bawi.

– I co zrobicie?

Tadeusz Groń westchnął.

– A co mamy zrobić? Odetniemy, bo próbują rozporządzać nieswoją własnością. Zadzwonimy po rodziców, a potem to już niech sąd się martwi, co z nimi zrobić.

– Nie popierasz ich – ni to zapytała, ni stwierdziła.

– Jestem funkcjonariuszem, bezstronnym. Podobnie jak ty.

Zastanawiała się, czy też odpowiedzieć w zaczepnym stylu, ale zadzwonił jego telefon.

– No, jak tam? – Przycisnął aparat do ucha. – Co? – Spoważniał. – Co tam jest? – Spojrzał na Magdę i odsunął się o dwa kroki. – Na pewno? Wiecie, co robić? Nic. Nic nie robić. Gdzie dokładnie jesteście? Aha, dobra. Jakby co, będę dzwonił.

Magda patrzyła na niego wyczekująco, ale nic nie powiedział, dlatego odezwała się pierwsza:

– Coś im się stało?

– Komu? – zdziwił się.

– No tym dzieciakom – tym razem to ona się zdziwiła.

– Nie, siedzą na ziemi, najwyżej kleszcze ich oblazły.

– To o co chodziło?

– O coś innego. Na razie nie będzie żadnych informacji. – Odwrócił się i poszedł w stronę lasu. Magda patrzyła za nim, póki nie zniknął wśród drzew. Jego zdecydowany ton nie zachęcał do dalszego zadawania pytań.

Obok niej wyrósł mężczyzna w polo.

– I coś wiadomo? Odcięli ich już?

– Nie wiem. Ale chyba nie.

– Cackają się jak ze zgniłym jajkiem. Niech pani to napisze. Może mnie pani cytować, ja się nie wstydzę swoich poglądów. – Wyprostował się.

– Jasne, dziękuję. Przepraszam, idę porozmawiać z młodymi.

– Powodzenia życzę.

Podeszła do nastolatków, którzy nadal stali na gruntowej drodze, na granicy łąki i lasu. Trzymali się pod ręce, zapewne po to, żeby nie udało się ich rozdzielić, choć teraz nie było nikogo, kto miałby to zrobić. Policjanci znajdowali się na górze, pracownicy i ich szef stali obok swoich pojazdów.

– Cześć, ciotka! Co ty tu robisz? – Dziewczyna z niebieskimi włosami ucieszyła się na widok Magdy.

– Pracuję. A ty co tu robisz?

– Protestuje – odezwała się dziewczyna obok. – Wszyscy protestujemy. Pani chyba nie jest z policji.

– Nie, ciocia jest z prasy. Dziennikarka. Magda Ciesielska. A to jest Doro, znaczy Dorota, moja przyjaciółka. – Przedstawiła je sobie.

– Napisze pani o nas? Że chcemy ratować planetę? I że to, co dobre dla natury, jest dobre także dla ludzi? Jak się wszystko wytnie, to jakie tu będzie powietrze? Tak wielu nie potrafi zrozumieć, że palenie w starych piecach to trucie siebie i innych.

– Napiszę. Włączę dyktafon. – Magda obejrzała się w stronę lasu. Nikogo nie dostrzegła.

– To ja powtórzę. – Dziewczyna ponownie wygłosiła ten sam tekst.

Magda stwierdziła, że jest dobrze przygotowana. To nie był spontaniczny protest, tylko przemyślana, zorganizowana akcja.

– To wasza własna inicjatywa? – zapytała.

– Tak. Nikt nami nie steruje, nikt nas nie namawia, nie płaci nam. – Tym razem odezwała się Dominika. – Potrafimy samodzielnie myśleć. I myślimy, że nie chcemy takiego świata, jaki szykują nam dorośli.

– A dorośli wiedzą, że tu jesteście?

– Jeśli pytasz o tatę, to nie wie. – Bratanica na chwilę spochmurniała.

– Moja mama wie i nas popiera – powiedziała ta druga. – Ale ona jest feministką.

Magda pomyślała, że nie potrafiłaby ocenić pod tym kątem matki Dominiki. Alicja była cicha i spokojna. Adam też. Ich córka musiała dostać inny zestaw genów.

– Ma pani zdjęcia? Wtedy, kiedy stałyśmy tu w kostiumach? – zapytała Dorota.

– Niestety, nie zdążyłam uchwycić tego momentu.

Powiedziała to tak gładko, że aż się zdziwiła.

– To możemy potem zainscenizować. Bo to się będzie klikało, a rozgłos jest ważny. To znaczy dotarcie do jak największej liczby osób z naszym przekazem.

– Ty też byś chciała? – Magda spojrzała na Dominikę.

– Nie wiem. Wtedy to był wynik chwili, a nie... ustawka. – Dziewczyna się zawahała. – A przecież chodzi o prawdę. W każdej sytuacji.

– Ale z drugiej strony... – Dorota zaczęła coś mówić, lecz Magda ruchem ręki dała znać, że chwilowo przestaje jej słuchać. Zauważyła bowiem męską sylwetkę wśród drzew. To był Groń. Schodził szybkim krokiem, na ukos, wyglądało na to, że zmierza w stronę radiowozu. Wybrał taką trasę, jakby chciał ominąć tę grupę. I Magdę.

Ruszyła w jego kierunku. Zauważył ją i na ułamek sekundy się zawahał, ale ostatecznie nie zmienił zamiaru. Spotkali się, gdy był już na łące.

– I jak tam na górze? – Magda musiała do niego podbiec, gdyż nie zwolnił kroku.

– A o co pytasz?

– O tych przykutych do drzew.

– Wciąż przykuci.

Nadal szedł. Dotrzymywała mu kroku.

– Stało się coś?

Nie odpowiedział.

– Bo mam wrażenie, że tak.

Milczał.

– Pójdę sprawdzić. – Zatrzymała się.

On też stanął.

– Nie idź tam – powiedział, patrząc na nią.

To nie była prośba. To było polecenie.

– Bo? – zapytała, nie spuszczając z niego wzroku.

– Bo to teren operacyjny.

Zawahała się, ale ruszyła ku górze. Wóz albo przewóz. Praca dziennikarki nauczyła ją takich zachowań.

– Magda – usłyszała.

– Tak? – Obróciła się.

– Nie idź tam – powtórzył Groń. – Nikomu postronnemu nie wolno się tam szwendać. To będzie utrudnianie pracy policji.

Nagle się przestraszyła. A co, jeśli któremuś z tych młodych jednak coś się stało?

– Ale nikt tam nie umarł? – próbowała zażartować.

Tadeusz przez chwilę milczał.

– Umarł. Właśnie o to chodzi, że umarł.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij