Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Szmaragdowa Dolina. Tajemnica Altery - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 września 2026
1999 pkt
punktów Virtualo

Szmaragdowa Dolina. Tajemnica Altery - ebook

Aleks wydaje się zwyczajnym dziesięciolatkiem. Lubi gry komputerowe, swoją mamę, psa i jedynego przyjaciela, ale już nieco mniej swój wzrost, odstające uszy i drwiących z niego szkolnych kolegów. Pewnego dnia w sklepie wpada na rudowłosą, ekscentryczną dziewczynę, która najwyraźniej znajduje się w poważnych opałach. Chcąc jej pomóc, pakuje się w tarapaty, a jego życie wywraca się nagle do góry nogami. Przez lustro-portal zostaje wciągnięty do Altery – świata elfów, chochlików, jednorożców i innych egzotycznych stworzeń, o których nigdy nie słyszeliście! Czy wraz z elfami uda mu się pokonać złego Maldoka i uratować oba światy? Co zrobi, kiedy wszystko zawiedzie i sytuacja będzie już beznadziejna?

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-706-7
Rozmiar pliku: 7,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1
NAJDZIWNIEJSZY DZIEŃ

Nemetti biegła parkową alejką, raz po raz oglądając się nerwowo za siebie. Ognistorude, poskręcane w sprężynki włosy uparcie opadały jej na twarz. Dwaj mężczyźni w czarnych skórzanych kurtkach i ciemnych okularach, którzy jeszcze niedawno za nią biegli, zniknęli jej z oczu. Chyba ich zgubiła, gdy kilka chwil wcześniej skręciła ostro w boczną ścieżkę prowadzącą w stronę małego jeziorka. Wiedziała jednak, że musi być czujna. Zwracała na siebie uwagę i łatwo było wypatrzyć ją wśród przechodniów. Czapkę z daszkiem, którą dał jej dziadek, żeby mogła schować pod nią burzę rudych włosów, dawno już zgubiła. Loki rozsypały się jej na plecy i podskakiwały teraz w takt biegu, co w połączeniu ze zwiewną zieloną sukienką do kolan i dziwacznymi czerwonymi butami sprawiało, że ludzie się za nią oglądali.

„Następnym razem muszę skombinować inne ubrania – pomyślała, marszcząc swój lekko zadarty nos. – Jeśli w ogóle będzie jakiś następny raz…”

Była prawie pewna, że gdy dziadek się dowie o dzisiejszej pogoni, nie pozwoli jej tu nigdy więcej wrócić. Ale nie to było w tym momencie najważniejsze. Teraz musiała dostać się na ulicę Krzywego Zwierciadła, zanim będzie za późno. Wybiegła z parku i przystanęła na moment, próbując złapać oddech. Omiotła wzrokiem okolicę, żeby zorientować się, gdzie jest. Tam! Dróżka wyprowadziła ją kawałek na prawo od głównej bramy, którą dziś rano weszła w parkowe alejki. Stała na szerokim chodniku. Ulicą jeździły samochody, ale na deptaku przed nią znajdowało się zdecydowanie mniej ludzi niż w parku, co oznaczało, że będzie jeszcze bardziej rzucać się w oczy. Nemetti jęknęła. „Może zgubiłam ich na dobre” – pomyślała z nadzieją i obejrzała się za siebie. Nikt jej nie gonił. Ulicą po jej lewej stronie co chwilę przejeżdżały samochody, a ci z nielicznych przechodniów, którzy nie mieli nosów utkwionych w komórkach, rzucali jej tylko przelotne, zaciekawione spojrzenia.

Ruszyła biegiem wzdłuż niewysokich bloków, choć teraz już nieco wolniej. Czuła, że dopada ją zmęczenie. Pomacała ręką pasek w poszukiwaniu przyczepionej do niego torebki, a w niej tego, po co tu przyszła. Jest! Buteleczka z wodą była na swoim miejscu. Chociaż tyle. Nagle poczuła na plecach dziwne mrowienie, a jej serce zaczęło bić szybciej. Obejrzała się, choć wcale nie musiała. To byli oni. Mężczyźni w czarnych kurtkach musieli przed momentem wypaść z parku, bo teraz biegli w jej stronę, zwinnie omijając przechodniów. Nie spuszczali z niej wzroku i wcale nie wyglądali na zdyszanych.

„A niech to piksja kopnie!” – zaklęła w duchu Nemetti i przyspieszyła. Zaczęła się gorączkowo rozglądać, szukając drogi ucieczki. Po prawej stronie, między blokami, mignęła jej duża, metalowa brama. Kątem oka zobaczyła podwórko, a za nim drugą bramę i wylot na równoległą ulicę. Usłyszała z tyłu przeciągły syk i obejrzała się za siebie. Na chodnik, kilkanaście metrów za nią, wjechał duży samochód dostawczy, na chwilę odgradzając ją od napastników. Teraz! Nemetti cofnęła się i podbiegła do bramy. Pokręciła nerwowo gałką. Bez skutku. Przekręciła gałkę jeszcze raz, tym razem nieco wolniej, napierając lekko na bramę. Zamek ustąpił i metalowa furta otworzyła się z cichym jęknięciem. Nemetti zatrzasnęła ją za sobą i wpadła na niewielkie, wewnętrzne podwórko, stamtąd wybiegła na kolejny chodnik, a potem skręciła ostro w lewo. Miała nadzieję, że nie straci orientacji w terenie. „Ulica Czekoladowa” – głosił napis na tabliczce, przytwierdzonej do bloku po przeciwnej stronie ulicy. Nemetti nigdy jeszcze tu nie zawędrowała. Zaczynała się denerwować. Czas mijał, a ona wciąż miała spory kawałek do pokonania. Obejrzała się za siebie, ale chodnik był pusty, jeśli nie liczyć kilkorga dzieci z plecakami i kobiety z jakimś czworonożnym stworzeniem prowadzonym przez nią na sznurku. Nemetti przez chwilę przyglądała się z ciekawością temu sznurkowi, ale zaraz przywołała się do porządku. „Skup się!” – zganiła się w myślach. Wtedy jej uwagę przykuł szyld zawieszony na jednym z budynków kilkadziesiąt metrów przed nią: „To i Owo. Sklep z art. różnymi”. Sklep… To chyba jedno z tych miejsc, gdzie każdemu wolno wejść i nikt o nic nie pyta. Przyspieszyła kroku. „Schowam się tam na chwilę i upewnię, że nikt mnie nie śledzi” – pomyślała. Zanim przekroczyła próg budynku, obejrzała się po raz ostatni, żeby sprawdzić, czy nikt niepożądany nie widzi, jak wchodzi do środka.

U Aleksa Piątka ten dzień od początku zapowiadał się inaczej niż zwykle.

Alarm w jego komórce, nie wiedzieć czemu, nie zadzwonił, przez co chłopiec zaspał. Gdy jego mama, pani Krystyna Piątek, wróciła o wpół do ósmej z porannego spaceru z ich podpalanym owczarkiem szkockim Nelą, ze zdumieniem odkryła, że Aleks nie siedzi jeszcze w kuchni przy śniadaniu. Zajrzała do pokoju syna i zastała go śpiącego w najlepsze.

– Aleks, wstawaj! Spóźnisz się do szkoły! – zawołała, po czym pospiesznie podeszła do okna i energicznie rozsunęła zasłony.

Chłopiec skrzywił się i zacisnął powieki, próbując odeprzeć atak ostrego porannego światła, które niespodziewanie wdarło się do pokoju.

– Aleks! – powtórzyła mama i zerwała z niego kołdrę. Jej krótkie ciemnoblond włosy były jeszcze w porannym nieładzie, a duże piwne oczy wpatrywały się w niego z wyrzutem.

– Litości… – jęknął chłopiec.

Przetarł twarz i nieprzytomnym wzrokiem zerknął na wiszący naprzeciw zegar z okrągłą tarczą imitującą boisko do piłki nożnej. Dostał go od ciotki Felicji w czasach, kiedy obie z mamą próbowały jeszcze nakłonić Aleksa do uprawiania jakiegoś sportu. Przez chwilę gapił się w niego jak w ogromny, zielony pączek przyklejony do ściany, aż w końcu cyfry na tarczy zegara zaczęły nabierać sensu.

– Za dwadzieścia ósma?! – wrzasnął i wyskoczył z łóżka. Wciągnął na siebie jeansy i bluzę, po czym ruszył pędem do łazienki.

Chlusnął w twarz wodą, a następnie kilkoma szybkimi ruchami przeczesał nieco zbyt długie włosy koloru mlecznej czekolady, starając się jak zwykle ukryć pod nimi zdecydowanie za duże, odstające uszy. Westchnął i przyjrzał się ponuro swojemu odbiciu w lustrze. Był chudy i dość niski jak na swój wiek i mimo że mama ciągle twierdziła, że kiedyś się „wyciągnie”, bo jego tata był przecież wysoki, to niemal stracił już nadzieję, że kiedykolwiek dogoni pod tym względem rówieśników. Zresztą… wcale nie mógł być pewien, czy jego tata był wysoki. Może mama tylko tak mówiła, żeby dodać mu otuchy? W końcu ile można wyczytać z kilku wyblakłych i pogniecionych od ciągłego oglądania fotografii? Sięgnął po szczoteczkę do zębów, starając się skierować swoje myśli na coś przyjemnego. Urodziny! Za trzy miesiące skończy trzynaście lat i jeśli ciotka Felicja nie żartowała, gdy mówiła, że dorzuci mu brakującą kwotę na jego wymarzony zestaw VR, może w końcu będzie mógł go kupić! Uśmiechnął się do siebie. Ciotka Felicja była naprawdę super.

– Aleks! Pospiesz się! Już prawie ósma! – krzyknęła mama przez drzwi.

„A niech to” – zaklął w duchu. Szybko wytarł twarz ręcznikiem i wypadł z łazienki. Porwał wypchany książkami plecak i przygotowaną wcześniej przez mamę kanapkę z serem, którą połknął w trzech kęsach, zanim jeszcze zdążył wybiec z klatki numer trzy w bloku przy ulicy Słonecznej. Gdyby nie pośpiech, ucieszyłby się na pewno, że dzień zapowiada się pogodnie, co niewątpliwie dawało nadzieję na rychłe nadejście wiosny. A Poziomki Wielkie, jego rodzinne miasto, wiosną wyglądały najpiękniej.

W drodze do szkoły natknął się jak zwykle na panią Zosię, starszą sąsiadkę z parteru, która dreptała po zakupy do sklepiku osiedlowego. „Ona też musiała dziś zaspać” – pomyślał ze zdziwieniem i przeskoczył przez jej rudego kota perskiego Puszka, który zdążył się już rozłożyć na środku chodnika i łapał pierwsze tego dnia promienie słońca. Aleks krzyknął: „Dzień dobry!” i pognał dalej, w dół ulicy Słonecznej.

Już wiedział, że się spóźni, a dzisiejszy dzień był najgorszy, jaki mógł sobie na to wybrać. Pierwszą miał matmę z Kudłatą, złośliwą, wredną i najbardziej nielubianą nauczycielką w szkole, która nie cierpiała spóźnialskich. Gdy była w złym humorze, czyli właściwie zawsze, potrafiła wyrzucić delikwenta na korytarz i wpisać mu nieobecność.

„Że też musiałem zaspać akurat dzisiaj!” – jęknął w duchu Aleks i poprawił plecak, który w biegu zsunął mu się z ramienia. Nagle usłyszał, że ktoś go woła.

– Hej! Aleks! Podwieźć cię?

Obejrzał się i niemal podskoczył z radości. Może jeszcze nie wszystko stracone? To ciotka Felicja uśmiechała się do niego ze swojego niebieskiego Opla Corsy.

– Jasne! – krzyknął i podbiegł do samochodu. – Cześć, ciociu!

Usadowił się na miejscu pasażera. Ciotka, siostra mamy, młodsza od niej dobrych kilka lat, jak zwykle wyglądała ładnie: kolorowa sukienka w kwiaty, delikatny makijaż i ta bijąca od niej pozytywna energia. Ciemne włosy upięła w niesforny kok, a duże piwne oczy wpatrywały się teraz w Aleksa z życzliwą troską. Chłopiec odetchnął z ulgą.

– Zaspałeś – stwierdziła rzeczowo ciotka, wciskając gwałtownie pedał gazu. – Pewnie znów do późna grałeś na komputerze. Wiesz, że nie mam nic przeciwko komputerom, ale powinieneś mieć też inne zainteresowania, z kolegami się spotykać, sport jakiś uprawiać… W zdrowym ciele zdrowy duch! – Ciotka uśmiechnęła się pod nosem, jakby zadowolona z dobrze użytego sloganu.

– Ale ja uprawiam sport. E-sport – oznajmił Aleks, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.

Ciotka pokręciła głową z rezygnacją.

– Tylko bzdury ci w głowie. A ja mówię poważnie!

Aleks pomyślał, że ciotka nie ma racji. Przecież miał zainteresowania. Lubił rysować, wymyślać scenerie z fantastycznych światów, które mogłyby się stać miejscem akcji nowych gier komputerowych. W szufladzie jego biurka leżał gruby zeszyt pełen wyimaginowanych postaci i nieistniejących krain. Lubił też czytać i jeździć na rowerze. Nie miał jednak ochoty wdawać się teraz z ciotką w dyskusję.

– A co ty tu robisz? Nie masz dziś wykładów? – spytał, zmieniając temat.

Ciotka nagle spochmurniała.

– Odwołane. Nie powiem, żeby studenci się tym przejęli. A egzaminy niedaleko! – Oderwała prawą rękę od kierownicy i pogroziła palcem niewidzialnemu studentowi, a potem zmieniła bieg i nacisnęła pedał gazu tak mocno, że Aleksem aż szarpnęło. Ciotka prowadziła jak zawodowa kierowczyni Formuły 1 i Aleks czasem się zastanawiał, czy to, że jeszcze nigdy nie miała wypadku, naprawdę było wynikiem jej nadzwyczajnych umiejętności i refleksu, czy po prostu szczęścia. – No przecież się spieszysz! – powiedziała z wyrzutem, gdy zobaczyła, jak chłopiec kurczowo łapie się fotela.

Aleks energicznie pokiwał głową. Ryzyko odniesienia trwałych obrażeń w wyniku wypadku samochodowego wydało mu się w tej chwili zupełnie akceptowalne wobec perspektywy spóźnienia się na matematykę.

– No więc jadę na zebranie wydziału – ciągnęła ciotka, nieco udobruchana. – Mamy nowego dziekana. Jest informatykiem, i to tej samej specjalizacji co ja, więc mam nadzieję, że poprze mój projekt stworzenia nowego kierunku. A właśnie! Słuchaj! Syn mojej koleżanki chodzi na karate. Podobno bardzo mu się tam podoba. Mogłabym cię z nim zapoznać.

– Ciociu… – jęknął Aleks, łapiąc się drzwi, żeby nie wpaść na ciotkę, kiedy ta wyjątkowo ostro wzięła kolejny zakręt. – Już o tym rozmawialiśmy. Nie lubię rywalizacji, nie lubię zorganizowanego sportu i nie chcę poznawać nowych kolegów.

Odwrócił głowę i spojrzał w okno. Miał nadzieję, że ciotka nie będzie kontynuować tego tematu, bo nie miał teraz ochoty na zgłębianie swojego życia prywatnego. Był pewny, że ani mama, ani ciotka nie zdawały sobie sprawy, że to raczej koledzy nie okazywali mu zainteresowania, a nie on im. Zresztą kto chciałby kumplować się z kimś, kto nie potrafi nawet przerzucić piłki przez boisko przy grze w dwa ognie? Ci co bardziej złośliwi nazywali go nawet Mizerią, ale już się do tego przyzwyczaił. Dla pozostałych był po prostu niewidzialny. Tylko jedna osoba traktowała go jak kumpla, a nawet… przyjaciela. Na myśl o nim Aleks lekko się uśmiechnął. Daniel – jasnowłosy, niebieskooki chłopiec, z którym przyjaźnił się od przedszkola. Daniel był średniego wzrostu, średniej budowy, był średni z matmy i średni na wuefie i może dlatego nikt się go nie czepiał, a wielu nawet go lubiło. Z pewnością mógłby znaleźć sobie dziesięciu innych, ciekawszych kolegów niż Aleks, ale on zdawał się tego nie dostrzegać. Na szczęście dla Aleksa nikt nie wypominał Danielowi przyjaźni ze szkolnym fajtłapą, być może dlatego, że od czasu pewnego incydentu w jednej ze starszych klas wszyscy w szkole wiedzieli, że wujek Daniela jest policjantem.

Aleks nagle zdał sobie sprawę, że ciotka wciąż coś do niego mówi.

– Wiem, wiem – kontynuowała, wzdychając ciężko – że masz inne zainteresowania, ale ja i tak będę próbowała cię przekonać. Jesteś dla mnie jak syn i nieba bym ci przychyliła. Nie mogę patrzeć, jak siedzisz popołudniami sam w tym swoim pokoiku. Młodzi ludzie powinni spędzać czas z rówieśnikami! Tak, tak, wiem, masz Daniela. I świetnie. Takie przyjaźnie są bezcenne. Ale naprawdę przydałoby ci się jeszcze kilku kolegów. Ja w twoim wieku…

– Nie przejmuj się, ciociu. Mnie to pasuje – przerwał jej Aleks, lekko zniecierpliwiony. Miał już trochę dość słuchania uwag na swój temat.

Ciotka Felicja znów westchnęła i tym razem zamilkła. Skupiła wzrok na jezdni.

– Hej, a może wybierzemy się w weekend do kina? – rzuciła po chwili pojednawczym tonem. – Na ekrany wchodzi ten nowy film o człowieku-wężu.

– Jasne – odparł Aleks, wzruszając ramionami.

Skręcili w ulicę Szkolną. Jechali teraz nieco wolniej i chłopiec poczuł ulgę, gdy zobaczył, że kilkoro uczniów biegnie jeszcze chodnikiem w stronę szkoły. A więc nie był ostatni. Ciocia zatrzymała auto na poboczu, na wysokości wejścia na dziedziniec.

– No to jesteśmy – sapnęła. – Jak się pospieszysz, to powinieneś zdążyć – stwierdziła z zadowoleniem, spojrzawszy na zegarek na desce rozdzielczej.

– Uratowałaś mi życie – powiedział Aleks, gramoląc się z auta. – Serio. Kudłata by mnie zamordowała. A tak to może tylko powiesi mnie za nogi nad tablicą.

Ciotka Felicja parsknęła śmiechem.

– Przemyśl jeszcze to karate! – rzuciła za oddalającym się siostrzeńcem, a potem zawróciła i odjechała z piskiem opon.

Aleks przeciął biegiem boisko, minął plac z drabinkami i skierował się w stronę głównego wejścia.

– Patrzcie! Mizeria się dziś spóźni na lekcje! – Doleciał go od strony huśtawek drwiący śmiech jakiegoś siódmo- albo ósmoklasisty.

Aleks nawet się nie obejrzał. Pędził ile sił w nogach, aż nagle, gdy był już jakieś dwadzieścia metrów od drzwi, zwolnił. Poczuł, że żołądek ściska mu się w supeł. Na murku okalającym szerokie schody prowadzące do wejścia zobaczył cztery postaci. Zaklął w duchu. To banda Strasznego Zbyszka prawdopodobnie znów postanowiła zerwać się z lekcji i umilić sobie czas terroryzowaniem młodszych. Aleks wiedział, że to nie on był ich głównym celem, ale i tak był pewny, że go zaczepią. Tacy jak oni nie przepuszczali żadnej okazji. Nie miał jednak wyjścia. Jeśli chciał dostać się na lekcje, musiał jakoś koło nich przejść.

Obejrzał się za siebie. Pryszczaty dryblas na huśtawce przyglądał mu się ze złośliwym uśmiechem, a tuż za rogiem sąsiedniego budynku przyczaiła się trójka spóźnialskich – tych samych, których minął przed chwilą na ulicy. Najwyraźniej zwęszyli kłopoty, dlatego postanowili przeczekać i obserwować rozwój wypadków z bezpiecznej pozycji. Aleks wiedział, że nie ma co liczyć na posiłki. Ruszył wolnym krokiem w stronę schodów.

– Hej, Mizeria! Gdzie tak lecisz? – zawołał Straszny Zbyszek. Przeżuwał właśnie trzymaną w ręce kanapkę.

„Pewnie zabrał ją któremuś dzieciakowi” – pomyślał Aleks z odrazą. Udał, że nie dosłyszał wołania, i szedł dalej, przyspieszając kroku. Wzrok wbił w ziemię. Gdyby tylko zostawili go w spokoju…

– Do ciebie gadam, Dyzio. Dyzio Marzyciel! Coś tak zaniemówił? – zadrwił Zbyszek, a jego kumple zarechotali. – Nie mył żeś dziś tych swoich wachlarzy czy jak?

Radek z siódmej C zakrztusił się ze śmiechu. Aleks był już przy schodach. Uszy paliły go z upokorzenia i ze złości. Nagle Zbyszek skinął głową na Radka, a ten natychmiast zeskoczył z murku, zrobił kilka kroków w kierunku Aleksa i pchnął go tak, że chłopiec zachwiał się, stracił równowagę i upadł do tyłu na betonowe płytki. Na szczęście plecak zamortyzował uderzenie i Aleks otarł sobie tylko prawy łokieć. Opryszek zarżał jak koń, ukazując rząd pożółkłych zębów, w którym brakowało górnej dwójki. Odgarnął z czoła tłuste strąki i zerknął głupkowato na swego wodza. Straszny Zbyszek prychnął.

– No i czego się nie odzywasz? A starczyło się ładnie przywitać. Gdzie tak zasuwasz, chuderlaku? Myślisz, że se bez ciebie nie poradzą? Takiś łebski?

Łobuzy zarzęziły z radości, każdy w swojej tonacji. Aleks skupił się na tej kakofonii, starając się pohamować napływające do oczu łzy. Był wściekły – wściekły, że nie potrafił się im przeciwstawić, wściekły, że banda Strasznego Zbyszka znów zatriumfuje. Zaczął się niezdarnie podnosić. Otrzepał spodnie i obejrzał łokieć. Na szczęście w kurtce nie było dziury.

– A teraz zmiataj, pókim dobry. Masz dziś wolne – syknął Zbyszek i wrócił do konsumowania kanapki.

Aleks wyprostował się, zacisnął zęby i poprawił ubranie. Czyli to już koniec. Nie dotrze dziś na matematykę. Zerknął na drzwi, jakby miał nadzieję, że jeszcze coś się wydarzy, że jednak jakoś uda mu się przejść koło tych dryblasów.

– No, zjeżdżaj! – ryknął Zbyszek, bo najwyraźniej stracił już cierpliwość, a potem zrobił ruch w jego stronę i wycedził ze zmrużonymi oczami: – Chyba że chcesz naprawdę oberwać.

Aleks nie chciał. Odwrócił się i zrezygnowany ruszył przez boisko. Rozległ się dzwonek na pierwszą lekcję. Może woźny wpuściłby go bocznym wejściem? Tylko czy to ma sens? Przecież i tak się spóźni i Kudłata go wyrzuci. Ale jeśli wcale się nie pojawi, to matematyczka może powiadomić wychowawcę, wychowawca mamę, a mama jak zwykle będzie żądać wyjaśnień. Aleks skrzywił się na samą myśl.

I nagle, jak na życzenie, usłyszał głos pana Andrzeja. Wychowawca klasy szóstej B i zarazem nauczyciel techniki zmierzał właśnie dziarskim krokiem do wejścia.

– Chłopcy! Co wy tu robicie?! Na lekcje! Już! – zawołał w kierunku okupujących murek bandziorów. – Piątek, a ty gdzie się wybierasz?

Aleks jeszcze nigdy się tak nie ucieszył na jego widok. Natychmiast zawrócił. Straszny Zbyszek i jego kompani w mgnieniu oka stracili tupet. Zeskoczyli z murku i z ociąganiem weszli do środka. Ich plan przyjemnego spędzenia kilku pierwszych godzin lekcyjnych spalił na panewce.

„Może ten dzień nie będzie jednak taki zły?” – pomyślał Aleks i pomknął co sił na matematykę.

Spóźnił się na tyle, że Kudłata, rzucając groźne błyski znad swoich lekko przyciemnionych jak zepsute fotochromy okularów, kazała mu zostać pod tablicą i zademonstrować całej klasie rozwiązanie szczególnie paskudnego zadania domowego z procentów. Aleks kątem oka wyłapał kilka kpiących uśmiechów z tylnych ławek. Chcąc nie chcąc, chwycił do ręki kredę i dopiero po piętnastu minutach męczarni, kiedy na przemian to dopisywał, to ścierał cyfry brudną gąbką, jakby w nadziei, że rozmazana kreda ukryje jego niewiedzę, Kudłata z miną złośliwego trolla zanotowała coś w dzienniku i łypiąc na niego groźnie, pozwoliła mu usiąść.

Aleks z ulgą opadł na krzesło. Dopiero teraz zauważył, że miejsce obok niego jest puste. Daniela nie było. „Może się rozchorował” – pomyślał Aleks i humor jeszcze bardziej mu się zepsuł. Nie lubił być w szkole sam. Wyjął z plecaka książki i zeszyty i zaszył się w kąt między ławką a ścianą z nadzieją, że to już ostatnia nieprzyjemna rzecz, jaka go tego dnia miała spotkać.

Na szczęście reszta lekcji przebiegła w miarę normalnie, a kiedy cztery godziny później oznajmiono, że ostatni przedmiot zostaje odwołany, Aleks odetchnął z ulgą i poczuł nawet coś na kształt radości. Oznaczało to bowiem, że wróci wcześniej do domu i będzie miał więcej czasu na testowanie nowej gry, zanim mama wróci z pracy i zagoni go do lekcji albo pomocy przy obiedzie. Pełen dobrych myśli, omijając szerokim łukiem podpierające ściany grupki ósmoklasistów, ruszył ulicą Szkolną w stronę domu.

Postanowił nadłożyć nieco drogi oraz uczcić tak miło rozpoczęte popołudnie drożdżówką i butelką napoju gazowanego, zakupionymi w sklepiku „To i Owo” przy ulicy Czekoladowej. Sklepik prowadziła znajoma jego mamy z czasów szkolnych, pani Stasia, która czasem dorzucała Aleksowi coś za darmo – paczkę żelków, batona albo paluszki. Żałował jedynie, że był dziś sam. O ileż fajniej byłoby dzielić radość z tak dobrze zapowiadającego się popołudnia z przyjacielem. Postanowił, że gdy tylko wróci do domu, zadzwoni do Daniela. Może nawet go odwiedzi?

Słońce świeciło, ptaki wyśpiewywały swoje arie do nadchodzącej wiosny i Aleks czuł, że w tej chwili nic nie jest w stanie zakłócić jego fantastycznego nastroju. Nawet gdyby na jego drodze stanął teraz Straszny Zbyszek, nie zrobiłoby to na nim najmniejszego wrażenia. Życie było wspaniałe i nic nie mogło tego zmienić. Szedł lekkim krokiem, rozmyślając o czekających go przyjemnościach, i nawet nie zauważył, kiedy znalazł się na ulicy Czekoladowej. Nad jego głową zakołysał się znajomy szyld: „To i Owo. Sklep z art. różnymi”. Śmiało nacisnął klamkę i wszedł do środka.ROZDZIAŁ 2
SPOTKANIE

W sklepiku przy ulicy Czekoladowej było niewielu klientów. Aleks pozdrowił panią Stasię, która pomachała mu przyjaźnie, a potem stanął przed lodówką z napojami, żeby na spokojnie się zastanowić, który wybrać.

Nagle jego uwagę przykuła dziewczyna, na oko troszkę starsza od niego, kucająca za regałem na lewo. Ubrana była w dziwaczną zieloną sukienkę z cekinami, a na nogach miała wysokie, czerwone buty z miękkiego zamszu, które – Aleks mógłby przysiąc! – były oplecione łodygą jakiejś rośliny. Całości dopełniała burza ognistorudych, kręconych włosów, okalająca jej drobną, bladą twarz. „Pewnie za kogoś się przebrała” – przemknęło Aleksowi przez myśl, ale zachowanie dziewczyny było równie osobliwe jak jej wygląd. Ukrywała się najwyraźniej przed czymś lub przed kimś. To kucała, to podnosiła się ostrożnie, wyglądając niespokojnie w stronę ulicy.

Właśnie wtedy Aleks zobaczył przez okno sklepowe dwóch rosłych mężczyzn biegnących chodnikiem. Ubrani byli w czarne, krótkie skórzane kurtki, na twarzy mieli ciemne okulary. „Wyglądają jak agenci z Matriksa” – pomyślał z rozbawieniem chłopiec. Mężczyźni zatrzymali się na chwilę przed sklepem, rozglądając się uważnie na wszystkie strony, a potem jeden z nich wskazał palcem coś w górze ulicy i obaj pobiegli w tamtym kierunku. Aleks przeniósł wzrok na dziewczynę kulącą się za regałem. Wyglądała na zdenerwowaną. Tak, to jej musieli szukać mężczyźni w czarnych kurtkach. „Pewnie to ochroniarze, a ona coś przeskrobała” – pomyślał. I nagle, wbrew temu, co podpowiadała logika – zrobiło mu się jej żal. Nie wyglądała wcale groźnie. Przypominała raczej kociaka umykającego przed sforą psów myśliwskich.

Dziewczyna przygryzła usta i znowu ostrożnie wyjrzała zza regału.

– Już poszli – powiedział cicho Aleks.

Podniosła głowę. Zmarszczyła brwi i przez krótką chwilę przyglądała mu się z zainteresowaniem.

– Jesteś pewien? – spytała szeptem.

Pokiwał głową. Odetchnęła z ulgą i usiadła na podłodze, opierając się plecami o regał. Kilka poskręcanych w sprężynki loków opadło jej na twarz. Wprawnym ruchem ręki założyła je za trochę za duże i lekko spiczaste uszy.

„O rany, jeszcze dziwniejsze niż moje!” – pomyślał Aleks i ogarnęło go coś w rodzaju współczucia pomieszanego z sympatią dla tej osobliwej istoty.

Dziewczyna jeszcze raz zerknęła w stronę ulicy i upewniwszy się, że mężczyzn w czarnych kurtkach rzeczywiście tam nie ma, wstała, wygładziła sukienkę i rozejrzała się po sklepie. W końcu jej wzrok znów padł na Aleksa.

– Czy… czy jest tu jakieś tylne wyjście? – spytała konspiracyjnym szeptem.

Aleks uniósł brwi.

– Jest – odpowiedział nieco zdezorientowany.

Znał sklepik pani Stasi bardzo dobrze i wiedział, że przez zaplecze można wyjść na małe podwórko, a stamtąd na równoległą ulicę. Jednak w tym momencie uciekinierka wydała mu się nagle aż nazbyt pewna siebie jak na ofiarę jakichś nadgorliwych ochroniarzy. A może naprawdę coś przeskrobała? I to coś poważnego?

Dziewczyna musiała wyczuć jego wahanie.

– Słuchaj, wiem, że to kiepsko wygląda – powiedziała, wpatrując się w niego błagalnym wzrokiem – ale ja naprawdę nic nie zrobiłam. To tamci są źli. – Wskazała głową w stronę witryny. – Musisz mi uwierzyć.

Po chwili wyprostowała się i wyciągnęła do Aleksa rękę.

– Jestem Nemetti – rzuciła, uśmiechając się szeroko.

Ten z wahaniem ujął jej dłoń, a Nemetti mocno ją ścisnęła i potrząsnęła nią porządnie. Aż nazbyt porządnie jak na kogoś tak filigranowego.

– A… Aleks – wydukał chłopiec.

Nemetti nagle spoważniała, zbliżyła do niego twarz i ponownie ściszyła głos.

– Jeśli mi teraz nie pomożesz, nie zdążę i nie będę mogła wrócić – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Proszę – jęknęła.

Patrzyła na niego tak błagalnie, że Aleks musiał dać za wygraną.

„Wyprowadzę ją stąd i się odczepi” – pomyślał.

– Dobra – zgodził się w końcu.

Podszedł do pani Stasi i zamienił z nią kilka słów, wskazując na Nemetti, a potem na przejście za ladą. Pani Stasia skinęła głową i podniosła ruchomą część blatu, za którym stała. Oboje przecisnęli się na zaplecze, a potem przez wąskie drzwi wyszli na małe podwórko między blokami.

Nemetti zaczęła się nerwowo rozglądać.

– Mam dwie kwadriny, żeby dostać się na miejsce – mruknęła pod nosem.

Jej wzrok padł na motocykl zaparkowany pod jednym z wejść do bloku.

– Umiesz tym jeździć? – spytała, wskazując głową na pojazd.

– Motocyklem? – Pytanie zbiło Aleksa z tropu. – Trochę. Dziadek kiedyś mnie uczył… Ale… – Nagle oprzytomniał. – Chyba nie myślisz, że cię gdzieś nim podrzucę? Jestem za młody i nie mam prawa jazdy! Nie ma mowy. A poza tym… nie mamy kluczyków!

Nemetti już go jednak nie słuchała. Stanęła przy pojeździe i dotknęła ręką stacyjki, a lampki na desce rozdzielczej rozbłysły.

– Ty chyba oszalałaś! Przecież to nie twój motocykl! – zawołał. Zaczął żałować, że w ogóle jej pomógł.

– Mój – skłamała bez zawahania Nemetti.

– Akurat – żachnął się Aleks i zaczął szukać w plecaku komórki.

– No, na co czekasz, wskakuj! – ponagliła go.

– Zwariowałaś? Dzwonię na policję!

– I co im powiesz? Że pomogłeś mi uciec? – Nemetti popatrzyła na niego z niewinnym uśmieszkiem i błyskiem tryumfu w oku.

Aleksowi zrobiło się niedobrze. Miała rację. Przecież właśnie pomógł jej się wydostać tylnym wyjściem ze sklepu. Ale czy policja mogła go o coś oskarżyć? Nie wiedział przecież, że to przestępczyni! A ona? Albo uciekła z wariatkowa, albo jest kryminalistką!

– Dzwonię! – krzyknął odważnie.

Nemetti westchnęła ciężko, wywróciła oczami i podeszła do niego.

– Przepraszam, ale naprawdę potrzebuję twojej pomocy. To bardzo ważne. Nie pozostawiasz mi wyboru – powiedziała i machnęła ręką w powietrzu gdzieś na wysokości jego oczu.

Aleks miał już wystukiwać numer alarmowy policji, gdy nagle coś kazało mu przestać. Jego ręka schowała telefon do kieszeni, a ciało zdawało się czekać na rozkazy. Co u licha?!

– A teraz wskakuj i jedziemy! – zawołała żywo Nemetti.

„Nigdy w życiu!” – pomyślał Aleks i… skierował się posłusznie w stronę motocykla. „Co jest?!” – chciał krzyknąć, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Zamiast tego włożył kask wiszący na kierownicy, wsiadł na skórzane siedzenie i odpalił silnik. Ku swej rozpaczy usłyszał, że mechanizm zaskoczył. Nemetti usiadła za Aleksem.

– A teraz na ulicę Krzywego Zwierciadła – wyszeptała mu do ucha.

Ruszyli. Zrazu trochę niepewnie, co zdradzało niedoświadczonego kierowcę, ale już po chwili wtopili się w zwyczajny wczesnopopołudniowy ruch. Aleks jeszcze przez jakiś czas próbował walczyć ze swoim ciałem, jednak po kilku minutach zrozumiał, że to nic nie da, i zamiast tego skupił się na jeździe.

Skręcili w dobrze mu znaną ulicę Słoneczną. Minęła ich rozpędzona ciężarówka i motocykl zachwiał się niebezpiecznie, ale na szczęście udało im się odzyskać równowagę. Przy następnym zakręcie zajechali drogę jakiemuś rowerzyście, który pokazał im, co o tym myśli. Aleks chciał nawrzeszczeć na Nemetti, chciał wykrzyczeć, że naraża i jego, i siebie. Że jest za młody, żeby prowadzić. Że jak złapie ich policja, to będzie miał problemy, i ani mama, ani nikt inny nie uwierzy, że zrobił to wbrew swojej woli. Jednak nie mógł wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku.

Zjechali w boczną ulicę i sunęli teraz między skupiskami niskich bloków, poprzedzielanych niewielkimi, smutnymi jeszcze po zimie skwerami. Po lewej stronie mignął mu jakiś billboard. O dziwo, Aleks dokładnie wiedział, gdzie jechać, mimo że nigdy wcześniej tu nie był i nigdy nawet nie słyszał o ulicy Krzywego Zwierciadła. Czuł się, jakby ktoś załadował mu dane z GPS-u prosto do głowy. Droga skręciła i na jej końcu zobaczyli kilka wysokich, szarych bloków.

– To tutaj! Zatrzymaj się! – krzyknęła nagle Nemetti.

Aleks wykonał jej polecenie i dziewczyna zeskoczyła na ziemię.

Znajdowali się dokładnie przed wejściem do jednego z bloków. Obok drzwi klatki widniał numer cztery, a napis na niebieskiej tabliczce przymocowanej do ściany budynku głosił: „ul. Krzywego Zwierciadła”.

– Chyba się uda! Chodź!

Nemetti pociągnęła Aleksa za rękaw, trochę za mocno. Ten nie zdążył jeszcze nawet zsiąść z motocykla. Zachwiał się i uderzył głową o kierownicę.

– Ała… Przepraszam… – Nemetti skrzywiła się, jakby to ją samą zabolało. – Dasz radę? Szkoda, że nie wzięłam maści ze smertojadu.

Aleks poczuł, jak do oczu napływają mu łzy bólu i bezsilnej wściekłości. Czy ona sobie jeszcze na dodatek z niego żartuje?

– Chodź! Nie ma czasu!

Dziewczyna szybkim krokiem podeszła do drzwi i dotknęła ręką domofonu – a zamek automatycznie ustąpił. Przeskakując po dwa stopnie, wbiegli na piętro. Ciemnozielone drzwi z numerem cztery chyba nawet nie były zamknięte, bo wystarczyło nacisnąć klamkę, by otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Weszli do środka. Nagle Aleks uświadomił sobie, że odzyskuje kontrolę nad swoim ciałem. Poruszył powoli palcami u rąk, ramionami, uniósł prawą nogę.

– Co to ma znaczyć?! – wrzasnął do Nemetti. – Co ty mi zrobiłaś?!

– Jeny… Mówiłam, że przepraszam, naprawdę nie miałam innego wyjścia – oznajmiła, podchodząc do wiszącego w przedpokoju lustra.

Było naprawdę ogromne, sięgało od podłogi niemal do sufitu. Dziewczyna zaczęła intensywnie wpatrywać się w jego powierzchnię.

– Słuchaj, skoro już wróciłeś do siebie, dziękuję ci bardzo za pomoc. Naprawdę! Bez ciebie bym sobie nie poradziła. A teraz możesz odejść – rzuciła przez ramię, nie przestając przyglądać się uważnie tafli lustra. Nagle się odwróciła i spojrzała na Aleksa, jakby coś jej przyszło do głowy. – Hej, a może po drodze odwiózłbyś ten… ten dziwny pojazd na miejsce, co? Ktoś pewnie będzie go szukał. – Uśmiechnęła się i uniosła wyczekująco brwi. Chyba uznała to za świetny pomysł.

Aleks wybałuszył na nią oczy. Miał wrażenie, że się przesłyszał. Poczuł, jak dłonie zaciskają mu się w pięści, a serce zaczyna bić, jakby przebiegł cały ten dystans, który przed chwilą pokonali motocyklem.

– Odwieźć? Pojazd? – wykrztusił. – Na miejsce? Ty chyba naprawdę jesteś niespełna rozumu! I jeśli myślisz, że tak po prostu sobie teraz stąd pójdę, to… to się mylisz! Albo mi powiesz, o co tutaj chodzi i co mi zrobiłaś, albo… albo… – Zawahał się, bo żadna rozsądna groźba nie przychodziła mu do głowy, zwłaszcza że argument z telefonem na policję już wykorzystał. – Albo się stąd nie ruszę! – rzucił. Zdjął z ramienia plecak i postawił go na podłodze przed sobą na znak, że zamierza dotrzymać słowa.

Na widok jego zaciętej miny Nemetti westchnęła z rezygnacją i znów przewróciła oczami, jakby miała do czynienia z niezwykle upartym dzieckiem. Już otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, zapewne coś bardzo lekceważącego, gdy nagle jej wzrok padł na plecak Aleksa. Zamarła. Stała z rozdziawionymi ustami, jakby zobaczyła ducha. Przez chwilę wlepiała oczy raz w plecak, raz w Aleksa, aż w końcu oprzytomniała. Minę miała stanowczą, jakby powzięła jakąś decyzję. Odwróciła się z powrotem w stronę lustra, uniosła obie ręce i rozłożyła dłonie płasko, kilka centymetrów od jego powierzchni, wpatrując się w nie w skupieniu.

Nagle tafla lustra zaczęła falować, jakby była płynną rtęcią. Chłopiec był już teraz zupełnie pewny, że to sen. Zaraz zadzwoni budzik i mama wejdzie do pokoju Aleksa, żeby sprawdzić, czy już nie śpi. Budzik jednak jakoś nie dzwonił, a Nemetti zachowywała się coraz dziwaczniej. Wyciągnęła rękę i przebiła nią taflę lustra, które ugięło się pod tym dotykiem, a potem wysprężynowało z powrotem do swojego pierwotnego położenia. Przez chwilę dłoni Nemetti nie było widać. Test lustra najwyraźniej wypadł pomyślnie, bo dziewczyna wycofała powoli rękę i spojrzała na Aleksa, który stał jak wryty, obserwując całą tę scenę w kompletnym osłupieniu. Nemetti tego się najwyraźniej spodziewała. Zwróciła się ku niemu, chwyciła plecak Aleksa, a potem jego samego i pociągnęła go za sobą w stronę lustra, tak że oboje zniknęli po jego drugiej stronie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij