Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Szosa piotrkowska - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 września 2026
E-book: EPUB, MOBI
12,99 zł
Audiobook
12,99 zł
12,99
1299 pkt
punktów Virtualo

Szosa piotrkowska - ebook

Autor z wielką pasją, bardzo plastycznie, opisuje wydarzenia kampanii wrześniowej 1939 roku, koncentrując się na walkach toczonych przez polskie oddziały broniące dostępu do Warszawy od strony południowej. Przedstawia decyzje sztabowe zarówno polskich, jak i niemieckich dowódców, ukazuje przebieg bitew i potyczek oraz dramatyczne losy żołnierzy na froncie.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-19036-8
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WALKA TRWA. LESZEK MOCZULSKI I JEGO ŻÓŁTE TYGRYSY.

W latach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych tysiące Pola­ków pozna­wały histo­rię II wojny świa­to­wej nie z aka­de­mic­kich mono­gra­fii, lecz z nie­wiel­kich ksią­że­czek z cha­rak­te­ry­stycz­nym żół­tym znacz­kiem tygrysa. Wśród ich auto­rów szcze­gólne miej­sce zaj­mo­wał Leszek Moczul­ski, który repor­ta­żową formę łączył z histo­ryczną rekon­struk­cją wyda­rzeń.

1939 rok i lata oku­pa­cji były wtedy nie­mal aktu­alne. Poko­le­nie, które je prze­żyło, było w pełni sił. Dwu­dzie­sto­lat­ko­wie z początku wojny mieli dopiero czter­dzie­ści kilka lat. Starsi zbli­żali się do wieku eme­ry­tal­nego lub dopiero co go osią­gali. Wszę­dzie było widać ślady wojny, ruiny i ślady po kulach. Nie­mal każda pol­ska rodzina stra­ciła kogoś bli­skiego.

Po paź­dzier­niku 1956 roku, po zakoń­cze­niu sta­li­ni­zmu, można było napi­sać tro­chę wię­cej prawdy, choć cen­zura eli­mi­no­wała wszel­kie wątki anty­ra­dziec­kie czy anty­so­cja­li­styczne. Leszek Moczul­ski, zwią­zany już w tych cza­sach ze śro­do­wi­skiem pił­sud­czy­kow­skim, żył wyda­rze­niami wojen­nymi. Fascy­no­wał go prze­bieg wojny 1939 roku, losy poszcze­gól­nych bitew, zdrada i porzu­ce­nie Pol­ski przez fran­cu­skich i bry­tyj­skich alian­tów oraz skutki sowiec­kiego ciosu w plecy 17 wrze­śnia.

Moczul­ski od prze­łomu lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych współ­pra­co­wał z dzia­łem histo­rycz­nym mie­sięcz­nika „Więź”, kie­ro­wa­nym przez Tade­usza Mazo­wiec­kiego. Razem z Andrze­jem Wie­lo­wiey­skim i Boh­da­nem Ska­ra­dziń­skim pisał o boha­ter­stwie pol­skiego żoł­nie­rza, pla­nie wojny z Niem­cami oraz oko­licz­no­ściach, które dopro­wa­dziły do II wojny świa­to­wej. Andrzej Mular­czyk rysuje w swo­ich wspo­mnie­niach por­tret Moczul­skiego, który z kole­gami ślę­czy nad mapami i pró­buje „wygrać wojnę”. W dys­ku­sji redak­cyj­nej na temat gen. Wła­dy­sława Sikor­skiego („Więź” nr 1 z 1963 roku) puł­kow­nicy II Rze­czy­po­spo­li­tej: Kazi­mierz Rosen-Zawadzki, Jan Rze­pecki i Jan Cia­ło­wicz zwra­cają się do Moczul­skiego „per kolego”, a sam Moczul­ski, wystę­pu­jący pod pseu­do­ni­mem Leszek Kar­pa­to­wicz, pod­kre­śla, że w gro­nie dys­ku­tan­tów należy do mniej­szo­ści, która ni­gdy nie poznała gen. Sikor­skiego.

Nie były to łatwe lata dla praw­dzi­wej histo­rii II wojny świa­to­wej. Pro­pa­ganda PRL nazy­wała przed­wo­jenną Pol­skę „dom­kiem z kart”, jak zaty­tu­ło­wał swoją sztukę Emil Zega­dło­wicz. Pod­kre­ślano rze­komą kom­pro­mi­ta­cję sana­cyj­nego woj­ska, zarzu­cano nawet kola­bo­ra­cję z Niem­cami. Leopold Tyr­mand w swoim „Dzien­niku 1954” komen­tuje tę sztukę, na którą publicz­ność przy­cho­dziła wbrew inten­cjom auto­rów, aby z sen­ty­men­tem popa­trzeć na pol­skich ofi­ce­rów w przed­wo­jen­nych mun­du­rach.

Leszek Moczul­ski swo­imi „tygry­sami” prze­ciw­sta­wiał się pro­pa­gan­dzie. Pisał o ocze­ki­wa­niu na fran­cu­skie wspar­cie w 1939 roku, pod­kre­ślał ogrom strat, które ponio­sły woj­ska III Rze­szy, wyka­zy­wał hero­izm pol­skiego żoł­nie­rza. For­muła repor­tażu, w któ­rym Moczul­ski wpla­tał domnie­mane dia­logi w rze­czy­wi­ste roz­mowy dale­ko­pi­sowe czy zapi­sane kopie roz­ka­zów i doku­men­tów, zna­ko­mi­cie słu­żyła temu celowi.

Moczul­ski dzia­łał w PRL, publi­ko­wał legal­nie, ale jed­no­cze­śnie prze­my­cał wizję histo­rii sprzeczną z ofi­cjalną poli­tyką histo­ryczną pań­stwa.

Opi­su­jąc nie­dawno „Szosę Piotr­kow­ską”, wybitny histo­ryk prof. Grze­gorz Motyka pisze w „Gaze­cie Wybor­czej”: „Leszek Moczul­ski napi­sał ją na mar­gi­ne­sie roz­prawy dok­tor­skiej, którą przy­go­to­wy­wał pod kie­run­kiem prof. Sta­ni­sława Herb­sta. Gdy w tym samym duchu wygło­sił na semi­na­rium bły­sko­tliwy refe­rat o wal­kach we Wrze­śniu 39 roku, Herbst poki­wał głową i stwier­dził, że zasad­ni­czo wszystko jest w porządku, ale dok­to­rant Moczul­ski zapo­mniał powie­dzieć, żeśmy tę wojnę jed­nak prze­grali…”.

„Szosa Piotr­kow­ska”, jako pierw­szy z serii „tygry­sów” Moczul­skiego, sta­no­wiła też zarys istot­nej czę­ści „Wojny Pol­skiej 1939”, którą Moczul­ski pisał w latach sześć­dzie­sią­tych, a wydał w 1972 roku w Wydaw­nic­twie Poznań­skim. Korzy­sta­jąc z nie­dba­ło­ści cen­zury, wpro­wa­dził sze­reg zapi­sów cał­ko­wi­cie sprzecz­nych z ówcze­sną linią histo­ryczną PZPR. Za zacy­to­wa­nie Moło­towa o „Pol­sce, bękar­cie trak­tatu wer­sal­skiego” amba­sada ZSRR zażą­dała usu­nię­cia książki z księ­garni i biblio­tek.

„Prze­grana bitwa” poka­zy­wała prze­grane star­cia, które jed­nak opóź­niały ruch wojsk nie­miec­kich i dawały czas alian­tom na otwar­cie frontu zachod­niego. Książka poka­zuje deter­mi­na­cję żoł­nie­rza, dra­mat decy­zji dowód­ców i bez­sil­ność wobec prze­wa­ża­ją­cych sił wroga oraz zdrady sojusz­ni­ków. Poświę­ce­nie „pol­skiego Leoni­dasa” oka­zało się próżne.

„Ostat­nia szarża” opi­suje losy 1 War­szaw­skiej Bry­gady Kawa­le­rii pod­czas zdo­by­wa­nia Wału Pomor­skiego w 1945 roku. Autor wplata w wątek 1945 roku boha­ter­stwo pol­skich uła­nów spod Kro­jant w 1939 roku. Książka jest pole­miką z zarzu­tami, że kawa­le­ria w II woj­nie świa­to­wej z zasady była archa­iczna i nie­sku­teczna.

„Krach Siwej Cza­pli” to przy­kład fascy­na­cji Moczul­skiego woj­sko­wo­ścią i bitwami. Na przy­kładzie ataku na Sta­lin­grad i jego oblę­że­nia poka­zuje, jak błędne decy­zje dowód­ców wpły­wają na osta­teczny rezul­tat star­cia, nie­za­leżny od zgro­ma­dzo­nych sił.

W wojen­nych repor­ta­żach trzy­dzie­sto­kil­ku­let­niego Moczul­skiego widać już cechy, które póź­niej uczy­nią go jed­nym z naj­bar­dziej ory­gi­nal­nych pol­skich myśli­cieli poli­tycz­nych. Inte­re­suje go nie tylko prze­bieg bitew, lecz także zależ­ność mię­dzy poli­tyką, stra­te­gią i geo­gra­fią. Szuka odpo­wie­dzi na pyta­nie, czy los państw jest wyłącz­nie skut­kiem geo­po­li­tycz­nego poło­że­nia, czy też rezul­ta­tem decy­zji ludzi. To wła­śnie z tych zain­te­re­so­wań wyro­sną póź­niej jego ana­lizy geo­po­li­tyczne i dzia­łal­ność nie­pod­le­gło­ściowa.

„Walka trwa” – tymi sło­wami koń­czy się „Szosa Piotr­kow­ska”. Trudno oprzeć się wra­że­niu, że nie był to jedy­nie komen­tarz do wyda­rzeń wrze­śnia 1939 roku. Było to rów­nież credo autora, który przez następne dzie­się­cio­le­cia pro­wa­dził wła­sną walkę – o pamięć histo­ryczną, nie­pod­le­głość i prawo Pola­ków do wła­snej inter­pre­ta­cji dzie­jów.

Krzysz­tof KrólW PRZEDEDNIU

Mia­sto senne, ciche, roz­grzane. Stu­kot kopyt szwo­le­żer­skich koni roz­nosi się sze­roko. Powie­wają sre­brzy­ste pro­por­czyki z ama­ran­to­wym paskiem. Szwa­dron hono­rowy eskor­tuje na Zamek nowo akre­dy­to­wa­nego amba­sa­dora Tur­cji. Twar­dym kłu­sem szwo­le­że­ro­wie jadą przez Aleje Ujaz­dow­skie, Nowy Świat, Kra­kow­skie Przed­mie­ście… Przy Trę­bac­kiej gaze­ciarz z podzi­wem patrzy na sre­brzy­ste sza­ble, dłu­gie lance. Pod pachą ma plik „Czer­wo­nia­ków”. Data: 24 sierp­nia 1939 r. Przez sze­rokość pierw­szej strony tytuł: WOJNY NIE BĘDZIE! Chło­piec goni wzro­kiem szwo­le­że­rów, ama­ran­towe otoki, ostrogi, pro­por­czyki… Nie wie, że taki obraz widzi po raz ostatni w życiu.

Godzinę póź­niej szwa­dron hono­rowy wraca do koszar. Szwo­le­że­ro­wie scho­dzą z koni, sek­cjami kie­rują się do maga­zynu. Fasu­nek: wszystko nowe, mun­dur bez oznak, hełm zamiast czapki z oto­kiem, pas, ładow­nice, błysz­czący oliwą kara­bi­nek. Na dzie­dzińcu koszar stoją już dłu­go­lufe armatki prze­ciw­pan­cerne. Rezer­wi­ści tło­czą się przy tele­fo­nie, w mem­branę słu­chawki wykrzy­kują ostat­nie słowa poże­gna­nia. Zaafe­ro­wani pod­ofi­ce­ro­wie liczą skrzy­nie gra­na­tów, amu­ni­cję: zwy­kłą, spe­cjalną, prze­ciw­pan­cerną…

1 pułk szwo­le­że­rów mobi­li­zuje się.

Ktoś z tłumu: Brońcie nas! Nie dajcie nas!

Nad­jeż­dża­jące z prze­cznic tram­waje zatrzy­mują się, ludzie wybie­gają z wago­nów. Chod­niki zapeł­nia tłum. Wszy­scy krzy­czą, machają rękami, raz po raz ktoś rzuca wią­zankę kwia­tów.

Przez całą sze­ro­kość ulicy masze­ruje woj­sko. Głę­bo­kie hełmy zasła­niają czoła aż po linię oczu. Wyrów­nane „pod sznur” kara­biny. Ofi­ce­ro­wie z latar­kami na pier­siach, lor­net­kami, map­ni­kami. Tur­kocą biedki z kara­bi­nami maszy­no­wymi, gra­nat­ni­kami. Znów gęsta kolumna pie­choty. Potem głu­cho dudni arty­le­ria: unie­sione do góry krót­kie lufy cięż­kich hau­bic. Za nimi tan­kietki, z wie­ży­czek wychy­lają się czarne hełmy pan­cer­nia­ków. Suną powoli zmo­to­ry­zo­wane armaty prze­ciw­lot­ni­cze, żoł­nie­rze wypro­sto­wani na sio­deł­kach, z dłońmi przy spu­stach.

Sto metrów prze­rwy. Ofi­cer na koniu, za nim jesz­cze dwu. Cho­rąży nie­sie roz­wi­nięty sztan­dar, obok ofi­ce­ro­wie z sza­blami. W całej kolum­nie tylko oni mają tę deko­ra­cyjną sre­brzy­stą broń. Dalej gęste sze­regi pie­choty, armatki prze­ciw­pan­cerne, wozy amu­ni­cyjne i znów pie­chota, pie­chota, pie­chota. Pod kuli­stymi heł­mami spo­cone w sierp­nio­wym upale twa­rze…

Jed­nostki gar­ni­zonu war­szaw­skiego ruszają na wojnę.

Nad­jeż­dża­jące z prze­cznic tram­waje zatrzy­mują się, ludzie wybie­gają z wago­nów, z bram domów, ze skle­pów. Dziew­czyna prze­dziera się przez tłum, podaje ofi­ce­rowi kwiaty, całuje go. Inni rzu­cają astry, goź­dziki, mie­czyki wprost pod żoł­nier­skie buty. Jakaś kobieta pła­cze, wszyst­kie twa­rze czer­wone, roz­go­rącz­ko­wane. Ktoś z tłumu wznosi znów okrzyk, który powta­rza cała ulica, całe mia­sto, cały kraj:

– Broń­cie nas! Nie daj­cie nas!

Marszałek Śmigły-Rydz: Czekają panów ciężkie dni

Za oknami nie­ru­chome w sierp­nio­wym upale drzewa Łazie­nek. W sali kon­fe­ren­cyj­nej Gene­ral­nego Inspek­to­ratu Sił Zbroj­nych jest chłodno, stare mury dobrze chro­nią przed słoń­cem. U wierz­chołka dłu­giego stołu sie­dzi mar­sza­łek Śmi­gły-Rydz. Po obu jego stro­nach szef sztabu, ofi­ce­ro­wie naj­bliż­szego oto­cze­nia, sze­fo­wie oddzia­łów sztabu. Gene­ralny Inspek­tor patrzy na nich kolejno: jest to znak, że mają zło­żyć raport.

– Afi­sze mobi­li­za­cji powszech­nej roz­wie­szono, napływ rezer­wi­stów zacznie się jutro o świ­cie.

– Mobi­li­za­cja alar­mowa w dwu ostat­nich okrę­gach zosta­nie zakoń­czona do wie­czora.

– Trans­porty kole­jowe ze zmo­bi­li­zo­wa­nymi jed­nost­kami przy­by­wają do rejo­nów kon­cen­tra­cji pla­nowo. Kry­zys, który powstał na tere­nie Okręgu III i czę­ściowo VI i X wsku­tek przy­spie­sze­nia ter­minu zała­do­wań i nie­do­sta­tecz­nej ilo­ści taboru, został w zasa­dzie zaże­gnany.

– Dowódz­twa armii mel­dują o przy­ję­ciu ugru­po­wa­nia wyj­ścio­wego. Pro­szą o przy­spie­sze­nie trans­por­tów oddzia­łów II Rzutu.

– Nasi­le­nie akcji sabo­ta­żo­wych i dywer­syj­nych wzra­sta, duże znisz­cze­nia wywo­łał wybuch bomby na dworcu w Tar­no­wie.

– W obsza­rach ope­ra­cyj­nych armii skon­cen­tro­wano już 22 dywi­zje, 8 bry­gad kawa­le­rii i bry­gadę moto­rową. Dal­sze 7 dywi­zji i 3 bry­gady znaj­dują się w trans­por­tach. Pozo­stałe 10 dywi­zji i bry­gada moto­rowa mobi­li­zują się; trzy ostat­nie z nich osią­gną goto­wość po 10 wrze­śnia…

– Siły prze­ciw­nika pośpiesz­nie koń­czą kon­cen­tra­cję w rejo­nach nad­gra­nicz­nych. Rejony ześrod­ko­wa­nia wojsk nie­miec­kich odpo­wia­dają naszym prze­wi­dy­wa­niom. Wszystko wska­zuje na to, że główne siły nie­miec­kie sku­piono na środ­ko­wym Ślą­sku, na wschód, od Opola i Wro­cła­wia. Zaob­ser­wo­wano tutaj liczną broń pan­cerną. Zada­niem tej grupy wroga jest naj­praw­do­po­dob­niej prze­rwa­nie naszego frontu w cen­trum, w rejo­nach Łodzi i Piotr­kowa, a następ­nie szybki marsz na War­szawę. To ude­rze­nie – jak zdają się pla­no­wać Niemcy – połą­czone z dru­gim, z Prus Wschod­nich, ma dopro­wa­dzić do szyb­kiego roz­strzy­gnię­cia losów wojny…

Wszy­scy patrzą na mapę. Roz­rzu­cone, błę­kitne pół­kola zazna­czają pozy­cję Armii „Łódź”. To na nią zwali się główne ude­rze­nie wroga. Czy wytrzyma? Prze­ry­wana elipsa na wschód od niej, już na Kie­lec­czyź­nie, wska­zuje rejon, gdzie dopiero skon­cen­truje się odwo­dowa Armia „Prusy”. Mię­dzy tymi dwoma zgru­po­wa­niami ope­ra­cyj­nymi brą­zo­wieje powy­gi­nana kre­ska szosy. Ppłk Marecki wie­dzie po niej pal­cem: od Czę­sto­chowy przez Radom­sko, Piotr­ków, ku War­sza­wie.

– Szosa piotr­kow­ska… – mówi ktoś cicho.

Wódz Naczelny zdaje się nie sły­szeć. Ponad roz­ło­żoną mapą spo­gląda na zebra­nych.

– Pro­szę powia­do­mić panów gene­ra­łów, dowód­ców armii, że noc z 30 na 31 sierp­nia jest szcze­gól­nie draż­liwa i wymaga czuj­no­ści – mówi z mar­twym wyra­zem twa­rzy. – Spo­dzie­wam się ude­rze­nia nie­przy­ja­ciela w czwar­tek o świ­cie…

I to już wszystko. W sali zapada cisza. Sły­chać bzyk muchy pod sufi­tem. Oczy wszyst­kich patrzą na mar­szałka. Czy powie jesz­cze coś wię­cej?

Śmi­gły-Rydz rozu­mie to. Mil­czy jed­nak. Wie, że w tym pokoju nikt nie ma wąt­pli­wo­ści, iż wybuch wojny jest nie­uchronny. Po dru­giej stro­nie gra­nicy stoi gotowa do ude­rze­nia naj­więk­sza armia świata: 3 tysiące czoł­gów, 4 tysiące samo­lo­tów zapusz­cza sil­niki. Pol­ski opór może być tylko ogra­ni­czony: trzeba bro­nić się, nim ruszy ofen­sywa sprzy­mie­rzo­nych. Nad Wisłą zostaną zwią­zane główne siły wroga, a wtedy woj­ska fran­cu­skie i bry­tyj­skie tam, nad Renem, zerwą łatwo zwy­cię­stwo – jak doj­rzały owoc.

Wszystko to wie­dzą zebrani ofi­ce­ro­wie, rozu­mieją dobrze, jaki jest poli­tyczny i stra­te­giczny sens pol­skiego oporu. I jak skromne są jego moż­li­wo­ści. W okre­sie minio­nych sze­ściu lat Pol­ska wyda­jąc na armię więk­szą część swych budże­tów niż Trze­cia Rze­sza – wydat­ko­wała tylko 7 miliar­dów zło­tych wobec 90 miliar­dów marek, a więc rów­no­war­to­ści pra­wie 200 miliar­dów zło­tych! Staje do wojny, już pod­czas pokoju objęta nie­miec­kimi cęgami z trzech stron, bez sojusz­ni­ków w pobliżu…

Wojna, która roz­pocz­nie się, będzie straszna i wielka. Po obu stro­nach frontu będą zma­gać się ze sobą ponad 4 miliony żoł­nie­rzy – ni­gdy jesz­cze tylu na raz nie wal­czyło na zie­miach pol­skich. Wię­cej: zetrą się z sobą dwa narody, tak sil­nie jak ni­gdy chyba w żad­nej z wojen poprzed­niego tysiąc­le­cia, od najazdu Wich­mana na pol­skie Pomo­rze.

Mucha bzyka coraz bar­dziej nie­cier­pli­wie. Za oknem głę­boka zie­leń łazien­kow­skich drzew, któ­rych jesz­cze nie pora­niły lot­ni­cze bomby. Cichy i przy­tłu­miony dobiega głos mia­sta, które gdzieś tam, pod pla­ka­tami „Silni, zwarci, gotowi” krzy­czy i wiwa­tuje, żegna żoł­nie­rzy, szy­kuje się do śmier­tel­nej próby.

Śmi­gły wstaje. – Dzię­kuję panom – mówi.

Kie­ruje się ku drzwiom. Naci­ska klamkę. Czuje, że musi jesz­cze coś powie­dzieć. Odwraca się, spo­gląda na salę. Głos jego brzmi sucho, bez­na­mięt­nie:

– Cze­kają panów cięż­kie dni.

Generał kawalerii Hoepner: Czołgi muszą ruszyć ku szosie piotrkowskiej

Ruch woj­ska trwa całą noc. Dywi­zje pod­peł­zają ku gra­nicy jak potężne stwory. Kolumny pie­choty roz­wi­jają się, przyj­mują ugru­po­wa­nie bojowe. Czołgi suną powoli, ze zga­szo­nymi świa­tłami. Gene­ral­ski samo­chód mija je ostroż­nie. Dowódca kor­pusu pan­cer­nego, gene­rał kawa­le­rii Hoep­ner, spo­gląda w ciem­no­ści nocy. Gdy szosa wybiega z lasu, zupeł­nie bli­sko widać świa­tła miej­sco­wo­ści. Gene­rał nie musi patrzeć na mapę, aby przy­po­mnieć sobie jej nazwę. To Pod­łęże. Duża wieś – już po tam­tej stro­nie gra­nicy.

Samo­chód pod­jeż­dża jesz­cze kil­ka­set metrów. Zatrzy­muje się. Gene­rał wysiada. Przed nim pręży się dowódca poste­runku gra­nicz­nego. Hoep­nera nie inte­re­suje, co tam­ten mówi. Nie dociera w ogóle do niego sens słów. Wydaje się jed­nak, że przyj­muje je uważ­nie. Nie byłby prze­cież sta­rym pru­skim, cesar­skim kira­sje­rem, gdyby zlek­ce­wa­żył uro­czy­sty obrzą­dek raportu.

Pod­po­rucz­nik straży gra­nicz­nej wresz­cie koń­czy. Teraz pro­wa­dzi gene­rała do przodu. Zatrzy­mują się na skraju mostu. Pod nim chlu­po­cze Liswarta.

Z tyłu pod­jeż­dża cicho nowy samo­chód. Wysiada z niego dowódca 10 Armii, gene­rał Reiche­nau. To on ma popro­wa­dzić główne ude­rze­nie nie­miec­kie – ze Ślą­ska na War­szawę. Ostrym gro­tem tej ofen­sywy będzie XVI Kor­pus Pan­cerny gen. Hoep­nera.

Porucz­nik znów skan­duje słowa raportu, trza­ska obca­sami, pręży się, salu­tuje. Potem z usza­no­wa­niem odcho­dzi do tyłu.

– Zaraz świt – mówi Hoep­ner. Obaj gene­ra­ło­wie zapa­lają papie­rosy.

– Wszystko w porządku – stwier­dza Reiche­nau. – _Führer_ utrzy­mał roz­kaz natar­cia zgod­nie z poprzed­nimi zało­że­niami. Mam nadzieję, gene­rale, że pań­skie czołgi szybko roze­rwą front tych Pola­ków. Od tempa naszej ope­ra­cji zależy wynik wojny.

– Ten most powin­ni­śmy uchwy­cić bez trudu – odpo­wiada Hoep­ner. Rusza do przodu. Za nim, nieco wol­niej, Reiche­nau. Docho­dzą do szla­banu. Gdy jed­nak z dru­giej strony poja­wia się pol­ski straż­nik, cofają się szybko. Wra­cają do samo­cho­dów.

– Dzi­siej­szy dzień będzie naj­waż­niej­szy – mówi jesz­cze Hoep­ner. – Mój kor­pus musi jak naj­szyb­ciej osią­gnąć na pół­noc od Czę­sto­chowy szosę piotr­kow­ską. Gdy tam dotrzemy, od jutra, od soboty, skrę­camy na pół­noc. I całą mocą sil­ni­ków naprzód, ku War­sza­wie!

Gene­ra­ło­wie odjeż­dżają. Reiche­nau do swego sztabu, Hoep­ner zatrzy­muje się na skraju lasu. W cie­niu drzew stoją czołgi. Ofi­ce­ro­wie patrzą na zegarki, uno­szą głowy do góry. Czy już zaczyna świ­tać?

Tak, już. Na wschod­niej stro­nie nieba zaczyna się ryso­wać różo­wawy blask. W lesie zaczyna się ruch. War­czą zapusz­czane sil­niki.

– Roz­po­czy­na­cie ude­rze­nie o 4.45 – tłu­ma­czy gene­rał dowódcy bata­lionu. – Pierw­sze zada­nie to dotrzeć do szosy piotr­kow­skiej. O świ­cie – powta­rza, jakby do reszty chciał mu wbić to w głowę – czołgi muszą ruszyć ku szo­sie piotr­kow­skiej!PIĄTEK, DZIEŃ PIERWSZY

– Więc już wojna! – mówi ofi­cer. Chwilę jesz­cze spo­gląda na lecący klucz samo­lo­tów, lecz zaraz wraca do obser­wa­cji pokry­tego niską mgłą przed­pola. Jest godzina czwarta minut czter­dzie­ści pięć, pią­tek, pierw­szy wrze­śnia 1939 roku. Świta. Od odle­głego o kilka kilo­me­trów Wie­lu­nia nad­biega huk eks­plo­zji. Po zrzu­ce­niu ładunku Stu­kasy zawra­cają: pocisk z lot­ni­czego kaemu rani pierw­szego Strzelca z 36 pułku pie­choty Legii Aka­de­mic­kiej.

Na przed­polu, z sza­rych kłę­bów mgły wyła­niają się syl­wetki nacie­ra­ją­cych Niem­ców. Sły­chać przy­tłu­miony war­kot sil­nika. Czołgi! Wybo­rowy strze­lec przy­ci­ska do ramie­nia kolbę prze­ciw­pan­cer­nego kara­binu. Czeka. Sta­lowy pojazd jest już o sto metrów. Wytrzy­muje jesz­cze kil­ka­na­ście sekund. Potem spo­koj­nie, bio­rąc poprawkę na wyprze­dze­nie, naci­ska spust…

* * *

Wojna. Z lasów ole­śnic­kich, klucz­bor­skich, dobro­dzień­skich wysu­wają się dywi­zje pie­choty, skon­cen­tro­wane w twardy kułak dywi­zje pan­cerne. Z obszer­nego wybrzu­sze­nia, mię­dzy pol­skim Gór­nym Ślą­skiem a Wiel­ko­pol­ską, sze­ro­kiego wyku­szu wci­ska­ją­cego się gra­nicą w Pol­skę – roz­po­czy­nają ruch dwie armie nie­miec­kie – ósma i dzie­siąta. 560 tysięcy ludzi i ponad tysiąc czoł­gów, dwa­dzie­ścia dywi­zji, w tym 7 pan­cer­nych i moto­ro­wych, zaczyna prze­kra­czać gra­nice. To potężne zgru­po­wa­nie ma zadać główny cios bro­nią­cym się woj­skom pol­skim. Roze­rwać ich front w samym cen­trum, roz­bić odwody, ude­rzyć w kie­runku Wisły i opa­no­wać War­szawę; Ze Ślą­ska kie­ru­nek ofen­sywy pro­wa­dzi pro­stą linią przez Łódź na Sto­licę Rze­czy­po­spo­li­tej. Woj­ska mają jed­nak wyzna­czone bar­dziej kręte mar­szruty. Zasad­ni­cza z nich bie­gnie wzdłuż wąskiego paska szosy: przez Czę­sto­chowę, Radom­sko, Piotr­ków, Toma­szów, Rawę, Okę­cie… Wzdłuż szosy piotr­kow­skiej.

Tędy skie­ro­wany ma być główny wysi­łek Niem­ców, tędy ruszy ich główny taran ude­rze­niowy, XVI Kor­pus Pan­cerny gene­rała Hoep­nera. Ale całość sił ponad pół­mi­lio­no­wego zgru­po­wa­nia, dowo­dzo­nego przez gene­ra­łów Bla­sko­witza i Reiche­nau, posu­wać ma się w szer­szym pasie pra­wie stu kilo­me­trów. Na lewym skrzy­dle dywi­zje 8 Armii mają prze­kro­czyć Wartę pod Sie­ra­dzem, opa­no­wać Łódź. W cen­trum i na pra­wym skrzy­dle 10 Armia prze­kro­czy linię rzeki Widawki, wzdłuż lewego (a może i pra­wego?) brzegu Pilicy, przez Piotr­ków i Toma­szów ruszy wprost na War­szawę.

Pierw­sze prze­kra­czają gra­nicę samo­loty. Tuż po świ­cie ruszają do przodu całe ich dywi­zje. Czołgi prze­cho­dzą wpław gra­niczną rzeczkę, Liswartę, na któ­rej wszyst­kie mostki zdą­żyły wyle­cieć w powie­trze. Ofi­ce­ro­wie pro­wa­dzą gęste tyra­liery, obser­wa­to­rzy arty­le­ryj­scy z pierw­szych linii podają cele usta­wio­nym z tyłu bate­riom, łącz­no­ściowcy roz­wi­jają dłu­gie czarne prze­wody z nie­sio­nych na ple­cach szpul. Tele­fo­ni­ści wykrzy­kują słowa pierw­szych mel­dun­ków w słu­chawki polo­wych tele­fo­nów: gra­nica prze­kro­czona, ubez­pie­cze­nie pol­skie odrzu­cone do tyłu, opa­no­wano wzgó­rze kota taka a taka…

Każdy skok do przodu, każdy raport czo­ło­wych oddzia­łów druty tele­fo­niczne prze­no­szą do szta­bów, tam ołówki ofi­ce­rów zazna­czają go na mapie. W teren Pol­ski wdzie­rają się pierw­sze grube strzały; spo­wita w poran­nej mgle walka przed­pola przyj­muje w poko­jach ope­ra­cyj­nych szta­bów kształt gra­ficzny, geo­me­tryczny nie­omal.

Nad obszerną płachtą mapy w dowódz­twie Grupy Armii „Połu­dnie” nachyla się jej dowódca, gene­rał Rund­stedt, wraz ze swym sze­fem sztabu, gene­rałem Man­ste­inem. Szef oddziału ope­ra­cyj­nego, płk Blu­men­tritt refe­ruje poranne mel­dunki:

– Ósma Armia prze­kro­czyła gra­nicę, po dwu osiach naciera w kie­runku Kępna. Z Dzie­sią­tej Armii dono­szą o wdar­ciu się na całej sze­ro­ko­ści w obszar Pol­ski. XVI Kor­pus Pan­cerny od świtu prze­pra­wia się przez Liswartę: dywi­zja gene­rała Schmidta jest nieco opóź­niona, lecz dywi­zja gene­rała Rein­hardta wdarła się już kil­ka­na­ście kilo­me­trów do przodu, dociera do kom­pleksu lasów wokół wsi Mokre, 20 kilo­me­trów na pół­nocny wschód od Czę­sto­chowy… – puł­kow­nik wska­zuje ołów­kiem na ostry koniec strzałki. – Czoło zgru­po­wa­nia pan­cer­nego prze­było już więc pra­wie połowę drogi do szosy piotr­kow­skiej. Gdy dotrze do niej na połu­dnie od Radom­ska, skręci ostro na pół­noc i gwał­tow­nie ruszy naprzód…

Dzwoni tele­fon. Ofi­cer notuje mel­du­nek. Pod­cho­dzi do mapy. Przed ostrzem gru­bej strzałki, ozna­cza­ją­cej 4 Dywi­zję Pan­cerną gene­rała Rein­hardta, zazna­cza małe pół­kole.

– Roz­po­znano i nawią­zano stycz­ność z wysu­nię­tymi siłami nie­przy­ja­ciela. Jak mel­duje 10 Armia, gene­rał Rein­hardt zamie­rza roz­bić wroga z mar­szu. Nie sądzi, by jego posu­wa­nie się zostało opóź­nione…

Na mapie są trzy barwy: zie­lony kom­pleks lasów wokół wio­ski Mokrą, czer­wona strzała i nie­bie­skie pół­kole. W rze­czy­wi­sto­ści tylko las jest zie­lony. Na jego skraju, w płyt­kich wnę­kach strze­lec­kich roz­mie­ściło się 500 uła­nów 21 pułku. Tuż przed lasem widać cztery wraki znisz­czo­nych czoł­gów. To resztka z pan­cer­nego patrolu wroga, który pod pol­skie pozy­cje dotarł o ósmej rano.

Teraz jed­nak jest już połu­dnie. Niemcy pod­cią­gnęli do przodu główne siły dywi­zji. Kil­ka­dzie­siąt czoł­gów, wię­cej niż tysiąc zmo­to­ry­zo­wa­nych strzel­ców ude­rza – na pol­skie pozy­cje. Kilka bate­rii arty­le­rii zasy­puje desz­czem poci­sków las, bez prze­rwy pikują nad nim Stu­kasy…

Ude­rze­nie wroga odrzuca uła­nów do tyłu. Ten pułk sta­nowi tylko wysu­nięty do przodu rzut Wołyń­skiej Bry­gady Kawa­le­rii. Główne jej siły znaj­dują się głę­biej w lesie. Na obszer­nej pola­nie zajęły sta­nowiska bojowe bate­rie 2 dywi­zjonu arty­le­rii kon­nej. Kano­nie­rzy widzą, jak przed nimi cofają się drob­nymi grup­kami ułani 21 pułku. Zaraz ukażą się Niemcy…

Są! Z lasu po dru­giej stro­nie polany wypeł­zają zna­czone krzy­żami czołgi. Mro­wią się coraz gęściej, bez zatrzy­ma­nia ruszają do przodu. Przy­śpie­szają swój bieg; ich działka i kara­biny maszy­nowe plują bez prze­rwy ogniem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij