-
nowość
-
promocja
Szósta zmiana - ebook
Szósta zmiana - ebook
W kosmosie możesz polegać tylko na sobie. Do czasu, aż zawiedzie cię własny umysł…
Statek kosmiczny. Lata świetlne od najbliższej ludzkiej kolonii. Velmut, mechanik międzygwiazdowca z szóstej zmiany, budzi się z hibernacji pod opieką pokładowej medyczki. Jego ciało odmawia posłuszeństwa, a dolegliwości nie pozwalają mu normalnie funkcjonować. Szybko okazuje się jednak, że to dopiero początek problemów.
Mechanik zaczyna doświadczać niepokojących snów, które przeradzają się w mroczne wizje. W ich centrum znajduje się Aldebaran, potężna, żółta gwiazda, a to, co początkowo wydaje się jedynie omamami, zaczyna przenikać do rzeczywistości.
Wkrótce staje się jasne, że nikt na pokładzie nie jest bezpieczny. Lot przez przestrzeń niespodziewanie zamienia się w podróż do samego serca obłędu. Załoganci muszą zmierzyć się nie tylko z własnymi lękami, lecz także zawalczyć o zachowanie resztek poczytalności. Ale… czy mają na to jakiekolwiek szanse?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-570-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Długie palce miażdżyły jej krtań. Nie miała jak się obronić. Był od niej wyższy, cięższy i – mimo hospitalizacji – o wiele silniejszy. Chwyciwszy go za nadgarstki, próbowała oderwać jego dłonie od szyi, lecz te przywarły do niej jak przyspawane. Szamotaniem starała się zrzucić go na podłogę, ale on usiadł jej na brzuchu i docisnął ją do łóżka. Z wierzgających nóg nic zaś sobie nie robił. Na każdy kopniak i wbite między żebra kolano reagował tak, jakby na plecach przysiadał mu natrętny komar.
– Przepraszam – cedził łamliwym od płaczu głosem – przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam…
Owo zapętlone słowo było ostatnim, jakie w życiu słyszała. Jej mózg w końcu poddał się niedotlenieniu. Wymachujące kończyny zwiotczały i opadły ciężko na materac. Stawiające zaś dotąd opór mięśnie rozluźniły się, a całe ciało sflaczało, wstrząśnięte ostatnim pośmiertnym spazmem.
Mimo to nie zwolnił uścisku. Pod opuszkami wciąż czuł bowiem delikatne pulsowanie. Nie wiedział, czy było to jego własne tętno, czy może to serce kobiety uparcie nie dawało za wygraną. Ryzykować jednak nie zamierzał. Jeśli w jej piersi nadal tlił się choćby najdrobniejszy płomyczek życia, to musiał go w niej zgasić, dla jej własnego dobra. Przez następnych kilka minut wsłuchiwał się więc w świst własnego oddechu i skapywanie płynących mu po policzkach łez, a gdy wątłe wrażenie w palcach wreszcie ustało, dla pewności odczekał jeszcze parę chwil.
Dopiero wtedy odważył się otworzyć oczy.
Z przerażenia aż podskoczył. Jego głowa uderzyła o niski sufit, a szarpnięte nagłym zrywem ciało zgubiło równowagę i rąbnęło o podłogę. Mężczyzna niezgrabnie przeturlał się na pośladki, odpełzł do najbliższej ściany i przywarłszy do niej plecami, wpatrywał się w swe dzieło.
Aż do teraz nie sądził, że cokolwiek zdoła go jeszcze przestraszyć. I rzeczywiście, sam widok nie robił na nim wrażenia. W porównaniu z obrazami ostatnich dni wydawał się wręcz żałosny. Ot co, spocone zwłoki w rozchełstanej piżamie, zaplątane w fałdy wytłamszonej pościeli, zastygłe w dziwnie dwuznacznej pozie, niczym groteskowa parodia jednej z wyrzeźbionych w renesansie ekstaz. Nie bał się podobnego do obroży sińca, czarniejącego na jej szyi. Nie bał się twarzy, wykrzywionej w wyrazie dojmującej trwogi. Nie bał się nawet osadzonych w niej wytrzeszczonych oczu, które na skutek obrócenia głowy wpatrywały się dokładnie w niego.
Ale ich spojrzenie – zimne, oskarżycielskie – przeszywało go na wskroś. Mężczyzna aż skulił się pod jego ciężarem. Dostrzegał w nim wyzierające pytanie o powód tego brutalnego mordu; pytanie, na które odpowiedzieć nie mógł ani teraz, ani wcześniej, zarówno jej, jak i komukolwiek innemu. Bo przecież to coś nie pozwalało o sobie mówić. Ilekroć próbował, czuł, jakby to jego własne gardło miażdżyły niewidzialne palce.
To było ponad jego siły. Chciało mu się wrzeszczeć, chciało mu się wyć. Niewiele brakowało, a naprawdę by to zrobił. W ostatniej chwili zdołał wepchnąć sobie pięść do ust jak knebel i zagryźć knykcie do krwi. Nie wolno było mu krzyknąć. Jeszcze zbudziłby resztę. Co prawda, ściany pokojów były niemal zupełnie dźwiękoszczelne, lecz wątpił, by nawet one zdołały zagłuszyć skowyt tak głośny jak ten, który wzbierał mu właśnie w tchawicy.
Reszta… Inni…
Spojrzał ponad zwłokami na przeciwną ścianę. Wyobraził sobie znajdujący się za nią drugi, identyczny pokój z takim samym łóżkiem, a w nim śpiącą kobietę, nieświadomą rozgrywającego się zaledwie kilka metrów obok horroru. Ją też będzie musiał zabić, podobnie jak pozostałą dwójkę. No i byli jeszcze ci w komorach. Ich nie zdoła udusić. I tak nie oddychają. No więc jak mam to zrobić? Szczerze mówiąc, jego plany nie zabrnęły dotąd aż tak daleko. Siekierą? Nie wiedział, jak duży opór szyja postawi ostrzu. Młotem? Na wymachiwanie żelastwem na pewno nie starczy mu sił. Skalpelem? To powinno być prostsze. W magazynie miał ich pod dostatkiem, a w dodatku wiedział, jak i gdzie najlepiej ciąć, żeby…
Myśli te sprawiły, że jego krtań nieco się rozluźniła. Wydobył się z niej jednak nie wrzask, a przeciągłe, przechodzące w świst zawodzenie. Mógłby przysiąc, że gdzieś w oddali odpowiedział mu ten drugi, podobny do pocierania styropianką o plastoszkło skrzek, który pogwizdywał szorstko, nabijając się z jego niedoli. Łzy nie płynęły już strużkami. Teraz dosłownie zalewały mu policzki, jakby spod nabrzmiałych powiek wydostać próbowały się dwa niewielkie wodospady.
Jak mogło do tego dojść? Dlaczego to właśnie on, człowiek, który poprzysiągł ratować ludzkie życie, zmuszony jest je teraz odbierać? W dodatku przysięgę tę przyjdzie złamać mu jeszcze nie kilka, kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt, lecz aż kilkaset razy. Już ta jedna śmierć doprowadziła go na skraj załamania. I teraz miałby niby jeszcze zrobić to znowu, a potem znowu, znowu, znowu, i znowu, i…!
– Dlaczego? – zaskomlał. – Dlaczego, dlaczego, Boże, dlaczego?!
Wyjękując ostatnie słowa, spojrzał w górę, jakby spodziewał się otrzymać stamtąd odpowiedź. Ale w tym przeklętym skrawku Kosmosu nie było boga, a przynajmniej nie takiego, którego odzew pragnąłby usłyszeć. Zamiast Nieba był za to sufit, a na nim kwaterowa lampa. Na jej widok mężczyzna wzdrygnął się jak rażony prądem. Nie wydawała żadnych dźwięków, jaśniała przyjemnie białym światłem, lecz już sam jej okrągły kształt wystarczył, by przywołać świeże wspomnienia tamtych makabrycznych widziadeł i towarzyszących im odczuć.
Paradoksalnie to właśnie ów niepozorny szczegół przywołał go do porządku. Okropieństwo przelatujących w głowie wizji przypomniało mu powód, dla którego posunął się do zamordowania kobiety, która z taką troską pielęgnowała go i ze wszystkich sił starała się mu pomóc – nie chciał, by i ona przez to przeszła. By ktokolwiek widział, słyszał i czuł to samo, co on. Nie pragnął ich zabijać, lecz nie miał wyboru. Słuszności jego działań nie pojmie nikt, kto nie doświadczył tych koszmarów. On zaś musiał sprawić, by te w istocie nikogo już więcej nie dotknęły.
Przetarł załzawione oczy, z wysiłkiem podniósł się z podłogi. Opuścił kwaterę, przeszedł korytarzem do sąsiedniej, drżącą dłonią wystukał w panelu awaryjny kod dostępu i wszedł do środka. Zamknąwszy za sobą drzwi, machinalnie wcisnął zamontowany tuż obok włącznik.
Zajmująca pokój kobieta nie spała tak twardo jak poprzedniczka. Z chwilą zapalenia światła zmarszczyła twarz, mrucząc pod nosem z niezadowolenia. Sen nieśmiało ulatywał spod jej powiek.
Mężczyzna nie czekał, aż całkiem się zbudzi. Jednym susem długich nóg pokonał dzielący go od niej dystans, wskoczył na łóżko i ignorując palący w ścięgnach ból, zamknął jej szyję w palczastym imadle. Ofiara momentalnie odzyskała przytomność. Obdarzyła go spojrzeniem wytrzeszczonych oczu, próbowała przepchnąć krzyk przez miażdżone gardło, zaczęła wić się i szamotać w daremnej próbie obrony.
Scena ta sama, co przed chwilą, z jedną tylko różnicą – tym razem napastnik nie przepraszał. Nie miał za co. To nie było morderstwo, a ratunek. Śmierć to spokój, śmierć to cisza, śmierć to ocalenie. Umarłej nie porazi światło. Umarła nie usłyszy pisków.
Umarłej nie pożre żółć.2
Dźwięk był dziwny. Z początku cichy oraz nieśmiały, lecz z każdą sekundą przybierał nieznacznie na sile. Jego przytłumiony, drażniący bębenki pisk przedzierał się gdzieś z oddali, tak jakby w którymś z sąsiednich pomieszczeń ktoś gotował sobie wodę na herbatę.
Chociaż nie, to jednak nie to. Ulatująca z czajnika para gwiżdże przecież miarowo i jednostajnie, a tym odgłosom daleko było do monotonności. Ich regularne świsty przetykane były gdzieniegdzie zgrzytliwymi nutami. Nasuwały bardziej skojarzenia z kocią muzyką, wygrywaną na tanim, wyjątkowo kiepsko wystruganym flecie. Dmuchający w instrument grajek wydawał się równie cudaczny, co trzymana przezeń piszczałka. Melodia z pozoru nie miała w sobie ani krztyny rytmu czy harmonii, a jednak wsłuchany w nią mężczyzna nie mógł pozbyć się wrażenia, że akordami jej kierował jakiś obcy, niepojęty porządek.
Normalny człowiek po prostu by ją zignorował. „To pewnie tylko alarm czyjegoś autonomobilu”, pomyślałby, po czym przewróciłby się na drugi bok, w nadziei, że irytujący jazgot sam za chwilę umilknie. Ale Velmut nie był normalnym człowiekiem. Nie przebywał w którejś z ziemskich megametropolii, okolonej kopułą księżycowej bazie ani też jednej z dwudziestu siedmiu marsjańskich arkologii. Leżał zamknięty na pokładzie przemierzającego kosmiczną nicość okrętu, gdzie tajemnicze odgłosy nie wróżyły nigdy niczego dobrego.
Jego ciało potrzebowało tylko chwili, by zerwać się z łóżka. Mechanik zorientował się, że stoi przy drzwiach dopiero wtedy, gdy wyczuł pod palcem obudowę włącznika. Niewiele myśląc, wdusił go tak mocno, że aż zatrzeszczał plastik. Nagły chrzęst przedarł się przez świszczący nie wiadomo skąd wizg, ale na wypełniających kwaterę ciemnościach nie zrobił najmniejszego wrażenia. Spanikowany Velmut nacisnął więc pstryczek jeszcze kilka razy, tak jakby miało mu to w czymkolwiek pomóc. Denerwujące klikanie odbijało się echem od ścian, lecz wciąż nie niosło ze sobą żadnego efektu. Atramentowa czerń nadal wlewała się w każdy zakamarek, a zanurzony w jej głębinach lokator dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo była ona gęsta.
Nie widział nic. Absolutnie nic. Ale jak to możliwe, skoro w kwaterze mieściło się kilka małych diodek zamontowanej tu elektroniki? W zasadzie to jedna z nich znajdowała się dokładnie przed jego twarzą. Widział jej czerwone światełko jeszcze wtedy, gdy Kris opuszczała pomieszczenie, życząc mu dobrej nocy. Lampka powinna mrugać więc do niego swą szkarłatną kropką, drobna oraz niepozorna niczym odległa o lata świetlne gwiazda.
Powinna, ale nie mrugała, podobnie jak żadna z jej sióstr. Zepsuły się? Ta niedorzeczna myśl umarła w głowie Velmuta równie szybko, jak się w niej pojawiła. Nie, nie mogły się tak po prostu zepsuć! Jedna tak, może nawet i dwie, ale zdecydowanie nie wszystkie i już na pewno nie w tym samym momencie.
Tylko w takim razie dlaczego się nie palą? Co się z nimi…?
I wtedy właśnie to do niego dotarło. Zimny pot pociekł mu strużką po karku, a serce zamarło na moment w piersi tylko po to, by po sekundzie wznowić pracę na najwyższych możliwych obrotach. Mógłby przysiąc, że słyszy jego szaleńcze łomotanie, w jakiś niepokojący sposób zgodne z nieziemskim taktem tej przygrywającej w oddali piszczałki.
Najpierw niedziałający włącznik, a teraz zgaszone diody. Elementy upiornej układanki dopasowały się z wolna jeden do drugiego, tworząc w umyśle mechanika ścinającą krew w żyłach odpowiedź – trzy zaledwie słowa, z pozoru proste i błahe, a jednocześnie tak potwornie wymowne:
– Nie ma prądu… – Wypowiedziane na głos brzmiały jeszcze straszniej. – Nie ma prądu. Nie ma prądu! Nie ma, kurwa, prądu!
Ale jak? Dlaczego? Velmut nie miał bladego pojęcia, w jaki sposób mogło do tego dojść. Przeczytał w swym życiu setki raportów serwisowych z rozmaitych lotów, lecz w ani jednym nie natrafił na ślad podobnej usterki. Czyżby w coś rąbnęli? Nie, na pewno nie. Statek monitorował przecież pobliską przestrzeń i w wypadku zagrożenia wykonałby odpowiednie manewry korekcyjne. Nie było szans, by systemy nie zauważyły samotnego kawałka pędzącej przez próżnię skały. Sam mężczyzna też by go zresztą nie przeoczył. Skoro ze snu wyrwać zdołał go fałszujący gdzieś w oddali flecista, to huk wbitego w pancerz kamulca tym bardziej zdołałby tego dokonać.
No więc jak? Co się stało? O co tu chodzi? Pytania te fruwały mu po czaszce na podobieństwo chmary tłustych much, niosąc ze sobą wizje nieuchronnej zagłady. Przypomniał sobie słowa, które wypowiedział tuż przed zaśnięciem. Ale przecież nie mówił tego poważnie! Był po prostu zmęczony! Zmęczony i tyle! Wcale nie chciał, żeby to wszystko wzięło i pierdolnęło, najlepiej razem z nim! Nie chciał, by się wreszcie skończyło! Nie chciał! Nie chciał! Nie chcia…!
– Dość!
Jego krzyk był równie głośny, co siarczyste plaśnięcie, jakie sam sobie zadał. Cios w twarz, o dziwo, przywrócił mu namiastkę pożartego przez nerwy spokoju. Weź się w garść, powtarzał, dasz sobie radę! Jeśli postoję przez chwilę i się nad tym zastanowię, to na pewno…
Zaraz, zaraz… „Postoję”? Właśnie! Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przecież cały czas stał, czując w bosych stopach twardość nagiej, kwaterowej podłogi. A zatem sztuczna grawitacja wciąż jeszcze działała. Brak prądu dotknąć musiał więc tylko część statku, w dodatku tę najmniej istotną. Fakt ten dodał mężczyźnie nieco otuchy, uświadamiając mu, że sytuacja nie była aż tak dramatyczna, na jaką się z początku zapowiadała.
Wiedział już, co należało zrobić: w pierwszej kolejności znajdzie i upora się ze źródłem owych zagadkowych jęków, a gdy tylko umilkną, zajmie się przywróceniem prądu.
Sięgnął do stojącej tuż obok szafy i wymacał wiszącą w niej parę starych, roboczych spodni na szelkach, mocno zużytych, niemniej wciąż wiernych. Lata klęczenia starły tkaninę na kolanach, a plamki smaru wżarły się w nią tak głęboko, że żaden proszek nie zdołałby ich już stamtąd wygonić. Mimo to nigdy nie przyszłoby mu do głowy, by je wyrzucić. Każdy szanujący się mechanik posiadał takie ściorane, przybrudzone olejem portki, a w nich obszerną kieszeń na najpotrzebniejsze narzędzia.
To właśnie ona przykuła teraz jego uwagę. Odpiął jej klapę i wsadził dłoń do środka. Pogrzebał między klekoczącymi o siebie kluczami i śrubokrętami w poszukiwaniu niewielkiej latareczki. Gdy wreszcie wyczuł jej walcowaty uchwyt, wyszarpnął ją i nacisnął jej guzik. Jego powieki natychmiast się zamknęły, gdy nagła jasność zaatakowała przyzwyczajone do ciemności źrenice. Musiało minąć kilkanaście sekund szaleńczego mrugania, nim światło przestało go wreszcie razić. Maleńki pokoik tonął teraz w bladym poblasku, a panujące w nim do tej pory cienie wpełzły pod meble, zmuszone do ukrycia się w swych nielicznych kryjówkach.
Odłożył latarkę na łóżko i skierował jej promień na siebie. Wiedział, że styrane czasem porcięta będą mu potrzebne, toteż szybko wskoczył w nie kilkoma sprawnymi ruchami. Jedna z zapiętych w pośpiechu szelek przycięła mu sutek do krwi, a nogawki bokserek zwinęły się i nieprzyjemnie uwierały go w kroku, lecz w obecnej sytuacji nie miał czasu się tym przejmować.
Chwycił ponownie latarkę i wsunąwszy stopy w leżące obok łóżka buty, wyszedł z pokoju. Skaner chipów blokował drzwi jedynie od zewnątrz, toteż mężczyźnie wystarczyło tylko nacisnąć ich klamkę i przesunąć je w bok. Elektryczność nie była tu do niczego potrzebna.
Stanął jak wryty zaraz za progiem, porażony ukłuciem nagłego lęku. Znał korytarze statku lepiej niż własną kawalerkę na obrzeżach Nowego Melbourne, lecz w tym momencie po raz pierwszy poczuł się w nich zagubiony, niechciany oraz obcy. Bardziej niż hol przypominały mu wyłożoną metalowymi płytami pieczarę, skrytą głęboko w niedostępnych otchłaniach Ziemi. Wszystkiemu winien był mrok. Zamontowane w suficie lampy powinny włączyć się z chwilą wykrycia najdrobniejszego ruchu, co przy braku elektryczności oczywiście nie nastąpiło. Ciemność zalęgła się tu niczym pasożyt, oślizgła i lepka jak opar czarnego dymu. Jej atramentowe macki owijały się wokół mężczyzny z każdej niemal strony, czmychały niepewnie tylko tam, gdzie godził je stożek jego latarki.
– Weź się…
„…w garść, chłopie” – zamierzał dokończyć, nim słowa ugrzęzły mu w gardle. Choć wypowiedziane szeptem, wydały mu się nienaturalnie głośne i niepasujące do tego miejsca. Ukryte w ścianach mechanizmy, pracujące tłoczki oraz zgrzytające o siebie elementy przerwały swój niekończący się koncert, oddając całą scenę temu niewidocznemu fleciście. Na tle stłumionych pisków każdy dźwięk wydawał się krzykiem. Mężczyzna zdobył się jedynie na kilka głębokich wdechów na uspokojenie, lecz i je wykonał z przesadną ostrożnością, tak jakby szelest przepływającego przez nozdrza powietrza mógł zwabić coś, co czaiło się w mroku.
Zamknął oczy i zaczął obracać powoli głowę, usiłując określić kierunek, z którego dolatywały doń świergoty. Lewo? Tak, na pewno lewo. Skręcił więc i poszedł w tę stronę.
Nie potrafił zmusić nóg do niczego ponad powolny marsz. Każdy krok mierził go i drażnił, posyłając wzdłuż kręgosłupa nieprzyjemnie zimne mrowienie. Pacnięcia obutych stóp odbijały się od otaczających go ścian, gryząc się z przygrywającą w oddali melodią. Nie były tu mile widziane, podobnie jak wydający je człowiek. W tym pozbawionym światła królestwie panować mogły jedynie piski, których tembr wyrażał coraz większe niezadowolenie z obecności nieproszonego intruza.
Przystanął na moment przed drzwiami pokoju Kris. Nie słyszał odgłosów dochodzącej zza nich krzątaniny, toteż uznał, że medyczka wciąż jeszcze śpi. Zastanawiał się, czy nie powinien jej obudzić i poinformować o zaistniałej sytuacji. W zasadzie, jeśli już, to prędzej wypadałoby pójść z tym do kierowniczki zmiany, kimkolwiek by ona nie była. Porzucił jednak ten pomysł. Nie wiedział, która z dwóch widzianych przelotnie kobiet pełniła ową funkcję, a poza tym i tak nie miał ochoty dobijać się pięściami do ich drzwi. Coś z tyłu głowy podpowiadało mu, by tego nie robił. Był to ten cichy, odziedziczony po pierwotnych przodkach głosik, budzący się zawsze wtedy, gdy logika schodziła na dalszy plan. Stworzonko wypełzło ze swej norki, umościło się wokół podstawy jego czaszki i drapiąc w nią pazurkami, odradzało swemu właścicielowi nadmierne hałasowanie.
Mężczyzna nie zamierzał się z nim sprzeczać. Nie wierzył, rzecz jasna – oczywiście, że nie! – by za owe upiorne świergoty odpowiadało jakieś nadnaturalne i krwiożercze „coś”, przed którym przestrzegał go instynkt. Gdyby faktycznie tak było, to zamiast iść w ich stronę, czmychnąłby najdalej jak się dało, po czym zaszył się w jakiejś ciasnej dziurze, głęboko w trzewiach okrętu. Nie był jednak na tyle głupi, by kusić niepotrzebnie los. Bał się jak cholera i wcale nie wstydził się sobie do tego przyznać.
Przeszedł jeszcze kilka kroków, aż dotarł do skrzyżowania. Stanął na samym jego środku, tuż pod niedziałającą lampą, i zamknąwszy oczy, zaczął znów nasłuchiwać. Dokąd teraz? W prawo? Nie, zdecydowanie nie w prawo. I całe szczęście! Jeśli jakieś tajemnicze dźwięki naprawdę musiały panoszyć się na statku, to lepiej, że nie dochodziły z jego trzewi, jak choćby z napędu nadświetlnego czy hali hibernacyjnej dla kolonistek.
Czyli pewnie znowu w lew… Zaraz. Nie w lewo? To go zaskoczyło. Krótka ścieżka po jego lewej prowadziła do pracowniczej stołówki i kończyła się okrętową sterówką. To drugie pomieszczenie wypełniała masa różnego rodzaju paneli sterowniczych, pulpitów oraz wszelkiej maści pomocniczych konsol. W pierwszej chwili podejrzewał, że to właśnie któreś z tych urządzeń uległo awarii, a teraz przygrywało wesoło na tej kiepskiej fujarce. Instrument wyraźnie prowadził go jednak na wprost. A zatem usterka musiała wydarzyć się w laboratorium. Wydawało mu się to jedynym logicznym rozwiązaniem. Tam też znajdowała się przecież cała masa sprzętu, choć oczywiście nie tyle, ile w wypchanej nim po brzegi sterówce.
Wkroczył w ciemność ziejącego przed nim korytarza i już po pięciu krokach znalazł się przed drzwiami laboratorium. W przeciwieństwie do kwater pracowników, pomieszczenie za nimi miało charakter ogólnodostępny, dlatego nie blokował go zamontowany w ścianie skaner. Jedyną przeszkodę stanowiła klamka. Nacisnął ją i wszedł do środka, pewien, że za moment rozprawi się wreszcie z tym pieprzonym flecistą i połamie jego piszczałkę, która powoli zaczynała doprowadzać go do pasji.
Tym większe było więc jego zdziwienie, gdy wygrywana melodia przycichła zaraz za progiem. Promień latarki wydobył z mroku zarysy roboczych blatów, lecz muzyka nie mogła pochodzić z żadnego z postawionych na nich aparatów. Sekwenatory, termocyklery oraz wielgachny elektronowo-pozytronowy mikroskop pozostawały wyłączone, drzemiąc głucho w gęstej ciszy, która owionęła go, gdy tylko wkroczył do środka.
Ale jeśli nie tu, to gdzie?
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.