Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Szósta zmiana - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 maja 2026
3599 pkt
punktów Virtualo

Szósta zmiana - ebook

W kosmosie możesz polegać tylko na sobie. Do czasu, aż zawiedzie cię własny umysł…

Statek kosmiczny. Lata świetlne od najbliższej ludzkiej kolonii. Velmut, mechanik międzygwiazdowca z szóstej zmiany, budzi się z hibernacji pod opieką pokładowej medyczki. Jego ciało odmawia posłuszeństwa, a dolegliwości nie pozwalają mu normalnie funkcjonować. Szybko okazuje się jednak, że to dopiero początek problemów.

Mechanik zaczyna doświadczać niepokojących snów, które przeradzają się w mroczne wizje. W ich centrum znajduje się Aldebaran, potężna, żółta gwiazda, a to, co początkowo wydaje się jedynie omamami, zaczyna przenikać do rzeczywistości.

Wkrótce staje się jasne, że nikt na pokładzie nie jest bezpieczny. Lot przez przestrzeń niespodziewanie zamienia się w podróż do samego serca obłędu. Załoganci muszą zmierzyć się nie tylko z własnymi lękami, lecz także zawalczyć o zachowanie resztek poczytalności. Ale… czy mają na to jakiekolwiek szanse?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-570-6
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Dłu­gie pal­ce miaż­dży­ły jej krtań. Nie mia­ła jak się obro­nić. Był od niej wyż­szy, cięż­szy i – mimo ho­spi­ta­li­za­cji – o wie­le sil­niej­szy. Chwy­ciw­szy go za nad­garst­ki, pró­bo­wa­ła ode­rwać jego dło­nie od szyi, lecz te przy­war­ły do niej jak przy­spa­wa­ne. Sza­mo­ta­niem sta­ra­ła się zrzu­cić go na pod­ło­gę, ale on usiadł jej na brzu­chu i do­ci­snął ją do łóż­ka. Z wierz­ga­ją­cych nóg nic zaś so­bie nie ro­bił. Na każ­dy kop­niak i wbi­te mię­dzy że­bra ko­la­no re­ago­wał tak, jak­by na ple­cach przy­sia­dał mu na­tręt­ny ko­mar.

– Prze­pra­szam – ce­dził łam­li­wym od pła­czu gło­sem – prze­pra­szam, prze­pra­szam, prze­pra­szam, prze­pra­szam, prze­pra­szam, prze­pra­szam…

Owo za­pę­tlo­ne sło­wo było ostat­nim, ja­kie w ży­ciu sły­sza­ła. Jej mózg w koń­cu pod­dał się nie­do­tle­nie­niu. Wy­ma­chu­ją­ce koń­czy­ny zwiot­cza­ły i opa­dły cięż­ko na ma­te­rac. Sta­wia­ją­ce zaś do­tąd opór mię­śnie roz­luź­ni­ły się, a całe cia­ło sfla­cza­ło, wstrzą­śnię­te ostat­nim po­śmiert­nym spa­zmem.

Mimo to nie zwol­nił uści­sku. Pod opusz­ka­mi wciąż czuł bo­wiem de­li­kat­ne pul­so­wa­nie. Nie wie­dział, czy było to jego wła­sne tęt­no, czy może to ser­ce ko­bie­ty upar­cie nie da­wa­ło za wy­gra­ną. Ry­zy­ko­wać jed­nak nie za­mie­rzał. Je­śli w jej pier­si na­dal tlił się choć­by naj­drob­niej­szy pło­my­czek ży­cia, to mu­siał go w niej zga­sić, dla jej wła­sne­go do­bra. Przez na­stęp­nych kil­ka mi­nut wsłu­chi­wał się więc w świst wła­sne­go od­de­chu i ska­py­wa­nie pły­ną­cych mu po po­licz­kach łez, a gdy wą­tłe wra­że­nie w pal­cach wresz­cie usta­ło, dla pew­no­ści od­cze­kał jesz­cze parę chwil.

Do­pie­ro wte­dy od­wa­żył się otwo­rzyć oczy.

Z prze­ra­że­nia aż pod­sko­czył. Jego gło­wa ude­rzy­ła o ni­ski su­fit, a szarp­nię­te na­głym zry­wem cia­ło zgu­bi­ło rów­no­wa­gę i rąb­nę­ło o pod­ło­gę. Męż­czy­zna nie­zgrab­nie prze­tur­lał się na po­ślad­ki, od­pełzł do naj­bliż­szej ścia­ny i przy­warł­szy do niej ple­ca­mi, wpa­try­wał się w swe dzie­ło.

Aż do te­raz nie są­dził, że co­kol­wiek zdo­ła go jesz­cze prze­stra­szyć. I rze­czy­wi­ście, sam wi­dok nie ro­bił na nim wra­że­nia. W po­rów­na­niu z ob­ra­za­mi ostat­nich dni wy­da­wał się wręcz ża­ło­sny. Ot co, spo­co­ne zwło­ki w roz­cheł­sta­nej pi­ża­mie, za­plą­ta­ne w fał­dy wy­tłam­szo­nej po­ście­li, za­sty­głe w dziw­nie dwu­znacz­nej po­zie, ni­czym gro­te­sko­wa pa­ro­dia jed­nej z wy­rzeź­bio­nych w re­ne­san­sie eks­taz. Nie bał się po­dob­ne­go do ob­ro­ży siń­ca, czar­nie­ją­ce­go na jej szyi. Nie bał się twa­rzy, wy­krzy­wio­nej w wy­ra­zie doj­mu­ją­cej trwo­gi. Nie bał się na­wet osa­dzo­nych w niej wy­trzesz­czo­nych oczu, któ­re na sku­tek ob­ró­ce­nia gło­wy wpa­try­wa­ły się do­kład­nie w nie­go.

Ale ich spoj­rze­nie – zim­ne, oskar­ży­ciel­skie – prze­szy­wa­ło go na wskroś. Męż­czy­zna aż sku­lił się pod jego cię­ża­rem. Do­strze­gał w nim wy­zie­ra­ją­ce py­ta­nie o po­wód tego bru­tal­ne­go mor­du; py­ta­nie, na któ­re od­po­wie­dzieć nie mógł ani te­raz, ani wcze­śniej, za­rów­no jej, jak i ko­mu­kol­wiek in­ne­mu. Bo prze­cież to coś nie po­zwa­la­ło o so­bie mó­wić. Ile­kroć pró­bo­wał, czuł, jak­by to jego wła­sne gar­dło miaż­dży­ły nie­wi­dzial­ne pal­ce.

To było po­nad jego siły. Chcia­ło mu się wrzesz­czeć, chcia­ło mu się wyć. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a na­praw­dę by to zro­bił. W ostat­niej chwi­li zdo­łał we­pchnąć so­bie pięść do ust jak kne­bel i za­gryźć knyk­cie do krwi. Nie wol­no było mu krzyk­nąć. Jesz­cze zbu­dził­by resz­tę. Co praw­da, ścia­ny po­ko­jów były nie­mal zu­peł­nie dźwię­kosz­czel­ne, lecz wąt­pił, by na­wet one zdo­ła­ły za­głu­szyć sko­wyt tak gło­śny jak ten, któ­ry wzbie­rał mu wła­śnie w tcha­wi­cy.

Resz­ta… Inni…

Spoj­rzał po­nad zwło­ka­mi na prze­ciw­ną ścia­nę. Wy­obra­ził so­bie znaj­du­ją­cy się za nią dru­gi, iden­tycz­ny po­kój z ta­kim sa­mym łóż­kiem, a w nim śpią­cą ko­bie­tę, nie­świa­do­mą roz­gry­wa­ją­ce­go się za­le­d­wie kil­ka me­trów obok hor­ro­ru. Ją też bę­dzie mu­siał za­bić, po­dob­nie jak po­zo­sta­łą dwój­kę. No i byli jesz­cze ci w ko­mo­rach. Ich nie zdo­ła udu­sić. I tak nie od­dy­cha­ją. No więc jak mam to zro­bić? Szcze­rze mó­wiąc, jego pla­ny nie za­brnę­ły do­tąd aż tak da­le­ko. Sie­kie­rą? Nie wie­dział, jak duży opór szy­ja po­sta­wi ostrzu. Mło­tem? Na wy­ma­chi­wa­nie że­la­stwem na pew­no nie star­czy mu sił. Skal­pe­lem? To po­win­no być prost­sze. W ma­ga­zy­nie miał ich pod do­stat­kiem, a w do­dat­ku wie­dział, jak i gdzie naj­le­piej ciąć, żeby…

My­śli te spra­wi­ły, że jego krtań nie­co się roz­luź­ni­ła. Wy­do­był się z niej jed­nak nie wrzask, a prze­cią­głe, prze­cho­dzą­ce w świst za­wo­dze­nie. Mógł­by przy­siąc, że gdzieś w od­da­li od­po­wie­dział mu ten dru­gi, po­dob­ny do po­cie­ra­nia sty­ro­pian­ką o pla­stosz­kło skrzek, któ­ry po­gwiz­dy­wał szorst­ko, na­bi­ja­jąc się z jego nie­do­li. Łzy nie pły­nę­ły już struż­ka­mi. Te­raz do­słow­nie za­le­wa­ły mu po­licz­ki, jak­by spod na­brzmia­łych po­wiek wy­do­stać pró­bo­wa­ły się dwa nie­wiel­kie wo­do­spa­dy.

Jak mo­gło do tego dojść? Dla­cze­go to wła­śnie on, czło­wiek, któ­ry po­przy­siągł ra­to­wać ludz­kie ży­cie, zmu­szo­ny jest je te­raz od­bie­rać? W do­dat­ku przy­się­gę tę przyj­dzie zła­mać mu jesz­cze nie kil­ka, kil­ka­na­ście czy na­wet kil­ka­dzie­siąt, lecz aż kil­ka­set razy. Już ta jed­na śmierć do­pro­wa­dzi­ła go na skraj za­ła­ma­nia. I te­raz miał­by niby jesz­cze zro­bić to zno­wu, a po­tem zno­wu, zno­wu, zno­wu, i zno­wu, i…!

– Dla­cze­go? – za­skom­lał. – Dla­cze­go, dla­cze­go, Boże, dla­cze­go?!

Wy­ję­ku­jąc ostat­nie sło­wa, spoj­rzał w górę, jak­by spo­dzie­wał się otrzy­mać stam­tąd od­po­wiedź. Ale w tym prze­klę­tym skraw­ku Ko­smo­su nie było boga, a przy­naj­mniej nie ta­kie­go, któ­re­go od­zew pra­gnął­by usły­szeć. Za­miast Nie­ba był za to su­fit, a na nim kwa­te­ro­wa lam­pa. Na jej wi­dok męż­czy­zna wzdry­gnął się jak ra­żo­ny prą­dem. Nie wy­da­wa­ła żad­nych dźwię­ków, ja­śnia­ła przy­jem­nie bia­łym świa­tłem, lecz już sam jej okrą­gły kształt wy­star­czył, by przy­wo­łać świe­że wspo­mnie­nia tam­tych ma­ka­brycz­nych wi­dzia­deł i to­wa­rzy­szą­cych im od­czuć.

Pa­ra­dok­sal­nie to wła­śnie ów nie­po­zor­ny szcze­gół przy­wo­łał go do po­rząd­ku. Okro­pień­stwo prze­la­tu­ją­cych w gło­wie wi­zji przy­po­mnia­ło mu po­wód, dla któ­re­go po­su­nął się do za­mor­do­wa­nia ko­bie­ty, któ­ra z taką tro­ską pie­lę­gno­wa­ła go i ze wszyst­kich sił sta­ra­ła się mu po­móc – nie chciał, by i ona przez to prze­szła. By kto­kol­wiek wi­dział, sły­szał i czuł to samo, co on. Nie pra­gnął ich za­bi­jać, lecz nie miał wy­bo­ru. Słusz­no­ści jego dzia­łań nie poj­mie nikt, kto nie do­świad­czył tych kosz­ma­rów. On zaś mu­siał spra­wić, by te w isto­cie ni­ko­go już wię­cej nie do­tknę­ły.

Prze­tarł za­łza­wio­ne oczy, z wy­sił­kiem pod­niósł się z pod­ło­gi. Opu­ścił kwa­te­rę, prze­szedł ko­ry­ta­rzem do są­sied­niej, drżą­cą dło­nią wy­stu­kał w pa­ne­lu awa­ryj­ny kod do­stę­pu i wszedł do środ­ka. Za­mknąw­szy za sobą drzwi, ma­chi­nal­nie wci­snął za­mon­to­wa­ny tuż obok włącz­nik.

Zaj­mu­ją­ca po­kój ko­bie­ta nie spa­ła tak twar­do jak po­przed­nicz­ka. Z chwi­lą za­pa­le­nia świa­tła zmarsz­czy­ła twarz, mru­cząc pod no­sem z nie­za­do­wo­le­nia. Sen nie­śmia­ło ula­ty­wał spod jej po­wiek.

Męż­czy­zna nie cze­kał, aż cał­kiem się zbu­dzi. Jed­nym su­sem dłu­gich nóg po­ko­nał dzie­lą­cy go od niej dy­stans, wsko­czył na łóż­ko i igno­ru­jąc pa­lą­cy w ścię­gnach ból, za­mknął jej szy­ję w pal­cza­stym ima­dle. Ofia­ra mo­men­tal­nie od­zy­ska­ła przy­tom­ność. Ob­da­rzy­ła go spoj­rze­niem wy­trzesz­czo­nych oczu, pró­bo­wa­ła prze­pchnąć krzyk przez miaż­dżo­ne gar­dło, za­czę­ła wić się i sza­mo­tać w da­rem­nej pró­bie obro­ny.

Sce­na ta sama, co przed chwi­lą, z jed­ną tyl­ko róż­ni­cą – tym ra­zem na­past­nik nie prze­pra­szał. Nie miał za co. To nie było mor­der­stwo, a ra­tu­nek. Śmierć to spo­kój, śmierć to ci­sza, śmierć to oca­le­nie. Umar­łej nie po­ra­zi świa­tło. Umar­ła nie usły­szy pi­sków.

Umar­łej nie po­żre żółć.2

Dźwięk był dziw­ny. Z po­cząt­ku ci­chy oraz nie­śmia­ły, lecz z każ­dą se­kun­dą przy­bie­rał nie­znacz­nie na sile. Jego przy­tłu­mio­ny, draż­nią­cy bę­ben­ki pisk prze­dzie­rał się gdzieś z od­da­li, tak jak­by w któ­rymś z są­sied­nich po­miesz­czeń ktoś go­to­wał so­bie wodę na her­ba­tę.

Cho­ciaż nie, to jed­nak nie to. Ula­tu­ją­ca z czaj­ni­ka para gwiż­dże prze­cież mia­ro­wo i jed­no­staj­nie, a tym od­gło­som da­le­ko było do mo­no­ton­no­ści. Ich re­gu­lar­ne świ­sty prze­ty­ka­ne były gdzie­nie­gdzie zgrzy­tli­wy­mi nu­ta­mi. Na­su­wa­ły bar­dziej sko­ja­rze­nia z ko­cią mu­zy­ką, wy­gry­wa­ną na ta­nim, wy­jąt­ko­wo kiep­sko wy­stru­ga­nym fle­cie. Dmu­cha­ją­cy w in­stru­ment gra­jek wy­da­wał się rów­nie cu­dacz­ny, co trzy­ma­na prze­zeń pisz­czał­ka. Me­lo­dia z po­zo­ru nie mia­ła w so­bie ani krzty­ny ryt­mu czy har­mo­nii, a jed­nak wsłu­cha­ny w nią męż­czy­zna nie mógł po­zbyć się wra­że­nia, że akor­da­mi jej kie­ro­wał ja­kiś obcy, nie­po­ję­ty po­rzą­dek.

Nor­mal­ny czło­wiek po pro­stu by ją zi­gno­ro­wał. „To pew­nie tyl­ko alarm czy­je­goś au­to­no­mo­bi­lu”, po­my­ślał­by, po czym prze­wró­cił­by się na dru­gi bok, w na­dziei, że iry­tu­ją­cy ja­zgot sam za chwi­lę umilk­nie. Ale Vel­mut nie był nor­mal­nym czło­wie­kiem. Nie prze­by­wał w któ­rejś z ziem­skich me­ga­me­tro­po­lii, oko­lo­nej ko­pu­łą księ­ży­co­wej ba­zie ani też jed­nej z dwu­dzie­stu sied­miu mar­sjań­skich ar­ko­lo­gii. Le­żał za­mknię­ty na po­kła­dzie prze­mie­rza­ją­ce­go ko­smicz­ną ni­cość okrę­tu, gdzie ta­jem­ni­cze od­gło­sy nie wró­ży­ły ni­g­dy ni­cze­go do­bre­go.

Jego cia­ło po­trze­bo­wa­ło tyl­ko chwi­li, by ze­rwać się z łóż­ka. Me­cha­nik zo­rien­to­wał się, że stoi przy drzwiach do­pie­ro wte­dy, gdy wy­czuł pod pal­cem obu­do­wę włącz­ni­ka. Nie­wie­le my­śląc, wdu­sił go tak moc­no, że aż za­trzesz­czał pla­stik. Na­gły chrzęst przedarł się przez świsz­czą­cy nie wia­do­mo skąd wizg, ale na wy­peł­nia­ją­cych kwa­te­rę ciem­no­ściach nie zro­bił naj­mniej­sze­go wra­że­nia. Spa­ni­ko­wa­ny Vel­mut na­ci­snął więc pstry­czek jesz­cze kil­ka razy, tak jak­by mia­ło mu to w czym­kol­wiek po­móc. De­ner­wu­ją­ce kli­ka­nie od­bi­ja­ło się echem od ścian, lecz wciąż nie nio­sło ze sobą żad­ne­go efek­tu. Atra­men­to­wa czerń na­dal wle­wa­ła się w każ­dy za­ka­ma­rek, a za­nu­rzo­ny w jej głę­bi­nach lo­ka­tor do­pie­ro te­raz zdał so­bie spra­wę, jak bar­dzo była ona gę­sta.

Nie wi­dział nic. Ab­so­lut­nie nic. Ale jak to moż­li­we, sko­ro w kwa­te­rze mie­ści­ło się kil­ka ma­łych dio­dek za­mon­to­wa­nej tu elek­tro­ni­ki? W za­sa­dzie to jed­na z nich znaj­do­wa­ła się do­kład­nie przed jego twa­rzą. Wi­dział jej czer­wo­ne świa­teł­ko jesz­cze wte­dy, gdy Kris opusz­cza­ła po­miesz­cze­nie, ży­cząc mu do­brej nocy. Lamp­ka po­win­na mru­gać więc do nie­go swą szkar­łat­ną krop­ką, drob­na oraz nie­po­zor­na ni­czym od­le­gła o lata świetl­ne gwiaz­da.

Po­win­na, ale nie mru­ga­ła, po­dob­nie jak żad­na z jej sióstr. Ze­psu­ły się? Ta nie­do­rzecz­na myśl umar­ła w gło­wie Vel­mu­ta rów­nie szyb­ko, jak się w niej po­ja­wi­ła. Nie, nie mo­gły się tak po pro­stu ze­psuć! Jed­na tak, może na­wet i dwie, ale zde­cy­do­wa­nie nie wszyst­kie i już na pew­no nie w tym sa­mym mo­men­cie.

Tyl­ko w ta­kim ra­zie dla­cze­go się nie palą? Co się z nimi…?

I wte­dy wła­śnie to do nie­go do­tar­ło. Zim­ny pot po­ciekł mu struż­ką po kar­ku, a ser­ce za­mar­ło na mo­ment w pier­si tyl­ko po to, by po se­kun­dzie wzno­wić pra­cę na naj­wyż­szych moż­li­wych ob­ro­tach. Mógł­by przy­siąc, że sły­szy jego sza­leń­cze ło­mo­ta­nie, w ja­kiś nie­po­ko­ją­cy spo­sób zgod­ne z nie­ziem­skim tak­tem tej przy­gry­wa­ją­cej w od­da­li pisz­czał­ki.

Naj­pierw nie­dzia­ła­ją­cy włącz­nik, a te­raz zga­szo­ne dio­dy. Ele­men­ty upior­nej ukła­dan­ki do­pa­so­wa­ły się z wol­na je­den do dru­gie­go, two­rząc w umy­śle me­cha­ni­ka ści­na­ją­cą krew w ży­łach od­po­wiedź – trzy za­le­d­wie sło­wa, z po­zo­ru pro­ste i bła­he, a jed­no­cze­śnie tak po­twor­nie wy­mow­ne:

– Nie ma prą­du… – Wy­po­wie­dzia­ne na głos brzmia­ły jesz­cze strasz­niej. – Nie ma prą­du. Nie ma prą­du! Nie ma, kur­wa, prą­du!

Ale jak? Dla­cze­go? Vel­mut nie miał bla­de­go po­ję­cia, w jaki spo­sób mo­gło do tego dojść. Prze­czy­tał w swym ży­ciu set­ki ra­por­tów ser­wi­so­wych z roz­ma­itych lo­tów, lecz w ani jed­nym nie na­tra­fił na ślad po­dob­nej uster­ki. Czyż­by w coś rąb­nę­li? Nie, na pew­no nie. Sta­tek mo­ni­to­ro­wał prze­cież po­bli­ską prze­strzeń i w wy­pad­ku za­gro­że­nia wy­ko­nał­by od­po­wied­nie ma­new­ry ko­rek­cyj­ne. Nie było szans, by sys­te­my nie za­uwa­ży­ły sa­mot­ne­go ka­wał­ka pę­dzą­cej przez próż­nię ska­ły. Sam męż­czy­zna też by go zresz­tą nie prze­oczył. Sko­ro ze snu wy­rwać zdo­łał go fał­szu­ją­cy gdzieś w od­da­li fle­ci­sta, to huk wbi­te­go w pan­cerz ka­mul­ca tym bar­dziej zdo­łał­by tego do­ko­nać.

No więc jak? Co się sta­ło? O co tu cho­dzi? Py­ta­nia te fru­wa­ły mu po czasz­ce na po­do­bień­stwo chma­ry tłu­stych much, nio­sąc ze sobą wi­zje nie­uchron­nej za­gła­dy. Przy­po­mniał so­bie sło­wa, któ­re wy­po­wie­dział tuż przed za­śnię­ciem. Ale prze­cież nie mó­wił tego po­waż­nie! Był po pro­stu zmę­czo­ny! Zmę­czo­ny i tyle! Wca­le nie chciał, żeby to wszyst­ko wzię­ło i pier­dol­nę­ło, naj­le­piej ra­zem z nim! Nie chciał, by się wresz­cie skoń­czy­ło! Nie chciał! Nie chciał! Nie chcia…!

– Dość!

Jego krzyk był rów­nie gło­śny, co siar­czy­ste pla­śnię­cie, ja­kie sam so­bie za­dał. Cios w twarz, o dzi­wo, przy­wró­cił mu na­miast­kę po­żar­te­go przez ner­wy spo­ko­ju. Weź się w garść, po­wta­rzał, dasz so­bie radę! Je­śli po­sto­ję przez chwi­lę i się nad tym za­sta­no­wię, to na pew­no…

Za­raz, za­raz… „Po­sto­ję”? Wła­śnie! Do­pie­ro te­raz zdał so­bie spra­wę, że prze­cież cały czas stał, czu­jąc w bo­sych sto­pach twar­dość na­giej, kwa­te­ro­wej pod­ło­gi. A za­tem sztucz­na gra­wi­ta­cja wciąż jesz­cze dzia­ła­ła. Brak prą­du do­tknąć mu­siał więc tyl­ko część stat­ku, w do­dat­ku tę naj­mniej istot­ną. Fakt ten do­dał męż­czyź­nie nie­co otu­chy, uświa­da­mia­jąc mu, że sy­tu­acja nie była aż tak dra­ma­tycz­na, na jaką się z po­cząt­ku za­po­wia­da­ła.

Wie­dział już, co na­le­ża­ło zro­bić: w pierw­szej ko­lej­no­ści znaj­dzie i upo­ra się ze źró­dłem owych za­gad­ko­wych ję­ków, a gdy tyl­ko umilk­ną, zaj­mie się przy­wró­ce­niem prą­du.

Się­gnął do sto­ją­cej tuż obok sza­fy i wy­ma­cał wi­szą­cą w niej parę sta­rych, ro­bo­czych spodni na szel­kach, moc­no zu­ży­tych, nie­mniej wciąż wier­nych. Lata klę­cze­nia star­ły tka­ni­nę na ko­la­nach, a plam­ki sma­ru wżar­ły się w nią tak głę­bo­ko, że ża­den pro­szek nie zdo­łał­by ich już stam­tąd wy­go­nić. Mimo to ni­g­dy nie przy­szło­by mu do gło­wy, by je wy­rzu­cić. Każ­dy sza­nu­ją­cy się me­cha­nik po­sia­dał ta­kie ścio­ra­ne, przy­bru­dzo­ne ole­jem por­t­ki, a w nich ob­szer­ną kie­szeń na naj­po­trzeb­niej­sze na­rzę­dzia.

To wła­śnie ona przy­ku­ła te­raz jego uwa­gę. Od­piął jej kla­pę i wsa­dził dłoń do środ­ka. Po­grze­bał mię­dzy kle­ko­czą­cy­mi o sie­bie klu­cza­mi i śru­bo­krę­ta­mi w po­szu­ki­wa­niu nie­wiel­kiej la­ta­recz­ki. Gdy wresz­cie wy­czuł jej wal­co­wa­ty uchwyt, wy­szarp­nął ją i na­ci­snął jej gu­zik. Jego po­wie­ki na­tych­miast się za­mknę­ły, gdy na­gła ja­sność za­ata­ko­wa­ła przy­zwy­cza­jo­ne do ciem­no­ści źre­ni­ce. Mu­sia­ło mi­nąć kil­ka­na­ście se­kund sza­leń­cze­go mru­ga­nia, nim świa­tło prze­sta­ło go wresz­cie ra­zić. Ma­leń­ki po­ko­ik to­nął te­raz w bla­dym po­bla­sku, a pa­nu­ją­ce w nim do tej pory cie­nie wpeł­zły pod me­ble, zmu­szo­ne do ukry­cia się w swych nie­licz­nych kry­jów­kach.

Odło­żył la­tar­kę na łóż­ko i skie­ro­wał jej pro­mień na sie­bie. Wie­dział, że sty­ra­ne cza­sem por­cię­ta będą mu po­trzeb­ne, to­też szyb­ko wsko­czył w nie kil­ko­ma spraw­ny­mi ru­cha­mi. Jed­na z za­pię­tych w po­śpie­chu sze­lek przy­cię­ła mu su­tek do krwi, a no­gaw­ki bok­se­rek zwi­nę­ły się i nie­przy­jem­nie uwie­ra­ły go w kro­ku, lecz w obec­nej sy­tu­acji nie miał cza­su się tym przej­mo­wać.

Chwy­cił po­now­nie la­tar­kę i wsu­nąw­szy sto­py w le­żą­ce obok łóż­ka buty, wy­szedł z po­ko­ju. Ska­ner chi­pów blo­ko­wał drzwi je­dy­nie od ze­wnątrz, to­też męż­czyź­nie wy­star­czy­ło tyl­ko na­ci­snąć ich klam­kę i prze­su­nąć je w bok. Elek­trycz­ność nie była tu do ni­cze­go po­trzeb­na.

Sta­nął jak wry­ty za­raz za pro­giem, po­ra­żo­ny ukłu­ciem na­głe­go lęku. Znał ko­ry­ta­rze stat­ku le­piej niż wła­sną ka­wa­ler­kę na obrze­żach No­we­go Mel­bo­ur­ne, lecz w tym mo­men­cie po raz pierw­szy po­czuł się w nich za­gu­bio­ny, nie­chcia­ny oraz obcy. Bar­dziej niż hol przy­po­mi­na­ły mu wy­ło­żo­ną me­ta­lo­wy­mi pły­ta­mi pie­cza­rę, skry­tą głę­bo­ko w nie­do­stęp­nych ot­chła­niach Zie­mi. Wszyst­kie­mu wi­nien był mrok. Za­mon­to­wa­ne w su­fi­cie lam­py po­win­ny włą­czyć się z chwi­lą wy­kry­cia naj­drob­niej­sze­go ru­chu, co przy bra­ku elek­trycz­no­ści oczy­wi­ście nie na­stą­pi­ło. Ciem­ność za­lę­gła się tu ni­czym pa­so­żyt, ośli­zgła i lep­ka jak opar czar­ne­go dymu. Jej atra­men­to­we mac­ki owi­ja­ły się wo­kół męż­czy­zny z każ­dej nie­mal stro­ny, czmy­cha­ły nie­pew­nie tyl­ko tam, gdzie go­dził je sto­żek jego la­tar­ki.

– Weź się…

„…w garść, chło­pie” – za­mie­rzał do­koń­czyć, nim sło­wa ugrzę­zły mu w gar­dle. Choć wy­po­wie­dzia­ne szep­tem, wy­da­ły mu się nie­na­tu­ral­nie gło­śne i nie­pa­su­ją­ce do tego miej­sca. Ukry­te w ścia­nach me­cha­ni­zmy, pra­cu­ją­ce tłocz­ki oraz zgrzy­ta­ją­ce o sie­bie ele­men­ty prze­rwa­ły swój nie­koń­czą­cy się kon­cert, od­da­jąc całą sce­nę temu nie­wi­docz­ne­mu fle­ci­ście. Na tle stłu­mio­nych pi­sków każ­dy dźwięk wy­da­wał się krzy­kiem. Męż­czy­zna zdo­był się je­dy­nie na kil­ka głę­bo­kich wde­chów na uspo­ko­je­nie, lecz i je wy­ko­nał z prze­sad­ną ostroż­no­ścią, tak jak­by sze­lest prze­pły­wa­ją­ce­go przez noz­drza po­wie­trza mógł zwa­bić coś, co cza­iło się w mro­ku.

Za­mknął oczy i za­czął ob­ra­cać po­wo­li gło­wę, usi­łu­jąc okre­ślić kie­ru­nek, z któ­re­go do­la­ty­wa­ły doń świer­go­ty. Lewo? Tak, na pew­no lewo. Skrę­cił więc i po­szedł w tę stro­nę.

Nie po­tra­fił zmu­sić nóg do ni­cze­go po­nad po­wol­ny marsz. Każ­dy krok mier­ził go i draż­nił, po­sy­ła­jąc wzdłuż krę­go­słu­pa nie­przy­jem­nie zim­ne mro­wie­nie. Pac­nię­cia obu­tych stóp od­bi­ja­ły się od ota­cza­ją­cych go ścian, gry­ząc się z przy­gry­wa­ją­cą w od­da­li me­lo­dią. Nie były tu mile wi­dzia­ne, po­dob­nie jak wy­da­ją­cy je czło­wiek. W tym po­zba­wio­nym świa­tła kró­le­stwie pa­no­wać mo­gły je­dy­nie pi­ski, któ­rych tembr wy­ra­żał co­raz więk­sze nie­za­do­wo­le­nie z obec­no­ści nie­pro­szo­ne­go in­tru­za.

Przy­sta­nął na mo­ment przed drzwia­mi po­ko­ju Kris. Nie sły­szał od­gło­sów do­cho­dzą­cej zza nich krzą­ta­ni­ny, to­też uznał, że me­dycz­ka wciąż jesz­cze śpi. Za­sta­na­wiał się, czy nie po­wi­nien jej obu­dzić i po­in­for­mo­wać o za­ist­nia­łej sy­tu­acji. W za­sa­dzie, je­śli już, to prę­dzej wy­pa­da­ło­by pójść z tym do kie­row­nicz­ki zmia­ny, kim­kol­wiek by ona nie była. Po­rzu­cił jed­nak ten po­mysł. Nie wie­dział, któ­ra z dwóch wi­dzia­nych prze­lot­nie ko­biet peł­ni­ła ową funk­cję, a poza tym i tak nie miał ocho­ty do­bi­jać się pię­ścia­mi do ich drzwi. Coś z tyłu gło­wy pod­po­wia­da­ło mu, by tego nie ro­bił. Był to ten ci­chy, odzie­dzi­czo­ny po pier­wot­nych przod­kach gło­sik, bu­dzą­cy się za­wsze wte­dy, gdy lo­gi­ka scho­dzi­ła na dal­szy plan. Stwo­rzon­ko wy­peł­zło ze swej nor­ki, umo­ści­ło się wo­kół pod­sta­wy jego czasz­ki i dra­piąc w nią pa­zur­ka­mi, od­ra­dza­ło swe­mu wła­ści­cie­lo­wi nad­mier­ne ha­ła­so­wa­nie.

Męż­czy­zna nie za­mie­rzał się z nim sprze­czać. Nie wie­rzył, rzecz ja­sna – oczy­wi­ście, że nie! – by za owe upior­ne świer­go­ty od­po­wia­da­ło ja­kieś nad­na­tu­ral­ne i krwio­żer­cze „coś”, przed któ­rym prze­strze­gał go in­stynkt. Gdy­by fak­tycz­nie tak było, to za­miast iść w ich stro­nę, czmych­nął­by naj­da­lej jak się dało, po czym za­szył się w ja­kiejś cia­snej dziu­rze, głę­bo­ko w trze­wiach okrę­tu. Nie był jed­nak na tyle głu­pi, by ku­sić nie­po­trzeb­nie los. Bał się jak cho­le­ra i wca­le nie wsty­dził się so­bie do tego przy­znać.

Prze­szedł jesz­cze kil­ka kro­ków, aż do­tarł do skrzy­żo­wa­nia. Sta­nął na sa­mym jego środ­ku, tuż pod nie­dzia­ła­ją­cą lam­pą, i za­mknąw­szy oczy, za­czął znów na­słu­chi­wać. Do­kąd te­raz? W pra­wo? Nie, zde­cy­do­wa­nie nie w pra­wo. I całe szczę­ście! Je­śli ja­kieś ta­jem­ni­cze dźwię­ki na­praw­dę mu­sia­ły pa­no­szyć się na stat­ku, to le­piej, że nie do­cho­dzi­ły z jego trze­wi, jak choć­by z na­pę­du nad­świetl­ne­go czy hali hi­ber­na­cyj­nej dla ko­lo­ni­stek.

Czy­li pew­nie zno­wu w lew… Za­raz. Nie w lewo? To go za­sko­czy­ło. Krót­ka ścież­ka po jego le­wej pro­wa­dzi­ła do pra­cow­ni­czej sto­łów­ki i koń­czy­ła się okrę­to­wą ste­rów­ką. To dru­gie po­miesz­cze­nie wy­peł­nia­ła masa róż­ne­go ro­dza­ju pa­ne­li ste­row­ni­czych, pul­pi­tów oraz wszel­kiej ma­ści po­moc­ni­czych kon­sol. W pierw­szej chwi­li po­dej­rze­wał, że to wła­śnie któ­reś z tych urzą­dzeń ule­gło awa­rii, a te­raz przy­gry­wa­ło we­so­ło na tej kiep­skiej fu­jar­ce. In­stru­ment wy­raź­nie pro­wa­dził go jed­nak na wprost. A za­tem uster­ka mu­sia­ła wy­da­rzyć się w la­bo­ra­to­rium. Wy­da­wa­ło mu się to je­dy­nym lo­gicz­nym roz­wią­za­niem. Tam też znaj­do­wa­ła się prze­cież cała masa sprzę­tu, choć oczy­wi­ście nie tyle, ile w wy­pcha­nej nim po brze­gi ste­rów­ce.

Wkro­czył w ciem­ność zie­ją­ce­go przed nim ko­ry­ta­rza i już po pię­ciu kro­kach zna­lazł się przed drzwia­mi la­bo­ra­to­rium. W prze­ci­wień­stwie do kwa­ter pra­cow­ni­ków, po­miesz­cze­nie za nimi mia­ło cha­rak­ter ogól­no­do­stęp­ny, dla­te­go nie blo­ko­wał go za­mon­to­wa­ny w ścia­nie ska­ner. Je­dy­ną prze­szko­dę sta­no­wi­ła klam­ka. Na­ci­snął ją i wszedł do środ­ka, pe­wien, że za mo­ment roz­pra­wi się wresz­cie z tym pie­przo­nym fle­ci­stą i po­ła­mie jego pisz­czał­kę, któ­ra po­wo­li za­czy­na­ła do­pro­wa­dzać go do pa­sji.

Tym więk­sze było więc jego zdzi­wie­nie, gdy wy­gry­wa­na me­lo­dia przy­ci­chła za­raz za pro­giem. Pro­mień la­tar­ki wy­do­był z mro­ku za­ry­sy ro­bo­czych bla­tów, lecz mu­zy­ka nie mo­gła po­cho­dzić z żad­ne­go z po­sta­wio­nych na nich apa­ra­tów. Se­kwe­na­to­ry, ter­mo­cy­kle­ry oraz wiel­gach­ny elek­tro­no­wo-po­zy­tro­no­wy mi­kro­skop po­zo­sta­wa­ły wy­łą­czo­ne, drze­miąc głu­cho w gę­stej ci­szy, któ­ra owio­nę­ła go, gdy tyl­ko wkro­czył do środ­ka.

Ale je­śli nie tu, to gdzie?

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij