Szpiedzy PRL-u - ebook
Szpiedzy PRL-u - ebook
Infiltrowali wrogie struktury. Zdobywali bezcenne dane wywiadowcze. Wtapiali się w kapitalistyczne społeczeństwa, w niczym nie zdradzając swojego pochodzenia i prawdziwej profesji.
Andrzej Czechowicz przeniknął do zespołu Radia Wolna Europa, zdobywając sławę „prawdziwego Hansa Klossa”. Jan Kaszubowski bez mrugnięcia okiem zniszczył struktury Armii Krajowej, a w 1945 roku przeszedł pod skrzydła NKWD. Marian Zacharski wykradł z USA schematy najnowocześniejszych systemów zbrojeniowych i stał się żywą legendą wywiadu.
Dwóch odważnych historyków Instytutu Pamięci Narodowej, Patryk Pleskot i Władysław Bułhak, rzuca światło na skrywane od lat tajemnice PRL-owskiego wywiadu. „Szpiedzy PRL-u” to pierwsza próba prześledzenia ściśle tajnego projektu szkolenia polskich agentów. „Nielegałowie” znani z serialu „Zawód: Amerykanin” istnieli w rzeczywistości. Także w tajnych służbach Bieruta, Gomułki i Gierka.
Nieudacznicy czy asy wywiadu? Nieosądzeni zbrodniarze czy ludzie zasłużeni dla swojej ojczyzny? Najwyższa pora odkryć kim byli naprawdę.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-3038-5 |
| Rozmiar pliku: | 4,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W książce tej znalazły się portrety dziesięciu szpiegów komunistycznego wywiadu. Niektóre z ich sylwetek możemy odtworzyć ze szczegółami, inne zaś jedynie naszkicować. Niedostępność wielu źródeł – choćby sowieckich – nierzadko uniemożliwia wniknięcie we wszystkie niuanse opowiadanych historii; w wielu przyszli historycy odkryją być może drugie, a nawet trzecie dno.
Są wśród nich szpiedzy-celebryci, cyniczni koniunkturaliści, szczęściarze i pechowcy, nieszczęśliwi kochankowie i stare panny, mężczyźni i kobiety po przejściach, brawurowi spryciarze, brutalni obłudnicy, ujmujący inteligenci, wreszcie ludzie z gruntu zwyczajni. W ich historiach przewijają się naziści, komuniści i kapitaliści, księża i opozycjoniści, pokątni kanciarze i piękne kobiety, zdrajcy i potrójni agenci. Wraz z naszymi szpiegami podróżujemy od Sajgonu przez Genewę do stolicy Meksyku, śledzimy mroczne sekrety Gestapo, łapczywość sowieckiego wywiadu wojskowego, działania CIA i FBI, a wreszcie kręte ścieżki operacyjnych przedsięwzięć „naszego” Urzędu Bezpieczeństwa (UB) i Służby Bezpieczeństwa (SB). Szukamy drogi w mroku ciągłych podejrzeń, niedomówień, zdrad, chciwości i walki o przetrwanie. Zdarza się, że mdlejemy w oparach absurdu.
Wielu bohaterów tej książki łączy charakterystyczna cecha: trudno czasem stwierdzić, dla kogo tak naprawdę pracowali. Niektórzy w swym życiu zdążyli obsłużyć kilku panów – nierzadko jednocześnie. Lęk przed zdradą nieustannie towarzyszy zresztą pracy każdego szpiega. Z dzisiejszej perspektywy często nie sposób odróżnić tak zwanego przewerbowania (czyli przejścia agenta na ciemną stronę mocy) od zamierzonej prowokacji wywiadowczej (tak zwanej kombinacji operacyjnej), polegającej na wniknięciu sprawdzonego agenta w struktury służb specjalnych penetrowanego państwa pod pozorem nawiązania z nimi współpracy. Pytania są niekiedy ciekawsze niż odpowiedzi.
Wybraliśmy przykłady z różnych epok komunistycznej Polski. Skupiliśmy się przy tym na działaniach, które pochłaniały polski wywiad w największym stopniu: penetracji polskiej emigracji politycznej, zachodnich Niemiec, USA i Watykanu.
Większość naszych bohaterów (z dwoma wyjątkami) była tak zwanymi nielegałami. Nielegałowie stanowili najbardziej elitarną i zarazem wystawioną na największe niebezpieczeństwo kategorię szpiegów. Piszemy o nich obszerniej poniżej. Drugą podstawową grupę, którą też staramy się przybliżyć, tworzyli kadrowi oficerowie wywiadu, pracujący w placówkach dyplomatycznych ludowej Polski rozsianych po całym świecie. Szpiedzy-dyplomaci w porównaniu z nielegałami znajdowali się w komfortowej sytuacji. Nie dość, że w swej oficjalnej pracy korzystali z wysokiego statusu i materialnych dobrodziejstw dyplomatycznego życia, to jeszcze cieszyli się immunitetem. W kraju, w którym pracowali, nie można im było nawet wręczyć mandatu za złe parkowanie, a tym bardziej skazać za szpiegostwo. Mogli co najwyżej obawiać się przymusowego odesłania do kraju i wiążącej się z tym utraty dewizowych diet oraz… dochodów z drobnego przemytu. Czasem zasady te łamano, ale zdarzało się to raczej rzadko.
Szpiedzy-dyplomaci tworzyli tak zwane rezydentury wywiadowcze w ambasadach, konsulatach i innych rodzajach placówek dyplomatycznych. Na czele każdej z nich stał starszy oficer nazywany rezydentem. Najważniejsze działały w największych zachodnich państwach. Była to dość prosta gra: zachodnie służby kontrwywiadowcze były świadome, że co najmniej połowa personelu komunistycznych placówek pracuje dla wywiadu; zarazem w placówkach tych doskonale wiedziano, że te służby to wiedzą.
Przez cały okres ludowej Polski nie zmieniała się lista państw należących do priorytetowych celów wywiadu „placówkowego” i nielegalnego. Znajdowały się na niej RFN, USA, Wielka Brytania, Francja oraz Watykan (Włochy), czyli główne kraje Zachodu i „Centrala” Kościoła katolickiego, a także Austria, Belgia, Kanada, Szwajcaria, Dania, Jugosławia i Szwecja – te ostatnie głównie przez wzgląd na dogodniejsze tutaj warunki do pracy wywiadu niż w krajach wymienionych najpierw „głównych przeciwników”. Agenci pracujący na co dzień w Niemczech często zatem odbywali spotkania ze swymi oficerami prowadzącymi i przekazywali zdobyte materiały w Belgradzie, Wiedniu czy Kopenhadze. Oczywiście w każdej większej placówce dyplomatycznej mieszczącej się w pozostałych państwach również pracowali oficerowie wywiadu, ale nielegałowie trafiali tam wyłącznie wtedy, gdy należało to do ich „legendy przerzutu”.
Praktycznie w całym okresie swego istnienia wywiad PRL poświęcał też sporo wysiłku działaniom charakterystycznym raczej dla policji politycznej: infiltracji własnego społeczeństwa, a zwłaszcza struktur hierarchii kościelnej i środowisk opozycyjnych, a nawet kręgów zbliżonych do władzy, takich jak na przykład marionetkowe Stronnictwo Demokratyczne – partia satelicka Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). Zainteresowania te w sposób zasadniczy odróżniały PRL-owski wywiad od analogicznych służb zachodnich.
Światowe szpiegostwo nie mogłoby istnieć bez różnego rodzaju informatorów. Korzystał z nich rzecz jasna także wywiad PRL. Z jednej strony byli to zwerbowani i odpowiednio wynagradzani agenci, z drugiej zaś różni ludzie wykorzystywani – jak to określano w wywiadowczym slangu – „kapturowo”, czyli bez ich wiedzy. Istniała też całkiem spora „szara strefa”, złożona z tych, którzy świadomie unikali stawiania ostatecznych kropek nad „i”. Ocena „kto był kim?”, wobec poczynionych w latach 1989–1990 zniszczeń i utajnienia sporej części wytworzonych niegdyś przez wywiad materiałów, pozostaje dziś jedną z najbardziej kontrowersyjnych i trudnych spraw związanych z pracą historyka zajmującego się dziejami służb specjalnych. Często okazuje się ona po prostu niemożliwa. Nigdy zatem nie poznamy pełnej listy prawdziwych agentów PRL-owskiego wywiadu. W naszej książce piszemy o nich ostrożnie i ściśle trzymając się ustalonych faktów, takie czy inne oceny pozostawiając czytającym te słowa.
***
Niecierpliwi czytelnicy mogą teraz pominąć poniższe akapity i od razu przejść do lektury niezwykłych historii zwykłych szpiegów albo zwykłych historii niezwykłych szpiegów. Tutaj chcemy w wielkim skrócie przyjrzeć się „nielegalnym” strukturom wywiadu Polski Ludowej. Pomoże to – podobnie jak minisłownik terminologii wywiadowczej, umieszczony na końcu – lepiej zrozumieć działania większości naszych bohaterów.
Skąd wziął się pomysł na nielegałów? W przypadku służb krajów komunistycznych niejako wprost z niedawnej historii „międzynarodowego ruchu robotniczego”, wspieranego przez bolszewicką Moskwę. Komunistyczni aktywiści, szpiedzy i dywersanci, podróżując po międzywojennej Europie, udawali handlowców, przedsiębiorców, uciekinierów, studentów, gastarbeiterów czy artystów. Niektórzy wręcz kradli czyjąś prawdziwą tożsamość. Dzięki temu byli trudniejsi do namierzenia, ale też bardziej narażeni na ewentualne represje: takiego szpiega lub dywersanta można było aresztować i skazać w normalnym trybie. Nierzadko oznaczało to śmierć.
Wywiad nielegalny szczególnie upodobały sobie służby Izraela, a także państwa bloku wschodniego. Amerykanie pozostawali (przynajmniej w okresie zimnej wojny) sceptyczni w stosunku do tej metody, wskazując na ogrom kosztów i pracy przy nikłych nieraz rezultatach. Nawet słynny Markus Wolf, szef wywiadu Stasi – złowrogiego wschodnioniemieckiego Głównego Zarządu Rozpoznania (_Hauptverwaltung Aufklärung_, HVA), przyznawał po latach: „żartowaliśmy między sobą, że nim nasi nielegałowie staną się przydatni operacyjnie, zapomnimy, kim byli albo po co ich wysłaliśmy”.
To jednak właśnie Berlin (Wschodni) i Moskwa wiodły prym w produkowaniu nielegałów. Polski wywiad komunistyczny próbował się załapać do tej grupy – z różnym skutkiem. Pierwsi polscy nielegałowie pojawili się już bezpośrednio po wojnie, zarówno w wywiadzie wojskowym (Oddziale II Sztabu Generalnego), jak i w Departamencie VII osławionej bezpieki (Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, MBP), od 1947 roku połączonych pod kierownictwem generała Wacława Komara.
W wywiadzie MBP nie wyodrębniono jednostki specjalizującej się w wywiadzie nielegalnym, ale poszczególne komórki terytorialne departamentu starały się prowadzić tego typu działalność. Stalinizacja aparatu represji z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych i przeprowadzone w jej ramach dogłębne czystki szybko zresztą zniwelowały wszystkie wyniki dotychczasowej pracy wywiadu „na odcinku nielegalnym”.
Musiała być ona zorganizowana od nowa, rzecz jasna w oparciu o wzory sowieckie. Co więcej, w obliczu słabych wyników „placówkowych” rezydentur wywiadowczych (czyli szpiegów-dyplomatów działających w polskich ambasadach i konsulatach), których problemem były częste ucieczki pracowników i liczne wpadki, a także wobec coraz bardziej skutecznych działań zachodniego kontrwywiadu, potrzeba zastąpienia „dyplomatów” nielegałami stawała się wręcz paląca.
Ostatecznie w 1954 roku zaczęto, z pomocą sowieckich przyjaciół, formowanie odrębnej struktury, zajmującej się wyłącznie tymi sprawami. Zbiegło się to w czasie z reorganizacją całego aparatu represji, związaną dla odmiany z kiełkującą destalinizacją. Pod koniec 1954 roku MBP wyzionęło ducha, zastąpione przez Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego, czyli krótkotrwałe „polskie KGB”. Służba wywiadowcza stanowiła jego Departament I. „Fabryka nielegałów” miała się odtąd mieścić w Wydziale I tegoż departamentu. Numeracji i zadań owego pionu (wraz z Wydziałem I) nie zmieniła likwidacja Komitetu po przełomie październikowym 1956 roku i wcielenie jego struktur do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MSW).
Ta najtajniejsza i najbliżej współpracująca z Moskwą komórka wywiadu „polskiego KGB” miała się zajmować doborem, szkoleniem i przerzutem na Zachód „operacyjnych pracowników dla pracy w rezydenturach nielegalnych i grupach agenturalnych, werbunkiem agentury w kraju i za granicą przygotowaniem materialnych warunków i przykrycia dla rezydentur nielegalnych i grup agenturalnych”. Według ambitnych planów kierownictwa wywiadu przewidywano zorganizowanie w krótkim czasie kilkudziesięcioosobowej grupy nielegałów, którzy mieli tworzyć tak zwane nielegalne rezydentury operacyjne i łącznościowe w najważniejszych zachodnich państwach. Dodatkowo wydział miał przejąć najbardziej wartościową agenturę obsługiwaną do tej pory przez rezydentury „placówkowe”.
Nie jest pewne, w jakim stopniu udało się te plany zrealizować, ale raczej w niewielkim. Od samego początku bowiem pojawiły się spore problemy kadrowe. Organizatorzy pionu – major Władysław Michalski i pułkownik Józef Czaplicki (p.o. szefa wywiadu) – dość żałośnie skarżyli się kierownictwu „polskiego KGB” i najwyższym czynnikom partyjnym, że „spośród pracowników wydziału połowę (6 referentów) stanowią zeszłoroczni absolwenci Szkoły Departamentu, którzy nie posiadają żadnego doświadczenia operacyjnego , nie pracowali w ogóle zawodowo oraz mają bardzo skromne doświadczenie życiowe”.
Potrzeba zapewnienia nielegałom odpowiednich „dokumentów legalizacyjnych”, czyli wszelkiego rodzaju przedmiotów, które uwiarygadniałyby ich fałszywą tożsamość (przede wszystkim dokumentów osobistych), a także konieczność wyposażenia ich w gadżety szpiegowskie (atrament sympatyczny, specjalistyczne aparaty fotograficzne, odbiorniki radiowe, specjalnie zabezpieczone i zamaskowane pojemniki do przechowywania materiałów szpiegowskich itp.) sprawiły, że pod koniec 1956 roku z podstawowego Wydziału I wypączkował Wydział I A, zajmujący się właśnie kwestiami technicznymi, logistycznymi i łącznościowymi. Na jego czele stanął stary komunista, weteran wojny domowej w Hiszpanii, podpułkownik Roman Melchior. W obu wcieleniach „nielegalnego” pionu do końca lat pięćdziesiątych pracowało już ponad czterdzieści osób, których podstawowym zadaniem stało się wysyłanie i obsługiwanie nielegałów.
Wydział I i Wydział I A pochłaniały olbrzymie fundusze – nie tylko na utrzymanie nielegałów, lecz także na nieustanne zakupy najróżniejszych towarów „legalizacyjnych” i szpiegowskich gadżetów: od zachodnich maszynek do golenia i papierosów po miniaturowe aparaty fotograficzne i niezbędne do nich specjalistyczne klisze. Trzeba było sięgać po twardą walutę, głównie zachodnioniemieckie marki. Tymczasem – przynajmniej z początku – korzyści z tych inwestycji były nikłe. Po prostu brakowało odpowiednich kandydatów zarówno na kadrowych oficerów, jak i na agentów. Z kolei ci już przerzuceni zmagali się z cywilizacyjnym szokiem, jakim było dla nich życie na Zachodzie, i praktycznie nie prowadzili żadnej poważniejszej działalności operacyjnej. Jeden z tych oficerów, operujący najpewniej we frankofońskiej części Kanady, skarżył się, że z powodu kłopotów materialnych i trudności w znalezieniu pracy musi harować jako domokrążca, taszcząc od domu do domu ciężką walizę z próbkami towarów. Zdecydowanie nie było to życie w stylu Jamesa Bonda.
W 1957 roku przebywało na Zachodzie jedynie siedmiu nielegałów, kadrowych oficerów wywiadu MSW, w większości mało doświadczonych i o wątpliwych kwalifikacjach. Rok później udało się wysłać kolejnych sześciu, a w 1959 roku – jeszcze trzech. Pod koniec tego roku za granicą przebywało w sumie trzynastu nielegałów (część zdążyła już wrócić do Polski).
Co więcej, już w 1960 roku praktycznie cała z mozołem organizowana praca poszła na marne. Zniweczyła ją zdrada jednego człowieka – kapitana Władysława Mroza, najpierw organizatora „pracy po linii nielegalnej”, a później ochotnika do podobnej misji we Francji, skąd wywodziła się jego żona. Został on wykryty, a następnie zwerbowany przez kontrwywiad francuski (_Direction de la Surveillance du Territoire_, DST). Ujawnił wszystkie znane mu tajemnice wywiadu MSW, w tym charakterystyki innych nielegałów, o których istnieniu wiedział. To była prawdziwa katastrofa. Jak jeszcze zobaczymy, dotknęła ona bezpośrednio jednego z naszych bohaterów. Marny los spotkał także samego Mroza, który został zamordowany w Paryżu przez byłych kolegów w zemście za zdradę.
Jednocześnie wywiad gorączkowo ewakuował „spalonych” nielegałów z Zachodu. Tutejsze służby zamierzały ich zwerbować tak samo jak Mroza albo też aresztować w świetle fleszy i wykorzystać w antykomunistycznej propagandzie, czego Warszawa chciała za wszelką cenę uniknąć. Jakkolwiek udało się ich wywieźć na czas, wieloletnia praca kilkudziesięciu ludzi obróciła się wniwecz.
Jakby tego wszystkiego było mało, w 1961 roku uciekł na Zachód wraz z kochanką pułkownik Michał Goleniewski, szef Wydziału VI Departamentu I MSW, specjalizującego się w wywiadzie naukowo-technicznym. Od dwóch lat współpracował z CIA i zdradził mnóstwo tajemnic pracy wywiadu MSW. Co prawda w kolejnych latach przejawiał oznaki niezrównoważenia psychicznego (podawał się za syna ostatniego rosyjskiego cara!), niemniej i jego nielojalność okazała się dla komunistów bardzo szkodliwa. Sekwencję problemów zakończyło tajemnicze samobójstwo wiceszefa wywiadu pułkownika Zbigniewa Dybały. Podejrzewany o zdradę, zażył cyjanek, skądinąd przeznaczony pierwotnie dla kapitana Mroza.
Warto zwrócić uwagę, że opisany kryzys wywiadu PRL przypadł akurat na kulminacyjny moment zimnej wojny, związany z rozpoczęciem budowy muru berlińskiego (w sierpniu 1961 roku) i kryzysem kubańskim (w październiku 1962 roku), podczas którego floty amerykańska i sowiecka stanęły naprzeciw siebie nieopodal wybrzeży Kuby. Wywiad MSW PRL właśnie wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny, zajmował się lizaniem własnych ran i był nieprzygotowany do działania w warunkach ewentualnej wojny.
Sytuacja wymagała radykalnych posunięć. Szef wywiadowczego Departamentu I MSW, pułkownik Witold Sienkiewicz, stracił stanowisko. Zastąpił go pułkownik Henryk Sokolak, główny organizator zabójstwa Mroza. Sokolak rozpoczął bezlitosne czystki personalne w Centrali i rezydenturach wywiadowczych, skupiając się zwłaszcza na oficerach pochodzenia żydowskiego. Rządzący twardą ręką dyrektor rozwiązał też najważniejszy dla nas Wydział I i Wydział I A. Ukształtował się też wtedy ostatecznie podział struktury Departamentu I MSW na jednostki operacyjne i tak zwane ogólnodepartamentalne, czyli pomocnicze (to jest informacyjno-analityczne, szkoleniowe, sztabowe, techniki wywiadowczej, archiwum itd.).
W skład jednostek operacyjnych wchodził wywiad polityczny (złożony z trzech wydziałów niejako językowo-terytorialnych – niemieckiego, anglosaskiego i romańsko-watykańskiego), wywiad naukowo-techniczny (później podzielony na szereg specjalistycznych wydziałów), odrębny wydział zajmujący się infiltracją emigracji politycznej i zwalczaniem tak zwanej dywersji ideologicznej (np. Radia Wolna Europa), wydział kontrwywiadu zagranicznego, wreszcie niewielka komórka trudniąca się dezinformacją (czyli szerzeniem różnego rodzaju czarnej propagandy między innymi za pośrednictwem prasy). „Produkcją” nielegałów, nadal uważaną za bezwzględny priorytet wywiadu MSW, zajęły się teraz przede wszystkim wydziały językowo-terytorialne, przy czym większe sukcesy w tej dziedzinie odnosił jedynie Wydział V, skupiający się głównie na infiltracji RFN.
Przełom nastąpił w 1970 roku, kiedy listę jednostek operacyjnych Departamentu I MSW uzupełniono o odrębny, elitarny wydział przeprowadzający rekrutację, szkolenie, wysyłkę i obsługę nielegałów. W ten sposób powstał Wydział II (w 1977 roku przemianowany na Wydział XIV). O jego znaczeniu najlepiej świadczy fakt, że pod koniec lat siedemdziesiątych pochłaniał około 20 procent ogółu wydatków operacyjnych całego wywiadu.
Centrala nielegałów, w ramach dodatkowej konspiracji, otrzymała odrębną, utajnioną siedzibę, z dala od pozostałych komórek wywiadu ulokowanych w bloku „D” gmachu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MSW) przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Ten tajemniczy budynek był nazywany „obiektem 100” i „obiektem Piaski”. W istocie była to całkiem spora budowla, ogrodzona płotem, mieszcząca się przy ulicy Smyczkowej w Warszawie. Co może zaskakiwać, tuż obok znajdowała się część ruchliwego kampusu Uniwersytetu Warszawskiego, a wścibscy studenci nie raz zwracali uwagę na umundurowaną straż Jednostek Nadwiślańskich MSW, chroniącą sąsiednią posesję. Kamuflaż okazał się więc niezbyt udany.
Struktura Wydziału II/XIV do dziś pozostaje zagadkowa. Niejasności pogłębia celowa dezinformacja, stosowana nawet w wewnętrznej resortowej dokumentacji. Wiemy jednak, że interesująca nas jednostka składała się z wyspecjalizowanych zespołów. W ramach Wydziału II (a potem XIV) działał zatem zespół „operacji wtórnikowych” (o tak zwanych wtórnikach piszemy w rozdziale poświęconym Jerzemu Kaczmarkowi), zespół do spraw legalizacji, zespół do spraw naboru, zespół do spraw przygotowania kadry „N” (czyli właśnie nielegałów) oraz zespół kurierów „N”.
Zapewne najważniejsza była komórka nazywana umownie „eksploatacją źródeł” – chodziło tu o kontakty z samymi nielegałami przebywającymi w terenie. Ci zaś z reguły nie tworzyli – z oczywistych względów konspiracyjnych – większych struktur organizacyjnych. Najczęściej działali jako wolni strzelcy, tworząc jednoosobowe komórki, nazywane „ogniwami nielegalnymi”. Co prawda w dokumentacji resortowej pojawiają się tajemnicze „nielegalne rezydentury”, z założenia zespołowe, najprawdopodobniej jednak były one zupełnie wyjątkowym zjawiskiem, a może miały się uaktywniać dopiero w wypadku wojny. W każdym razie na żadne ślady ich praktycznego działania nie udało się jak dotąd natrafić.
Ilu polskich nielegałów działało w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych? Szczegółową odpowiedź na to pytanie wraz z odpowiednim wykazem personalnym chciałyby zapewne poznać i współczesne zachodnie służby specjalne. Od początku funkcjonowania Wydziału II/XIV przewidywano, że zatrudni on aż sześćdziesięciu etatowych nielegałów. W 1983 roku, w związku z koniecznością rozpracowania kanałów łączności struktur podziemnej Solidarności z Zachodem, liczbę tę zwiększono do dziewięćdziesięciu. Podobny limit etatowy pozostał aktualny aż do 1989 roku. Jak owe wytyczne miały się do rzeczywistości?
Brak tu jednoznacznych źródeł. Historyk musi niczym detektyw składać rozproszone i pośrednie informacje w większą całość. Można zaryzykować twierdzenie, że w dwóch końcowych dekadach PRL prawdziwych nielegałów funkcjonowało „w terenie” kilkunastu, nie więcej jednak niż dwudziestu. Inni zapewne byli dopiero przygotowywani do „przerzutu”. Nie były to więc liczby znacząco większe niż w momencie zdrady kapitana Mroza. Dla porównania warto zauważyć, że na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych KGB dysponowała prawdziwą armią ponad stu kadrowych nielegałów. Tak przynajmniej szacowali to Amerykanie z CIA.
Kim byli polscy nielegałowie epoki dojrzałego PRL? Pierwszym z kryteriów, jakim winien odpowiadać kandydat na kadrowego nielegała, miało być rzecz jasna „bezgraniczne oddanie dla Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”, któremu to uczuciu powinna towarzyszyć „postawa moralno-polityczna w duchu zasad etyki socjalistycznej”, a także „nieskazitelna przeszłość” połączona z „nienagannym postępowaniem w życiu osobistym i działalności społecznej”. Inne kryteria były już bardziej przyziemne. U doświadczonych esbeków wskazywano zatem na „wysokie walory operacyjne”, a w przypadku resortowych „żółtodziobów” na takie cechy charakteru jak „przedsiębiorczość, odwaga i spryt”. Obowiązkowa była też „szczerość i prawdomówność”, przede wszystkim jednak „wobec przełożonych”. Pożądana była również znajomość języków zachodnich lub zdolność do ich szybkiego opanowywania, wreszcie dobry stan zdrowia, w tym psychicznego. Zasadniczo zakładano, że nabór powinno się prowadzić „wśród osób młodych wiekiem” (do trzydziestu pięciu lat). I w tym przypadku pozostawiano wszak furtkę dla kandydatów „prezentujących duże doświadczenie, umiejętności i zdolności w pracy operacyjnej”, znających przy tym dobrze przynajmniej jeden z języków zachodnich.
Z zachowanych i dostępnych materiałów dotyczących naboru do wywiadu nielegalnego pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku wynika, że rzeczywiście sięgano po sprawdzoną agenturę SB i analizowano rozmaite „interesujące przypadki”, na przykład obserwując pod kątem werbunku osoby pochodzenia japońskiego. Kandydatów na kadrowych nielegałów szukano też metodycznie wśród „najlepszych absolwentów szkół wyższych, którzy zgłaszają akces do objęcia stanowisk kierowniczych w gospodarce narodowej”, a także wśród „prymusów szkół średnich”, „laureatów olimpiad przedmiotowych”, zwycięzców turniejów „młodych mistrzów techniki” i „konkursów wynalazczości”, wreszcie – _last but not least_ – pośród tych, którzy planowali naukę w „szkołach teologicznych” (czyli w seminariach duchownych). W praktyce działał również nieformalny mechanizm poszukiwania kandydatów na kadrowych nielegałów w rodzinach i towarzyskim otoczeniu aktualnych i byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL.
Wywiadowcza praktyka nie zawsze nadążała za wytycznymi. Nierzadko dochodziło do „ukadrowienia” (czyli zaocznego zatrudnienia w MSW) przebywającego już na Zachodzie agenta, który dopiero w trakcie swej pracy dla warszawskiej Centrali przechodził – w miarę możliwości – przeszkolenie wywiadowcze. Było tak w przypadku dwóch opisanych w naszej książce utalentowanych amatorów – Andrzeja Czechowicza i Mariana Zacharskiego. Dzisiaj uchodzą oni za najbardziej znanych polskich szpiegów epoki PRL. Ich przypadki, a także historie ich różnych kolegów i koleżanek, opisane w kolejnych rozdziałach, składają się na zbiorowy portret polskiego nielegała.
***
Opowieści zawarte w tej książce oparliśmy przede wszystkim na przechowywanych w archiwum IPN materiałach źródłowych, często niezbadanych do tej pory przez historyków. Rzecz jasna bez wszechstronnej pomocy udzielanej nam przez naszych kolegów archiwistów, na czele z dyrektorem pionu archiwalnego IPN Rafałem Leśkiewiczem, nie udałoby się nam do nich dotrzeć. Bardzo im dziękujemy, żałując, że nie sposób ich tutaj wszystkich wymienić.
Popularnonaukowa forma książki uniemożliwiła opatrzenie tekstu odnośnikami do dokumentów i istniejących opracowań. Niemniej dołożyliśmy wszelkich starań, by zachować wierność warsztatowi historyka oraz skonstruować narrację według prawideł wnioskowania historycznego i krytyki źródeł, zgodnie z zasadami przyjętymi w pracach _stricte_ naukowych. Jednocześnie chcielibyśmy bardzo podziękować tym naukowcom i dziennikarzom, których wcześniejsze publikacje pozwoliły wzbogacić tekst i uzupełnić niektóre wątki. Staraliśmy się przywoływać w tekście ich nazwiska i możliwie wiernie oddawać ich ustalenia i odkrycia.
Wielu z nich wolno nam zaliczyć w poczet naszych przyjaciół i kolegów, z którymi dzielimy wspólne naukowe pasje, z innymi jednak – z różnych względów – nie bardzo nam po drodze. Niemniej musimy podkreślić, że wiele zawdzięczamy zwłaszcza: Witoldowi Bagieńskiemu, Markowi Barańskiemu, Lwowi Bausinowi, Sławomirowi Cenckiewiczowi, Marianowi Chabrosowi, Jerzemu Diałowickiemu, Andrzejowi Gąsiorowskiemu, Cezaremu Gmyzowi, Andrzejowi Grajewskiemu, Janowi Lareckiemu, Pawłowi Machcewiczowi, Andrzejowi Paczkowskiemu, Leszkowi Pawlikowiczowi, Henrykowi Piecuchowi, Peterowi Rainie, Róży Romaniec, Zbigniewowi Siemiątkowskiemu, Piotrowi Zychowiczowi i Janowi Żarynowi.
Problematyka książki wiąże się niekiedy z tematami drażliwymi i osobistymi. Staraliśmy się więc możliwie w najbardziej oględny i delikatny sposób opisywać podobne wątki, tak aby nikogo nie urazić. W przypadkach kilku drugorzędnych postaci zdecydowaliśmy się wręcz na zniekształcenie rzeczywistych nazwisk – o ile nie miało to wpływu na autentyzm danej historii.
Zdajemy sobie przy tym sprawę, że dokumentacja stworzona przez komunistyczny aparat represji jest jednostronna i niewolna od zniekształceń, przejaskrawień i po prostu błędów. Zawiera też – jak już wspominaliśmy – olbrzymie luki. Część ważnych archiwaliów została zniszczona, inne dokumenty pozostają nadal ściśle chronioną tajemnicą. W miarę naszych możliwości, ugruntowanych doświadczeniem, wiedzą i warsztatem badawczym, usiłowaliśmy ominąć wszystkie źródłowe pułapki. Jeśli gdzieś się to nie udało, zapewniamy, że nie uczyniliśmy tego świadomie.