Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Szron na Czerwonych Wierchach - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 stycznia 2026
5,00
500 pkt
punktów Virtualo

Szron na Czerwonych Wierchach - ebook

O świcie na Kasprowym Wierchu, przybity jarzębinowym kołkiem do słupka granicznego, zostaje odnaleziony Bartosz Krolak. Kontrowersyjny warszawski deweloper miał zmienić oblicze Podhala, ale góry upomniały się o niego pierwsze. Sposób morderstwa przypomina zapomniany, pogański rytuał – to nie jest zwykła zbrodnia, to manifest. Komisarz Jan Wrotniak, zmęczony życiem glina, który „czuje” góry, musi współpracować z Zofią Lisek – chłodną, proceduralną policjantką ze stolicy. Ich śledztwo to wyścig z czasem i polityczną presją, prowadzący przez luksusowe wille gazdów aż do zakurzonych archiwów. „Szron na Czerwonych Wierchach” to trzymający w napięciu kryminał, w którym nowoczesny biznes zderza się z krwawą historią ziemi. Czy Wrotniak odkryje prawdę ukrytą w starych mapach, zanim sprawca uderzy ponownie? Przekonaj się, jak mroczne potrafią być Tatry.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 492 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Telefon zawibrował na nocnej szafce z uporem szerszenia uwięzionego w słoiku. Była czwarta trzydzieści siedem nad ranem. Komisarz Jan Wrotniak nie musiał otwierać oczu, by wiedzieć. O tej porze dzwoniła tylko śmierć. Czasem przychodziła w postaci pijackiej bójki, która poszła o jeden cios za daleko, czasem jako zamarznięty na przystanku turysta, który pomylił październikowe słońce z letnią pieszczotą. Ale wibrujący telefon o czwartej trzydzieści siedem zawsze pachniał tak samo – chłodem kostnicy i metalicznym posmakiem krwi.

Sięgnął po aparat, a jego ruch był płynny i wyćwiczony przez lata podobnych pobudek. Stawy zaprotestowały cichym trzaskiem. Czuł w kościach każdy z czterdziestu ośmiu lat swojego życia i przynajmniej dziesięć dodatkowych, które podarowały mu góry, papierosy i zawód.

– Wrotniak – mruknął w słuchawkę, a jego głos był szorstki jak nieheblowana deska.

– Komisarzu, dyżurny z tej strony. Przepraszam, że o tej porze, ale mamy… coś. Na Kasprowym.

Wrotniak milczał przez chwilę, pozwalając, by informacja osiadła w jego umyśle jak szron na szybie. Kasprowy. To nie był pijak na przystanku. To nie była awantura w knajpie. Kasprowy o tej porze roku oznaczał kłopoty na skalę, której nienawidził. Kłopoty, które miały trafić na czołówki gazet.

– Co to za „coś”? – zapytał, ale jeszcze nie podnosił się z łóżka. Chłód w mieszkaniu był znajomy, niemal przyjacielski w porównaniu z lodowatą pustką po drugiej stronie materaca.

– Zgłoszenie od pracownika kolejki. Robił poranny obchód przed uruchomieniem. Mamy ciało. Mężczyzna. Wygląda… niedobrze, szefie. Bardzo niedobrze.

W głosie młodego dyżurnego, zazwyczaj monotonnym i oficjalnym, pojawiła się nowa, niestabilna nuta. Przełknął ślinę, zanim dokończył, a jego oddech był zbyt płytki.

– Niedobrze, czyli jak? – Wrotniak wciąż się nie poruszył.

– Jest… wystawiony. Jak na pokaz. Przy słupku granicznym. Facet z kolejki zwymiotował. Mówi, że wygląda jak jakaś pogańska ofiara.

Wrotniak zamknął oczy. Pogańska ofiara. To słowo zawisło w powietrzu i zamieniło zwykłe morderstwo w coś innego. W coś, co wyrastało z tej ziemi, z jej szeptów i legend. Przez moment, zanim obowiązek ostatecznie wyrwał go z resztek snu, pozwolił sobie na luksus goryczy. Jego wzrok powędrował w stronę drugiego końca pokoju, gdzie na komodzie stało zdjęcie. Anka, jego była żona, uśmiechała się z niego tym swoim warszawskim, lekko ironicznym uśmiechem. Uciekła stąd pięć lat temu. Nie mogła już znieść tego miejsca, tej „góralskiej duszy”, która dla niej była tylko synonimem ciasnoty umysłowej i zmowy milczenia. Nie mogła znieść jego pracy, która pożerała go w całości, zostawiając dla niej tylko milczącego, pachnącego tytoniem obcego człowieka. „Ty nie mieszkasz w Zakopanem, Janek. Ty jesteś Zakopanem” – powiedziała mu na odchodnym. Obok zdjęcia żony stało drugie, mniejsze. Maja. Jego córka, studentka psychologii w Krakowie. Ich ostatnia rozmowa telefoniczna, tydzień temu, była jak zwykle krótka i chłodna. Wymiana uprzejmości, zdawkowe pytania. Czuł, jak z każdym rokiem oddala się od niego, stając się częścią innego, lepszego świata, w którym ojcowie nie wstają o czwartej nad ranem, by oglądać zmasakrowane zwłoki.

– Zabezpieczyć teren. Nikogo nie wpuszczać, nikogo nie wypuszczać. Powiadom techników. I zadzwoń do Lisek. Niech spotka się ze mną na dole w Kuźnicach. Będę za dwadzieścia minut.

– Tak jest, komisarzu.

Rozłączył się i w końcu podniósł się na łóżku. Chłód w mieszkaniu natychmiast wpełzł pod jego koszulkę. Znał te szczyty, odkąd nauczył się chodzić. Nauczył się je kochać, szanować i bać się ich. Ale nigdy nie sądził, że będzie musiał prowadzić na nich śledztwo w sprawie pogańskiej ofiary.

Wciągnął na siebie grubą koszulę termiczną, a na to stary, wełniany sweter. Zapach tytoniu, który wsiąkł w ubrania, był dla niego równie naturalny jak zapach porannej kawy. Spojrzał w lustro. Twarz naznaczona zmarszczkami, jak mapa górskich szlaków. Zmęczone, szare oczy, które widziały już zbyt wiele, by cokolwiek mogło je jeszcze zdziwić. A jednak czuł, że to, co zobaczy na górze, może przesunąć tę granicę.

Zanim wyszedł, narzucił na siebie ciężki, wysłużony kożuch, który odziedziczył po ojcu. Był jego zbroją przeciwko światu. Wyszedł w zimną, rześką ciszę poranka, która smakowała jak obietnica i groźba jednocześnie.

Droga do Kuźnic była pusta. Jego stary land rover pokonywał zakręty z mechaniczną precyzją. Wrotniak prowadził automatycznie, jego myśli krążyły już wysoko, na prawie dwóch tysiącach metrów, gdzie czekało na niego ciało. I czekała na niego nowa partnerka, sierżant Zofia Lisek. Przeniesiona z Warszawy miesiąc temu. Inteligentna, ambitna, ostra jak brzytwa i kompletnie nieprzygotowana na to, czym naprawdę jest Podhale. Cyniczny uśmiech przemknął po jego twarzy. Pamiętał jej poprzedników. Był młody, pełen zapału chłopak ze Śląska, który po pół roku poprosił o przeniesienie, bo nie mógł znieść „tej tutejszej mentalności”. Była też doświadczona policjantka z Gdańska, która po pierwszej zimie spakowała walizki, twierdząc, że woli już walczyć z mafią niż z halnym. A teraz Lisek. Nowoczesna, proceduralna, z wiarą w siłę dowodu materialnego. Zastanawiał się, ile czasu jej zajmie, by zrozumieć, że tutaj dowody często milczą, a najgłośniej krzyczą legendy.

W Kuźnicach czekała już na niego. Stała przy dolnej stacji kolejki, a jej sylwetka, szczupła i pełna energii, odcinała się wyraźnie na tle mrocznych budynków. Była ubrana jak na profesjonalną wyprawę w Himalaje. Kurtka z Gore-Texu w jaskrawym kolorze, spodnie trekkingowe, buty Salomona, których cena stanowiła dla Wrotniaka astronomiczną kwotę jak na obuwie. Jej krótko obcięte włosy były schludnie ułożone, a twarz z inteligentnymi, brązowymi oczami wyrażała skupienie i gotowość do działania. Była uosobieniem nowoczesności i wydajności. Kontrastowała z nim w każdym calu – z jego wysłużonym kożuchem, znoszonymi dżinsami i ogólnym poczuciem rezygnacji.

Lisek obserwowała podjeżdżający, stary samochód komisarza i czuła znajome ukłucie irytacji. Ten człowiek był zaprzeczeniem wszystkiego, czego nauczono ją w szkole policyjnej. Znoszone ubrania, wieczny zapach papierosów, aura rezygnacji, która zdawała się go otaczać jak mgła. A jednak, w jego zmęczonych oczach było coś, co nie pozwalało go lekceważyć. Jakaś głęboka, pierwotna wiedza o tym miejscu, której ona, ze swoimi podręcznikami i procedurami, nigdy nie posiądzie. Westchnęła cicho. Przeniesienie tutaj było jej własnym wyborem. Ucieczką. Ucieczką od skomplikowanej sprawy w Warszawie, od toksycznego związku z przełożonym, od poczucia, że utknęła w miejscu. Myślała, że Zakopane będzie wyzwaniem, szansą na udowodnienie swojej wartości w trudnym, męskim środowisku. Nie spodziewała się, że jej największym wyzwaniem będzie partner, który wygląda, jakby sam był częścią folkloru, z którym miała walczyć.

– Komisarzu – przywitała go, a z jej ust buchnął obłok pary. Jej głos był czysty i rzeczowy. – Dyżurny przekazał mi podstawowe informacje. Technicy są już w drodze. Kolejka jest zarezerwowana dla nas.

– Dobrze – odparł Wrotniak, zapalając papierosa. Pierwszy tego dnia smakował jak grzech i zbawienie. Zaciągnął się głęboko, czując, jak dym wypełnia jego płuca. – Jedźmy na górę.

Wagonik kolejki ruszył w górę w nienaturalnej ciszy. Zazwyczaj o tej porze roku był pełen rozentuzjazmowanych turystów, pachnących kremem do opalania i kanapkami z szynką. Teraz byli tylko oni dwoje, a jedynym dźwiękiem był miarowy szum liny przesuwającej się po rolkach. Pod nimi przesuwał się ciemny, milczący las. W miarę jak nabierali wysokości, krajobraz stawał się coraz bardziej surowy. Morze świerków ustąpiło miejsca kosodrzewinie, a potem już tylko nagim skałom, przyprószonym pierwszym, jesiennym śniegiem.

Lisek patrzyła przez szybę z mieszaniną podziwu i profesjonalnego zainteresowania.

– Niesamowity widok – mruknęła. – Ale logistycznie to będzie koszmar. Zabezpieczenie tak dużego i eksponowanego terenu, transport ciała…

Wrotniak nie odpowiedział. On nie patrzył na widok. Patrzył na góry. Na Czerwone Wierchy, które powoli wyłaniały się z mroku, ich zbocza pokryte czerwonawą trawą i pierwszym szronem, który w bladym świetle świtu wyglądał jak warstwa cukru pudru. Czuł ich prastarą obecność, zimną i obojętną. Dla niego te góry nie były tylko tłem – były wiekowymi świadkami, które widziały wszystko.

Gdy wysiedli na górnej stacji, uderzył w nich wiatr. Był bezlitosny, ostry jak nóż, niósł ze sobą zapach lodu i pustki. Rozrzedzone powietrze natychmiast dało o sobie znać, każdy oddech był płytszy, wymagał więcej wysiłku. Wrotniak czuł się tu jak w domu. Lisek, mimo swojego profesjonalnego sprzętu, na chwilę straciła rezon.

Czekał na nich młody policjant, który pierwszy zabezpieczył teren. Był blady i wciąż wyglądał na wstrząśniętego.

– Tędy, komisarzu – powiedział, a jego głos drżał. – To jest… zaraz za budynkiem obserwatorium. Przy samym słupku.

Szli w milczeniu po drewnianym podeście, a potem po kamienistej ścieżce. Wschód malował niebo na horyzoncie w odcieniach brudnego różu i pomarańczy. Było to piękno tak monumentalne i surowe, że wydawało się niemal niestosowne w obliczu tego, co mieli za chwilę zobaczyć.

I wtedy go zobaczyli.

Wrotniaka, który widział już ludzkie szczątki w najróżniejszych stanach, nie ruszyły mdłości. Poczuł za to coś gorszego – zimny, pełzający gniew. To nie była zwykła śmierć. To było skalanie. Profanacja miejsca, które znał od dziecka, dokonana z brutalną, teatralną precyzją. Scena była jednocześnie makabryczna i artystyczna w swojej przerażającej kompozycji.

Mężczyzna był przytwierdzony do grubego, betonowego słupka geodezyjnego, który oznaczał granicę między Polską a Słowacją. Nie był przywiązany. Był przebity. Gruby, zaostrzony na końcu konar przechodził przez jego tors, przybijając go do słupka jak motyla w gablocie entomologa. Wrotniak rozpoznał drewno. Gładka, szarawa kora z czerwonymi owocami, które jeszcze nie opadły. Jarzębina. Coś zgrzytnęło w jego pamięci. Jarzębina? Przecież to dobre drzewo, chroniące przed złem. Użycie go w ten sposób było... dziwne. Głęboko niepokojące.

Ofiara była ubrana w drogie, ewidentnie nowe ciuchy trekkingowe. Jaskrawa, włoska kurtka, spodnie znanej marki, buty, które wyglądały, jakby nigdy nie dotknęły błota. Wszystko to krzyczało: „jestem obcy, jestem z innego świata”. Twarz mężczyzny, zastygła w niemym krzyku, była przystojna w ten wielkomiejski, zadbany sposób. Idealne zęby, lekka opalenizna, starannie przystrzyżona broda. Teraz jednak jego usta były brutalnie rozwarte i wypchane ciemną, wilgotną ziemią. Grudki ziemi i krwi tworzyły ohydną maskę na jego podbródku.

Na jego lewym nadgarstku tkwił zegarek – masywny, złoty chronograf, który musiał kosztować fortunę. Jego tarcza była celowo i metodycznie rozbita. Drobne kawałki szkła błyszczały w pierwszych promieniach słońca jak diamentowy pył.

To nie było zabójstwo. To był komunikat. Starannie wykaligrafowany w języku przemocy i symboli.

Lisek stała obok niego, nieruchoma. Jej twarz była maską profesjonalizmu, ale Wrotniak widział, jak jej palce zaciskają się w pięści. Oddychała powoli, miarowo, jakby próbowała kontrolować szok za pomocą technik oddechowych. W końcu wyjęła z kieszeni mały, wodoodporny notatnik i dyktafon.

– Ofiara to mężczyzna, rasy kaukaskiej, wiek około czterdziestu lat – zaczęła mówić do dyktafonu, jej głos był idealnie opanowany, choć o ton wyższy niż zwykle. – Ubrany w wysokiej klasy odzież outdoorową. Przyczyna śmierci na pierwszy rzut oka to przebicie klatki piersiowej drewnianym palem. Ciało przymocowane do słupka granicznego numer III/199. Widoczne dodatkowe obrażenia: usta wypełnione substancją przypominającą ziemię, zniszczony zegarek na lewym nadgarstku. Czas zgonu do ustalenia przez lekarza sądowego.

Wrotniak słuchał jej beznamiętnej litanii i czuł, jak rośnie między nimi przepaść. Ona widziała zbiór faktów do skatalogowania. On widział teatr. Ona widziała dowody. On widział symbole, których jeszcze nie rozumiał, ale które budziły w nim niepokój.

– Sierżancie, proszę na chwilę przestać – przerwał jej cicho, ale stanowczo. Lisek spojrzała na niego, a w jej oczach pojawił się błysk irytacji. – Komisarzu, procedura wymaga, bym… – Nie obchodzi mnie teraz procedura. Proszę schować ten dyktafon i przez minutę po prostu patrzeć. Proszę poczuć to miejsce. Ten wiatr, to zimno, tę przestrzeń. Morderca nie wybrał tego miejsca przypadkowo. On wyreżyserował spektakl. A my, zanim zaczniemy zbierać rekwizyty, musimy zrozumieć, o czym jest ta sztuka. – Ale my nie jesteśmy krytykami teatralnymi, tylko policjantami! – jej głos był ostry, napięty. – Moim zadaniem jest zabezpieczenie śladów, a nie odczuwanie atmosfery! Każda sekunda zwłoki to ryzyko kontaminacji dowodów! – A moim zadaniem jest złapanie mordercy, a nie tylko zebranie dowodów, które do niczego nas nie doprowadzą! – Wrotniak po raz pierwszy podniósł głos. – To jest wiadomość, Lisek. Napisana w języku, którego nie uczą w Szczytnie. Jeśli go nie zrozumiemy, będziemy błądzić po omacku. Proszę mi dać pięć minut. Potem może pani katalogować choćby każdy kamień.

Zamilkła, zaskoczona jego gwałtownością. Z niechęcią schowała dyktafon. Stali w milczeniu, a między nimi narodził się fundamentalny konflikt, który miał zdefiniować całe ich śledztwo. Konflikt między procedurą a intuicją. Między literą prawa a duchem zbrodni.

– Zrób zdjęcia ogólne – rzuciła w końcu Lisek do jednego z techników, którzy właśnie dotarli na miejsce, sapiąc w rozrzedzonym powietrzu. Jej głos był już z powrotem opanowany, ale Wrotniak wiedział, że coś między nimi pękło. Albo właśnie się narodziło. – Z każdej strony. Potem zbliżenia na ranę, na twarz, na zegarek, na ręce. Sprawdźcie, czy pod paznokciami czegoś nie ma. Cały teren w promieniu pięćdziesięciu metrów ma być przeczesany centymetr po centymetrze. Szukamy śladów butów, niedopałków, czegokolwiek. I żadnych śladów nie zadeptać!

Jej komendy były precyzyjne i skuteczne. Technicy, ubrani w białe kombinezony, które sprawiały, że wyglądali jak astronauci na obcej planecie, zabrali się do pracy. Błyskały flesze. Rozwijano taśmy. Każdy kamień, każda kępka trawy stawała się potencjalnym dowodem. Lisek była w swoim żywiole. To był jej świat – świat logiki, procedur i mierzalnych danych.

Wrotniak odsunął się na bok, pozwalając im pracować. Zapalił kolejnego papierosa, osłaniając płomień dłonią przed wiatrem. Nie patrzył na techników. Patrzył na ofiarę i na góry, które otaczały ich ze wszystkich stron.

Granica. Wybór miejsca nie był przypadkowy. To nie było ukrycie ciała, to była jego ekspozycja. Manifest. Ale dlaczego akurat tutaj? Ziemia w ustach. Gdzieś w zakamarkach pamięci kołatały mu się opowieści babki o starych, mrocznych zwyczajach. Coś, co robiono, by... uciszyć? By związać z ziemią? Nie pamiętał dokładnie, ale czuł zimny powiew czegoś bardzo starego, czegoś, co nie powinno już istnieć. I ta jarzębina. To go dręczyło najbardziej. To nie było pierwsze-lepsze drewno. To był świadomy wybór. Ale dlaczego akurat ten gatunek? Coś mu świtało, ale myśl uciekała, pozostawiając jedynie uczucie głębokiego dysonansu. To było jak czytanie wiadomości w języku, który kiedyś się znało, ale dawno zapomniało. Rozumiał pojedyncze słowa, ale sens całości umykał, zostawiając po sobie tylko niepokój.

– Komisarzu.

Odwrócił się. Lisek stała obok niego, jej notatnik był już zapisany kilkoma stronami równych, technicznych uwag.

– Zidentyfikowaliśmy go. W portfelu, nietkniętym, co jest dziwne, znaleźliśmy dokumenty. Bartosz Krolak, lat czterdzieści dwa. Adres zameldowania: Warszawa.

Wrotniak skinął głową. Nazwisko nic mu nie mówiło, ale „Warszawa” pasowała do obrazu. Do drogich ciuchów, do opalenizny, do ogólnego wrażenia obcości.

– Krolak… – powtórzyła Lisek, marszcząc brwi. – To nazwisko coś mi mówi. Czekaj… – Wyjęła smartfona i przez chwilę stukała w ekran palcem w rękawiczce. Jej twarz stężała. – O cholera. To on. Bartosz Krolak. Prezes Cracow Future Invest. To ten deweloper, który buduje ten gigantyczny hotel spa, „Krysztalowe Turnie”. Ten, przeciwko któremu protestują wszyscy ekolodzy i połowa Zakopanego.

Teraz to Wrotniak poczuł, jak wszystkie elementy układanki wskakują na swoje miejsce z głośnym, nieprzyjemnym klaskiem. Bartosz Krolak. Człowiek, który chciał postawić szklany pałac w sercu góralszczyzny. Człowiek, który dla jednych był symbolem postępu i dobrobytu, a dla innych – diabłem wcielonym, który przyszedł zniszczyć ich świat.

To nie było już tylko morderstwo. To była egzekucja. A motywów nagle zrobiło się tyle, ilu mieszkańców liczy całe Podhale.

– No i mamy sprawę z głowy – stwierdziła Lisek, zamykając notatnik z niemal słyszalnym klapnięciem. Satysfakcja w jej głosie była niemal namacalna. – Wróg publiczny numer jeden, zastraszany przez fanatycznych ekologów. Klasyka gatunku. Przyciśniemy liderów protestów i ktoś pęknie przed porą lunchu.

Wrotniak pokręcił głową, wydmuchując dym.

– To niczego nie wyjaśnia, sierżancie. To wszystko komplikuje. Fanatyk by go zastrzelił albo dźgnął nożem w ciemnej ulicy. Nie organizowałby takiego przedstawienia. To jest zbyt przemyślane. Zbyt… osobiste.

– Osobiste? Komisarzu, z całym szacunkiem, ale to wygląda jak manifest. Jak publiczne oświadczenie. „Nie chcemy was tutaj”. To jest właśnie to, co robią fanatycy. Chcą rozgłosu.

– Chcą rozgłosu, ale to jest coś więcej. Ta cała inscenizacja... ta jarzębina, ziemia w ustach... To jest dziwne. To jest coś starego. Coś, co nie pasuje do zwykłego protestu. To jest wiadomość, ale napisana w języku, którego nie do końca rozumiem. Jeszcze.

Lisek spojrzała na niego z mieszaniną irytacji i niezrozumienia.

– Czyli co, sugeruje pan, że szukamy jakiegoś… czarownika? Etnografa-mordercy? To brzmi jak scenariusz filmu. Ja wolę trzymać się faktów. A fakt jest taki, że człowiek, który chciał zbudować kontrowersyjny hotel, został zamordowany w sposób, który ma odstraszyć jego następców. Motyw jest jasny jak słońce, które właśnie wschodzi.

Wskazała na horyzont. Słońce rzeczywiście wzeszło, a jego światło zalało szczyty, obnażając całą brutalność sceny. Szron na Czerwonych Wierchach zalśnił tysiącem diamentów. Piękno tego poranka było obelgą dla śmierci, która stała w jego centrum.

– Motyw może i jest jasny – przyznał Wrotniak cicho. – Ale morderca ukrył go pod warstwą czegoś, co wygląda na folklor. Chce, żebyśmy gonili za duchami, podczas gdy on będzie zacierał prawdziwe ślady. To jest pułapka, Lisek. A my właśnie w nią wchodzimy.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, zza grani dobiegł ich nowy dźwięk. Nie był to szum wiatru ani głosy techników. Był to narastający, rytmiczny warkot. Po chwili na tle błękitniejącego nieba pojawił się czarny punkt, który rósł w oczach. Śmigłowiec. Na jego boku widniało duże, kolorowe logo jednej z ogólnopolskich stacji telewizyjnych.

Warkot narastał, stając się ogłuszający. Wiatr od wirnika targał policyjnymi taśmami i sypał w oczy drobnym pyłem. Śmigłowiec zawisł nad nimi jak gigantyczny, drapieżny owad, a Wrotniak wiedział, że w otwartych drzwiach siedzi już operator z kamerą wycelowaną prosto w nich. Prosto w ciało Bartosza Krolaka.

Koniec ciszy. Koniec intymności, na jaką pozwalała im ta odizolowana, górska scena. Morderstwo przestało być ich sprawą. W tej właśnie chwili stało się własnością publiczną. Spektaklem. Sensacją, która za godzinę będzie newsem dnia w całej Polsce.

Lisek zaklęła pod nosem, wyciągając telefon, by wezwać kogoś, kto każe im się odsunąć. Technicy próbowali osłaniać ciało płachtą. Ale było już za późno. Obraz poszedł w świat.

Wrotniak stał nieruchomo, nie mrużąc oczu od wiatru i hałasu. Patrzył na krążący helikopter, a potem na ciało przybite do słupka granicznego. Czuł na sobie wzrok nie tylko kamery, ale i całych Tatr. Czuł ciężar presji, która właśnie na niego spadła. Presji ze strony mediów, przełożonych, polityków. I czuł ciężar czegoś znacznie starszego – zmowy milczenia, która za chwilę miała zapaść w każdej dolinie, w każdej wsi, w każdej karczmie na Podhalu. Wiedział, że od teraz każde jego pytanie będzie napotykać na mur. Mur strachu, nieufności i cichej, uporczywej wrogości.

Morderca nie tylko zabił człowieka. Rzucił wyzwanie. Nie tylko policji. Rzucił wyzwanie całej tej krainie. A Wrotniak, stojąc na granicy dwóch państw, na granicy tradycji i nowoczesności, na granicy życia i śmierci, wiedział, że to on będzie musiał na to wyzwanie odpowiedzieć. I nie był pewien, czy ma w sobie jeszcze wystarczająco siły, by udźwignąć ten ciężar.

Wyjął z ust niedopałek i rzucił go na ziemię, przydeptując butem. Dym rozwiał się w lodowatym wietrze. Przedstawienie się rozpoczęło.ROZDZIAŁ 2

Zjazd z Kasprowego był podróżą z piekła do czyśćca. W wagoniku kolejki, który teraz, w pełnym świetle dnia, wydawał się trywialny i turystyczny, panowała gęsta cisza. Hałas śmigłowca telewizyjnego oddalił się, pozostawiając po sobie jedynie dzwonienie w uszach i kwaśny posmak medialnej padliny w ustach. Wrotniak stał przy oknie, ale nie patrzył na rozciągającą się pod nim panoramę dolin i lasów. Widział ją tysiące razy. Dziś jednak krajobraz wydawał mu się inny, skażony. Jakby brutalność tego, co wydarzyło się na szczycie, spłynęła niewidzialnymi strumieniami po zboczach, zatruwając wszystko na swojej drodze.

Sierżant Lisek siedziała naprzeciwko niego, sztywna i wyprostowana. Jej profesjonalna maska nie pękła, ale Wrotniak widział drobne szczeliny. Zbyt mocno zaciśnięte usta. Palce, które nerwowo stukały w ekran smartfona, sprawdzając zapewne pierwsze doniesienia, które już musiały zalewać internet. Jej świat, świat procedur i kontrolowanych scenariuszy, został brutalnie naruszony. Na Kasprowym nie było procedury na pogańskie rytuały. Nie było paragrafu na symbolikę jarzębiny. Była za to krew, ziemia i wiatr, a to były żywioły, których nie dało się zamknąć w teczce z aktami.

– Prokurator został powiadomiony – odezwała się w końcu, jej głos był suchy, pozbawiony emocji. – Będzie czekał na nas na komendzie. Media już dzwonią. Rzecznik prasowy próbuje ich powstrzymać, ale to jak gaszenie pożaru lasu kubkiem wody. Mamy ogólnopolski temat, komisarzu. Będą nam patrzeć na ręce. Wszyscy.

Wrotniak skinął głową, nie odwracając wzroku od okna. „Będą nam patrzeć na ręce”. Wiedział, co to oznacza. Presja. Codzienne telefony z komendy wojewódzkiej. Pytania od polityków. Każdy jego ruch będzie analizowany i krytykowany. A w tym samym czasie będzie musiał przebijać się przez mur milczenia, który, był tego pewien, już rósł wokół niego. Mur zbudowany z lojalności, strachu i starej, góralskiej zasady, że brudy pierze się we własnym domu, a obcym nic do tego.

– Niech patrzą – mruknął, bardziej do siebie niż do niej. – Może coś zobaczą.

Gdy dotarli do Kuźnic, czekał już na nich policyjny radiowóz. Dolna stacja kolejki, zazwyczaj tętniąca życiem, była teraz odcięta policyjną taśmą. Kilku gapiów, zwabionych nietypowym ruchem, robiło zdjęcia telefonami. Wrotniak poczuł na sobie ich spojrzenia – ciekawskie, trochę podniecone, jakby oglądali początek jakiegoś filmu. Nie rozumieli, że to nie film. Że na górze, w kostnicy, do której za chwilę trafi ciało, wszystko jest aż nazbyt realne.

Komisariat przy Jagiellońskiej był już ulem. Dźwięk dzwoniących bez przerwy telefonów mieszał się z podniesionymi głosami policjantów. W powietrzu unosił się zapach stresu, taniej kawy i przegrzanych komputerów. Gdy tylko Wrotniak i Lisek weszli do środka, otoczył ich wianuszek podwładnych.

– Szefie, TVN dzwonił już pięć razy… – Komendant z Krakowa chce rozmawiać, pilne… – Mamy już pierwsze wyniki z bazy danych o Krolaku, facet był czysty, żadnych wyroków…

Wrotniak podniósł rękę, ucinając potok informacji. – Spokój. Dyżurny, przełączcie wszystkie telefony od mediów do rzecznika w Krakowie. Nie rozmawiamy z nikim. Absolutnie z nikim. Lisek, ty idź do prokuratora. Zreferuj mu sytuację, pokaż zdjęcia. Ja muszę na chwilę usiąść.

Uciekł do swojego gabinetu – małego, zagraconego pokoju na końcu korytarza. Była to jego jedyna oaza w tym chaosie. Usiadł ciężko na skrzypiącym krześle i zamknął oczy. Obraz z Kasprowego wrócił z całą mocą: twarz Krolaka z ustami pełnymi ziemi, rozbity zegarek, pal z jarzębiny. To nie był chaos. To była precyzja. To była sztuka. Chora, przerażająca, ale jednak sztuka. Morderca był artystą, a jego dzieło miało swoje przesłanie. A on, Jan Wrotniak, miał być jego pierwszym krytykiem.

Po kwadransie do gabinetu weszła Lisek. Jej twarz była ściągnięta. – Prokurator jest wściekły. Głównie z powodu tego helikoptera. Chce szybkich wyników. Podkreślił, że sprawa ma najwyższy priorytet. Dostałam zgodę na przeszukanie biura i mieszkania Krolaka. Technicy już jadą do jego apartamentu. My mamy zająć się biurem na placu budowy.

– Dobrze – powiedział Wrotniak, wstając. – Jedźmy. Im szybciej, tym lepiej.

Droga do „Kryształowych Turni” prowadziła przez serce Zakopanego, a potem wspinała się na jedno ze wzgórz, z którego roztaczał się widok na całą kotlinę i majestatyczną ścianę Tatr. Wrotniak pamiętał to miejsce sprzed lat. Była to łąka, na której pasły się owce. Rosły stare buki i dzikie róże. Teraz łąka była rozjeżdżona przez ciężki sprzęt, a w jej najwyższym punkcie w niebo strzelał betonowy szkielet.

Betonowy szkielet „Kryształowych Turni” ranił niebo jak poszarpana kość. Wiatr, który niżej w dolinie niósł zapach wilgotnej ziemi i lasu, tutaj potykał się o ostre krawędzie, gwiżdżąc żałośnie między prętami zbrojeniowymi. Powietrze smakowało pyłem i rdzą. To nie była budowla. To była otwarta rana w krajobrazie. Projekt zakładał budowę gigantycznego kompleksu ze szkła, betonu i stali, który miał imitować kształt górskich szczytów. Efekt był groteskowy. Zamiast harmonii z krajobrazem, budowla gwałciła go, narzucając mu swoją obcą, kanciastą formę.

Zanim podjechali pod biuro Krolaka, Wrotniak zatrzymał samochód przy prowizorycznej bramie wjazdowej na plac budowy. Stojący tam ochroniarz na ich widok nerwowo wyprostował się i podszedł do nich. Wrotniak opuścił szybę.

– Komisarz Wrotniak. Chcemy porozmawiać z kierownikiem budowy. Jest na miejscu?

– Jest, panie komisarzu. W baraku. Już go wołam. – Ochroniarz, mężczyzna po pięćdziesiątce z twarzą zmęczoną i pooraną zmarszczkami, zawahał się na moment. – Straszna rzecz się stała. Szef był, jaki był, ale żeby tak…

– Mówił pan, że był, jaki był. To znaczy jaki? – podchwyciła Lisek z tylnego siedzenia.

– A, wymagający był, pani władzo. Nerwowy ostatnio. Wszystko miało być na wczoraj. Ale żeby go ktoś…

Kierownik budowy, mężczyzna w ubłoconych butach i kasku, który trzymał w ręku, podszedł do samochodu. Był blady i wyraźnie wstrząśnięty.

– Panie komisarzu, co ja mogę powiedzieć. To szok dla nas wszystkich. – Jego głos był cichy, zduszony.

– Panie kierowniku, wiemy, że były protesty – zaczął Wrotniak. – Ale czy dochodziło do czegoś więcej niż tylko krzyków i transparentów?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij