Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Sztejer. Kroniki Torunium - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
1 września 2021
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
36,90

Sztejer. Kroniki Torunium - ebook

Sztejer powraca. Starszy, bardziej wyrachowany i ciągle zabójczo groźny. Robert Foryś opowiada nową historię swojego niepokornego bohatera.

W tym świecie rządzą zasady stworzone na gruzach tego, co pozostawiła po sobie apokalipsa. Mutacje, zarazy, wyklęte miasta. Nikt już nie pamięta, jak było przed Zagładą, ale teraz granice między Dobrem a Złem wyznaczają prawa Torunium, ukryte w ich cieniu występki, żądza władzy, chciwość i pycha.

Nazywam się Vincent Sztejer. Wracam do domu, by zrobić porządek.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66955-03-5
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział I

Pierw­szy pro­mień brza­sku od­bił się od zło­co­nej ko­pu­ły ka­te­dry Świ­ęte­go Teo­deu­sa, po czym znik­nął, po­chło­ni­ęty przez gru­bą war­stwę chmur gro­ma­dzących się nad To­ru­nium. Dzień za­po­wia­dał się dżdży­sty, nie­przy­jem­ny i po­nu­ry, tak jak na­strój Qu­elen Żmij­ki, po­se­stor Siód­me­go Ostrza Tro­pi­cie­li Wie­dźm, gdy ta wkro­czy­ła na skrzy­pi­ące scho­dy prze­ciw­po­ża­ro­we, pro­wa­dzące na pi­ętro ka­mien­nej ta­wer­ny.

Bu­dy­nek miał dwa pi­ętra i lek­ko spa­dzi­sty dach, zwie­ńczo­ny parą nie­co krzy­wych ko­mi­nów, z któ­rych wy­do­by­wał się sza­ra­wy dym, roz­wie­wa­ny na pa­sma przez wiatr dmący od Wrzącej. Na pi­ętrze, przy przy­mkni­ętych drzwiach cze­kał na Qu­elen wy­so­ki, krępy i łysy jak ko­la­no mężczy­zna w sza­rym stro­ju na­ka­źne­go. Ob­li­cze Jo­se­pha Gro­sza, z sze­ro­kim, kil­ka­kroć skła­da­nym no­sem i szra­mą prze­ci­na­jącą lewy po­li­czek, roz­ja­śni­ło się na wi­dok nad­cho­dzącej ko­bie­ty.

– Pi­ęk­ny po­ra­nek, Żmij­ka – po­wi­tał ją kpi­ąco, nie wy­ci­ąga­jąc rąk spod pe­le­ry­ny.

– Może dla cie­bie – od­burk­nęła Qu­elen. – Ja ma­rzę o cie­płej po­ście­li i łó­żku.

– Ci­ężka noc? – za­py­tał Grosz.

Po­wstrzy­ma­ła się przed splu­ni­ęciem. Od zmro­ku, gdy roz­po­częła słu­żbę, uga­nia­ła się za męta­mi po naj­gor­szych no­rach Świ­ęte­go Mia­sta. Ko­lej­ny trup był ostat­nią rze­czą, jaką mia­ła ocho­tę wi­dzieć.

– Udu­szo­na dziw­ka wy­ło­wio­na z ka­na­łu i trzy bój­ki w ta­wer­nach – wy­li­czy­ła obo­jęt­nie. – O pi­ja­kach i sa­dy­stach pa­stwi­ących się nad bli­ski­mi nie wspom­nę.

– Gów­nia­na ro­bo­ta – po­twier­dził Grosz. – Nie dla ko­goś ta­kie­go jak ty, Żmij­ka.

W du­chu przy­zna­ła mu ra­cję, ale na pew­ne spra­wy czło­wiek po pro­stu nie ma wpły­wu.

– Nie chrzań, Jo­seph. – Qu­elen zer­k­nęła w ciem­ną sień. – Co tam się sta­ło?

Grosz wy­krzy­wił się.

– Sama zo­bacz.

Pchnął drzwi i schy­lił gło­wę, aby nie grzmot­nąć czo­łem o bel­kę nad we­jściem.

– Od razu mó­wię, nie spodo­ba ci się to – rzu­cił przez ra­mię.

Qu­elen nie spo­dzie­wa­ła się ni­cze­go in­ne­go.

We­wnątrz sie­ni cuch­nęło ko­cim mo­czem, lecz nie był to naj­gor­szy z za­pa­chów, ja­kie mu­sia­ła wdy­chać mi­nio­nej nocy. Udu­szo­na dziw­ka, któ­rą wy­ło­wio­no z ka­na­łów przy most­kach, mo­czy­ła się w szla­mie po­nad ty­dzień. Wy­star­cza­jąco dłu­go, aby Qu­elen zwró­ci­ła wie­czor­ny po­si­łek. Ale to było w nocy, te­raz jesz­cze tyl­ko ten trup i będzie mo­gła wró­cić po słu­żbie do domu.

Grosz za­pro­wa­dził ją do izby na ko­ńcu ko­ry­ta­rza, na­ci­snął klam­kę i wsze­dł pierw­szy.

Żmij­ka podąży­ła za nim, zo­sta­wia­jąc otwar­te drzwi. Pierw­szym, co po­czu­ła, był smród. Je­śli czło­wiek umie­ra gwa­łtow­nie, zwy­kle po­zby­wa się za­war­to­ści żo­łąd­ka i pęche­rza. Mężczy­zna zwi­ąza­ny na łó­żku nie sta­no­wił pod tym względem wy­jąt­ku.

Qu­elen zbli­ży­ła się do le­żących na brzu­chu, na­gich zwłok. De­nat był szczu­pły, choć już nie­mło­dy, na co wska­zy­wa­ły siwe wło­sy oka­la­jące pla­cek ły­si­ny na czub­ku gło­wy.

Żmij­ka przez mo­ment przy­gląda­ła się rękom mężczy­zny, wy­kręco­nym na ple­cy i skrępo­wa­nym czer­wo­ną wstążką. Pó­źniej do­tknęła pal­cem na­prężo­ne­go jak stru­na je­dwab­ne­go sznu­ra uwi­ąza­ne­go do wy­so­kiej, me­ta­lo­wej po­ręczy przy we­zgło­wiu. Jego dru­gi ko­niec zo­stał owi­ni­ęty wo­kół szyi de­na­ta, tak moc­no, że do­szło do pod­skór­nych prze­krwień.

Przy­czy­na zgo­nu była oczy­wi­sta. Mniej oczy­wi­ste było, jak do tego do­szło.

– Co o tym my­ślisz? – mruk­nął Grosz, ob­cho­dząc ka­łu­żę mo­czu wy­le­wa­jącą się spod łó­żka.

– Wy­gląda na to, że lu­bił się za­ba­wić w pod­du­sza­nie, ale chy­ba ktoś ociu­pin­kę prze­sa­dził – od­rze­kła i omio­tła wzro­kiem izbę.

Prócz łó­żka, sto­łu i nie­wiel­kiej ko­mo­dy nie było tam in­nych me­bli. Nikt nie miesz­kał tu na sta­łe, po­my­śla­ła. To miej­sce słu­ży­ło wy­łącz­nie do przyj­mo­wa­nia klien­tów.

– To mu­sia­ła być któ­raś z tu­tej­szych dzi­wek – zwró­ci­ła się do Jo­se­pha. – Trze­ba je prze­słu­chać i za­mknąć tę spra­wę.

– Ka­za­łem wła­ści­cie­lo­wi za­mtu­za ze­brać dziew­ki w sali na dole – od­pa­rł Grosz. – To on po­wia­do­mił mnie o zwło­kach.

Qu­elen spoj­rza­ła na de­na­ta.

– Kim był ten fa­cet?

– Nie wia­do­mo – rze­kł Grosz. – Nie zna­le­źli­śmy żad­nych do­ku­men­tów.

Na­ka­źny wska­zał na por­t­ki, ka­ftan i płaszcz za­wie­szo­ne na drążku przy drzwiach.

– Strój wska­zu­je, że miał pie­ni­ądze, ale czym się zaj­mo­wał, przyj­dzie do­pie­ro nam usta­lić. Pew­nie upły­nie kil­ka dni, nim ktoś mu bli­ski zgło­si za­gi­ni­ęcie, a wte­dy do­pa­su­je­my twarz do na­zwi­ska i pro­fe­sji. Nie kło­pocz się tym, Żmij­ka, wszyst­kim się zaj­mę oso­bi­ście.

Qu­elen po­dzi­ęko­wa­ła mu ski­nie­niem gło­wą.

Do­bry na­ka­źny w śledz­twie to po­ło­wa suk­ce­su, a Jo­seph cie­szył się za­słu­żo­ną opi­nią jed­ne­go z naj­lep­szych w Świ­ętym Mie­ście.

Wy­szli z cuch­nącej izby i skie­ro­wa­li się w głąb ko­ry­ta­rza, gdzie znaj­do­wa­ły się scho­dy pro­wa­dzące na par­ter. W ob­szer­nej sie­ni opa­trzo­nej w świe­tlik umiesz­czo­ny nad so­lid­ny­mi drzwia­mi ocze­ki­wał na śled­czych wła­ści­ciel ta­wer­ny i miesz­czące­go się na jej za­ple­czu za­mtu­za. Był to po­staw­ny je­go­mo­ść o szla­chet­nej twa­rzy, ni­jak nie­pa­su­jącej do upra­wia­nej prze­zeń pa­skud­nej i mo­ral­nie dwu­znacz­nej pro­fe­sji. Żmij­ka sku­pi­ła wzrok na mężczy­źnie, po raz ko­lej­ny do­cho­dząc do wnio­sku, że nie na­le­ży oce­niać lu­dzi po wy­glądzie, a drań i ka­na­lia może kryć się za naj­bar­dziej sza­cow­ną fi­zjo­no­mią, urzędem pa­ństwo­wym czy kiec­ką świ­ąto­bli­we­go oj­czul­ka.

Obe­rży­sta ta­kże zmie­rzył Qu­elen sza­cu­jącym spoj­rze­niem, jak­by oce­niał, jak wie­le może mu na­bru­ździć ta wy­so­ka, ciem­no­wło­sa ko­bie­ta.

– Któ­ra z dziew­czyn ob­słu­gi­wa­ła tam­te­go mężczy­znę na pi­ętrze? – za­py­ta­ła.

– Czar­na Han­ka. – Wy­ta­rł ręce o ka­ftan, na pró­żno usi­łu­jąc ukryć ich drże­nie. – Ka­za­łem zna­le­źć ją i przy­pro­wa­dzić, ale znik­nęła. Nie za­bra­ła na­wet swo­ich rze­czy. Kur­wisz­cze prze­klęte – wy­sa­pał i ota­rł wierz­chem dło­ni pot kro­plący się na czo­le.

– Gdzie spa­ła? – wtrącił Jo­seph Grosz, do­strze­głszy gry­mas na twa­rzy po­se­stor.

– Ra­zem z in­ny­mi wy­wło­ka­mi, o tam. – Obe­rży­sta wska­zał drzwi na ko­ńcu sie­ni.

– Chcę zo­ba­czyć jej rze­czy – oznaj­mi­ła Żmij­ka i nie cze­ka­jąc na zgo­dę, wkro­czy­ła do nie­du­żej izby. Było tam ciem­no i wil­got­no. Okno, choć roz­war­te na oścież, nie mo­gło za­pew­nić do­sta­tecz­ne­go do­stępu po­wie­trza, nie wów­czas, gdy w po­miesz­cze­niu spa­ło kil­ka­na­ście ko­biet. Ich po­sła­nia le­ża­ły jed­no przy dru­gim, na podło­dze z ciem­nych, skrzy­pi­ących de­sek.

– Tu spa­ła wy­wło­ka. – Su­te­ner wska­zał na sien­nik przy obła­żącej ple­śnią ścia­nie.

Qu­elen mil­cza­ła, wpa­tru­jąc się w po­pru­ty ma­te­rac wy­pcha­ny sło­mą, sza­ry po­ła­ta­ny koc słu­żący do przy­kry­cia i wo­rek na ubra­nia, pe­łni­ący rolę po­dusz­ki.

Ob­raz nędzy, roz­pa­czy i upodle­nia wi­dy­wa­ny w ka­żdym z ta­kich miejsc, jak dłu­gie i sze­ro­kie było Świ­ęte Mia­sto.

Grosz ukuc­nął, prze­szu­kał sien­nik i wo­rek, znaj­du­jąc gie­zło, spód­ni­cę i kil­ka skraw­ków ma­te­ria­łu uży­wa­nych przez nie­wia­sty pod­czas krwa­wie­nia.

– Nie ma pie­ni­ędzy ani cie­płych ubrań – oznaj­mił.

– Za­mor­do­wa­ła go, wy­wło­ka, a po­tem zbie­gła – za­gul­go­tał obe­rży­sta. – Sami wi­dzi­cie. Nie mia­łem z tym nic wspól­ne­go, przy­si­ęgam na Najświ­ęt­szą Pa­nią.

– Od daw­na tu była? – za­py­ta­ła Qu­elen.

– Od nie­daw­na – od­rze­kł szyb­ko. – Przy­jąłem ją kil­ka mie­si­ęcy temu.

– Co wcze­śniej ro­bi­ła?

– Nie wiem, chy­ba szli­fo­wa­ła bru­ki – rze­kł, marsz­cząc brwi. – Mu­sia­ła kur­wić się już od ja­kie­goś cza­su, bo wpra­wę w tym mia­ła i nie wy­brzy­dza­ła na za­chcian­ki klien­tów, na­wet te… – uśmiech­nął się lep­ko – …bar­dziej dzi­wacz­ne. Skarg na nią żad­nych nie było, a i za­ro­bek przy­no­si­ła god­ny.

Żmij­ka nie py­ta­ła, ile z tego za­rob­ku zo­sta­wa­ło dla niej. Z do­świad­cze­nia wie­dzia­ła, że wi­ęk­szo­ść sre­bra tra­fia­ła do kie­sy su­te­ne­ra. Chy­ba że dziew­czy­na za­czy­na­ła kom­bi­no­wać i oszu­ki­wać, a wte­dy prędzej czy pó­źniej jej zwło­ki wy­pły­wa­ły gdzieś z nur­tem Wrzącej.

Zmru­ży­ła oczy, wpa­tru­jąc się w obe­rży­stę, któ­ry zerk­nął nie­spo­koj­nie na Gro­sza.

Nie­na­wi­dzi­ła ta­kich skur­wy­sy­nów, tu­czących się na nie­szczęściu słab­szych, ale wie­dzia­ła też, że nic nie może z tym zro­bić. Su­te­ner z całą pew­no­ścią opła­cał się komu trze­ba, a i Jo­seph za­pew­ne ta­kże do­sta­wał swo­ją dolę.

Le­piej nie ru­szać tego gniaz­da os, po­my­śla­ła znie­chęco­na. Pra­gnęła tyl­ko po­ło­żyć się do łó­żka i za­snąć.

– Ta Han­ka ma ja­ki­chś krew­nych w To­ru­nium? – za­py­ta­ła, by for­mal­no­ściom sta­ło się za­do­ść.

– Nie wiem, ale ra­czej nie – od­pa­rł usłu­żnie. – Z tego, co się do­wie­dzia­łem od in­nych dziew­czyn, ni­g­dzie nie wy­cho­dzi­ła, z ni­kim się nie spo­ty­ka­ła. Mó­wi­ła, że musi za­ro­bić, ale na co, nie py­ta­łem, bo i po co?

Za­pew­ne jak one wszyst­kie ciu­ła­ła grosz do gro­sza, by wró­cić do sie­bie na pro­win­cję i zna­le­źć męża, któ­ry nie będzie wie­dział, co ro­bi­ła w wiel­kim mie­ście, po­my­śla­ła Qu­elen.

Zmie­rzy­ła su­te­ne­ra po­nu­rym wzro­kiem.

Wie­dzia­ła, że przez ta­kich jak on jed­nej na sto uda­je się wy­do­stać z pie­kła, ja­kim sta­wa­ło się dla mło­dych dziew­cząt Świ­ęte Mia­sto.

– Masz tu ja­kiś wó­zek? Trze­ba będzie za­brać cia­ło.

– Ja­kiś się znaj­dzie – za­pew­nił obe­rży­sta.

– Prze­wieź zwło­ki do kost­ni­cy – Qu­elen zwró­ci­ła się do Jo­se­pha. – Niech le­karz wy­sta­wi akt zgo­nu. Po­tem wy­śle­my list go­ńczy za tą dziew­czy­ną.

Grosz ski­nął gło­wą i Żmij­ka uzna­ła, że nic tu po niej. Opu­ści­ła ta­wer­nę i wy­szła na mżaw­kę. Otu­li­ła się szczel­niej pe­le­ry­ną i roz­bry­zgu­jąc bło­to, ru­szy­ła w kie­run­ku domu, ma­rząc wy­łącz­nie o tym, by ode­spać ko­lej­ną podłą noc.

***

Z nie­spo­koj­ne­go, wy­pe­łnio­ne­go kosz­ma­ra­mi snu wy­rwa­ło Żmij­kę ło­mo­ta­nie do drzwi. Za­spa­na i roz­bi­ta zer­k­nęła w okno, pró­bu­jąc od­gad­nąć, ile cza­su spędzi­ła w łó­żku po po­wro­cie z ta­wer­ny.

Na ze­wnątrz było sza­ro i mo­kro, uzna­ła, że mo­gła rów­nie do­brze spać go­dzi­nę, jak i pięć. Na­tar­czy­we ło­mo­ta­nie do drzwi po­wtó­rzy­ło się i za­raz po­tem usły­sza­ła głos Jo­se­pha.

– Żmij­ka, obu­dź się, do cho­le­ry, mamy kło­pot! – za­wo­łał.

Qu­elen prze­ta­rła oczy i stęka­jąc, pod­nio­sła się z wyr­ka. Nie ba­cząc, że jest tyl­ko w ko­szu­li, otwo­rzy­ła drzwi.

Grosz wpa­ro­wał do izby, ro­zej­rzał się po pa­nu­jącym w niej ba­ła­ga­nie, za­trzy­mał na krót­ko wzrok na opró­żnio­nej w po­ło­wie bu­tel­ce z wi­nem, po­sta­wio­nej na ta­bo­re­cie, zer­k­nął prze­lot­nie w roz­ci­ągni­ętą ko­szul­kę, pod któ­rą bie­li­ły się spo­re cyc­ki po­se­stor, i przy­ła­pa­ny na tym ostat­nim, od­chrząk­nął.

– Co się sta­ło? – za­py­ta­ła Qu­elen.

– Szef wzy­wa cię do sie­bie, na­tych­miast – wy­ja­śnił Jo­seph. – Cho­dzi o tego tru­pa z ta­wer­ny. Wie­my już, kim był – do­dał, wy­ra­źnie spi­ęty.

Żmij­ka za­sty­gła, pe­łna złych prze­czuć.

– Mów.

– Na­zy­wał się Al­fred Lu­bik, Oj­ciec Al­fred – po­wie­dział zdu­szo­nym gło­sem. – Słu­żył jako och­mistrz w Pa­ła­cu.

Żmij­ka po­czu­ła, jak ści­ska ją w do­łku. To, co jesz­cze kil­ka go­dzin temu wy­da­wa­ło się ko­lej­ną nic nie­zna­czącą zbrod­nią, ja­kich se­tek do­ko­ny­wa­no w Świ­ętym Mie­ście, te­raz sta­ło się pro­ble­mem, któ­ry mógł znisz­czyć ją i Jo­se­pha.

– Kur­wa, cze­mu ja – jęk­nęła, trąc czo­ło i pró­bu­jąc ze­brać my­śli. – Zdąży­łeś na­pi­sać ra­port? – za­py­ta­ła z ni­kłą na­dzie­ją w gło­sie, mo­dląc się, aby tym ra­zem Jo­seph nie odło­żył pa­pier­ko­wej ro­bo­ty na pó­źniej.

– Bez obaw, zdąży­łem – uspo­ko­ił ją. – Ale i tak do­sta­nie się nam za te kil­ka go­dzin zwło­ki. Dziew­czy­na wci­ąż jest na wol­no­ści, a to… – po­kręcił ża­ło­śnie gło­wą – …nie spodo­ba się tym na sa­mej gó­rze.

Qu­elen znów jęk­nęła. Nie zwra­ca­jąc uwa­gi na Jo­se­pha, ści­ągnęła ko­szu­lę przez gło­wę i rzu­ci­ła na łó­żko. Goła otwo­rzy­ła sza­fę i wy­jęła czar­ny mun­dur tro­pi­cie­la wie­dźm. Wci­ągnęła na ty­łek spodnie, za­ło­ży­ła ko­szu­lę i ka­ftan ze srebr­ny­mi gu­zi­ka­mi, na­rzu­ci­ła na ra­mio­na pe­le­ry­nę z kap­tu­rem. Na ko­niec po­pra­wi­ła wło­sy i wci­snęła na gło­wę trój­gra­nia­sty ka­pe­lusz.

– Jak wy­glądam? – za­py­ta­ła Gro­sza.

– Jak mi­lion ma­rek – od­pa­rł i uśmiech­nął się.

Qu­elen po­ta­rła opusz­kiem pal­ca spierzch­ni­ęte usta. Przy­pa­sa­ła do bio­der kor­de­las.

– Ro­ze­graj to do­brze, a upie­cze się nam to za­nie­dba­nie. Sta­ry wci­ąż ma do cie­bie sła­bo­ść – orze­kł Jo­seph.

– On nie ma żad­nych sła­bo­ści, Jo­seph – od­pa­rła Que­len. – Ina­czej nie za­sze­dłby tam, gdzie jest. Je­dy­na na­dzie­ja w tym, że będzie­my mu po­trzeb­ni.

– Prze­ko­naj go o tym.

– Po­sta­ram się, Jo­seph. Na cyc­ki Najświ­ęt­szej Pani, uwierz mi, po­sta­ram się. A te­raz cho­dźmy już, nie daj­my mu cze­kać na sie­bie.

***

Sie­dzi­ba tro­pi­cie­li wie­dźm pre­zen­to­wa­ła się gro­źnie i po­nu­ro, jak cała hi­sto­ria pu­łku, utwo­rzo­ne­go po­noć przez sa­me­go Świ­ęte­go Teo­deu­sa w cza­sach wiel­kiej Za­gła­dy, któ­ra zdru­zgo­ta­ła sta­ry, grzesz­ny świat. Tak przy­naj­mniej gło­si­ła le­gen­da, któ­rą po­zna­wał ka­żdy re­krut wstępu­jący w sze­re­gi Siód­me­go Ostrza.

Fort miał trzy pi­ętra i dwa skrzy­dła, a oto­czo­ny ce­gla­nym mu­rem spra­wiał wra­że­nie ko­szar i wi­ęzie­nia w jed­nym. W bra­mie pro­wa­dzącej na dzie­dzi­niec sta­li war­tow­ni­cy. Po oka­za­niu pie­częci po­se­stor Qu­elen Żmij­ka zna­la­zła się na ob­szer­nym dzie­dzi­ńcu, oto­czo­nym przez staj­nie, warsz­ta­ty i ku­źnie. Mi­nęła za­da­szo­ne ujęcie wody i za­par­ko­wa­ne sze­re­giem po­wo­zy z za­kra­to­wa­ny­mi bu­da­mi. Prze­lot­nie spoj­rza­ła w kie­run­ku szu­bie­ni­cy za­jętej przez trzech dyn­da­jących smęt­nie wi­siel­ców.

Wo­kół ciał ze­bra­ła się już wca­le po­ka­źna gro­mad­ka wron i srok, wy­dzio­bu­jących co sma­ko­wit­sze kąski z zo­sta­wio­nych ku prze­stro­dze nie­szczęśni­ków tru­cheł. Wi­do­my znak i ostrze­że­nie dla wszyst­kich nie­go­dziw­ców, że tro­pi­cie­le wci­ąż wy­pe­łnia­ją swe tra­dy­cyj­ne obo­wi­ąz­ki.

Żmij­ka wkro­czy­ła do holu, ści­ągnęła mo­kry ka­pe­lusz i za­mel­do­wa­ła się przy kon­tu­arze ofi­ce­ra dy­żur­ne­go. Star­szy mężczy­zna z bul­wia­stym no­sem i kęp­ka­mi wło­sów wy­sta­jący­mi mu z uszu przy­wi­tał ją wspó­łczu­jącym uśmie­chem.

– Znów się wko­pa­łaś, Żmij­ka – po­wie­dział, kręcąc z ubo­le­wa­niem gło­wą. – Kło­po­ty trzy­ma­ją się cie­bie, dziew­czy­no, ni­czym oset ku­dła­te­go psa.

– A co u cie­bie, Gertt, ukła­da ci się z żoną? – za­py­ta­ła, ma­jąc w pa­mi­ęci ich ostat­nią roz­mo­wę w go­spo­dzie Pod Pęk­ni­ętym Ku­flem, gdzie zbie­ra­li się po słu­żbie tro­pi­cie­le wie­dźm.

Gertt ska­rżył się wów­czas, że jego trze­cia ma­łżon­ka Kry­sty­na, dwu­krot­nie młod­sza i pi­ęcio­krot­nie na­dob­niej­sza od nie­go, miast grzać mu łoże i zaj­mo­wać się cze­re­dą dzie­ciar­ni z po­przed­nich ma­łże­ństw męża, re­gu­lar­nie piel­grzy­mu­je po klasz­to­rach. Wszędzie tam, gdzie po­noć za­pła­cze czy prze­mó­wi na­bo­żnie ja­kiś po­sąg czy ob­raz.

– A skąd? – za­skrze­czał Gertt ner­wo­wo. – Pró­bo­wa­łem za­trzy­mać la­ta­wi­cę, na­wet pa­sem so­lid­nie zla­łem, jak na­le­ży, ale prze­che­ra wzi­ęła mnie na spo­sób i po­bie­gła po­ska­rżyć się do na­sze­go Ojca Gło­si­cie­la, tego, któ­ry wy­pro­wa­dza baby na te piel­grzym­ki. Przy­pro­wa­dzi­ła go do na­sze­go domu, a ten za­czął mnie sztor­co­wać, że niby my­ślę wy­łącz­nie o so­bie, a nie o du­szy Kry­sty­ny i jej zba­wie­niu. Nie uwie­rzysz, Żmij­ka, ale po­su­nął się na­wet do gró­źb, gdy nie chcia­łem ustąpić. Mu­sia­łem po­zwo­lić jej na wy­jazd, sama wiesz, że z nimi le­piej nie za­czy­nać.

– Do­kąd tym ra­zem piel­grzy­mu­je? – za­py­ta­ła Que­len, bio­rąc pió­ro z ka­ła­ma­rza i pod­pi­su­jąc się w opa­słej ksi­ędze.

– Tym ra­zem do Li­chen­bur­ga, zo­ba­czyć tę nową fi­gu­rę Świ­ęte­go Teo, któ­ra po­noć jest wi­ęk­sza niż ta u nas w To­ru­nium – wy­ja­śnił Gertt i po­chy­lił się ku Qu­elen. – Swo­ją dro­gą, źle się dzie­je, je­śli Oj­co­wie Pro­tek­to­rzy z pro­win­cji ośmie­la­ją się kon­ku­ro­wać w ta­kich spra­wach ze Świ­ętym Mia­stem. Prze­wy­ższać nas, ha… – Gertt wznió­sł kar­cąco pa­lec. – Taka py­cha może wpędzić wszyst­kich w nie­li­che kło­po­ty.

Qu­elen zga­dza­ła się ze sta­rym funk­cjo­na­riu­szem. Gertt słu­żył w pu­łku czter­dzie­sty szó­sty rok. Przez ten czas nie raz i nie dwa był świad­kiem burz­li­wych wy­da­rzeń, do ja­kich do­cho­dzi­ło, gdy Oj­co­wie Pro­tek­to­rzy za­po­mi­na­li o jed­no­my­śl­no­ści za­le­co­nej im w pi­smach pa­tro­na To­ru­nium.

Dal­sze po­ga­dusz­ki prze­rwał im ad­iu­tant Ojca Va­riu­sa. Mło­dy, wy­so­ki i co za­uwa­ży­ła Żmij­ka, wspi­na­jąc się za mężczy­zną po scho­dach na pi­ętro, miał nie­zły ty­łek. Ad­iu­tant wpro­wa­dził po­se­stor przez se­kre­ta­riat do ga­bi­ne­tu, wcze­śniej dys­kret­nie zer­k­nąw­szy z uzna­niem na biust i fi­gu­rę Qu­elen, co też spra­wi­ło jej jako ko­bie­cie drob­niut­ką sa­tys­fak­cję.

Oj­ciec Va­rius przy­jął ją, sie­dząc za biur­kiem. Ob­li­cze jego wiel­mo­żno­ści, po­żło­bio­ne zmarszcz­ka­mi tro­ski i na­pi­ęte w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia, przy­wo­dzi­ło Żmij­ce na myśl wi­ze­ru­nek od­ko­pa­ne­go nie­daw­no w To­ru­nium po­sągu. Od­kry­cia do­ko­na­li bu­dow­la­ńcy w trak­cie prze­bu­do­wy ka­na­li­za­cji. Fi­gu­ra mia­ła trzy me­try wy­so­ko­ści i jak twier­dzi­li ucze­ni z Uni­wer­sy­te­tu, przed­sta­wia­ła po­ga­ńskie bó­stwo. W cza­sach Za­gła­dy, set­ki lat temu, gdy na zie­mię spa­da­ły ogni­ste kule, a sło­ńce na wie­le lat za­sło­nił gęsty dym, wśród oca­la­łych z apo­ka­lip­sy roz­prze­strze­ni­ły się fa­łszy­we kul­ty. Dzia­ło się tak, nim Świ­ęty Teo­deus prze­pro­wa­dził oca­la­łych przez Wrzącą i za­ło­żył nowe, bez­piecz­ne mia­sto. Nim prze­go­nił po­ga­ńskich ka­pła­nów i oba­lił po­sągi fa­łszy­wych ido­li.

Ten, któ­re­go od­ko­pa­no, w pra­wej ręce trzy­mał astro­la­bium, a pal­cem le­wej dło­ni wska­zy­wał w nie­bo – co mo­gło ozna­czać zda­niem ar­che­olo­gów so­lar­ny cha­rak­ter po­ga­ńskie­go bó­stwa. Spi­żo­wy po­sąg przed roz­bi­ciem go w pył zaj­mo­wał wy­so­ki co­kół, wo­kół któ­re­go zna­le­zio­no po­łączo­ne z nim ław­ki, za­pew­ne ka­mien­ne ołta­rze ofiar­ne, a ta­kże stu­dzien­kę, do któ­rej, jak przy­pusz­cza­li pro­fe­so­ro­wie Uni­wer­sy­te­tu, ście­ka­ła krew skła­da­nych tam w ofie­rze lu­dzi i zwie­rząt, gdy zde­spe­ro­wa­ni i gło­du­jący miesz­ka­ńcy tego miej­sca po­su­wa­li się do ma­ka­brycz­nych ry­tu­ałów, by znów spro­wa­dzić sło­ńce i od­pędzić za­ra­zę.

Za­cho­wa­ła się na­wet na­zwa fa­łszy­we­go bó­stwa. Na co­ko­le, z przed­niej stro­ny, ucze­ni zna­le­źli częścio­wo znisz­czo­ny na­pis:

_Co­per­ni­cus Tho­ru­nen­sis. Ter­rae mo­tor, So­lis Ca­eli­que sta­tor._

W nie­mal za­po­mnia­nym san­skry­cie uży­wa­nym przez chrze­ści­jan z No­we­go Rzy­mu ozna­czał: „Wstrzy­mał Sło­ńce i ru­szył Zie­mię”.

Cze­go to lu­dzie nie wy­my­ślą.

Wszel­kie te roz­my­śla­nia prze­mknęły przez umy­sł Que­len, nim do­ta­rła przed biur­ko Ojca Va­riu­sa. Prężąc się, przy­ło­ży­ła pi­ęść do ser­ca.

– Spo­cznij, Żmij­ka – rze­kł jego wiel­mo­żno­ść, wpa­tru­jąc się w po­se­stor, jak­by jesz­cze nie zde­cy­do­wał, na jak duży opieprz ma się wy­si­lić.

Qu­elen mil­cza­ła. Nie pierw­szy to już raz mia­ła wy­słu­chać na­rze­kań i stro­fo­wań. Wie­dzia­ła, że nie ma sen­su uspra­wie­dli­wiać się dwu­na­sto­go­dzin­ną noc­ną słu­żbą i zmęcze­niem. Ojca Va­riu­sa ta­kie wy­tłu­ma­cze­nia nie in­te­re­so­wa­ły, za­pew­ne dla­te­go, że sam grzał ty­łek za biur­kiem i wy­sy­piał się w cie­płym łó­żku. Tak to już jest na tym świe­cie, po­my­śla­ła smęt­nie Żmij­ka, cze­ka­jąc na tra­dy­cyj­ny żo­łnier­ski opier­dol. Gów­no za­wsze spły­wa w dół.

– Za­nie­dba­łaś swo­je obo­wi­ąz­ki – za­bur­czał jego wiel­mo­żno­ść. – Ra­port musi być zło­żo­ny bez­zwłocz­nie po wsz­częciu śledz­twa. To nie­do­pusz­czal­ne, by ofi­cer… – urwał w pół zda­nia, jak­by pod wpły­wem na­głej my­śli zmie­nił za­miar. Zmarsz­czył mar­so­wo brwi, a po­tem si­ęgnął po odło­żo­ną na bok kar­tę ra­por­tu na­pi­sa­ne­go przez Gro­sza.

– Ma­cie szczęście, Żmij­ka, że tra­fił się wam do­bry na­ka­źny – rze­kł, uno­sząc wzrok znad ra­por­tu. – Ta spra­wa ma da was oboj­ga prio­ry­tet. Od­szu­kaj tę dziw­kę i wy­ci­ąg­nij z niej wszyst­ko, co wie. Al­fred Lu­bik był za­ufa­nym to­wa­rzy­szem, jesz­cze z cza­sów, gdy oba­li­li­śmy Czer­wo­nych Ba­ro­nów. Znał wie­le ta­jem­nic i miał do­stęp do sa­me­go Ojca Pro­tek­to­ra.

Jego wiel­mo­żno­ść wy­chy­lił się w stro­nę po­se­stor.

– Mu­szę mieć pew­no­ść, że nic wi­ęcej nie kry­je się za tą śmier­cią. Poj­mu­jesz, Żmij­ka? – Ciem­ne oczy Ojca Va­riu­sa wbi­ły się w Qu­elen ni­czym szty­le­ty. – Nad To­ru­nium zbie­ra­ją się ciem­ne chmu­ry, nie stać nas na po­my­łkę. Na­wet naj­drob­niej­szą – wy­ce­dził.

Ski­nęła gło­wą, cie­ka­wa, o ja­kich to chmu­rach pra­wi jego wiel­mo­żno­ść, lecz Oj­ciec Va­rius nie był skłon­ny dzie­lić się z nią ta­jem­ni­ca­mi.

– Od­szu­kaj ją – po­wtó­rzył sro­gim gło­sem. – Je­śli była za­mie­sza­na w spi­sek, chcę ją tu mieć. Wy­do­będzie­my z niej wszyst­ko, do­kład­nie i po­wo­lut­ku, jak trze­ba – do­dał zło­wiesz­czo.

– A je­śli to wy­pa­dek lub zwy­kła zbrod­nia do­ko­na­na z chęci zy­sku?

– Wte­dy dziew­czy­na ma znik­nąć i wi­ęcej nie wy­pły­nąć na po­wierzch­nię. Za­mknij tę spra­wę na za­wsze.

– Tak bez pro­ce­su?

Jego wiel­mo­żno­ść zmru­żył oczy, wy­ra­źnie nie­za­do­wo­lo­ny z bra­ku do­my­śl­no­ści po­se­stor.

– Nie go­dzi się z po­wo­du kur­wy ka­lać pa­mi­ęci po kimś z na­sze­go Za­ko­nu. Na­wet je­śli zda­rza­ło się mu grze­szyć. Ka­żdy bo­wiem może zbłądzić na ście­żce pra­wo­ści, jak na­uczał Świ­ęty Teo. To­bie też się zda­rzy­ło. Ja o tym pa­mi­ętam, a ty nie po­win­naś za­po­mi­nać.

Po tym mało sub­tel­nym przy­po­mnie­niu, że trzy­ma ją w ga­rści, Oj­ciec Va­rius od­pra­wił ją oschłym ge­stem.

Żmij­ka ukło­ni­ła się i opu­ści­ła ga­bi­net. Ze­szła po scho­dach do war­tow­ni, po­że­gna­ła się z Gert­tem. Na­ło­ży­ła trój­gra­nia­sty ka­pe­lusz i po­drep­ta­ła ku bra­mie, za­sta­na­wia­jąc się, gdzie ma za­cząć szu­kać za­gi­nio­nej dziew­czy­ny.

Wy­szło jej, że po­win­na po­stąpić tak, jak ma to miej­sce w ka­żdej opo­wie­ści. Na­le­ży za­cząć od po­cząt­ku.

***

Za­ułek na ty­łach ta­wer­ny wy­dał się Qu­elen jesz­cze bar­dziej błot­ni­sty i cuch­nący, niż mia­ło to miej­sce o po­ran­ku, gdy zja­wi­ła się tu po raz pierw­szy. I tak jak wów­czas, i te­raz w od­da­li za­bił wiel­ki dzwon na wie­ży ka­te­dry, zwia­stu­jąc do­brym miesz­ka­ńcom To­ru­nium, że czas za­mknąć skle­py, warsz­ta­ty i stra­ga­ny, po­rzu­cić biur­ka, ło­pa­ty czy ki­lo­fy, by udać się na mo­dły.

Żmij­ka chwil­kę wsłu­chi­wa­ła się w czy­sty, po­tężny głos sław­ne­go dzwo­nu, po czym ro­zej­rza­ła się po za­śmie­co­nym i za­nie­dba­nym za­ułku.

Pra­wo na­ka­zy­wa­ło wła­ści­cie­lom po­se­sji dbać o ład i czy­sto­ść obe­jścia, za­pa­lać lam­py po za­pad­ni­ęciu zmro­ku, by prze­cho­dzień, idąc uli­cą, nie wdep­nął w gów­no, lub co gor­sza, nie obe­rwał w gło­wę od cza­jące­go się w mro­ku zło­czy­ńcy. Cóż z tego, sko­ro nikt nie sto­so­wał się do roz­po­rządzeń władz. Prze­ko­ra, skąp­stwo i zwy­kłe le­ni­stwo miesz­ka­ńców To­ru­nium nie po­zwa­la­ły trwa­le i na­praw­dę wy­eg­ze­kwo­wać prze­strze­ga­nia roz­po­rządzeń, war­tych tyle, co atra­ment zu­ży­ty do ich spi­sa­nia.

Żmij­ka prze­kro­czy­ła nad cuch­nącą kupą od­pa­dów, uwa­ża­jąc, by nie za­wa­dzić no­gaw­ką spodni o roz­sz­cze­pio­ną skrzy­nię, któ­rą ktoś zo­sta­wił byle jak i byle gdzie, nie­mal po­środ­ku ulicz­ki. Mlasz­cząc po­de­szwa­mi bu­tów w błoc­ku i klnąc w my­ślach swo­je­go pe­cha, skie­ro­wa­ła się ku scho­dom na pi­ęter­ko.

Wte­dy coś po­ru­szy­ło się w ster­cie łach­ma­nów, ukry­te pod scho­da­mi. Qu­elen od razu si­ęgnęła po kor­de­las, ale szyb­ko uświa­do­mi­ła so­bie, że to tyl­ko że­brak, któ­ry zna­la­zł so­bie schro­nie­nie przed wil­go­cią.

Była nie­mal pew­na, że nie wi­dzia­ła go tu o świ­cie. Kie­ru­jąc się prze­czu­ciem, zbli­ży­ła się do dzia­da.

Że­brak po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, uwal­nia­jąc spod szmat chmu­rę odo­ru, któ­ra wy­ci­ska­ła łzy z oczu. Qu­elen za­trzy­ma­ła się trzy kro­ki od kupy łach­ma­nów, by nie uła­twiać pchłom czy wszom abor­da­żu na no­we­go, zdro­we­go ży­wi­cie­la.

– Daw­no tu za­le­głeś? – za­py­ta­ła, wy­mow­nie opie­ra­jąc dłoń na ręko­je­ści kor­de­la­sa.

Dzia­dy­ga kaszl­nął spod ser­ca, za­jęczał i za­bul­go­tał coś w od­po­wie­dzi, a po­tem smark­nął. Od­po­wie­dzi nie udzie­lił.

– By­łeś tu nocą? – po­wtó­rzy­ła nie­ustępli­wie, usi­łu­jąc nie pa­trzeć na glu­ta, któ­ry za­wi­sł pod bul­wia­stym no­cha­lem że­bra­ka.

Dziad znów za­bul­go­tał, tym ra­zem wy­do­by­wa­jąc z sie­bie zro­zu­mia­łe sło­wa.

– Ja nic nie wiem, nic nie wi­dzia­łem – wy­chry­piał i ota­rł ręka­wem smar­ka. – Tyl­ko ukry­łem się do spa­nia, przed desz­czem.

– Za­tem by­łeś tu nocą? – drąży­ła Żmij­ka, go­to­wa prze­móc obrzy­dze­nie, wła­sno­ręcz­nie wy­ci­ągnąć dzia­da z cuch­nącej kupy łach­ma­nów i za za­wszo­ne ku­dły za­wlec go na prze­słu­cha­nie.

Świ­ęty Teo twier­dził, że prze­moc jest wy­ra­zem bez­rad­no­ści, a praw­dzi­wa siła tkwi w pie­ni­ądzach i wła­ści­wym ich uży­wa­niu. Qu­elen, za­cho­waw­szy cier­pli­wo­ść, si­ęgnęła do trzo­su i dwo­ma pal­ca­mi wy­do­by­ła drob­ną mo­ne­tę.

– Do­sta­niesz trój­nia­ka, jak przy­po­mnisz so­bie coś, co mnie za­in­te­re­su­je – pod­ku­si­ła dzia­da.

Mężczy­zna łyp­nął na nią prze­krwio­ny­mi oczy­ma. W wy­bla­kłych źre­ni­cach bły­snęła kal­ku­la­cja. Znów chrząk­nął i za­bul­go­tał, cały za­trząsnął się pod łach­ma­na­mi, ale na szczęście nie smark­nął.

– Wi­dzia­łem w nocy ko­bie­tę, ze­szła po scho­dach – wy­chry­piał, ły­pi­ąc za­chłan­nie na pie­ni­ążek trzy­ma­ny przez po­se­stor.

– To wszyst­ko? – Żmij­ka uda­ła, że za­mie­rza scho­wać sre­bro do trzo­sa.

– Była z mężczy­zną – do­dał dziad po­śpiesz­nie.

– Wi­dzia­łeś ich twa­rze?

Po­trząsnął gło­wą.

– Było ciem­no, że oko wy­kol, ale sły­sza­łem, jak ga­da­li.

Że­brak za­ci­snął bez­zęb­ne usta.

– Co sły­sza­łeś? – po­na­gli­ła go.

– Mó­wi­li o tru­pie na gó­rze, kur­wa była prze­stra­szo­na, ale mężczy­zna obie­cy­wał, że ją ochro­ni i bez­piecz­nie wy­wie­zie z mia­sta. Po­tem ode­szli. Ucie­kłem i scho­wa­łem się w sąsied­niej ulicz­ce, ale prze­gna­li mnie stam­tąd jak psa. To moje miej­sce, wró­ci­łem tu, jak tyl­ko ode­szli gwar­dzi­ści.

– Czar­na Gwar­dia? – upew­ni­ła się Żmij­ka.

– A ja­kże, oni – po­twier­dził. – Roz­ma­wia­li z obe­rży­stą na scho­dach.

Dziad spoj­rzał Żmij­ce w oczy.

– Przy­si­ęgam, nic wi­ęcej nie wi­dzia­łem.

Uwie­rzy­ła mu. Upu­ści­ła mo­ne­tę na zie­mię, a dziad chwy­cił ją trzęsącą się, po­kry­tą łusz­czy­cą dło­nią.

Ob­ró­ci­ła się, by ode­jść, zo­sta­wia­jąc że­bra­ka w jego ba­rło­gu, lecz za­trzy­mał ją chra­pli­wy głos mężczy­zny.

– Wiel­mo­żna, za srebr­ną mar­kę po­wiem, kto był ten czło­wiek.

– Jaki czło­wiek?

– No ten, któ­ren ga­dał z kur­wą.

Żmij­ka zmru­ży­ła nie­uf­nie oczy.

– Sam mó­wi­łeś, że było ciem­no.

– Wi­dzieć nie wi­dzia­łem, ale głos po­zna­łem. Znam go. Za mar­kę po­wiem, kto zacz.

Qu­elen rzu­ci­ła mu sre­bro, a dzia­dy­ga chwy­cił mo­ne­tę trzęsącą się ręką i ukrył pod łach­ma­nem.

– To Olaf, bok­ser – za­skrze­czał. – Ra­zem wal­czy­li­śmy na are­nie, nim do­sta­łem trzęsiaw­ki. Me­dyk ga­dał, że za dużo razy obe­rwa­łem w gło­wę.

– Gdzie znaj­dę tego Ola­fa i jak go roz­po­znam?

– Nie spo­sób go prze­oczyć. To wiel­ki fa­cet, wi­ęk­szy i ci­ęższy niż ja, gdy by­łem jesz­cze w for­mie – wy­gul­go­tał dzia­dy­ga. – Zwy­kle prze­sia­du­je i cze­ka na ciem­ną ro­bo­tę w knaj­pie Pod Mo­krym Psem, to na Za­wrząciu, za­raz przy ka­na­le…

– Wiem, gdzie to jest – prze­rwa­ła mu Żmij­ka. – A może wiesz, gdzie jest ta dziew­czy­na?

Dzia­dy­ga zer­k­nął smęt­nie na trzos u pasa Qu­elen i po­trząsnął ku­dła­tym łbem.

– Tego nie wiem.

Na tym Żmij­ka sko­ńczy­ła wy­py­ty­wa­nie. Przez mo­ment roz­wa­ża­ła, czy aby nie za­brać dzia­da na po­ste­ru­nek i za­mknąć na kra­tą. Tak na wszel­ki wy­pa­dek, gdy­by łgał co do tego Ola­fa. Po na­my­śle wy­szło jej, że ry­zy­ko zła­pa­nia wesz, pcheł czy plu­skiew jest nie­war­te za­cho­du. Mia­ła prze­czu­cie, że że­brak mówi praw­dę.

Choć nie ozna­cza­ło to wca­le, że dzia­dy­ga po­wie­dział jej całą praw­dę i tyl­ko praw­dę. Praw­da bo­wiem, jak uczy­ło Żmij­kę do­świad­cze­nie, jest jak dol­na część po­ni­żej ple­ców. Ka­żdy ma swo­ją.

***

Mgła cof­nęła się nad Wrzącą, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie woń stęchłej ryby i ko­cie­go mo­czu, mie­szan­kę za­pa­chów wy­ci­ska­jącą łzy z oczu co bar­dziej de­li­kat­nym oso­bom. Qu­elen Żmij­ka nie na­le­ża­ła do tych wra­żliw­ców. Uro­dzi­ła się po tej stro­nie rze­ki i przy­wy­kła do woni, ja­kie zwy­kle uno­si­ły się nad Za­wrząciem. Roz­le­gła dziel­ni­ca, po­ło­żo­na nad brze­giem Wrzącej, była jed­nym wiel­kim sie­dli­skiem bie­dy, cho­rób i prze­stęp­czo­ści we wszyst­kich jej roz­mia­rach i od­cie­niach. Te­re­nem, na któ­rym wła­dza Oj­ców Pro­tek­to­rów nie była by­naj­mniej tak oczy­wi­sta i sku­tecz­na jak gdzie in­dziej w To­ru­nium.

Od bli­sko go­dzi­ny Żmij­ka sta­ła za węgłem u zbie­gu dwóch uli­czek i ob­ser­wo­wa­ła drzwi go­spo­dy wska­za­nej przez że­bra­ka. Trzęsła się z chło­du i wil­go­ci, kasz­la­ła i smar­ka­ła w pal­ce, cze­ka­jąc na sy­gnał agen­tów wy­pa­tru­jących Ola­fa.

Przez ten czas przez próg mor­dow­ni prze­wi­nęło się wie­lu klien­tów, wnio­sku­jąc po wy­glądzie: ban­dzio­rów i łajz. Ża­den z nich jed­nak nie był po­szu­ki­wa­nym bok­se­rem.

Żmij­ka unio­sła wzrok na dwóch mężczyzn, któ­rzy kil­ka­dzie­si­ąt kro­ków od niej han­dlo­wa­li tan­de­tą. Cały to­war, pa­tel­nie, garn­ki, per­kal i wszel­ką inną byle jaką ta­ni­znę, trzy­ma­li na wo­zie za­przężo­nym w cha­be­tę o wy­ły­sia­łej grzy­wie i za­pad­ni­ętych bo­kach. To byli chłop­cy Jo­se­pha Gro­sza – Franz i Bo­gusz, lu­dzie obe­zna­ni, kto kim jest w pó­łświat­ku Za­wrzącia, zna­jący twa­rze i na­wy­ki tu­tej­szych zbi­rów. Trze­ci ob­ser­wa­tor, ja­sno­wło­sy mło­dzik z trądzi­kiem na twa­rzy imie­niem Gu­stav, cze­kał po dru­giej stro­nie ulicz­ki, stru­ga­jąc coś ko­zi­kiem w ka­wa­łku drew­na.

– Z fun­du­sza­mi wy­dzia­łu musi być na­praw­dę źle, sko­ro dają na ak­cję ta­kie­go ko­nia – zwró­ci­ła się do Gro­sza, któ­ry stał opar­ty o ścia­nę obok niej. Na­ka­źny na­wet nie uda­wał, że bie­rze udział w ob­ser­wa­cji, z pod­kur­czo­ną w ko­la­nie nogą wy­sku­by­wał so­bie czub­kiem noża brud spod pa­znok­ci.

– Do­brze nie jest – przy­znał obo­jęt­nie. – Od­kąd wy­wa­li­li nasz pułk z Czar­nej Gwar­dii, je­ste­śmy w nie­ła­sce. – Unió­sł wzrok na Qu­elen. – Nie bierz tego do sie­bie, Żmij­ka, ale oni ni­g­dy nie da­ru­ją nam tego, co się wte­dy sta­ło.

Jo­seph miał ra­cję, Oj­co­wie Pro­tek­to­rzy nie zapo­mnie­li im tam­tej fe­ral­nej nocy, gdy do­szło do zdra­dy i uda­ne­go za­ma­chu na jed­ne­go z nich.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, uda­jąc, że jej to już nie ob­cho­dzi.

W głębi ser­ca obo­je wie­dzie­li, że to kłam­stwo.

Wszyst­kie złe wspo­mnie­nia, żale i bez­rad­ne smut­ki tra­pi­ące Qu­elen pierz­chły z jej gło­wy wraz z po­ja­wie­niem się w drzwiach go­spo­dy ro­słe­go mężczy­zny. Je­den z han­dla­rzy tan­de­tą zdjął z gło­wy czap­kę z dasz­kiem, da­jąc znak Żmij­ce, że roz­po­znał w wiel­ko­lu­dzie Ola­fa.

– Mamy go – rzu­ci­ła do Gro­sza, ale na­ka­źny jak­by kie­ru­jąc się szó­stym zmy­słem, po­rzu­cił czysz­cze­nie pa­znok­ci i sam za­uwa­żył bok­se­ra.

– Na­praw­dę spo­ry skur­czy­byk – stwier­dził z nie­po­ko­jem. – Mo­gli­śmy za­brać wi­ęcej chło­pa­ków.

Qu­elen nie sko­men­to­wa­ła. Sęk w tym, że sama zde­cy­do­wa­ła, że pój­dą po Ola­fa tyl­ko ona, Jo­seph i jego chłop­cy z re­wi­ru. Że­brak twier­dził, że spra­wą za­bój­stwa Lu­bi­ka in­te­re­su­ją się Czar­no­gwar­dzi­ści. Eli­tar­ny kor­pus bez­pie­cze­ństwa we­wnętrz­ne­go Oj­ców Sy­no­du z całą pew­no­ścią za­in­sta­lo­wał szpic­li w pu­łku tro­pi­cie­li wie­dźm. Żmij­ka nie chcia­ła ry­zy­ko­wać, że ktoś do­nie­sie pre­to­ria­nom o Ola­fie i zo­sta­nie ubie­gni­ęta w aresz­to­wa­niu po­szu­ki­wa­ne­go.

Bok­ser splu­nął pod nogi i chwiej­nym kro­kiem skie­ro­wał się ulicz­ką w stro­nę pla­cy­ku z za­da­szo­ną stud­nią, gdzie miej­sco­wa lud­no­ść za­opa­try­wa­ła się w wodę pit­ną. Franz i Bo­gusz ze­sko­czy­li na zie­mię, ru­szy­li za po­szu­ki­wa­nym mężczy­zną. Ich miej­sce przy pa­tel­niach i tan­de­cie za­jął prysz­cza­ty mło­dzik. Żmij­ka i Grosz opu­ści­li punkt ob­ser­wa­cyj­ny z za­mia­rem do­łącze­nia do re­wi­ro­wych.

Olaf nie śpie­szył się. Było wil­got­no i chłod­no, więc fa­cet gar­bił sze­ro­kie ra­mio­na. Qu­elen sta­ra­ła się od­gad­nąć, gdzie i jaką ma przy so­bie broń, jed­na­kże dłu­ga sza­ra pe­le­ry­na, któ­rą no­sił wiel­ko­lud, nie uła­twia­ła jej za­da­nia.

Na pla­cu Stu­dzien­nym pa­no­wał spo­kój, przy ujęciu wody pit­nej kręci­ła się dzie­ciar­nia, dziew­czyn­ki i chłop­cy pa­stwi­ący się nad trzy­no­gą sucz­ką przy­wi­ąza­ną do pa­li­ka. Była wy­chu­dła, za­szczu­ta i prze­ra­żo­na, na­wet nie war­cza­ła, gdy mali opraw­cy ci­ska­li w nią ka­mie­nia­mi. Je­den z wy­rost­ków kop­nął bied­ne stwo­rze­nie, a ono za­pisz­cza­ło i zwa­li­ło się na brzuch.

Olaf mi­nął dzie­ci i za­trzy­mał się przy ujęciu wody. Od­kręcił za­wór i pu­ścił stru­mień, któ­ry opry­skał mu buty. Po­chy­lił się i wsa­dził gło­wę pod kran. Trzy­mał ją tak chwi­lę, po czym otrząsnął się i wy­ta­rł dło­ńmi twarz.

Re­wi­ro­wi byli już bli­sko, je­den z nich si­ęgnął pod płaszcz i wy­ci­ągnął drew­nia­ną pa­łkę. Dru­gi trzy­mał w dło­ni pętlę ze skręco­nej skó­ry. Grosz i Żmij­ka, sa­dząc dłu­gie kro­ki, byli tuż za nimi, go­to­wi wkro­czyć, gdy­by coś szło nie tak.

Olaf wy­ta­rł dło­nią mo­kre wło­sy i smark­nął przez pal­ce pod nogi. Wy­pro­sto­wał po­tężną syl­wet­kę i wte­dy Bo­gusz za­rzu­cił mu lin­kę na szy­ję, a Franz zdzie­lił go pa­łką, ce­lu­jąc w gło­wę.

To zwy­kle wy­star­cza­ło, by zwiot­czyć czło­wie­ka, ale Olaf miał na­wy­ki bok­se­ra, i to do­bre­go. Do­słow­nie w ostat­niej chwi­li po­chy­lił gło­wę i przy­jął twar­de drew­no na ra­mię. Nie­mal w tym sa­mym mo­men­cie chwy­cił dru­gą ręką za pętlę za­ci­ska­jącą się mu na krta­ni.

Franz ude­rzył pa­łką dru­gi raz, tra­fia­jąc bok­se­ra w czo­ło. Drew­no roz­ci­ęło mu skó­rę, Olaf za­chwiał się pod wpły­wem cio­su, ale utrzy­mał się na no­gach.

Bo­gusz ci­ągnął za pętlę, pró­bu­jąc unie­ru­cho­mić wiel­kie­go mężczy­znę, lecz ten oka­zał się wa­lecz­ny i spryt­ny. Nie będąc w sta­nie do­si­ęgnąć re­wi­ro­we­go, ce­lo­wo wpa­dł na nie­go ple­ca­mi i przy­dep­tał mu pra­wą sto­pę.

Franz po­now­nie na­ta­rł na bok­se­ra z unie­sio­ną do cio­su pa­łką, ale Olaf w tej sa­mej se­kun­dzie wy­pro­wa­dził po­tężny lewy sier­po­wy i tra­fił go w szczękę.

Franz wy­pu­ścił pa­łkę i oszo­ło­mio­ny cio­sem zwa­lił się na ko­la­na. Bok­ser wci­ąż blo­ko­wał sto­pę Bo­gu­sza. Re­wi­ro­wy, ni­ższy i lżej­szy od prze­ciw­ni­ka, wci­ąż du­sząc go, spró­bo­wał się uwol­nić, ale Olaf skręcił tu­łów i z ca­łej siły tra­fił go łok­ciem pod że­bra.

Stróż pra­wa stęk­nął i zgi­ął się z bólu. Pętla zwol­ni­ła na mo­ment uścisk. Bok­ser od­zy­skał swo­bo­dę ru­chów, ob­ró­cił się i od­pła­cił Bo­gu­szo­wi dwo­ma pie­kiel­nie moc­ny­mi cio­sa­mi w twarz, któ­re zwa­li­ły go z nóg. Wszyst­ko to trwa­ło kil­ka se­kund, wy­star­cza­jąco dłu­go, by Jo­seph Grosz włączył się do wal­ki.

Ude­rzył w wi­ęk­sze­go od sie­bie bok­se­ra, tra­fia­jąc go ka­ste­tem w twarz. Olaf stęk­nął i po­le­ciał na stud­nię, co uchro­ni­ło go przed upad­kiem i po­zwo­li­ło zy­skać czas na pod­jęcie wal­ki. Jo­seph ude­rzył dru­gi raz i ko­lej­ny, chcąc wy­ko­rzy­stać spo­sob­no­ść i rzu­cić oszo­ło­mio­ne­go bok­se­ra na ko­la­na, ale wiel­ko­lud zdo­łał osło­nić się ra­mio­na­mi. Obaj mężczy­źni, par­ska­jąc śli­ną i krwią, zwar­li się w uści­sku, wa­ląc w sie­bie pi­ęścia­mi, łok­cia­mi i ko­la­na­mi, pró­bu­jąc zy­skać odro­bi­nę prze­wa­gi i do­pro­wa­dzić star­cie do zwy­ci­ęskie­go dla sie­bie ko­ńca.

Ma­jąc opar­cie dla ple­ców w po­sta­ci stud­ni i na­wy­ki za­wo­do­we­go bok­se­ra, Olaf zdo­łał wy­pro­wa­dzić moc­ny cios pod że­bra na­ka­źne­go. Jo­seph sku­lił się i obe­rwał dru­gi raz w tył gło­wy.

Grosz po­mi­mo siły cio­sów ustał w miej­scu, wy­pu­ścił po­wie­trze przez za­ci­śni­ęte zęby i grzmot­nął z czo­ła w pod­bró­dek wiel­ko­lu­da, a po­tem za­sa­dził mu po­tężny cios ka­ste­tem w oko­li­ce ner­ki. W re­wa­nżu ko­la­no Ola­fa tra­fi­ło go w kro­cze.

Obaj mężczy­źni, ku­ląc się z bólu, upa­dli obok sie­bie na bruk. Olaf, char­cząc prze­kle­ństwa, opa­rł się ręką o zie­mię i przy­mie­rzał się, by wstać.

Żmij­ka nie mo­gła mu na to po­zwo­lić. W bie­gu zła­pa­ła le­żącą pod no­ga­mi pa­łkę i z ca­łej siły grzmot­nęła nią w tył gło­wy wiel­ko­lu­da. Fa­cet stęk­nął, ale nie zwiot­czał. Qu­elen zdzie­li­ła go dru­gi raz i do­pie­ro wte­dy Olaf padł na bruk. Wo­kół jego twa­rzy za­częła zbie­rać się krew.

Żmij­ka wy­stra­szo­na, że tra­ci po­szu­ki­wa­ne­go, przy­ło­ży­ła dwa pal­ce do tęt­ni­cy Ola­fa. Wy­czu­ła puls.

Po­pa­trzy­ła z ulgą na Jo­se­pha, któ­ry wła­śnie gra­mo­lił się na nogi. Z roz­bi­te­go nosa Gro­sza ście­ka­ła stru­żka krwi, pla­mi­ąc twarz, ubra­nie i buty na­ka­źne­go.

– Niech to ja­sna kur­wa – za­chry­piał. – Czu­łem, że będzie z nim trud­no.

Żmij­ka nie sko­men­to­wa­ła, prze­nio­sła wzrok na re­wi­ro­wych, któ­rzy plu­jąc krwią i trzy­ma­jąc się za nad­wy­rężo­ne gna­ty, sta­ra­li się utrzy­mać na no­gach.

– Zwi­ążcie go – po­na­gli­ła mężczyzn, a po­tem wsa­dzi­ła dwa pal­ce w usta i za­gwiz­da­ła na wóz.

Gu­stav zdążył już spraw­nie wy­kręcić za­przęgiem przed go­spo­dą, gdzie ze­bra­ło się nie­co ga­piów, dzi­wek i mężczyzn z szem­ra­ne­go to­wa­rzy­stwa. Żmij­ka oba­wia­ła się, że mogą to być kam­ra­ci Ola­fa, i wo­la­ła jak naj­szyb­ciej ulot­nić się z tego podłe­go kwar­ta­łu. Na wszel­ki wy­pa­dek wy­ci­ągnęła spod blu­zy za­wie­szo­ną na rze­mie­niu pie­częć po­se­stor tro­pi­cie­li wie­dźm, choć nie mia­ła pew­no­ści, czy po­wstrzy­ma to miej­sco­wych opry­chów.

Na szczęście dla stró­żów pra­wa lu­dzie będący świad­ka­mi za­jścia nie za­re­ago­wa­li w ża­den spo­sób, gdy wóz z prysz­cza­tym wo­źni­cą nad­je­chał z gło­śnym tur­ko­tem kół.

Grosz ota­rł krew z ust.

– A co z nim? – Wska­zał na Ola­fa, któ­re­go chłop­cy za­ci­ągnęli na wóz. – Bie­rze­my go do For­tu?

Qu­elen po­trząsnęła gło­wą.

– Nie, chcę wpierw sama go prze­słu­chać. Masz tu ja­kąś metę, dys­kret­ną, tak aby lu­dziom nie prze­szka­dza­ły krzy­ki?

Jo­seph splu­nął za­bar­wio­no na czer­wo­no śli­ną.

– Je­ste­śmy na Za­wrząciu, tu nikt nie wy­ty­ka nosa w nie swo­je spra­wy. A co do mety, chy­ba mam coś, co ci będzie pa­so­wa­ło.

Grosz wdra­pał się na wóz i usia­dł przy re­wi­ro­wych, ma­jąc bok­se­ra pod no­ga­mi. Qu­elen opa­rła sto­pę o koło, by wspi­ąć się na ła­wecz­kę wo­źni­cy, ale wte­dy spoj­rza­ła w stro­nę dzie­ciar­ni i przy­wi­ąza­nej do pa­li­ka sucz­ki. Przy­szło­ść na­ro­du gro­mad­nie ga­pi­ła się na bój­kę, ani my­śląc ucie­kać. Osta­tecz­nie mor­do­bi­cie to też ja­kaś roz­ryw­ka na osie­dlu, ta­ńsza niż te­atr i mniej wy­ma­ga­jąca niż czy­ta­nie ksi­ążek.

– Daj­cie mi chwil­kę – rzu­ci­ła ochry­płym gło­sem.

Szyb­kim kro­kiem zbli­ży­ła się do dzie­ci.

– Czyj to pies? – za­py­ta­ła gło­sem sy­re­ny wa­bi­ącej naiw­nych ma­ry­na­rzy.

– Ni­czyj – od­pa­rł mło­dzik, wy­so­ki i chu­dy. To on sko­pał chwi­lę wcze­śniej sucz­kę.

– Cze­mu ją męczy­cie?

Mło­dzik wzru­szył ra­mio­na­mi.

– A cze­mu by nie, jest bez­pa­ńska – od­pa­rł. – Oj­ciec mó­wią, że by­dlęta nic nie czu­ją.

Qu­elen zmru­ży­ła oczy i coś w jej twa­rzy spra­wi­ło, że chło­pak zbla­dł. Ob­ró­cił się, by czmych­nąć, lecz nie był dość szyb­ki, nie dla nogi Żmij­ki. Za­sa­dzi­ła mu kopa z czu­ba w chu­de dup­sko, aż wy­ro­stek po­le­ciał na dwa kro­ki i padł na twarz.

– Za co?! – wrza­snął gów­niarz z pła­czem.

– Za jaj­co – wark­nęła Żmij­ka, le­d­wie ha­mu­jąc się przed za­sa­dze­niem mu dru­gie­go fle­ka. – Jesz­cze raz zo­ba­czę, jak dręczy­cie zwie­rzęta, obie­cu­ję, że wró­ci­cie do do­mów z po­ła­ma­ny­mi ku­la­sa­mi.

– Nie ma co, Żmij­ka, masz rękę, prze­pra­szam, nogę do dzie­ci – ode­zwał się Grosz, gdy ostat­ni z cze­re­dy ba­cho­rów znik­nął w ob­skur­nej bra­mie sąsied­nie­go bu­dyn­ku.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Pew­nie dla­te­go nie mam wła­snych – mruk­nęła.

Ukuc­nęła przy sucz­ce i wy­ci­ągnęła ostro­żnie dłoń, by ją po­gła­skać. Zwie­rzę pi­snęło i sku­li­ło się trwo­żli­wie, jak­by ocze­ku­jąc ko­lej­ne­go cio­su. Qu­elen od­wi­ąza­ła sznu­rek od pa­li­ka i wzi­ęła psa na ręce. Za­nio­sła do wozu.

– Bez­dusz­ne małe skur­wy­sy­ny – szep­nęła, kła­dąc stwo­rze­nie na podło­dze.

– Co chcesz, Żmij­ka, dzie­ci są od­bi­ciem do­ro­słych – po­wie­dział Jo­seph. – To nie ich wina, że żyją w tym chle­wie, ob­ser­wu­jąc wi­ęk­szych od sie­bie. – Wska­zał na sucz­kę. – Co z nią zro­bisz?

Oba­wia­ła się tego py­ta­nia. Od lat nie mia­ła ni­ko­go bli­sko sie­bie.

– We­zmę do domu, na ra­zie – za­strze­gła szyb­ko. – A po­tem się zo­ba­czy.

Na twarz Qu­elen spa­dło kil­ka kro­pel desz­czu. Spoj­rza­ła w za­chmu­rzo­ne nie­bo.

– Zbie­raj­my się stąd – mruk­nęła. – Mamy spo­ro do zro­bie­nia.

***

Zgrzyt i szur­got ła­ńcu­cha zla­ły się z krzy­kiem, gdy Jo­seph Grosz wy­mie­rzył ko­lej­ny po­tężny cios w mo­stek prze­słu­chi­wa­ne­go mężczy­zny. Olaf pod­wie­szo­ny pod su­fi­tem ni­czym wo­rek tre­nin­go­wy za­ko­ły­sał się, nie do­ty­ka­jąc bo­sy­mi sto­pa­mi podło­gi, za­krztu­sił się bó­lem, par­sk­nął po­wie­trzem i krwią.

Jo­seph po­trząsnął obo­la­łą ręką i spoj­rzał wy­cze­ku­jąco na Żmij­kę, któ­ra przy­gląda­ła się prze­słu­cha­niu, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o ścia­nę i my­śląc o tym, co zje na ko­la­cję.

Unio­sła wzrok i po­pa­trzy­ła na na­gie­go, dyn­da­jące­go na ła­ńcu­chu mężczy­znę.

– Gdzie jest dziew­czy­na? – po­wtó­rzy­ła upar­cie. – Po­wiedz mi, gdzie ją ukry­łeś, a prze­sta­nie­my cię tłuc, nie je­ste­śmy okrut­ni­ka­mi.

Bok­ser po­trząsnął gło­wą i spoj­rzał na Żmij­kę. Nie wy­glądał za do­brze, mu­sia­ła przy­znać uczci­wie, jed­no oko miał na­puch­ni­ęte i sine, nos chy­ba zo­stał zła­ma­ny, a z roz­bi­tych na mia­zgę ust wy­cie­ka­ły stru­żki śli­ny i krew.

Qu­elen zer­k­nęła na Jo­se­pha. Nie wy­da­wał się za­do­wo­lo­ny z tego, co robi. Nie czer­pał przy­jem­no­ści z za­da­wa­nia bólu in­nym i w prze­ci­wie­ństwie do wie­lu opraw­ców słu­żących Oj­com Pro­tek­to­rom nie lu­bił sto­so­wać prze­mo­cy, je­śli nie było to ab­so­lut­nie ko­niecz­ne. W tej spra­wie, jak w wie­lu in­nych, obo­je mie­li wspól­ne po­glądy i na­wy­ki. Nie­ste­ty Olaf oka­zał się od­por­ny na ra­cjo­nal­ne ar­gu­men­ty, za­stra­sza­nie i szan­taż. Wo­lał mil­czeć niż za­osz­czędzić so­bie cier­pie­nia.

Wiel­ka szko­da, nie­po­trzeb­na stra­ta cza­su i sił, po­my­śla­ła smęt­nie, opusz­cza­jąc wzrok na ge­ni­ta­lia Ola­fa, ciem­ne i do­rod­ne, od­po­wia­da­jące po­stu­rze wiel­kie­go mężczy­zny.

– Prze­cież wiesz, że w ko­ńcu wy­tłu­cze­my z cie­bie praw­dę – ode­zwał się Grosz. – Oszczędź so­bie bólu.

Olaf znów po­trząsnął gło­wą.

– Nic wam nie po­wiem – wy­char­czał. – Za­bi­ją mnie.

– Kto cię za­bi­je? – za­py­ta­ła Żmij­ka, chwy­ta­jąc się tych kil­ku słów, pierw­szych, ja­kie wy­po­wie­dział prze­słu­chi­wa­ny mężczy­zna. – Kogo tak bar­dzo się oba­wiasz, by zno­sić to wszyst­ko?

Bok­ser za­ci­snął zęby. Chy­ba ża­ło­wał, że się ode­zwał.

– Czar­no­gwar­dzi­ści? – strze­li­ła.

Gry­mas za­sko­cze­nia i lęku, któ­ry na mo­ment za­go­ścił na obi­tej twa­rzy Ola­fa, dał jej pew­no­ść, że tra­fi­ła w dzie­si­ąt­kę.

– Co ma wspól­ne­go śmie­rć Lu­bi­ka z Za­przy­si­ężo­ny­mi Bra­ćmi? – Przy­su­nęła się bli­żej Ola­fa, nie zwa­ża­jąc na ka­łu­że mo­czu pod no­ga­mi za­wie­szo­ne­go na ła­ńcu­chu mężczy­zny. – Ochro­ni­my cię, je­śli zło­żysz ze­zna­nia.

Olaf par­sk­nął, opry­sku­jąc twarz Żmij­ki dro­bin­ka­mi za­bar­wio­nej na ró­żo­wo śli­ny.

– Ochro­ni­cie? – za­skrze­czał z kpi­ną. – Je­śli wej­dzie­cie im w dro­gę, sami sko­ńczy­cie jako tru­py w rze­ce. – Wle­pił w Qu­elen spoj­rze­nie zdro­we­go oka. – Nic wam nie po­wiem, co­kol­wiek mi zro­bi­cie, oni będą o wie­le gor­si.

Żmij­ka ota­rła twarz i cof­nęła się pod ścia­nę, gdzie na ła­wie le­ża­ły szczyp­ce, ob­cęgi i pil­ni­ki. Tra­dy­cyj­ne na­rzędzia sto­so­wa­ne w trak­cie prze­słu­chań.

Wy­bra­ła ob­cęgi i po­now­nie spoj­rza­ła na ge­ni­ta­lia Ola­fa. Do­rod­ne i kszta­łt­ne, mo­gące uszczęśli­wić nie­jed­ną ko­bie­tę.

Do­praw­dy szko­da, po­my­śla­ła Żmij­ka.

Wręczy­ła ob­cęgi na­ka­źne­mu.

Jo­seph wes­tchnął ci­ężko. W ta­kich chwi­lach za­sta­na­wiał się, cze­mu nie zo­stał kimś nor­mal­nym, daj­my na to pie­ka­rzem, cie­ślą albo de­ka­rzem, kimś po­trzeb­nym spo­łe­cze­ństwu, kimś, kogo lu­dzie sza­nu­ją i lu­bią. Nie­ste­ty prze­szło­ści nie da się cof­nąć, cho­ćby czło­wiek bar­dzo tego pra­gnął. Raz do­ko­na­ny wy­bór po­ci­ąga za sobą ko­lej­ne, do­bre i złe, wy­zna­cza­jąc ście­żkę ludz­kie­go ży­wo­ta.

Grosz skrzy­wił się i z nie­chęcią ode­brał na­rzędzie. Ob­cęgi były ci­ężkie, lecz po­ręcz­ne, bu­dzi­ły gro­zę.

Ide­al­nie nada­wa­ły się do roz­łu­py­wa­nia orze­chów. Choć jak się już do­my­śla­cie, nie o orze­chy tu cho­dzi­ło. ■Rozdział III

Quelen sta­ła przed biur­kiem w ga­bi­ne­cie Ojca Va­riu­sa i wpa­try­wa­ła się w ocie­ka­jące desz­czem szy­by. Na­strój Żmij­ki, trze­ba wam wie­dzieć, był rów­nie podły jak aura na ze­wnątrz. Od prze­słu­cha­nia Ola­fa bo­lał ją żo­łądek i nie­mal nie zmru­ży­ła oka nocą, bra­ko­wa­ło jej też ape­ty­tu. Mo­gły to być wy­rzu­ty su­mie­nia, jak i po­cząt­ki gry­py. Co gor­sza, czu­ła, że za­raz do­sta­nie krwa­wie­nia, a jak na zło­ść nie wło­ży­ła w majt­ki żad­ne­go za­bez­pie­cze­nia.

Z lękli­wych roz­my­ślań wy­do­był ją sze­lest kar­tek, gdy jego wiel­mo­żno­ść za­mknął tecz­kę za­wie­ra­jącą ra­port spo­rządzo­ny przez po­se­stor z prze­słu­cha­nia Ola­fa.

Kie­dy spoj­rze­li so­bie w oczy, ci­szę prze­ry­wał tyl­ko stu­kot kro­pel roz­pry­sku­jących się na oło­wia­nym pa­ra­pe­cie i dys­kret­ne ty­ka­nie me­cha­nicz­ne­go ze­ga­ra.

Oj­ciec Va­rius przy­gry­zł gór­ną war­gę.

– Ten bok­ser twier­dzi, że nie zna na­zwi­ska czło­wie­ka, któ­ry zle­cił mu za­mor­do­wa­nie Lu­bi­ka. Sądzisz, że mówi praw­dę?

– Za­sto­so­wa­łam od­po­wied­nie środ­ki, więc ra­czej tak. Olaf kon­tak­to­wał się z mo­co­daw­cą za po­śred­nic­twem pó­łbra­ta imie­niem Vi­tus.

– Hmm… – Jego wiel­mo­żno­ść po­ta­rł czo­ło i spoj­rzał na le­żącą przed nim tecz­kę z ra­por­tem. – Je­śli to, co ze­znał, jest praw­dą, wpa­dli­śmy na trop spi­sku, wy­mie­rzo­ne­go w sa­me­go Ojca Pro­tek­to­ra. To może być szan­sa dla tro­pi­cie­li wie­dźm i cie­bie oso­bi­ście, Żmij­ka – ode­zwał się. – Oka­zja, aby znów wró­cić do gry, od­zy­skać na­le­żną tro­pi­cie­lom chwa­łę, za­ufa­nie i po­zy­cję.

Qu­elen mil­cza­ła, przy­pusz­cza­jąc, że Oj­ciec Va­rius jesz­cze nie sko­ńczył.

– Daję ci tę spra­wę, Żmij­ka. – Głos miał sta­now­czy i roz­strzy­ga­jący. – Do­trzyj do lu­dzi, o któ­rych wspo­mniał bok­ser, śle­dź ich po­czy­na­nia i je­śli uda ci się zdo­być do­wo­dy ich winy, przyj­dź z tym do mnie.

Qu­elen za­schło w gar­dle. To, cze­go ocze­ki­wał od niej mężczy­zna po dru­giej stro­nie biur­ka, za­kra­wa­ło na sza­le­ństwo, a na­wet go­rzej, sa­mo­bój­stwo. Wzi­ęła głębo­ki od­dech.

– Je­śli otwo­rzy­my ofi­cjal­ne śledz­two, gro­zi nam prze­ciek – za­częła ostro­żnie, świa­do­ma, że wkra­cza na kru­chy lód. – Oba­wiam się, że nasz pułk jest zin­fil­tro­wa­ny przez wie­cie kogo. Wie­lu na­szym lu­dziom, szcze­gól­nie tym z no­we­go na­bo­ru, nie mo­żna ufać.

Oj­ciec Va­rius ze­sztyw­niał i po­wo­li wy­pro­sto­wał się w krze­śle.

– Dla­te­go zro­bisz to po ci­chu, Żmij­ka – po­wie­dział. – Po ci­chu i dys­kret­nie.

– Co z Ola­fem? – za­py­ta­ła. – Je­śli ofi­cjal­nie za­mknie­my śledz­two, po­wi­nien sta­nąć przed sądem.

Jego wiel­mo­żno­ść zmarsz­czył brwi. Opu­ścił dłoń i…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: