Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Sztuka mówienia. Spraw, żeby cię słuchano. Sekrety speechwritera Białego Domu - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 maja 2026
3904 pkt
punktów Virtualo

Sztuka mówienia. Spraw, żeby cię słuchano. Sekrety speechwritera Białego Domu - ebook

Niech cię usłyszą!

Jak mówić, by zmienić świat

Codziennie zabierasz głos. Prezentacja w pracy, rozmowa z szefem czy gorąca dyskusja przy wigilijnym stole – nie uciekniesz przed mówieniem. Jak więc sprawić, by to, co chcesz powiedzieć, zostało usłyszane? Jak rozmawiać, by zjednywać sobie ludzi? Jak przedstawiać swoje poglądy i przekonywać do nich innych?

Terry Szuplat, wieloletni twórca przemówień Baracka Obamy, zdradza sekrety ekspertów z Białego Domu. Na podstawie swojego wyjątkowego doświadczenia – i wskazówek od samego prezydenta USA – przedstawia praktyczne porady, których nie znajdziesz nigdzie indziej. Przekonasz się, że każdy może mówić jak najpotężniejsi tego świata – i że wcale nie jest to trudne.

Twój głos jest wyjątkowy i ma znaczenie. Dowiedz się, jak go odnaleźć i wykorzystać, by zmienić swoje życie i świat dokoła. Bo słowa mają moc – trzeba tylko wiedzieć, jak ich użyć.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-553-5
Rozmiar pliku: 905 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Jak mówimy

Drżałem.

Zbliżała się moja kolej i czułem, jak serce zaczyna mi walić. Wierciłem się na krześle, gorączkowo szukając drogi ucieczki.

Nie muszę tego robić.

Po prostu się uśmiechnę i uprzejmie odmówię. „Nie, dziękuję. Nie dziś. Może innym razem”.

Katastrofa zażegnana.

Godność ocalona.

Ale było już za późno.

– A teraz – rozległ się głos – przywitajcie brawami Terry’ego!

Wszystkie oczy na sali zwrócone były na mnie. Zacząłem mówić do mikrofonu. Zorientowałem się, że głos mi drży, a gdy przyszło mi do głowy, że publiczność też to słyszy, mój głos rozwibrował się jeszcze mocniej. Starałem się trzymać nieruchomo tekst przemówienia, ale ręce mi dygotały. Pomyślałem, że ludzie widzą moje roztrzęsione dłonie, a one rozdygotały się jeszcze bardziej.

Przez chwilę czułem się tak, jakbym opuścił swoje ciało – unosiłem się nad sobą i obserwowałem, jak się jąkam i zacinam. Moje usta się poruszały, ale jedynym dźwiękiem, jaki słyszałem, był „głos zwątpienia” w mojej głowie:

Widzą, że się stresujesz.

Schrzanisz to i zrobisz z siebie pośmiewisko.

Błagam, niech to się już skończy.

Wziąwszy pod uwagę poziom mojego stresu, można by pomyś­leć, że wygłaszałem ważne przemówienie przed wielką publicznością. Nic bardziej mylnego. Byłem w barze karaoke ze znajomymi z pracy, innymi członkami personelu Białego Domu, gdzie pracowałem jako autor przemówień prezydenta Baracka Obamy. Byliśmy w delegacji służbowej w Jokohamie w Japonii i po tygodniu wyczerpujących podróży międzynarodowych wyszliśmy wieczorem do miasta, żeby się trochę rozluźnić. Znałem swoją publiczność. Składała się w całości z moich znajomych. Nie musiałem nawet wstawać, żeby wygłosić swoje przemówienie.

Tak naprawdę nie wygłaszałem nawet przemówienia (ani nie śpiewałem karaoke). Przedstawiałem po prostu napisany przez siebie humorystyczny tekst o Obamie i przywódcach innych krajów, którzy próbują wyciągnąć światową gospodarkę z rowu niczym pogruchotany samochód. Była to niewinna parodia opowieści, którą Obama uwielbiał przywoływać podczas swojej kampanii prezydenckiej. Innymi słowy, nic wielkiego. Nie miało znaczenia, czy pójdzie mi świetnie, czy fatalnie, odczuwany stres tym bardziej pogłębiał więc moją frustrację.

Co się ze mną działo?

W głębi duszy znałem odpowiedź na to pytanie. Choć przez nie­mal całe swoje dorosłe życie zajmowałem się zawodowo pi­saniem przemówień, sam czułem się niepewnie, gdy przychodziło mi publicznie zabrać głos. Byłem autorem przemówień, który nie potrafił odnaleźć się w roli mówcy.

Nie chodzi o to, że zupełnie unikałem wystąpień publicznych. Zazwyczaj nie miałem problemu z przemawianiem do małej grupy czy wygłoszeniem mowy pogrzebowej. Czasem wychodziło mi to całkiem nieźle. Ale najczęściej myśl, że miałbym zabrać głos przed publicznością, przyprawiała mnie o paraliżujący stres. Przez większość swojego życia trzymałem się więc roli, w której czułem się bezpiecznie – stałem za kulisami i pisałem przemówienia dla innych.

Zapłaciłem jednak za to pewną cenę.

Przez tak wiele lat pomagałem prezydentowi Obamie i innym przywódcom mówić ich głosem, że w końcu straciłem własny. Uczyłem mówców, jak mają opowiadać swoje historie, ale wizja podzielenia się moją własną przyprawiała mnie o mdłości. Potrafiłem napisać mowę dla Obamy, którego nawet krytycy uznają za jednego z najlepszych mówców na świecie, lecz nie byłem w stanie sprostać zwykłej dykteryjce.

Ostatecznie tamtego wieczoru jakoś sobie poradziłem, choć pamiętam to jak przez mgłę. Współpracownicy śmiali się i bili brawo. Ale wracając do hotelu pustymi ulicami obcego miasta, daleko od domu, czułem się bezsilny.

Mogłem jedynie mieć nadzieję, że mój lęk przed wystąpieniami publicznymi z czasem osłabnie. Nie osłabł.

Kiedy prezydentura Obamy dobiegła końca, opuściłem Biały Dom i postanowiłem częściej występować publicznie – udzielałem wywiadów i przemawiałem przed małymi grupami studentów. Czasem dobrze mi szło. Czasem – nie do końca.

Pewnego razu w trakcie wywiadu w programie telewizyjnym na żywo zesztywniałem, zacząłem się jąkać, aż w końcu całkiem zamilkłem. Zamarłem. Prowadzący zlitował się nade mną i zakończył rozmowę, a ja, płonąc ze wstydu, w pośpiechu opuściłem studio.

Innym razem, podczas telekonferencji z grupą młodych działaczy zajmujących się polityką zagraniczną, w środku prezentacji zaschło mi w ustach i dostałem gwałtownego napadu kaszlu. Prowadzący spotkanie wyciszył mój mikrofon, a ja w popłochu złapałem szklankę wody i próbowałem dojść do siebie.

Podczas kameralnej kolacji ze znajomymi z pracy każdy po kolei wznosił toast i wreszcie wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Ale nie potrafiłem zdobyć się na odwagę. Siedziałem ze spuszczonym wzrokiem, gapiąc się w talerz. Po kilku sekundach niezręcznej ciszy wrócono do rozmowy, a ja przez resztę wieczoru odtwarzałem w myślach moją towarzyską wpadkę.

Wyglądało na to, że po prostu nie jestem stworzony do wygłaszania przemówień publicznych. Ani żadnych innych.

Czas mijał, a ja starałem się, jak mogłem, unikać publicznego zabierania głosu. Kiedy zapraszano mnie gdzieś, żebym opowiedział o pracy w Białym Domu, zawsze znajdowałem dobrą wymówkę. Na przyjęciach siedziałem w milczeniu i przyglądałem się, jak inni wznoszą toasty, które porywają gości. Czułem się bezpieczniej, kiedy nie musiałem przemawiać.

Aż pewnego dnia odebrałem niespodziewany telefon, który sprawił, że musiałem stanąć twarzą w twarz z własnym lękiem.

„Halo, mówi Antti Mustakallio”, oznajmił z mocnym skandynawskim akcentem głos po drugiej stronie słuchawki. Rozmówca przedstawił się jako jeden z nielicznych autorów przemówień w Finlandii. „Podobno często wygłasza pan przemówienia na temat wygłaszania przemówień?”

„Ach tak, oczywiście”, odparłem, markując pewność siebie najlepiej, jak umiałem. „Uwielbiam to robić”.

Antti zaprosił mnie na konferencję zaplanowaną jeszcze w tym samym roku w jego rodzinnym mieście Hämeenlinna. Raptem kilkaset kilometrów od północnego koła podbiegunowego. W listopadzie.

„Chciałbym, żeby wygłosił pan przemówienie wprowadzające na temat wygłaszania przemówień. Na scenie. Przed trzystu­osobową publicznością”.

Miałem ochotę się rozłączyć. Antti mówił dalej, ale już go nie słuchałem. Przed oczami przebiegały mi obrazy dawnych porażek.

„Zastanowię się”, odpowiedziałem, choć nie miałem najmniejszego zamiaru się nad tym zastanawiać.

Po kilku dniach zacząłem jednak o tym myśleć. Byłem przed pięćdziesiątką. Pojawiła się przede mną wyjątkowa szansa. Stracę ją, jeśli pozwolę, aby rządziły mną lęki. Ile jeszcze takich okazji przegapię, żeby później gorzko tego żałować? Czy już do końca życia będę unikać wystąpień publicznych? I właściwie co tak strasznego może się wydarzyć? Jeśli poniosę fiasko, nikt w kraju się nie dowie. To będzie w Finlandii. W listopadzie.

Może jednak dam sobie radę. Może tym razem będzie inaczej. Może przypomnę sobie wszystko, czego nauczyłem się jako autor przemówień – między innymi prezydenta Obamy – i wykorzystam tę wiedzę, żeby napisać przemówienie dla siebie.

Materiału do nauki na szczęście mi nie brakowało.

Tak się szczęśliwie złożyło, że pisałem przemówienia dla Baracka Obamy przez cały okres jego ośmioletniej prezydentury. Było to najbardziej ekscytujące i inspirujące – a momentami także szalenie wyczerpujące i przerażające – doświadczenie w moim życiu zawodowym. Towarzyszyłem mu w podróżach do ponad czterdziestu krajów i każdego dnia uczyłem się od niego, obserwując, jak nawiązuje kontakt z odbiorcami na całym świecie.

Kiedy lecieliśmy z prezydentem do Kenii helikopterem Marine One, spojrzałem w dół i zobaczyłem wypełniające ulice Nairobi tłumy rozentuzjazmowane powrotem Obamy do ojczyzny jego ojca. Niektórzy trzymali w rękach własnoręcznie wykonane transparenty z napisem „Witaj w domu!”.

W Wietnamie tysiące ludzi wyszło na ulice Ho Chi Minh, żeby zobaczyć prezydencką kolumnę samochodów. Część gapiów, prawdopodobnie przekonana, że dostrzegła Obamę, przedarła się przez kordon policji i goniła nas aż do hotelu.

W Tanzanii tłum napierał na nasz autobus z taką siłą, że odłączyliśmy się od kolumny i uderzyliśmy w słup telefoniczny. Szyba pękła, a odłamki szkła posypały się na kolana przerażonych członków personelu.

Takie momenty bywały stresujące, ale i szalenie pouczające. Za sprawą mocy swoich słów i historii swojego życia Obama dotykał czegoś uniwersalnego – ideałów, wartości i aspiracji, które wykraczały poza podziały rasowe, religijne, państwowe i kulturowe. Sposób, w jaki prezydent nawiązywał kontakt ze swoimi odbiorcami – także tymi, którzy nie zgadzali się z jego poglądami – może być dla nas wszystkich wartościową lekcją.

Gdy zacząłem pisać tę książkę, autor przemówień, z którym pracowałem w Białym Domu, zażartował: „Jak to? Zamierzasz zdradzić wszystkie nasze sekrety?!”.

Owszem.

Bo i dlaczego by nie?

Rzeczywiście, autorzy przemówień powinni być niczym duchy – mamy ich słyszeć, ale nie widzieć. Przez ponad dwadzieścia pięć lat sam byłem takim duchem: schowanym za kulisami, niewidocznym, w samotności wykuwającym słowa, które następnie prezydenci, członkowie Kongresu, dyrektorzy, aktywiści czy artyści wygłaszają publicznie. Ale dlaczego tylko oni mieliby korzystać z tych umiejętności? Sztuka przemawiania jest czymś, czego potrzeba nam wszystkim – szczególnie w dzisiejszych czasach.

Minęło dwadzieścia lat, odkąd któryś z autorów przemówień prezydenckich wydał książkę z poradami na temat sztuki wystąpień publicznych. Od tamtego czasu świat się zmienił. Młode pokolenie – różnorodne, niecierpliwe, pełne nadziei – zabiera głos i domaga się, by go wysłuchano. Zaczynamy wreszcie otwar­cie rozmawiać o problemach systemowych, które tak długo zamiatano pod dywan. Polityk, szef firmy, dyrektorka szkoły – dziś od każdego wymaga się zabierania głosu na temat wydarzeń na świecie, rasy, religii i praw jednostki.

Jednocześnie zażarte debaty polityczne i społeczne przekształciły język w pole bitwy, w której bronią stają się słowa. Niektórzy nie zdają sobie sprawy, że używany niegdyś język – szczególnie dotyczący kwestii rasowych – może krzywdzić społeczności, które w przeszłości doświadczały marginalizacji. Inni z kolei nie wahają się zawstydzać lub potępiać członków rodziny, przyjaciół czy współpracowników, którzy nie nadążają za błyskawicznie zachodzącymi zmianami w słownictwie dotyczącym tożsamości, płci i seksualności.

Według mnie większość z nas czuje, że znaleźliśmy się w pułapce pomiędzy dwiema liniami frontu, uwięzieni na retorycznej „ziemi niczyjej”. Nie chcemy sięgać po pozbawione wrażliwości słownictwo pochodzące z brutalnej przeszłości, ale nie wiemy, jak bezpiecznie poruszać się po nieznanym terenie, żeby nie nadepnąć na językową minę, której wybuch zniszczy naszą relację, karierę czy reputację.

Wydaje się, że straciliśmy zdolność komunikacji.

Bardzo wielu przywódców bardziej skupia się na zdobywaniu kolejnych punktów w prowadzonych z przeciwnikami potyczkach słownych niż na podjęciu dialogu, który jest niezbędnym elementem sprawnie funkcjonującej demokracji. Mówcom często bardziej zależy na tym, żeby zagłuszyć rozmówców o odmiennych poglądach, niż żeby użyć perswazji, dzięki której można by przekonać do sprawy więcej osób. Nasze media i wspólnoty zalewa fala dezinformacji i okrucieństwa – jadu, który podkopuje wzajemne zaufanie, zrozumienie i poczucie wspólnego celu, niezbędne do wspólnego życia i wspólnej pracy.

Sposób, w jaki mówimy, musi się zmienić.

Niepokoi mnie, że właśnie dziś, kiedy opanowanie sztuki publicznego przemawiania jest nam najbardziej potrzebne, tak często jawi się ona jako coś skomplikowanego i onieśmielającego. Bardzo wiele książek o retoryce ignoruje głosy kobiet, osób niebiałych i należących do grup marginalizowanych. Niektóre poradniki na temat wystąpień publicznych przyprawiają o zawrót głowy nagromadzeniem hermetycznego słownictwa ze staro­żytnej greki i łaciny. Zapewniam jednak, że aby być doskonałym mówcą, nie trzeba wiedzieć, czym jest chiazm. Obama nie powiedział nam nigdy: „To niezłe przemówienie, ale brakuje w nim chiazmów”¹.

Tymczasem technologia nieustannie przekształca sposób, w jaki się porozumiewamy. Po raz pierwszy w historii każdy z nas ma w ręku megafon – smartfon, media społecznościowe, Zoom – przez który może komunikować się ze światem tu i teraz, ze wszystkimi – zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi – tego konsekwencjami. Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji chatboty rewolucjonizują sposób, w jaki się uczymy, tworzymy i komunikujemy, co niesie ze sobą niezliczone korzyści, ale i zagrożenia. Niniejsza książka jest być może pierwszą pozycją omawiającą sztukę przemawiania opublikowaną w epoce AI, dlatego też podzielę się w niej refleksjami nad wykorzystaniem tej technologii w doskonaleniu własnego głosu bez uszczerbku dla ludzkiego wymiaru komunikacji, który leży u podstaw każdego wartościowego aktu komunikacji.

Krótko mówiąc, sztuka publicznego przemawiania wymaga aktualizacji. Potrzebujemy nowego przewodnika, dostosowanego do naszego różnorodnego, podlegającego nieustannym zmianom świata; przewodnika, który wyposaży nas w praktyczne narzędzia niezbędne do prowadzenia prezentacji, wystąpień, przemówień i wznoszenia toastów.

Mam nadzieję, że ta książka będzie dla ciebie takim właśnie przewodnikiem.

Jednak nim przejdziemy do szczegółów, muszę się do czegoś przyznać: zanim zająłem się zawodowo pisaniem przemówień, nie przeczytałem ani jednej książki o wystąpieniach publicznych, nie ukończyłem też żadnego kursu retoryki. Wszystkiego, czym będę dzielił się z tobą w kolejnych rozdziałach, nauczyłem się przez doświadczenie. Kiedy znajdowałem się na początku drogi, potrzebowałem takiej książki jak ta.

Zabiorę cię za kulisy Białego Domu – do Gabinetu Owalnego i na pokład Air Force One – i zdradzę, jak sam Obama podchodził do wystąpień publicznych, zarówno jako kandydat w wyborach prezydenckich, jak i urzędujący prezydent. Opowiem ci – jego słowami – jak został mówcą, który zdobył serca odbiorców na całym świecie niezapomnianym przemówieniem na konwencji Partii Demokratycznej w Bostonie w 2004 roku. „Nikt z nas nie komunikuje się z ludźmi w sposób wolny od niedoskonałości”, powiedział mi kiedyś, wspominając drogę, którą przeszedł jako mówca. „Ja też miałem złe nawyki, które musiałem przezwyciężyć”.

Znajdziesz w tej książce także refleksje innych autorów, którzy pisali przemówienia zarówno dla prezydenta, jak i dla pierwszej damy Michelle Obamy. Siedząc w pozbawionym okien gabinecie w piwnicy Zachodniego Skrzydła Białego Domu (i słuchając tupotu przemykających po suficie myszy), stworzyłem kilkaset tekstów, ale byłem tylko jednym z wielu członków wyjątkowego zespołu. Dowiesz się, jak wyglądała nasza praca, ale przede wszystkim opowiem ci o tym, jakie błędy popełnialiśmy (nieraz byłem więcej niż pewien, że zaraz stracę pracę), czego się dzięki nim nauczyliśmy oraz jak możesz zdobytą przez nas wiedzę wykorzystać, żeby stać się lepszym mówcą lub lepszą mówczynią.

Poznasz opinie czołowych naukowców, psychologów i neuro­biologów, których badania pomagają zrozumieć, dlaczego ta wiedza jest tak przydatna. Przemawianie jest sztuką, ale odkąd opuściłem Biały Dom, staram się zrozumieć tę sztukę także z punktu widzenia nauki – perspektyw opartych na dowodach, które mogą pomóc nam wszystkim sprawniej się komunikować.

Wreszcie, choć jestem przekonany, że warto uczyć się od charyzmatycznych mówców, takich jak Obama, wierzę też, że możemy się wiele nauczyć od siebie nawzajem. Przybliżę tu sylwetki osób z najróżniejszych branż, które – często nieświadomie i bez pomocy zawodowych autorów przemówień – wykorzystali zawartą w tej książce wiedzę i wygłosili wyjątkowe przemówienia, które zyskały rozgłos i stały się inspiracją dla odbiorców na całym świecie. Większość z nich, podobnie jak wszystkie przemówienia Obamy, można znaleźć w internecie. Zachęcam cię, abyś od czasu do czasu przerwał lekturę, odnalazł omawiane tu nagrania w sieci i przeżył je tak, jak powinno się je przeżyć. Obejrzyj je. Posłuchaj ich. Poczuj więź tworzącą się między mówcą a publicznością.

Zrozumiesz wówczas, dlaczego zawarta w tej książce wiedza może okazać się przydatna również tobie, niezależnie od tego, kim jesteś i do kogo mówisz; bez względu na to, czy wygłaszaniem przemówień zajmujesz się zawodowo, czy też dopiero zbierasz się na odwagę, by pierwszy raz w życiu publicznie zabrać głos; czy wznosisz toast, prowadzisz prezentację w pracy, głośno domagasz się zmiany, czy też ubiegasz się o stanowisko publiczne, żeby samodzielnie tę zmianę przeprowadzić. Zgroma­dzona tu wiedza pomoże ci skuteczniej komunikować się w każdej sytuacji – od rozmowy kwalifikacyjnej po trudną rozmowę z rodziną, przyjaciółmi czy współpracownikami.

Mam nadzieję, że kiedy będziesz wdrażać zdobytą wiedzę w życie, będziemy wspólnie uczyć się, jak z głębszym wzajemnym zrozumieniem i szacunkiem rozmawiać ze sobą – z członkami naszych rodzin, sąsiadami, kolegami i koleżankami z pracy, współobywatelami. Większość z nas przyznaje, że życzylibyśmy sobie bardziej kulturalnej debaty publicznej, ale nie wiemy, jak to osiągnąć. Ja sam miałem szczęście pracować z prezydentem Obamą i innymi liderami, którzy starali się wytyczyć nam wszystkim lepszą drogę, i mogłem się od nich uczyć. W niniejszej książce dzielę się także tą wiedzą – jeśli bowiem chcemy, żeby nasza różnorodna demokracja przetrwała, musimy nauczyć się rozmawiać ze sobą życzliwie, empatycznie i szczerze.

Niewątpliwie sytuacja, w której stajemy przed innymi i głośno mówimy, co myślimy, nie należy do najłatwiejszych. Bywa, że tracimy grunt pod nogami. Możesz mi wierzyć, wiem coś o tym. Zdradzę ci pierwszy z wielu sekretów – dobrze go sobie zapamiętaj: masz już wszystko, czego potrzeba do osiągnięcia sukcesu, w tym coś, czego nie ma nikt inny: własny, niepowtarzalny głos.

Nauczyłem się tego podczas wizyty Obamy w małym miasteczku Greenwood w Karolinie Południowej, w trakcie jego pierwszej kampanii prezydenckiej. Przyszły prezydent był w nieprzerwanej podróży. Padało. Był przemoczony, zmęczony i trochę marudny, a na sali zebrało się jakieś dwadzieścia osób.

Obama przygotowywał się do wystąpienia, kiedy ktoś z widowni krzyknął:

„Gotowi?”.

„Gotowi!”, odpowiedzieli zebrani.

„Do dzieła!”, podjął głos.

„Do dzieła!”, zawołali chórem pozostali.

Obama nie wiedział, co się dzieje.

Widownia wznosiła okrzyki, aż wreszcie i on, i publiczność byli… gotowi wziąć się do dzieła.

Głos, który rozruszał całą salę, należał do Edith Childs, radnej miasta i działaczki na rzecz praw obywatelskich. Wznoszony przez nią tego dnia okrzyk stał się zawołaniem bojowym, które towarzyszyło Obamie przez całą prezydenturę. Uwielbiał, szczególnie na koniec dużego wiecu, opowiadać historię o tym, jak jedna osoba, Czarna, pięćdziesięciokilkuletnia kobieta z małego, wiejskiego miasteczka, porwała tłum.

„Oto dowód, że jeden głos może zmienić nastroje wszystkich wokół”, mówił Obama, a jego głos stawał się mocniejszy. „A jeśli może odmienić wszystkich wokół, może wpłynąć na mieszkańców całego miasta! A jeśli może wpłynąć na mieszkańców miasta, może wpłynąć na obywateli całego stanu! A jeśli może odmienić obywateli całego stanu, może odmienić cały naród! A jeśli może odmienić naród, może odmienić cały świat!”

Ale jak to zrobić?

Jak znaleźć własny głos? Jak głośno wyrażać swoje przekonania? Co powiedzieć? I jak to powiedzieć, żeby zachęcić innych do wspólnego działania na rzecz przyszłości, której pragniemy? Właśnie o tym opowiada ta książka.

A zatem…

Gotowi?

Do dzieła!

Zaczynajmy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij