-
nowość
-
promocja
Sztuka upodlenia - ebook
Sztuka upodlenia - ebook
Każdy chce być myśliwym. Dopóki sam nie stanie się trofeum.
Komisarz Marcin Gruczyński nie jest idealnym stróżem prawa. Lata spędzone pośród zbrodni sprawiły, że sam coraz częściej posuwa się o krok za daleko. Mimo to trudno znaleźć lepszego policjanta.
Norbert wychował się w Warszawie i zna ją jak własne podwórko. Ciemne interesy, brudne pieniądze i świat, w którym strach bywa cenniejszy od lojalności, są jego codziennością. To gangster, który nie zna kompromisów i zawsze gra do końca. Ich drogi przecinają się zbyt często, by mógł to być przypadek… obaj wiedzą, że nie skończy się na remisie.
Ale gdzieś w tle jest jeszcze ktoś. Ktoś, kogo nie widać ani w świetle dnia, ani w gęstym mroku miasta. Człowiek przez lata spychany na margines, karmiący się gniewem i upokorzeniem, który w pewnym momencie przestaje nad sobą panować.
„Sztuka upodlenia” to mroczny kryminał psychologiczny o tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy zbyt długo traktuje innych jak zdobycz.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-662-8 |
| Rozmiar pliku: | 818 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Adam wszedł do ich pokoju z kamerami. Zastał już tam swojego kolegę, który siedział przy biurku, popijając herbatę i skupiając się na monitorach. Krystian często przychodził wcześniej.
Adam podejrzewał, że wynikało to z braku obowiązków domowych i z tego, że Krystian był singlem. Praca wydawała się ważną częścią jego życia – może najważniejszą.
Adam nie miał takiego komfortu. Żona i dwójka dzieci sprawiały, że na rozrywkę miał niewiele czasu, a dla siebie – jeszcze mniej. Zawsze było coś do zrobienia w domu.
Ale nie narzekał. Lubił czas spędzany z rodziną, cenił stabilność i rutynę. Wiedział, że ma szczęście – po pracy czekało na niego coś więcej niż cisza i ściany.
– Zrobisz mi tę herbatę? – rzucił zdyszany, zamykając za sobą drzwi do pokoju monitoringu.
– Jasne – odpowiedział Krystian i bez słowa wstawił wodę.
– Słyszałeś newsa? – zapytał Adam, siadając na swoim krześle.
– Nie. Co się stało?
– Biedrzycki postanowił zorganizować imprezę integracyjną dla wszystkich pracowników.
– Naprawdę? – Krystian uniósł brwi i napił się herbaty.
– Tak. Podobno w zeszłym roku zarobił kupę kasy i stwierdził, że może coś zafundować zespołowi. Idziesz?
– Nie wiem. Raczej nie… – rzucił Krystian obojętnym tonem.
– Ja bym poszedł. Chyba cały nasz zespół się wybiera. Wyrwiesz się gdzieś w końcu. A może wreszcie pogadasz z tą Białorusinką? – dodał Adam z lekkim uśmiechem.
Krystian nic nie odpowiedział. Spojrzał w ekran, jakby coś analizował, ale jego kolega dobrze wiedział, że trafił w czuły punkt.
Krystian się zaczerwienił. Zawsze tak reagował, gdy ktoś wspominał imię dziewczyny, która mu się podobała – a teraz właśnie tak było z Marią.
Nie potrafił tego ukryć – rumieniec zdradzał więcej, niż chciałby przyznać.
Jednak sama myśl o prywatnej rozmowie z nią, poza biurowym kontekstem, była kusząca. Może zbyt kusząca, by całkowicie ją zignorować. Bez słowa postawił kubek z gorącą herbatą na biurku kolegi i usiadł na krześle.
Adam to zauważył.
– Pomyśl, to już w następny piątek. Rozerwiemy się, wypijemy kielicha, będzie fajnie – rzucił z entuzjazmem i klepnął Krystiana w plecy. Uśmiechnął się przy tym szczerze, bez cienia złośliwości.
Chłopak wziął łyk herbaty. Uśmiechnął się pod nosem, ale nie chciał tego pokazać.
Nie był typem, który się odsłania. Ale nie potrafił też całkiem zignorować obrazu, jaki zaczął powoli układać mu się w głowie. Perspektywa, którą przedstawił Adam, naprawdę wyglądała kusząco.
Może to faktycznie dobra okazja, żeby pogadać z Marią. Może jedyna.
Ta myśl utkwiła w głowie Krystiana jak zadra, której nie sposób się pozbyć.
15.
Marcin gnał właśnie na komendę. Impreza z kolegami skończyła się dość szybko, więc zawinął się do domu. Mimo że wypił kilka piw i kilka kieliszków wódki, czuł się tak, jakby wczoraj nie wypił ani kropli.
Po drodze wstąpił jeszcze po kawę. W tym samym czasie zadzwonił telefon – naczelnik poinformował go, że na komendzie czeka już na niego prokurator. Marcin obiecał, że będzie najszybciej, jak się da.
Domyślał się, który to prokurator – Andrzejczak – i nie potrafił pojąć, dlaczego znowu czegoś od niego chce. Przecież wczoraj po przesłuchaniu chłopaka w szpitalu przygotował raport i wysłał go do naczelnika, żeby nikt nie zarzucił mu działania na własną rękę. A ten dalej czegoś chce?
Zaczynało go to męczyć. Myślał, że jedna przysługa wystarczy, a wyglądało na to, że wciąga go to w coś więcej. Ale zaraz skarcił się w duchu – jeszcze nawet nie wiedział, czego Andrzejczak chce. Może to błahostka. Może.
Zajechał na parking, zaparkował auto i spokojnym krokiem ruszył schodami na górę do swojego gabinetu.
Drzwi były otwarte. Dawid siedział przy biurku, stukając w klawiaturę. Przy jego stanowisku, jakby zupełnie nieprzypadkowo, siedział prokurator Andrzejczak.
Marcin udał zaskoczenie i rzucił zdumionym tonem:
– Pan prokurator… tutaj?
– Dzień dobry. Tak, chciałem omówić pewne kwestie i… w drodze do prokuratury postanowiłem zajrzeć osobiście.
– Jasne, śmiało. Kawa? Herbata?
– Nie, dziękuję. Pana kolega już proponował – odmówiłem. Ja tylko na sekundę.
– Pan prokurator wie, my tu wszyscy jesteśmy uprzejmi – rzucił półżartobliwie Marcin i spojrzał porozumiewawczo na Dawida.
– Tak, wiem, panowie… ale czy możemy porozmawiać na osobności?
– Dawid, zostawisz nas?
Partner tylko kiwnął głową, wstał i wyszedł z pomieszczenia. Drzwi zamknęły się cicho.
Marcin podszedł bliżej, usiadł i skrzyżował ramiona.
– A więc słucham. Coś nie zgadza się w raporcie? Przesłuchałem chłopaka dość stanowczo, jak pan chciał.
– Tak, wszystko w porządku. Widziałem. Dziękuję. Ale brakuje mi…
– Czego? – przerwał mu zniecierpliwiony Marcin. Ton prokuratora nie wróżył nic dobrego.
– Zabrakło mi czegoś, co mogłoby obciążyć Ksawerego.
Marcin spojrzał na niego uważnie.
– Co ma pan na myśli?
– Chciałbym, żeby chłopak powiedział wprost, od kogo kupował narkotyki. Kto nimi handluje. Co wie o Ksawerym.
– Pan żartuje?
Prokurator nie odpowiedział. Tylko patrzył. Spokojnie. Wyczekująco. Jak gracz, który wie, że ma lepsze karty, ale jeszcze ich nie wykłada.
Marcina zaszokowało to, co usłyszał. Jako komisarz policji doskonale wiedział, jakie konsekwencje mogą przynieść takie zeznania. Jakie piekło może spaść na chłopaka, jeśli ten naprawdę sypnie Ksawerego. Pomijając fakt, że i tak musiał zwrócić gangsterowi niemałą sumę – więcej problemów byłoby dla niego jak wyrok.
– Nie, mówię śmiertelnie poważnie – odparł prokurator chłodno. – Chciałbym, żeby złożył takie zeznania. Jeśli nie, dobijemy mu wyrok za handel.
– Myślałem, że to syn pańskiego znajomego? – Marcin zmrużył oczy. – Wie pan, że jeśli ten gówniarz nakabluje na takiego gracza, będzie skończony? Oni go zatłuką.
– Znajomy jak znajomy. A po drugie, w końcu będziemy coś mieli na Ksawerego. Ty nie chcesz złapać tego bandziora?
– Chcę… – Marcin mówił już ciszej, ale z coraz większym napięciem. – Ale jakim kosztem, panie prokuratorze?
Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewał. I była zimna jak lód.
– Każdym kosztem, panie komisarzu. Proszę go dokładnie przesłuchać. A najlepiej zróbmy to razem. W szpitalu. Zadzwonię, żeby ustalić termin.
Ton Andrzejczaka się zmienił. Był teraz twardy, rozkazujący. Marcin poczuł, że to już nie prośba. To był rozkaz. Służbowy, chłodny i jednoznaczny.
Chciał coś dodać, spróbować odbić rozmowę w inną stronę – ale nie zdążył.
– Zadzwonię. Do widzenia.
Prokurator otworzył drzwi i wyszedł. Zostawił Marcina samego, w tej samej pozie – z rękami złożonymi, jakby wciąż próbował zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Komisarz przez chwilę nie mógł się ruszyć. Jakby ta rozmowa go zamroziła. Chciał się odezwać, rzucić chociaż słowo, ale milczał.
Ton i zachowanie tego miękkiego do tej pory prokuratora wprawiły go w osłupienie.
To nie była rozmowa, na jaką liczył. Jego plan poszedł w gruzy. Rozmowa potoczyła się dokładnie tak, jak chciał tego Andrzejczak.
W głowie Marcina zaczęły się piętrzyć pytania. Jedno za drugim.
Dlaczego Andrzejczak tak bardzo chce dopaść Ksawerego? Czemu teraz? Czemu w taki sposób? I dlaczego to właśnie on, Marcin, miałby być narzędziem?
Mimo że dziś miał z Dawidem kilka spraw do ogarnięcia, postanowił jedno – dowiedzieć się, o co naprawdę chodzi prokuratorowi. I czemu tak uparcie potrzebuje właśnie jego.
Do pokoju wszedł jego partner. Marcin szybko wrócił do rzeczywistości i postanowił nie dzielić się z kolegą swoimi odczuciami po tej rozmowie. Gdy Dawid zapytał o cel wizyty prokuratora, rzucił tylko krótko:
– Stara sprawa… Muszę mu dosłać zaległe papiery.
Dawid przyjął to bez wypytywania, a Marcin usiadł za biurkiem, odchylił się na krześle i zapatrzył się w sufit. Wiedział, że coś się zaczyna. I nie miał pojęcia, czy chce być tego częścią.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.