Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Sztuka upodlenia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 sierpnia 2026
3439 pkt
punktów Virtualo

Sztuka upodlenia - ebook

Każdy chce być myśliwym. Dopóki sam nie stanie się trofeum.

Komisarz Marcin Gruczyński nie jest idealnym stróżem prawa. Lata spędzone pośród zbrodni sprawiły, że sam coraz częściej posuwa się o krok za daleko. Mimo to trudno znaleźć lepszego policjanta.

Norbert wychował się w Warszawie i zna ją jak własne podwórko. Ciemne interesy, brudne pieniądze i świat, w którym strach bywa cenniejszy od lojalności, są jego codziennością. To gangster, który nie zna kompromisów i zawsze gra do końca. Ich drogi przecinają się zbyt często, by mógł to być przypadek… obaj wiedzą, że nie skończy się na remisie.

Ale gdzieś w tle jest jeszcze ktoś. Ktoś, kogo nie widać ani w świetle dnia, ani w gęstym mroku miasta. Człowiek przez lata spychany na margines, karmiący się gniewem i upokorzeniem, który w pewnym momencie przestaje nad sobą panować.

„Sztuka upodlenia” to mroczny kryminał psychologiczny o tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy zbyt długo traktuje innych jak zdobycz.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-662-8
Rozmiar pliku: 818 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

14.

Adam wszedł do ich po­ko­ju z ka­me­ra­mi. Za­stał już tam swo­je­go ko­le­gę, któ­ry sie­dział przy biur­ku, po­pi­ja­jąc her­ba­tę i sku­pia­jąc się na mo­ni­to­rach. Kry­stian czę­sto przy­cho­dził wcze­śniej.

Adam po­dej­rze­wał, że wy­ni­ka­ło to z bra­ku obo­wiąz­ków do­mo­wych i z tego, że Kry­stian był sin­glem. Pra­ca wy­da­wa­ła się waż­ną czę­ścią jego ży­cia – może naj­waż­niej­szą.

Adam nie miał ta­kie­go kom­for­tu. Żona i dwój­ka dzie­ci spra­wia­ły, że na roz­ryw­kę miał nie­wie­le cza­su, a dla sie­bie – jesz­cze mniej. Za­wsze było coś do zro­bie­nia w domu.

Ale nie na­rze­kał. Lu­bił czas spę­dza­ny z ro­dzi­ną, ce­nił sta­bil­ność i ru­ty­nę. Wie­dział, że ma szczę­ście – po pra­cy cze­ka­ło na nie­go coś wię­cej niż ci­sza i ścia­ny.

– Zro­bisz mi tę her­ba­tę? – rzu­cił zdy­sza­ny, za­my­ka­jąc za sobą drzwi do po­ko­ju mo­ni­to­rin­gu.

– Ja­sne – od­po­wie­dział Kry­stian i bez sło­wa wsta­wił wodę.

– Sły­sza­łeś new­sa? – za­py­tał Adam, sia­da­jąc na swo­im krze­śle.

– Nie. Co się sta­ło?

– Bie­drzyc­ki po­sta­no­wił zor­ga­ni­zo­wać im­pre­zę in­te­gra­cyj­ną dla wszyst­kich pra­cow­ni­ków.

– Na­praw­dę? – Kry­stian uniósł brwi i na­pił się her­ba­ty.

– Tak. Po­dob­no w ze­szłym roku za­ro­bił kupę kasy i stwier­dził, że może coś za­fun­do­wać ze­spo­ło­wi. Idziesz?

– Nie wiem. Ra­czej nie… – rzu­cił Kry­stian obo­jęt­nym to­nem.

– Ja bym po­szedł. Chy­ba cały nasz ze­spół się wy­bie­ra. Wy­rwiesz się gdzieś w koń­cu. A może wresz­cie po­ga­dasz z tą Bia­ło­ru­sin­ką? – do­dał Adam z lek­kim uśmie­chem.

Kry­stian nic nie od­po­wie­dział. Spoj­rzał w ekran, jak­by coś ana­li­zo­wał, ale jego ko­le­ga do­brze wie­dział, że tra­fił w czu­ły punkt.

Kry­stian się za­czer­wie­nił. Za­wsze tak re­ago­wał, gdy ktoś wspo­mi­nał imię dziew­czy­ny, któ­ra mu się po­do­ba­ła – a te­raz wła­śnie tak było z Ma­rią.

Nie po­tra­fił tego ukryć – ru­mie­niec zdra­dzał wię­cej, niż chciał­by przy­znać.

Jed­nak sama myśl o pry­wat­nej roz­mo­wie z nią, poza biu­ro­wym kon­tek­stem, była ku­szą­ca. Może zbyt ku­szą­ca, by cał­ko­wi­cie ją zi­gno­ro­wać. Bez sło­wa po­sta­wił ku­bek z go­rą­cą her­ba­tą na biur­ku ko­le­gi i usiadł na krze­śle.

Adam to za­uwa­żył.

– Po­myśl, to już w na­stęp­ny pią­tek. Ro­ze­rwie­my się, wy­pi­je­my kie­li­cha, bę­dzie faj­nie – rzu­cił z en­tu­zja­zmem i klep­nął Kry­stia­na w ple­cy. Uśmiech­nął się przy tym szcze­rze, bez cie­nia zło­śli­wo­ści.

Chło­pak wziął łyk her­ba­ty. Uśmiech­nął się pod no­sem, ale nie chciał tego po­ka­zać.

Nie był ty­pem, któ­ry się od­sła­nia. Ale nie po­tra­fił też cał­kiem zi­gno­ro­wać ob­ra­zu, jaki za­czął po­wo­li ukła­dać mu się w gło­wie. Per­spek­ty­wa, któ­rą przed­sta­wił Adam, na­praw­dę wy­glą­da­ła ku­szą­co.

Może to fak­tycz­nie do­bra oka­zja, żeby po­ga­dać z Ma­rią. Może je­dy­na.

Ta myśl utkwi­ła w gło­wie Kry­stia­na jak za­dra, któ­rej nie spo­sób się po­zbyć.

15.

Mar­cin gnał wła­śnie na ko­men­dę. Im­pre­za z ko­le­ga­mi skoń­czy­ła się dość szyb­ko, więc za­wi­nął się do domu. Mimo że wy­pił kil­ka piw i kil­ka kie­lisz­ków wód­ki, czuł się tak, jak­by wczo­raj nie wy­pił ani kro­pli.

Po dro­dze wstą­pił jesz­cze po kawę. W tym sa­mym cza­sie za­dzwo­nił te­le­fon – na­czel­nik po­in­for­mo­wał go, że na ko­men­dzie cze­ka już na nie­go pro­ku­ra­tor. Mar­cin obie­cał, że bę­dzie naj­szyb­ciej, jak się da.

Do­my­ślał się, któ­ry to pro­ku­ra­tor – An­drzej­czak – i nie po­tra­fił po­jąć, dla­cze­go zno­wu cze­goś od nie­go chce. Prze­cież wczo­raj po prze­słu­cha­niu chło­pa­ka w szpi­ta­lu przy­go­to­wał ra­port i wy­słał go do na­czel­ni­ka, żeby nikt nie za­rzu­cił mu dzia­ła­nia na wła­sną rękę. A ten da­lej cze­goś chce?

Za­czy­na­ło go to mę­czyć. My­ślał, że jed­na przy­słu­ga wy­star­czy, a wy­glą­da­ło na to, że wcią­ga go to w coś wię­cej. Ale za­raz skar­cił się w du­chu – jesz­cze na­wet nie wie­dział, cze­go An­drzej­czak chce. Może to bła­host­ka. Może.

Za­je­chał na par­king, za­par­ko­wał auto i spo­koj­nym kro­kiem ru­szył scho­da­mi na górę do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Drzwi były otwar­te. Da­wid sie­dział przy biur­ku, stu­ka­jąc w kla­wia­tu­rę. Przy jego sta­no­wi­sku, jak­by zu­peł­nie nie­przy­pad­ko­wo, sie­dział pro­ku­ra­tor An­drzej­czak.

Mar­cin udał za­sko­cze­nie i rzu­cił zdu­mio­nym to­nem:

– Pan pro­ku­ra­tor… tu­taj?

– Dzień do­bry. Tak, chcia­łem omó­wić pew­ne kwe­stie i… w dro­dze do pro­ku­ra­tu­ry po­sta­no­wi­łem zaj­rzeć oso­bi­ście.

– Ja­sne, śmia­ło. Kawa? Her­ba­ta?

– Nie, dzię­ku­ję. Pana ko­le­ga już pro­po­no­wał – od­mó­wi­łem. Ja tyl­ko na se­kun­dę.

– Pan pro­ku­ra­tor wie, my tu wszy­scy je­ste­śmy uprzej­mi – rzu­cił pół­żar­to­bli­wie Mar­cin i spoj­rzał po­ro­zu­mie­waw­czo na Da­wi­da.

– Tak, wiem, pa­no­wie… ale czy mo­że­my po­roz­ma­wiać na osob­no­ści?

– Da­wid, zo­sta­wisz nas?

Part­ner tyl­ko kiw­nął gło­wą, wstał i wy­szedł z po­miesz­cze­nia. Drzwi za­mknę­ły się ci­cho.

Mar­cin pod­szedł bli­żej, usiadł i skrzy­żo­wał ra­mio­na.

– A więc słu­cham. Coś nie zga­dza się w ra­por­cie? Prze­słu­cha­łem chło­pa­ka dość sta­now­czo, jak pan chciał.

– Tak, wszyst­ko w po­rząd­ku. Wi­dzia­łem. Dzię­ku­ję. Ale bra­ku­je mi…

– Cze­go? – prze­rwał mu znie­cier­pli­wio­ny Mar­cin. Ton pro­ku­ra­to­ra nie wró­żył nic do­bre­go.

– Za­bra­kło mi cze­goś, co mo­gło­by ob­cią­żyć Ksa­we­re­go.

Mar­cin spoj­rzał na nie­go uważ­nie.

– Co ma pan na my­śli?

– Chciał­bym, żeby chło­pak po­wie­dział wprost, od kogo ku­po­wał nar­ko­ty­ki. Kto nimi han­dlu­je. Co wie o Ksa­we­rym.

– Pan żar­tu­je?

Pro­ku­ra­tor nie od­po­wie­dział. Tyl­ko pa­trzył. Spo­koj­nie. Wy­cze­ku­ją­co. Jak gracz, któ­ry wie, że ma lep­sze kar­ty, ale jesz­cze ich nie wy­kła­da.

Mar­ci­na za­szo­ko­wa­ło to, co usły­szał. Jako ko­mi­sarz po­li­cji do­sko­na­le wie­dział, ja­kie kon­se­kwen­cje mogą przy­nieść ta­kie ze­zna­nia. Ja­kie pie­kło może spaść na chło­pa­ka, je­śli ten na­praw­dę syp­nie Ksa­we­re­go. Po­mi­ja­jąc fakt, że i tak mu­siał zwró­cić gang­ste­ro­wi nie­ma­łą sumę – wię­cej pro­ble­mów by­ło­by dla nie­go jak wy­rok.

– Nie, mó­wię śmier­tel­nie po­waż­nie – od­parł pro­ku­ra­tor chłod­no. – Chciał­bym, żeby zło­żył ta­kie ze­zna­nia. Je­śli nie, do­bi­je­my mu wy­rok za han­del.

– My­śla­łem, że to syn pań­skie­go zna­jo­me­go? – Mar­cin zmru­żył oczy. – Wie pan, że je­śli ten gów­niarz na­ka­blu­je na ta­kie­go gra­cza, bę­dzie skoń­czo­ny? Oni go za­tłu­ką.

– Zna­jo­my jak zna­jo­my. A po dru­gie, w koń­cu bę­dzie­my coś mie­li na Ksa­we­re­go. Ty nie chcesz zła­pać tego ban­dzio­ra?

– Chcę… – Mar­cin mó­wił już ci­szej, ale z co­raz więk­szym na­pię­ciem. – Ale ja­kim kosz­tem, pa­nie pro­ku­ra­to­rze?

Od­po­wiedź przy­szła szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał. I była zim­na jak lód.

– Każ­dym kosz­tem, pa­nie ko­mi­sa­rzu. Pro­szę go do­kład­nie prze­słu­chać. A naj­le­piej zrób­my to ra­zem. W szpi­ta­lu. Za­dzwo­nię, żeby usta­lić ter­min.

Ton An­drzej­cza­ka się zmie­nił. Był te­raz twar­dy, roz­ka­zu­ją­cy. Mar­cin po­czuł, że to już nie proś­ba. To był roz­kaz. Służ­bo­wy, chłod­ny i jed­no­znacz­ny.

Chciał coś do­dać, spró­bo­wać od­bić roz­mo­wę w inną stro­nę – ale nie zdą­żył.

– Za­dzwo­nię. Do wi­dze­nia.

Pro­ku­ra­tor otwo­rzył drzwi i wy­szedł. Zo­sta­wił Mar­ci­na sa­me­go, w tej sa­mej po­zie – z rę­ka­mi zło­żo­ny­mi, jak­by wciąż pró­bo­wał zro­zu­mieć, co się wła­śnie wy­da­rzy­ło. Ko­mi­sarz przez chwi­lę nie mógł się ru­szyć. Jak­by ta roz­mo­wa go za­mro­zi­ła. Chciał się ode­zwać, rzu­cić cho­ciaż sło­wo, ale mil­czał.

Ton i za­cho­wa­nie tego mięk­kie­go do tej pory pro­ku­ra­to­ra wpra­wi­ły go w osłu­pie­nie.

To nie była roz­mo­wa, na jaką li­czył. Jego plan po­szedł w gru­zy. Roz­mo­wa po­to­czy­ła się do­kład­nie tak, jak chciał tego An­drzej­czak.

W gło­wie Mar­ci­na za­czę­ły się pię­trzyć py­ta­nia. Jed­no za dru­gim.

Dla­cze­go An­drzej­czak tak bar­dzo chce do­paść Ksa­we­re­go? Cze­mu te­raz? Cze­mu w taki spo­sób? I dla­cze­go to wła­śnie on, Mar­cin, miał­by być na­rzę­dziem?

Mimo że dziś miał z Da­wi­dem kil­ka spraw do ogar­nię­cia, po­sta­no­wił jed­no – do­wie­dzieć się, o co na­praw­dę cho­dzi pro­ku­ra­to­ro­wi. I cze­mu tak upar­cie po­trze­bu­je wła­śnie jego.

Do po­ko­ju wszedł jego part­ner. Mar­cin szyb­ko wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści i po­sta­no­wił nie dzie­lić się z ko­le­gą swo­imi od­czu­cia­mi po tej roz­mo­wie. Gdy Da­wid za­py­tał o cel wi­zy­ty pro­ku­ra­to­ra, rzu­cił tyl­ko krót­ko:

– Sta­ra spra­wa… Mu­szę mu do­słać za­le­głe pa­pie­ry.

Da­wid przy­jął to bez wy­py­ty­wa­nia, a Mar­cin usiadł za biur­kiem, od­chy­lił się na krze­śle i za­pa­trzył się w su­fit. Wie­dział, że coś się za­czy­na. I nie miał po­ję­cia, czy chce być tego czę­ścią.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij