Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Szuflada doktora Kosteckiego - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 stycznia 2026
14,98
1498 pkt
punktów Virtualo

Szuflada doktora Kosteckiego - ebook

Przybywszy do podmoskiewskiej wsi Tuszyno, doktor Stefan Kostecki spotyka poetę Aleksieja Lopuchina, który prosi go o dziwną przysługę — przechowanie szuflady, na pozór błahej i nieistotnej. Lecz gdy lekarz otrzymuje list od poety, błagalnym tonem proszący o dostarczenie jej do cechu rzemieślniczego Bogdana Zabutina w Kitaj-gorod, zwykłe zadanie przeradza się w prawdziwą gehennę nieświadomego medyka. Od tego momentu doktor Kostecki zostaje uwikłany w serię wydarzeń wymykających się wszelkiej logice: przeskoki czasu, niepokojące wizje, podróż na obcą planetę, gdzie spotyka istoty wyjęte wprost z koszmarów sennych, a nade wszystko doświadcza śmierci bliskich mu osób. Każda opowieść odsłania kolejne warstwy niepojętego, wystawiając zdrowy rozsądek doktora na próbę i ukazując mroczne granice ludzkiego doświadczenia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397040984
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział Pierwszy

Spadające liście z pobliskich jesionów uderzały w okno, zsuwając się leniwie po szybie ku zewnętrznemu parapetowi, gdzie rytmiczny, acz nieco przytłumiony odgłos deszczu uświadamiał siedzącego przy mahoniowym biurku doktora Stefana Kosteckiego, że jesienna aura na dobre postanowiła zagościć w skromnych progach jego gabinetu.

Spoglądając na spływające krople oraz nasłuchując zawodzenia wiatru, przypomniał sobie podróż do lasów Amazonii, którą odbył w roku wynalezienia przez Ignacego Łukasiewicza lampy naftowej. Pamiętał, że podobna ulewa rosiła jego przyduży kapelusz, który po czasie przestał spełniać swoje zadanie, przemieniając się w kawałek przemokniętej szmaty, dokładnie takiej samej jak ta, którą właśnie ściskał w prawej dłoni, obmywając blat biurka.

Skończywszy czyszczenie, powstał i udawszy się do pobliskiego wiadra z wodą, wycisnął materiał z resztek brudu, po czym zawiesił go na pobliskim wieszaku. Na koniec wytarł dłonie o wiszący obok ręcznik. Gdy upewnił się, że czystość na powrót zagościła na popękanej skórze, postanowił udać się przed biurko i usiąść na fotelu, którego podarte poszycie oraz dotkliwe skrzypienie dawały jasno do zrozumienia, że podziela wiek swego właściciela.

Stefan Kostecki sięgnął do pierwszej szuflady — licząc od góry — wyjmując z niej plik kartek.

Gdyby papier był nowy, zapewne przywiałby do lekarskiego umysłu wspomnienia z wyprawy do Alp Szwajcarskich, lecz biel przeminęła tak, jak przemija czas człowieka na ziemskim padole, ustępując pola ciemnej żółci, która wzbudziła gorąc na ciele doktora dokładnie taką samą, jaką odczuwał, przebywając w Egipcie. Przypominając sobie stąpanie po piaskach pustyni, w ciągu chwili przemalował widok jesiennego obrazu na obraz tak utęsknionego lata.

Jednakże napawanie się ciepłem stworzonym we własnym umyśle nie trwało długo, wszak dudnienie rozchodzące się echem w głowie doktora zmusiło go do ponownego sięgnięcia do szuflady, lecz tym razem jego dłoń powędrowała do tej najniższej. Wyjąwszy ze środka mapę świata i położywszy ją na blacie, spojrzał w stronę drzwi.

— Raz — szeptał pod nosem.

— Dwa

— Trzy

— Teraz pukasz do mych drzwi, ty.

Wybrzmiało pukanie.

Doktor Kostecki jednak milczał, nadal przyglądając się drzwiom. Gdy ponownie po gabinecie rozszedł się dźwięk pukania, rzekł donośnie:

— Wejść.

Do środka wszedł wysoki, acz wychudzony mężczyzna o twarzy tak bladej, iż sprawiał wrażenie pacjenta w agonii. Niemniej pomimo trupiego wyglądu dziarsko podszedł do biurka, wyciągając dłoń w stronę doktora, który powstał i pewnie ją uściskał.

— Proszę siadać, panie…

— Henryk. Mam na imię Henryk, panie doktorze.

— W takim razie, jeszcze raz moje uszanowanie.

Gdy obydwaj spoczęli na fotelach, doktor obrzucił pacjenta ciekawskim spojrzeniem. Ten, czując się niezręcznie, rzekł ze słyszalną obawą:

— Coś nie tak, drogi panie doktorze?

Doktor wykonał szeroki uśmiech.

— Nie, panie Henryku, wszystko jest jak w najlepszym porządku. Powie mi pan, z czym do mnie przychodzi?

Drapiąc się po głowie, mężczyzna rzekł:

— Jakby to powiedzieć…

— Śmiało. — Ponowił uśmiech.

— Słyszałem, że pomaga pan osobom z problemami… problemami finansowymi.

— O, naprawdę?

— Tak słyszałem od paru osób — odrzekł, uciekając wzrokiem od spojrzenia swego rozmówcy.

— A kim są te osoby?

— No… — mężczyzna nadal błądził wzrokiem po pomieszczeniu — to bezdomni.

— To prawda. Wspomnianym bezdomnym pomagam. Natomiast pan nie wygląda na bezdomnego, nieprawdaż?

— No chyba tak — zaśmiał się.

— Właśnie — odrzekł posępnie doktor, jeszcze bardziej pesząc pacjenta.

— Ale! — Mężczyzna wyjął z kieszeni beżowego garnituru przedmiot, który położył na blacie, przesuwając w stronę doktora.

— Uuu, a co to? — spytał, przyglądając się ciekawsko przedmiotowi. — Szkatułka?

— Tak, panie doktorze. Jest to szkatułka z drzewa sandałowego.

— Chce mi pan przez to powiedzieć, że pochodzi z Indii? — dopytał z udawanym zaskoczeniem.

— Oczywiście. Wspomniani bezdomni mówili, że jeśli przyniesie się panu egzotyczny prezent, to…

— To udzielę usługi za darmo — dokończył doktor, przyglądając się sumiennie trzymanemu w dłoniach przedmiotowi.

— Dokładnie, panie doktorze.

Stefana Kosteckiego najbardziej zainteresował wzór przedstawiający głowę węża. Była tak wygrawerowana, że przez moment odczuł niepokój, wszak nieraz podczas swych wypraw miał do czynienia z tymi istotami, których syk wprawiał jego serce w szaleńczy rytm. Lecz niepewność przeminęła w momencie, gdy otworzył wieko szkatułki. We wnętrzu bowiem znajdowała się błękitna perła o powierzchni tak gładkiej, że aż doktor postanowił po nią sięgnąć. Patrzył na nią, jakby w swych dłoniach trzymał najcenniejszy skarb świata.

Podziw jednak został przerwany przez nieśmiałe odchrząknięcie siedzącego naprzeciwko pacjenta.

— Przepraszam, szanownego pana — ozwał się doktor, chowając perłę na powrót do szkatułki. — Właśnie czegoś takiego szukałem... Przez wiele, ale to wiele lat.

— O, naprawdę?

— Tak. A szanowny pan spełnił moje długo oczekiwane marzenie.

— Jestem zaszczycony, panie doktorze. Dla mnie i tak ten przedmiot jest bezwartościowy, więc…

— Więc dobrze pan zrobił, przychodząc do mnie — dokończył doktor, powstając. Podszedłszy do fotela znajdującego się na środku gabinetu, złapał się jego oparcia, dodając: — Zapraszam. Zbadam pana dokładnie... A potem… a potem podejmę decyzję co do dalszych działań.

— Dalszych działań? — zdziwił się powstający pacjent.

— Chodziło mi o diagnozę — odrzekł, przekręcając oczami.

Pan Henryk, rozsiadłszy się wygodnie na fotelu pokrytym czerwoną narzutą, spojrzał na regał przed sobą. Na półkach widniały różnorakie przedmioty będące czymś, co na pierwszy rzut oka przypominało pamiątki z różnych stron świata. Zaciekawiony tym widokiem rzekł, wskazując na regał:

— Przepraszam, doktorze.

— Tak?

— Czy dobrze widzę i lubi pan podróże?

— Czy lubię? Nie powiedziałbym. Raczej jestem do nich zmuszony. A raczej byłem, wie pan, wiek robi swoje. Ale wracając... To, co pan widzi to zdobycze lub jak kto woli trofea podróżnicze.

— O, a czy może pan opowiedzieć o nich coś więcej?

— Widzę, że trafił swój na swego — rzekł przejęty, a jego równie przejęty wzrok powędrował w stronę biurka.

— Wie pan, doktorze, pracowałem dla Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Niestety lata podróży do dzikich krain nadwyrężyły moje i tak już wątłe zdrowie.

— Rozumiem. No, ale cóż, takie życie podróżnika. — Poprawiwszy kołnierz koszuli, doktor zapytał: — Czy nadal chce pan posłuchać historii tychże jakże wyjątkowych przedmiotów?

— Jeśli nie jest panu śpieszno, to chętnie wysłucham pańskiej opowieści.

— Dziś i tak niedziela więc zapewne jest pan moim ostatnim pacjentem.

— W takim razie proszę mówić.

Nim doktor rozpoczął swą opowieść, rzekł:

— Przepraszam za moją nieuprzejmość. Zapewne jest pan spragniony. Może się czegoś szanowny pan napije?

— A wie pan co, doktorze. Idąc do pana, troszkę się zmachałem, więc chętnie bym nawilżył nieco gardło.

— Znakomicie — odparł, pocierając dłonie, po czym skierował się do barku znajdującego się nieopodal biurka, wyjmując z niego kubek i butelkę o ciemnym szkle. Napełniwszy naczynie, powrócił do fotela, na którym siedział pacjent. — Proszę. Mam nadzieję, że będzie panu smakować.

Pacjent przejął kubek, lecz zobaczywszy ciemnoczerwony kolor, rzekł zaskoczony:

— Wino? A czy to tak wypada przed badaniem?

— Oczywiście, drogi panie. Wino pobudzi krew, co da mi lepszy wgląd w pańskie ciało.

— No cóż… Nie dyskutuje się z wiedzą fachowca.

— Tylko — ostrzegł — proszę pić małymi łyczkami. Ma dość cierpki smak.

Pacjent, zrozumiawszy przestrogę, skinął głową.

Doktor Kostecki podszedł do regału, wskazując na pierwszy przedmiot, jakim były…

— Kości. Oto te kości do gry wygrałem od pewnego amerykańskiego oficera w 1847 roku w Teksasie. Był to człowiek o wielkim sercu, jak i talencie dowódczym. Żołnierze słuchali się go jak wierne psy. Niemniej to nie jego talenty militarne robiły na mnie największe wrażenie, a zapał do gry zwanej pokerem. Z początku nie chciałem dać się wciągnąć w ten jakże namiętny hazard, jednakże jako że wspomniany oficer postawił oto te piękne kości, to musiałem podjąć ryzyko. I proszę, opłaciło się.

— Zaraz, zaraz. Chce mi pan powiedzieć, że był w Ameryce podczas trwania wojny meksykańsko-amerykańskiej?

— Zgadza się, panie Henryku.

— Co pan tam robił?

— Zwiedzałem piękne, piaszczyste, porośnięte krzewami okolice. A przy okazji pomagałem opatrywać rannych oraz zmienić bieg wojny.

— Słucham? Jak to zmienić bieg wojny?

— Żartowałem! — zaśmiał się głupkowato. Gdy przestał się śmiać, dodał: — Może przejdźmy do następnego rekwizytu.

Doktor przejechał dłonią po czymś, co siedzącemu pacjentowi przypominało:

— To kokos, zgadłem?

— Dokładnie. Aczkolwiek nie byle jaki, tylko wprost z samych Hawajów.

— Ponownie mnie pan zaskoczył, doktorze. A co pan tam robił?

— Jak to co? Za dnia spacerowałem, podziwiając tamtejszą faunę i florę, a po porze obiadowej wylegiwałem się na plaży do momentu, aż słońce nie żegnało dnia pomarańczowym blaskiem zachodu.

— Długo pan tam był?

— Kilka dni.

— Kilka? — zdumiał się. — Przecież podróż do tak oddalonej krainy trwa wiele tygodni, a może nawet i miesięcy. Warto było stracić tyle czasu, aby poprzebywać w takim pięknym miejscu tak krótko?

Doktor Kostecki, widząc zagubienie swego rozmówcy, zrobił wymuszony uśmiech, po czym rzekł:

— Czas… To pojęcie względne.

Czując unoszące się napięcie, pacjent wskazał na butelkę stojącą obok kokosa, mówiąc:

— Szczególnie po alkoholu.

— Ach! Ma pan całkowitą rację — zaśmiał się doktor, łagodząc napiętą atmosferę.

Butelka o ciemnym oraz nieco porysowanym szkle z widoczną pożółkłą etykietą przywiała do umysłu patrzącego na nią pacjenta obraz butelek widzianych w rękach bezdomnych, których co dzień miał okazję mijać w drodze do pracy w miejskim urzędzie.

— Czy ta butelka nie jest przypadkiem po żołądkowej?

Na zasłyszane słowa doktor Kostecki ponownie się zaśmiał, lecz tym razem wyczuć można było teatralną nutę, jakby jakaś nieznana siła go do tego zmuszała.

— Każdy, kto do mnie przychodzi — wziął butelkę do ręki — od razu oczyma wyobraźni widzi dobrze nam znany samogon.

— Czyli to kolejna pamiątka z podróży, prawda?

— Oczywiście — odrzekł, odkładając butelkę. — Dostałem ją od pewnego oficer Royal Navy. Przez pewien czas miałem okazję mu towarzyszyć w jego morskich podróżach, lecz ta historia jest zbyt długa i wręcz niewiarygodna, abym ją panu opowiedział w tak krótkim czasie, jaki nam pozostał.

— Rozumiem, doktorze. Więc może ten naszyjnik ma nieco krótszą?

— Jaki naszyjnik? — zdziwił się, spoglądając przez ramię. Widząc leżący na stercie papirusów bursztynowy naszyjnik, podszedł do niego, biorąc do ręki. Na twarzy doktora w jednej chwili namalowało się przejęcie.

— Coś się stało, doktorze? — odezwał się pacjent nieśmiało.

— To akurat nie jest eksponat. Tylko pamiątka po kimś, kto mógł nigdy nie dopuścić do tego, abym spędził w tym miejscu większość swojego życia. A kto wie? Może i całą wieczność.

— Przepraszam, ale nic z tego nie rozumiem, doktorze — odrzekł, jednocześnie przykrył rękawem marynarki powstałą na prawym przedramieniu gęsią skórkę.

— Miłość czy sprawiedliwość? — zapytał niespodziewanie doktor, odchodząc w stronę okna. Złapawszy obydwoma dłońmi za parapet, mówił dalej: — To pytanie od jakiegoś czasu spędza sen z powiek ludzkości i zapewne będzie spędzać w następnych dekadach, a może nawet i wiekach. Zresztą tak jak i mnie. — Westchnąwszy, stał w milczeniu, lecz ujrzawszy na zewnątrz idącego przez ścianę deszczu mężczyznę, który pewnie trzymał parasolkę nad kapeluszem damy ubranej w kremową suknię, rzekł z nostalgią: — Pamiętam tamten dzień, jakby nadal trwał, jakby nigdy nie przeminął, jakby pragnął, abym wciąż go rozpamiętywał, niczym dobry przyjaciel rozpamiętuje dawnego druha.Opowieść Pierwsza

Moja opowieść zaczyna się w roku 1823, kiedy odbywałem trzeci rok praktyki u mojego mistrza — a może przede wszystkim mentora — Kazimierza Kwaśniaka. Podczas wymuszonego postoju w jednym z podwarszawskich zajazdów natknąłem się na oficera kawalerii carskiej armii Wiktora Golubkina. Z początku nie zapowiadało się na to, abyśmy zostali dobrymi przyjaciółmi, aczkolwiek jak to mawiał wcześniej wspomniany mentor; medyk jest najlepszym przyjacielem żołnierza. I tak też stało się w przypadku moim i Wiktora.

Nieopodal stołu, przy którym siedziałem wraz z doktorem Kwaśniakiem — posilając się ciepłym krupnikiem — pojawili się iście gburowaci ruscy żołnierze. Jednym z nich był nie kto inny jak Wiktor, który swą słuszną tuszą wyróżniał się spośród szczupłych kompanów od kieliszka.

Jak to bywa w takowych sytuacjach, nadmiar gorzałki po pewnym czasie przysłania chłodny osąd, przez co wystarczy iskra w postaci drobnej uwagi, aby rozpalić w udręczonym przez alkohol umyśle wojowniczy płomień skierowany na wszystkich postronnych. Lecz tamtego wieczoru gniew Wiktora spadł na obsługującą go niewiastę, która nieśmiało napomknęła o jego niechlujnie ułożonym kołnierzyku. Powstawszy na równe nogi, wyjął szablę i uniósłszy ją do góry, krzyknął na całą salę, że polska ladacznica miała czelność obrazić majestat caratu w postaci brudnego od błota munduru, dlatego też musi zostać przykładnie ukarana.

Szczęśliwie dla niewiasty Wiktor, zamiast zamachnąć się szablą, zamachnął się kuflem w kierunku gardła, powodując tym samym zachłyśnięcie. Każdy myślał, że zaraz otrząśnie się z napadu kaszlu i powróci do słownej tyrady. Stało się inaczej. Po paru chwilach zsiniał i swym słusznym cielskiem zwalił się na stół, łamiąc drewniane nogi.

Wiedząc, że jest bliski śmierci, rzuciłem się na pomoc. Położyłem go na bok, wkładając palec do ust, aby wymusić wymioty. Po kilku próbach wydalił nie tylko wypitą gorzałkę, ale zarazem całą kolację. Kiedy Wiktor powrócił do świata żywych, spojrzał mi w oczy. Pamiętam do dziś to spojrzenie pełne wdzięczności, ale i pewnej dozy niepokoju jakby ujrzał moją mroczną przyszłość, jakby wiedział, że patrzy w oczy człowieka straconego.

Nie mogąc znieść dłużej tego spojrzenia, podałem mu dłoń.

Wiktor, powstawszy na równe nogi, ku memu zdumieniu uściskał mnie, całując po całej twarzy, po czym ucałował dłoń damy, którą chwilę wcześniej chciał poczęstować ostrzem szabli. Mało tego! Wręczył jej kilka kopiejek i zapewnił, iż pokryje szkody wyrządzone porywem gorącej głowy.

Sytuacja ostygła na tyle, że zaprosiłem Wiktora oraz jego kompanów do mojego stołu. Nie mieliśmy problemu, aby się dogadać, wszak znajomość języka Iwana Groźnego była konieczna, abym w ogóle mógł myśleć o ukończeniu praktyki lekarskiej. Można by rzec, że w ciągu kwadransa zawiązałem z wojakami braterską więź. Lecz gdy przyznałem się, że jestem praktykującym medykiem, szacunek do mej osoby w oczach rozmówców wzrósł to takiego stopnia, że poczułem się jak car, którego skinienie palcem wystarczy, aby wysłać swoich żołnierzy do walki. Na szczęście dla wojaków nadal pozostałem tym, kim od zawsze pragnąłem zostać. I to właśnie mój fach sprawił, że Wiktor zaprosił mnie do wynajętej izby na prywatną rozmowę.

W przytulnym pomieszczeniu oświetlanym przez świeczki nawtykane w srebrny kandelabr zasiedliśmy przy stoliku, na którym stał wazon wypełniony kwiatami rumianku. Ten wspaniały zapach od razu zabrał mnie myślami na wiejskie pola wypełnione innymi równie pachnącymi ziołami.

Mój pobyt w krainie marzeń nie trwał długo, wszak moją uwagę zwrócił Wiktor, który niespodziewanie pobladł. Nie powiem, że byłem zaskoczony jego nagłą zmianą. W końcu przyznał mi się, że od lat cierpi na nawracającą niestrawność. Co gorsza, parokrotnie przez swą niedyspozycję o mało nie został wydalony z wojska, co dla człowieka z dalekiego wschodu Rosji oznaczało powrót do miejsca, gdzie czekać go będzie wieloletnia niedola mogąca skończyć się nawet śmiercią. Dlatego też zaproponował mi pewien układ. Chciał, abym pomógł mu w problemach zdrowotnych jako przyboczny lekarz. W zamian miałem otrzymywać połowę jego wojskowego wynagrodzenia plus premię za dobry sprawunek. Nie powiem, że była to jedna z tych propozycji, których odrzucenie boli przez całe życie. Choć dziś już wiem, że ból związany z błędną decyzją jest o wiele gorszy.

Tej pamiętnej nocy zgodziłem się wstępnie na warunki Wiktora, lecz jako że nadal odbywałem praktykę u pana Kazimierza, musiałem otrzymać jego zgodę na wyjazd. Z początku myślałem, że mój nauczyciel będzie próbował odwieźć mnie od pomysłu podróży do Moskwy, niemniej, usłyszawszy o propozycji Wiktora, nakazał mi wyruszyć wraz z nim. Byłem tym nieco zaskoczony, jednakże doktor wytłumaczył mi, że popadł ostatnimi czasy w kłopoty finansowe z powodu nieudanej inwestycji i nie będzie w stanie wypłacać mi pensji, a po drugie, przyznał, że od pewnego czasu uczeń przerósł mistrza i tam na wschodzie będę mógł lepiej wykorzystać swoje umiejętności, by zrobić znamienitą karierę.

Pożegnawszy się nad ranem z doktorem Kwaśniakiem, wyruszyłem wraz z Wiktorem Golubkinem oraz jego kompanami w długą podróż do Moskwy. Długą, bo drogi poza miastami w deszczową, listopadową porę przypominają bagno. Gdyby nie wóz obładowany tobołkami zapewne podróż skróciłaby się o połowę, a tak co jakiś czas koła grzęzły w podłożu i co chwilę trzeba było wchodzić po kostki do lepkiego szlamu, wygrzebując je gołymi rękoma. I tak też przez następne dwa tygodnie wyglądały nasze zmagania.

Dopiero na początku grudnia, gdy siarczysty mróz skuł drogi, udało się zwiększyć tempo podróży, dzięki czemu w połowie miesiąca dotarliśmy do przedmieść Moskwy, gdzie powitały nas zaspy przewyższające czasem człowieka tak wysokiego, jak ja, czyli kogoś podobnego do widzianego w oddali carskiego gwardzisty, którego głowę zdobił hełm z wysokim grzebieniem, a ciało okrywał szeroki, szary płaszcz. Pomimo że stolica imperium znajdowała się w Petersburgu, to wojska gwardyjskie stacjonowały również w Moskwie, którą od czasu do czasu odwiedzał sam władca. Co ciekawe, za dwa lata ci elegancko ubrani młodzianie mieli bronić cara przed powstaniem dekabrystów w podobnych co obecnie panujących warunkach.

W momencie przygasania największej lampy świata dotarliśmy do koszar. Choć tak naprawdę była to dwupiętrowa kamienica mieszkalna, która przez panujące na zewnątrz warunki została przejęta przez oficerów carskiej armii z powodu zasypania wejść do pobliskich koszar. Wiktor jednak nie darował, jak to sam mawiał, leniom patentowanym i w ciągu swego krótkiego pobytu w tym jakże ciekawym miejscu zagonił niższych stopniem do pracy przy odśnieżaniu. Niechętni sołdaci ruszyli z prowizorycznymi szuflami na zewnątrz, klnąc przy tym niemiłosiernie.

Pierwsze dni w słabo ogrzewanym budynku nie należały do najprzyjemniejszych przeżyć. Wszechobecny grzyb powodował przemożny kaszel i katar u części wojaków, przez co miałem ręce pełne roboty, aby ulżyć ich dolegliwościom. Wiktora jednak irytowało, że zamiast poświęcać czas poważnym schorzeniom takim jak jego niestrawność, to zajmuję się, jak to sam powiedział „pierdołami”. Dlatego też długo nie zagrzałem miejsca w koszarach i wraz z Wiktorem przenieśliśmy się do jego kuzynki mieszkającej w centrum Moskwy.

Kira, bo tak nazywała się ta sympatyczna niewiasta, ugościła nas jak samego Aleksandra I. Co ciekawsze, dowiedziawszy się, że jestem Polakiem, zaczęła traktować mnie jak wyżej wspomnianego władcę, co nieco mnie zdziwiło. Wiele bowiem słyszałem o niechęci do mojej nacji w kręgach szlacheckich, z których wywodziła się kuzynka Wiktora. Jak widać, słowa mojego mentora po raz kolejny się sprawdziły, że lepiej samemu upewnić się co do pewnych rzeczy niż wierzyć ludowym legendom.

Wraz z nastaniem nowego roku zabrałem się jeszcze pilniej za badanie mojego przyjaciela. Po trzech miesiącach zauważyłem, że wpływ na zaostrzenie dolegliwości ma nadmiar gorzałki oraz tłuste jedzenie. Wiedząc to, zaleciłem mu zaprzestanie w lubowaniu się w kiełbasie i alkoholu oraz przejście na mleko i biały chleb. Po dwóch tygodniach nastąpiła znaczna poprawa. Niestety temperament Wiktora i jego hulaszczy styl bycia szybko nawróciły go na ścieżkę pokusy, przez co jego problemy powróciły ze zdwojoną mocą. Aby utrzymać posadę prywatnego doktora, byłem zmuszony wymyślić lepszy sposób zwalczania trapiącego go bólu.

Moje obserwacje i badania po kolejnym miesiącu naprowadziły mnie na hipotezę, że problemem są wrzody trawienne. W czasie kiedy służyłem u Wiktora, nie były jeszcze zbyt dobrze poznane, lecz co ciekawe, mój mentor sporo mnie o nich nauczył. Dlatego też wiedziałem, że muszę zdobyć propolis, kwiat rumianku, nagietka oraz krwawnika. Niestety w Moskwie, gdzie ludowa medycyna była pogardzana, trudno było dostać takowe składniki. Na moje szczęście z pomocą przyszła Kira, która od samego początku interesowała się moją pracą. Nieraz przesiadywała przy mnie i przy świetle świeczek przyglądała się anatomicznym szkicom, od czasu do czasu pytając o szczegóły poszczególnych spostrzeżeń na temat stanu zdrowia Wiktora.

Ale wracając.

Kira zaproponowała mi wycieczkę do podmoskiewskiej wsi Tuszyno, podobno lokalni mieszkańcy posiadali wymienione zioła i to w dość pokaźnej ilości. Nie czekając, wyruszyliśmy na poszukiwania „składników mikstury ulgi”, jak nazwałem lekarstwo dla Wiktora.

Podróż nietrwała długo. Kira korzystając ze szlacheckiego autorytetu, kazała się zawieść powozem swego ojca, dzięki czemu dokładnie w południe udało się nam dotrzeć do tego malowniczego miejsca.

Pojawienie się takiej osobistości jak moja towarzyszka podróży w obstawie dwóch żołnierzy oraz mej skromnej osoby wzbudziła niemałe zainteresowanie mieszkańców, którzy tłumnie opuszczali drewniane, parterowe domy pokryte strzechą, aby przyjrzeć się nowo przybyłym. Z początku myślano, że do wsi przybyła sama cesarzowa Elżbieta, lecz gdy ciekawskie spojrzenia otaczające powóz ujrzały gładką jak szkło cerę Kiry, zapanowało zamieszanie. Nie często się bowiem zdarza, o ile w ogóle, aby dostojnik przybył do wsi i to jeszcze bez zapowiedzi.

Kiedy księżniczka — jak została nazwana Kira przez kilka kobiet o zniszczonych przez upływ czasu twarzach — opuściła przy pomocy jednego z gwardzistów powóz, od razu przystąpiła do wyjaśniania i uspokajania otaczających nas mieszkańców, którzy nadal żywili zaniepokojenie co do celu wizyty.

Kira wykazała się znamienitą erudycją, tłumacząc na spokojnie przyczynę swego przybycia. Gdy mieszkańcy dowiedzieli się o poszukiwanych przeze mnie składnikach, kilku z nich rzuciło się ku domostwom, przynosząc po czasie cały wachlarz ziół. Było tego tak wiele, że aż trudno było zorientować się, z czym ma się do czynienia. Na dodatek miałem pewne trudności, aby zrozumieć dialekt ludzi wsi. Na szczęście jeden z młodzianów zwany Aleksiej przyszedł mi z pomocą, robiąc za tłumacza. Co ciekawe, młodzian nie tylko potrafił mówić piękną gwarą środkoworosyjską, ale też i pisać co zdumiało mnie jeszcze bardziej. Kiedy pomógł mi zdobyć składniki, zaprosił mnie na bok, przyznając się po krótkiej wymianie zdań, że tak naprawdę jest moskiewskim poetą, który z braku weny przeniósł się do tego cichego i spokojnego miejsca w poszukiwaniu inspiracji dla swej poezji. Oznajmił również, że wraz z przybyciem do Tuszyno staliśmy się gośćmi honorowymi. Jako że serdeczność mieszkańców nie miała granic, to wraz z Kirą postanowiliśmy skorzystać z poczęstunku, jaki został dla nas przygotowany.

Pomimo ciężkich lat dla kontynentu, które poprzedziły naszą wizytę, tutejsi nie narzekali na brak jadła. Po leżących na stole biesiadnym daniach w postaci żytniego chleba i iście smakowitej kiełbasy wywnioskowałem, że stołują się lepiej niż większość Moskwian. Zapewne powoduje to lokalna produkcja, którą niechętnie chcą się dzielić z miastowymi.

Jednakże nie ma co się rozwodzić nad jadłem, które notabene napełniło mój żołądek do syta.

Po skończonej uczcie Kira wraz z kilkoma dziewojami udała się zobaczyć szyte ręcznie suknie, które zakładano na Noc Kupały. Natomiast ja za namową Aleksieja udałem się na spacer po okolicy, podczas którego mój towarzysz opowiadał mi o historii Tuszyno. Z początku słuchałem jego opowieści, tak jak słucha się najznamienitszych gawędziarzy, zdając sobie po czasie sprawę, że duża część miejsc i zdarzeń pochodzi zapewne z wyobraźni samego opowiadającego. Lecz w pewnym momencie zatrzymałem się w miejscu, mówiąc głosem pełnym niedowierzania:

— Chcesz powiedzieć, że znalazłeś list napisany przez samego Dymitra Samozwańca?

— Tak jak powiedziałem.

— Przestań stroić sobie ze mnie żarty.

— Jak Boga kocham, że jest tak, jak mówię. Choć… Jeśli mi nadal nie wierzysz, to mogę ci go pokazać.

Zastanawiałem się, jak dalece słowa poety są prawdziwe. Niemniej stojąc w miejscu jak kołek, wiedziałem, że nie otrzymam żadnej odpowiedzi, dlatego też rzekłem:

— Prowadź.

Myślałem, że powrócimy do wsi, lecz mój towarzysz zaczął prowadzić mnie przez bujne chaszcze, które swymi kolcami miały nieraz ochotę rozedrzeć mój ubiór. Przedzierając się przez roślinność, dopytywałem nieustannie, dokąd zmierzamy, jednak Aleksiej nadal milczał, tworząc coraz bardziej ekscytującą aurę tajemniczości.

W końcu po rozdarciu lewego rękawa i paru uderzeń gałęzią znienacka w twarz dotarliśmy do czegoś, co przypominało…

— Jaskinia? — odezwałem się zaskoczony.

— Dokładnie — odrzekł zadowolony Aleksiej. — Ale nie ma co czekać, bo jeszcze ktoś nas nakryje i moja kryjówka zostanie spalona na dobre — dodał, wskazując na wejście.

Ruszyliśmy w stronę ciemnej czeluści. Miałem pewne obawy czy wchodzenie do nieznanego mi miejsca jest dobrym pomysłem, lecz okazało się, że słowo „jaskinia” miało zastosowanie tylko w przenośni, wszak wnętrze swą wielkością przypominało niezbyt głęboką pieczarę.

Aleksiej zaczął kopać w ziemi gołymi rękoma, wydostając po czasie dość spore zawiniątko. Rozwinąwszy podarte szmaty, ukazał mi coś, co wzbudziło moje zaskoczenie. Ujrzałem bowiem szufladę, na której dnie leżały kartki pergaminu zapisane niewyraźnym pismem. Nie powiem, że było to fascynujące znalezisko. Niemniej zaraz uświadomiłem sobie pewną rzecz.

— Ta szuflada ma niby pochodzić z czasów Samozwańca? — zapytałem.

— Na to wygląda — odparł zamyślony Aleksiej, jakby sam nie był przekonany.

I wcale mu się nie dziwiłem, należy bowiem pamiętać, że w czasach, w których przyszło żyć Dymitrowi Samozwańcowi II, nie produkowano biurek z takową szufladą. Po drugie, raczej nie przetrwałaby do naszych czasów zakopana pod ziemią, a po trzecie, czy wyżej wymieniony w ogóle potrafił pisać? To bardzo mało prawdopodobne. W tamtym momencie byłem przekonany, że jest to zapewne dowcip wiejskiej młodzieży, aby straszyć przyjezdnych takimi wymyślnymi historiami. Był to idealny moment, aby podziękować Aleksiejowi za ten jakże wybitny spektakl i powrócić do Kiry. Niestety… Jakaś wewnętrzna część mnie pragnęła zapoznać się z treścią listów, szczególnie że jako jedyne wydawały się nosić pewien ślad historii. Sięgnąwszy po nie, ujrzałem nie tylko trudne do zrozumienia pismo, ale również plamy przypominające krew.

— Trudno to rozczytać — rzekłem w stronę mego kompana.

— Bo to stara wersja cyrylicy.

— Poważnie?

Aleksiej energicznie pokiwał głową, dodając:

— Jak chcesz, to mogę ci to przetłumaczyć.

— Będę wielce rad, mój przyjacielu.

— Dobrze. Mam nadzieję, że niczego nie pomylę. — Nabrawszy powietrza, dodał: — A więc...

Jako ten, który w ciemnościach pragnie zapisać się na kartach historii, chciałbym rzec w tym oto miejscu pokrytym przez całun mroku, że nie zapomniałem o wierności i oddaniu. To, co przyrzekłem, niechaj będzie ukazaniem prawdy ukrytej głęboko pod murami tego zapomnianego przez świat miejsca.

W moim sercu nadal kłębi się tajemnica, na którą nigdy nie powinna natknąć się szlachetna dusza. Jest nią bowiem ta, której poświęciłem w sercu moim, ku zachowaniu jedności — a nie w porzuceniu.

Zatem, abyście w pełni pojęli, jak wielka jest cena moich słów, ukryłem w tej kartce przestrogę, wszak ten, który nosi w sobie krew przodków moich, jest tym, który może odczytać prawdziwą moc w tym, co piszę. Zawiłość losów będzie odwrócona tylko przez tego, kto nie wahałby się stanąć na drodze ciemności.

I jeszcze raz dla tych, którzy, nie boją się podjąć tego, co dla nas przeznaczone, niechaj los będzie odmienny niż ten, jaki mnie spotkał.

Od tej chwili, gdy zapadnie noc, i kiedy wicher zacznie sunąć przez lasy, wy wszyscy czytający me słowa będziecie podążać śladami, które zostawiłem dla was w cieniu własnych czynów.

Z nadzieją i wiernością,

Dymitr Samozwaniec

Po zasłyszanych słowach wnętrze jaskini nawiedził podmuch wiatru, co zmroziło nasze serca do takiego stopnia, że w ciągu paru chwil znaleźliśmy się na zewnątrz, otuleni ciepłem promieni słońca wiszącego na bezchmurnym niebie.

Spoglądając na Aleksieja, zastanawiałem się, czy przypadkiem nie ukartował całej sytuacji, bo jak sam wspominał, jest przecież poetą. Dlatego też postanowiłem go o to zapytać:

— Aleksiej, czy ty przypadkiem…

Moje słowa przerwał radosny krzyk:

— Tutaj!

Odgłos zbliżających się ludzi sprawił, że spanikowany Aleksiej rzucił się, by na powrót zakryć szufladę podartym materiałem. Kiedy skończył, rzekł pospiesznie:

— Weź to ode mnie.

— Ale moment. Dlaczego? Przecież to twoje znalezisko.

— Proszę, zrób to dla mnie, zanim się tutaj pojawią. Nie chcę, aby wiedzieli, że to może należeć do mnie.

W tamtym czasie nie potrafiłem zrozumieć uporu mego towarzysza, lecz widząc jego przejęty wzrok i słysząc równie przejęte słowa, postanowiłem przystać na jego propozycję.

Wręczywszy mi szufladę, Aleksiej dodał:

— Za kilka dni będę w Moskwie. Wtedy ją od ciebie odbiorę.

— Poczekaj! Ale gdzie się w takim razie spotkamy?

— O to się nie martw. Znajdę cię, ponieważ dobrze wiem gdzie mieszka twoja towarzyszka podróży.

— O, naprawdę?

Aleksiej nie zdążył się wytłumaczyć, wszak zza krzaków pojawiły się trzy sylwetki młodych mężczyzn. Ujrzawszy naszą dwójkę, rozpromienili się na twarzy i czym prędzej poprosili, aby udać się za nimi do wsi.

Tak też zrobiliśmy.

Kira, stojąc przy wozie w towarzystwie licznego grona dam, spostrzegłszy mą osobę trzymającą zawiniątko, podeszła żywo, pytając:

— Mój drogi, a cóż to za dziwactwo? — Wskazała palcem na ukrytą pod szmatami szufladę.

— To jest… — Przerwałem, widząc błagalne spojrzenie Aleksieja. — Powiem ci w drodze powrotnej — dodałem z wymuszonym uśmiechem.

Pożegnawszy mieszkańców Tuszyno, rozpoczęliśmy drogę powrotną do Moskwy.

Gdy oddaliliśmy się na znaczną odległość, Kira wskazała na zawiniątko.

— Powiesz mi teraz, co tam przede mną ukrywasz?

— Naprawdę chcesz wiedzieć?

— No nie daj się prosić.

Swym anielskim uśmiechem zapewne podbiłaby niejedno męskie serce, więc jako przedstawiciel tejże płci musiałem ulec.

Kira, widząc w mych rękach szufladę, zrobiła tak szerokie oczy, jakby zobaczyła przed sobą zjawę kryjącą się w otaczających nas lasach. Jednakże po chwili zaczęła się śmiać z taką doniosłością, że spłoszyła pobliskie sikorki, które czmychnęły nam nad głowami.

— Tylko nie pokazuj tego Wiktorowi — rzekła, nadal chichocząc.

— Dlaczego?

— Bo ci ją zabierze.

— A po co mu szuflada? I to w dodatku w takim stanie? — zapytałem, wskazując na popękaną i podrapaną powierzchnię.

— On zbiera takowe dziwactwa, mój drogi.

— Mówisz poważnie?

— Zawsze, gdy wraca z jakiejś wyprawy, to przywozi jakieś pamiątki. Niestety nie są to żadne kosztowności w postaci biżuterii czy innych drogocennych rzeczy, a właśnie takie proste, pospolite przedmioty.

— Ciekawe… A wiesz, jaki jest tego powód?

— Nie wiem, mój drogi, naprawdę. Czasem staram się go o to wypytać, lecz zaraz zbywa mnie groźnym pomrukiem. Ale wiesz co? Może ty się go spytaj. Widzę, że cię polubił, więc może przed tobą się zdradzi.

Rozmyślając nad propozycją Kiry oraz dziwactwami jakie spotkały mnie w Tuszyno w postaci szuflady i dziwacznego listu droga powrotna do Moskwy przebiegła w milczącej atmosferze. Dopiero gdy powóz zatrzymał się, a moja towarzyszka szturchnęła mnie za ramię, wskazując na kamienicę pogrążającą się w mroku nocy, zrozumiałem, że nastał koniec podróży. Otrząsnąwszy się z zamyślenia, zabrałem się za wypakowywanie tobołków, po czym ruszyłem za Kirą po schodach na drugie piętro.

Po wejściu do mieszkania zastała nas podobna co na zewnątrz aura. Kirę nieco to zdziwiło, wszak służąca w postaci Olgi Azarow od dobrej godziny powinna podtrzymywać światło. Jeżeli jej nie było, to oznaczało, że Wiktor musiał być w domu.

— Może poszedł spać? — zapytała szeptem Kira.

Obydwoje odstawiliśmy tobołki i wspólnie ruszyliśmy ostrożnie w stronę salonu.

Po paru krokach Kira potknęła się i gdyby nie moja błyskawiczna reakcja upadłaby na pobliski stolik.

— Nic ci się nie stało?

— Nie, mój drogi. To wszystko przez tę ciemność. Nie zauważyłam… — przerwała. Widząc leżącego na podłodze Wiktora, złapała się za usta, po czym wydała z siebie jęk przerażenia.

Nie czekając, przykucnąłem przy nim, starając się zorientować w sytuacji. Niestety przez panujący mrok trudno było cokolwiek powiedzieć na temat jego stanu. Nakazałem Kirze naprędce rozpalić świece. Trochę to trwało, musiała bowiem udać się do sąsiedniego lokum, aby przynieść ogień.

Gdy żółtopomarańczowe światło rozświetliło salon, niezwłocznie przystąpiłem do badania Wiktora. Ku swemu przerażeniu dostrzegłem, że jego klatka piersiowa nie wykonuje miarowej pracy. Oznaczało to tylko jedno...

— Kiro, sprowadź jak najszybciej doktora Kajgo.

Po niecałym kwadransie pojawił się mój serbski przyjaciel, którego poznałem kilka tygodni po przybyciu do Moskwy. Zbadawszy Wiktora od stóp do głów, potwierdził moje obawy co do diagnozy, że mój pracodawca i dobry kompan nie żyje. Zapewne to trapiące go od lat dolegliwości stały za jego odejściem do lepszego świata.

Kira przez pierwsze godziny od stwierdzenia śmierci jej kuzyna nie mogła zebrać myśli, nadal nie wierząc, że nie ma go już wśród nas. Spędziliśmy całą noc na sofie, milcząc i patrząc na jeden z obrazów martwej natury.

Dwa dni później w ciepłe późnokwietniowe południe towarzyszyliśmy Wiktorowi w jego ostatniej drodze. O dziwo, pomimo że był oficerem carskiej armii, to pogrzeb odbył się na obrzeżach miasta w dość kameralnym miejscu otoczonym przez wysokie iglaki. Taka była bowiem jego wola, ponieważ pragnął spocząć wśród natury, którą wielbił niczym jakieś bóstwo. Zawsze powtarzał, że wśród ptaków i dzikiej zwierzyny będzie mu lepiej niż wśród fałszywych pełnych nikczemności ludzi.

Kiedy pod wieczór wraz z Kirą powróciliśmy do jej mieszkania, ponownie zasiedliśmy na sofie, na której to spędziliśmy całą noc w dniu śmierci Wiktora. Tym razem jednak raczyła mnie opowieściami z młodości o życiu swego kuzyna. W tamtej chwili przemieniłem się w wiernego słuchacza, nie chcąc przerywać jej pięknych i pełnych pasji słów trwających do nastania północy.

O poranku Moskwę nawiedziła deszczowa aura.

Przykryty kołdrą, patrzyłem na spływające krople, zastanawiając się, czy to przypadkiem nie sama matka natura roni łzy po stracie mojego przyjaciela, którego brak dopiero zacząłem odczuwać. Wiktor, pomimo swoich wad w postaci hulaszczego trybu życia i ciętego języka wobec moich rodaków nieraz pokazał swoje dobre serce, pomagając ubogim, dzieląc się z nimi pewną częścią swojego oficerskiego uposażenia. Przypominał mi dawnych kozaków, którzy nie przywiązywali zbytniej wagi do dóbr materialnych, wiedząc, że i tak każdy z żyjących pewnego dnia spotka na swojej drodze wiekuistą ciemność.

I gdy mój umysł na powrót zapragnął przenieść mnie do krainy wiecznej nocy, od strony drzwi wejściowych wybrzmiało wpierw delikatne, a chwilę później donośniejsze pukanie. Zaskoczony poderwałem się do góry, lecz nim zdążyłem postawić bose stopy na zimnej co aura za oknem posadzce, usłyszałem, jak rytmiczne kroki równie bosych stóp Kiry popędziły do drzwi.

Przez zawodzący wiatr i walące w parapet krople nie byłem w stanie usłyszeć, z kim moja przyjaciółka prowadzi, wydawałoby się żywiołową dyskusję. Czym prędzej więc powstałem i ruszyłem w stronę, skąd dochodziła. Lecz nim zdążyłem zamienić chłodny pokój na jeszcze chłodniejszy przedpokój, w progu pojawił się dobrze mi znany poeta Aleksiej.

Niezapowiedziana wizyta wprawiła me serce w zaskoczenie, które zostało przerwane przez przejęty głos:

— Doktorze, czy nadal masz przy sobie szufladę?

Przez to niespodziewane pytanie zastanawiałem się co odpowiedzieć. Na pomoc jednak przybył chłód łechtający moje stopy, który w ciągu sekundy pozwolił mi się otrząsnąć z zaskoczenia.

— Oczywiście, Aleksieju. Trzymam ją dobrze schowaną pod swoim łóżkiem. Jednak może wpierw wytłumaczysz mi dlaczego…

— Proszę mi ją pokazać — przerwał przejęty.

W tej samej chwili do naszej dwójki dołączyła Kira, która rzekła:

— Panowie, czy wyjaśnicie mi co się tu…

Nie zdążyła dokończyć, wszak Aleksiej wepchnął mnie do pokoju, zatrzaskując drzwi.

— Nie ma czasu na jałowe rozmowy — ponaglił.

Drżąca tonacja głosu oraz widoczne kompulsje na ciele Aleksieja uświadomiły mi, że nie ma co zwlekać z jego prośbą.

Spojrzawszy w rozgrzaną do czerwoności twarz, ukłoniłem się i czym prędzej podszedłem do łóżka, nachylając się i wydobywając z pewnymi trudnościami przedmiot, który narobił tyle zamieszania.

Położywszy szufladę na pomiętej pościeli, z trudem uniosłem ledwo co rozbudzone ciało pragnące na powrót skryć się w ciepłym łożu. Niestety musiałem poczekać na lepszą okazję, wszakże Aleksiej dopadł do łóżka, siadając na jego krawędzi.

Drżącymi dłońmi wyjął rzekomy list od Dymitra Samozwańca i przez moment przyglądał mu się, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Niemniej zaraz go złożył i włożywszy do kieszeni swojej rozpiętej kamizelki, zaczął badać szufladę z każdej możliwej strony. Jego szczera fascynacja była iście zaskakująca, jak i niepokojąca zarazem. Nigdy bowiem nie spotkałem człowieka, który z dokładnością konesera sztuki przyglądałby się kawałkowi drewna przekształconego w przedmiot użytkowy.

Kiedy skończył badania, rzekł:

— Pusta.

— Co przez to rozumiesz? — zapytałem zaskoczony.

— Nieważne.

— Aleksieju, czy…

— Możesz ją dla mnie przechować jeszcze ze trzy dni?

Z perspektywy czasu powinienem był odmówić, lecz sam nie wiem czemu, ale przystałem na jego prośbę.

— Na pewno tylko trzy? — dopytałem.

— Ani dnia mniej, ani dnia więcej, przysięgam.

— Niech ci będzie.

— Jesteś wielki!

— Ale! Po tym wszystkim wyjaśnisz mi, o co w tym wszystkim chodzi, dobrze?

— Przysięgam na samego cara.

— Aha, i jeszcze jedno. Następnym razem nie wpadaj do mieszkania niczym wicher, w którym sam jestem gościem, dobrze?

— Dobrze, dobrze, przepraszam za tak niegrzeczne zachowanie, ale… — przerwał, patrząc w głębię moich oczu, jakby chciał wydobyć na zewnątrz moją duszę. — Nieważne, wytłumaczę ci się za trzy dni w domu gościnnym Swietłany Pawłowny. Wiesz, gdzie to jest?

— Tak, byłem tam ze dwa razy i muszę powiedzieć, że nigdy nie jadłem lepiej.

— Dokładnie. Ale wracając. Spotkamy się tam w piątek po południu, dokładnie o godzinie siedemnastej. Aha, i przynieś ze sobą — wskazał na szufladę — ją.

— Tak zrobię. A teraz, jeśli możesz, to zmykaj, zanim Kira wyrzuci nas stąd obydwu.

Aleksiej się ukłonił i czym prędzej wyszedł z pokoju tak jak i ja. W przedpokoju zastała nas Kira, której przejęty wzrok raz padał na mnie raz na poetę. Wykonawszy szarmancki skłon, Aleksiej ucałował rękę pani domu, po czym wyjaśnił jej wymyśloną naprędce historyjką powód swojego nagłego najścia. Nie powiem, chłopak miał tak wielką fantazję, że pomimo żałoby rozbawił Kirę do łez, dzięki czemu rozstaliśmy się w pogodnych nastrojach.

Cały boży dzień rozmyślałem nad niespodziewaną wizytą Aleksieja oraz nad jego jakże wielką fascynacją szufladą. Im więcej nad tym myślałem, tym coraz bardziej dochodziła do mnie bolesna prawda, że ten sympatyczny poeta może być po prostu obłąkany. W tamtym czasie wcale mnie to nie dziwiło, wszak w swoim życiu poznałem wielu artystów i zdecydowana większość z nich cierpiała na jakieś zaburzenia umysłu. Jako więc lekarz postanowiłem, że przy następnym spotkaniu postaram się subtelnie zbadać stan Aleksieja.

Trzy dni minęły dość szybko z powodu mego zajmowania się problemami wysoko postawionych urzędników carskich, którzy najczęściej cierpieli na przeróżne dolegliwości układu pokarmowego spowodowanych nadmiarem pracy wraz ze spożywaniem zbyt sutych pokarmów, które zapijano dość pokaźną ilością alkoholu. Wbrew pozorom dobrobyt wcale nie jest rozwiązaniem problemów biedoty, ponieważ tworzy złowieszcze uciechy skutkujące powolną i trudną do dostrzeżenia w czasie degradacją zdrowotną.

Kiedy stojąc w przedpokoju, szykowałem się do wyjścia, poprawiając czarny surdut, od tyłu niespodziewanie zaszła mnie Kira. Jej dotyk przypominający dotyk ducha oraz blada cera odbita w lustrze upodabniająca ją do nieboszczyka, przyprawiły mnie o ciarki na plecach.

— Wystraszyłam cię, mój miły?

Chciałem skłamać i kategorycznie zaprzeczyć, lecz widok leżącej na komodzie szuflady okrytej lnianym workiem wzbudzał w mym sercu pewną dozę niepokoju. Miałem jednak nadzieję, że tamtego popołudnia wszystko samo się rozwiąże tak jak i mój but, który to Kira pomogła mi zawiązać.

Ten miły czyn sprawił, że nieśmiało odchrząknąłem:

— Dziękuję ci, moja droga. Ale…

Widząc moją niepewność, Kira powstała, spoglądając w głębię moich oczu.

— Coś nie tak, Stefanie?

— Jesteś tak miła i serdeczna wobec mej osoby, że nie wiem, czy powinienem korzystać z twej gościny. Może lepiej, abym poszukał sobie nowego lokum i…

— Przestań — odrzekła stanowczo. — Możesz tutaj zostać, ile tego twoja dusza zapragnie. Zresztą za kilka dni wyjeżdżam do Wiednia i spędzę tam trochę czasu, więc do momentu mojego powrotu ktoś musi zaopiekować się tym miejscem, nieprawdaż?

— Długo tam będziesz? — zapytałem zaciekawiony, biorąc do rąk szufladę.

— Wrócę w drugiej połowie września. Miałam tam zamiar zostać do nowego roku, lecz zimy są teraz tak srogie, że długa podróż zamarzniętym traktem nie jest zbyt przyjemna, a tym bardziej bezpieczna.

— W takim razie będę niecierpliwie czekał na twój powrót, moja droga.

— Oj, Stefanie. — Zarumieniła się. — Nie mów tak, jakbyśmy się mieli już nigdy nie zobaczyć. Przecież do mojego wyjazdu zostało jeszcze trochę czasu. Zjemy jutro śniadanie, prawda?

— Jeśli nic się dzisiejszej nocy nie wydarzy, to z miłą chęcią.

Kira, usłyszawszy mój ton pełen zwątpienia, już nic nie odpowiedziała, jedynie odprowadziła mnie do drzwi. Nie chcąc jednak martwić mojej serdecznej przyjaciółki, po wyjściu na korytarz odwróciłem się w jej stronę i puściwszy oko, uśmiechnąłem się szeroko, dając tym samym znać, że nie musi się o mnie martwić. Choć gdybym wiedział, co wydarzy się tamtego dnia, wyszedłbym w milczeniu.

Spacerując szeroką ulicą, która była coraz częstszym widokiem w mieście, napawałem się pięknem architektonicznym widzianym naokoło. Zabudowa miejska Moskwy składała się z jedno i dwupiętrowych kamienic. Ich ściany oraz prostokątne okna ozdabiały pilastry wzorujące się na stylu grecko-rzymskim, nadając miastu wrażenie, jakby nosiło w sobie ducha samego Juliusza Cezara. I nie jest to dalekie od prawdy, bo jak to mówi tutejsza szlachta, Rosja jest trzecim Rzymem. Nie wiem jednak, czy odnoszenie się do imperium, które upadło, jest dobrym pomysłem, ale z drugiej strony, niech ci, którzy ugościli mnie w tak serdeczny sposób, napawają się chwilą siły i niezniszczalności, bo jak dobrze wiemy z historii, siła ta nie trwa wiecznie, a niezniszczalność jest pojęciem abstrakcyjnym stworzonym przez jednostki o małej wyobraźni niezdających sobie sprawy z morderczych sił, jakie skrywa nasz świat.

Napawając się pięknem skwerów, mostów i wszędobylskiej zieleni dotarłem przed dom gościnny Swietłany Pawłowny. Dzięki środkowowiosennej porze przybytek roił się od mężczyzn w hulaszczych nastrojach. Śpiewy i żywiołowe dyskusje wypełniały okolicę, sprawiając wrażenie, że w mieście odbywa się jakiś wielki festyn.

Wszedłszy do środka, rozejrzałem się za wolnym miejscem. Widok zbitej masy jegomości siedzących przy biesiadnych stołach przyprawił mnie o chwilowy oczopląs. Wszyscy byli ubrani w takie same stroje; białe koszule przepasane szelkami, podtrzymujące brązowe spodnie, których nogawki opadały na robocze buty.

I zapewne stałbym tak jak kołek, gdyby nie głos sympatycznej niewiasty, którego brzmienie przypominało śpiew kosa o poranku. Jej promienny uśmiech nieco ukoił mój niepokój związany z miejscem pełnym obcych mi ludzi i patrzących na mnie spod oka. Choć to zapewne nie moja persona wzbudzała ich zaciekawienie, a zawiniątko trzymane w rękach.

Za radą niewiasty zostałem skierowany do niewielkiego stołu w kącie sali. Korzystając z okazji, poprosiłem o piwo i porcję szczi, czyli zupę warzywną z godną ilością kiełbasy.

Najadłszy się do syta i wypiwszy trunek, oparłem się mocniej o drewnianą ścianę przybytku, wystukując rytm o podrapany blat. Niestety Aleksiej nie pojawił się o umówionej porze, przez co zostałem zmuszony do zamówienia jeszcze jednego piwa, które popijałem przez następną godzinę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij