Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja
Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
3299 pkt
punktów Virtualo

Szum - ebook

Seria mrocznych kryminałów psychologicznych dla fanów „Kolorów zła

Listopad 1992 roku, Trójmiasto. Flirtująca przez CB-radio młoda dziewczyna, Adrianna Milewska, zostaje zamordowana w niejasnych okolicznościach. Dwadzieścia siedem lat później miastem wstrząsa zaginięcie kolejnej nastolatki – Liwii Dembskiej, córki prominentnego polityka. Czy te zdarzenia coś łączy? Na tropie zagadkowych spraw po raz kolejny bezkompromisowa dziennikarka Alicja Grabska i charyzmatyczny Oskar Korda, do których dołącza ekolożka sądowa Janina Hinc.

„Mroczny nastrój, zagadkowe śledztwo i pragnienia, którym nie sposób się oprzeć. Szum ma w sobie magię, którą tak bardzo cenię w książkach. Dzięki niej strony same przefruwają przed oczami, a prawda, jaką niosą, zostaje z nami już na zawsze.”

ALICJA SINICKA

Każdy z tomów trylogii, czyli Szelest, Szum i Szrama zadaje pytanie o to jak daleko można się posunąć, aby odkryć prawdę i jaką cenę trzeba za nią zapłacić. Autorka buduje napięcie stopniowo, na każdej stronie zagęszczając atmosferę, by na koniec zaskoczyć czytelnika rozwiązaniem zagadki jakiego się nie spodziewał.

Małgorzata Oliwia Sobczak zbierając materiały do pisania swoich książek przeprowadza drobiazgowy research. Dzięki temu czytelnik ma wyjątkową okazję, by wejść do świata policji i zza kulis zobaczyć realia kryminalnych śledztw, dochodzeń i przesłuchań.

Podobnie jak w serii Kolory zła, także w Granicach ryzyka Sobczak nie unika trudnych zagadnień. Autorka porusza tematy społeczne oraz psychologiczne i pokazuje, że zło to zjawisko złożone, które czai się również w relacjach z najbliższymi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-143-0
Rozmiar pliku: 5,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Z czarnego bezgwiezdnego nieba sypał mokry śnieg. Wielkie płatki osiadały na szarej wełnianej czapce i niebiesko-brązowej kurtce z koca. Rozpuszczały się błyskawicznie na jej wytuszowanych rzęsach, powodując lekkie szczypanie. Spuściła głowę. Bordowe Martensy na osiem dziurek, które dostała od rodziców po trzeciej klasie liceum za czerwony pasek na świadectwie, rozbijały białoszarą breję na chodniku.

Chlap. Chlap.

Nie znosiła takiej pogody. Zimny wiatr i wilgoć sprawiały, że zerowa temperatura dawała w kość mocniej niż mróz. Miała nadzieję, że wypadające już za tydzień Boże Narodzenie będzie bajkowo białe. Że jak co roku o północy wybierze się z rodzicami na sopocką Łysą Górę. To była ich tradycja. Inni chodzili na pasterkę, a oni jeździli na sankach. Dopieszczali swoje wewnętrzne dzieci – żeby nigdy nie odeszły. Tak mówiła mama, na co Ada kiwała głową. Barbara Milewska skończyła filozofię i często twierdziła, że jest idealistką, ale tata dokuczał jej, że jest po prostu dziecinna. Dziewczyna na tę myśl lekko się uśmiechnęła, czując jednocześnie nieprzyjemne ukłucie w brzuchu. Nie lubiła mieć przed rodzicami tajemnic. Zasadniczo nigdy ich nie miała. Aż do teraz. Ale to już przeszłość. Skończyła z tym. Na początku ją to ekscytowało. I to bardzo. Bardziej niż wszystko dotąd. Czuła się wybrana, wyjątkowa. Ale po czasie zaczęło też męczyć, bo musiała wymyślać i kłamać. I było coś jeszcze. Coś, co ją niepokoiło, choć nie potrafiła tego nazwać.

Bo tak naprawdę co ona w ogóle o nim wiedziała?

Adrianna Milewska skręciła w lewo i omijając niekształtne, brudne zaspy i rozlaną kałużę, weszła na pobłyskującą w świetle latarni jezdnię. Biegiem przecięła ją na ukos i znalazła się na cichej, zabudowanej eklektycznymi kamienicami ulicy Kasprowicza. Wszyscy przygotowywali się już do świąt. Gdzieniegdzie w ogrodach pobłyskiwały choinkowe łańcuchy. Tu i ówdzie na parapetach paliły się też adwentowe świeczniki.

Dziewczyna poprawiła ucha sportowej torby, które zjechały jej z ramienia, i znów pochyliła głowę, by osłonić twarz przed wilgotnymi płatami śniegu z deszczem. Szła szybkim, sprężystym krokiem, by jak najprędzej znaleźć się w domu. Dzisiejszy trening tańca disco był wyczerpujący. Dała z siebie naprawdę wszystko. Tańczyła na sto procent. Czuła to. I było to też widać, bo trenerka ją pochwaliła. Przy wszystkich! „Jeśli na zawodach będziecie mieć w sobie taką pasję jak Ada, to zwycięstwo mamy w kieszeni” – powiedziała. Na to wspomnienie cicho pisnęła. Niby miała najbujniejsze kształty ze wszystkich koleżanek, a jednak okazała się najlepsza! Z rozpędu kopnęła grudę leżącej na jej trasie brei. Ta rozpadła się miękko na wszystkie strony.

Ada była już blisko.

„Zjem sobie kanapki z szynką i świeżym ogórkiem posypanym solą i pieprzem. Całą górę. I wypiję gorącą herbatę. Koniecznie z cytryną i łyżeczką cukru – pomyślała i aż przełknęła ślinę. I pod koc. I jakiś wspólny film. Może tata wypożyczył coś nowego?” – zastanowiła się z nadzieją.

Do bramy miała dosłownie kilka metrów. Chlap. Chlap. Nie przystając, wyszperała klucz w kieszeni kurtki. Otworzyła nim furtkę i znalazła się na posesji. Podniosła głowę. W oknie przysłanianym tylko przez zazdrostkę dostrzegła rodziców. Stali przy kuchennym blacie. Mama coś mówiła, sięgając po stojące na wysokiej półce filiżanki, a tata otworzył lodówkę. Na chwilę zniknął za pożółkłymi topornymi drzwiami. Znów się pojawił. Adrianna poczuła w sobie miłość.

Nagle przez ogród przemknął jakiś cień. Dziewczyna zamarła. Zmrużyła oczy, próbując coś dostrzec.

– Jest tu ktoś? – zapytała.

Cisza. Tylko spływające po rynnie krople.

Kap. Kap. Kap.

– Halo! – zawołała głośniej.

Wtedy wyszedł z ciemności. Na twarz padało mu światło wkomponowanej w mleczną osłonkę żarówki wiszącej na frontowej fasadzie.

– Boże, jak mnie wystraszyłeś. – Ada z ulgą położyła rękę przy sercu. Wyczuła pod palcami nasiąknięty wodą materiał kurtki z koca. – Co ty tu robisz? – syknęła, rzucając spojrzenie na kuchenne okno.

Tata nachylał się nad odwróconą do blatu mamą. Patrzył przez ramię, jak kroi w plastry położone na desce pęto kiełbasy.

„Nie tak grubo” – upominał ją na pewno, bo mama szturchnęła go w bok łokciem.

– Musiałem cię zobaczyć – odparł mężczyzna.

– Powaliło cię?! – obruszyła się. – Mówiłam ci, że nie chcę się więcej z tobą spotykać.

– Nie wierzę ci.

– To uwierz! – Ostentacyjnie ściągnęła brwi i ruszyła do przodu.

– Nie możesz! – Złapał ją za ramię.

– Puszczaj. – Starała się wyrwać, lecz coraz mocniej i łapczywiej zaciskał palce na jej ręce.

– Nie możesz – syknął raz jeszcze.

Spojrzała mu w twarz. Te oczy. Nieobecne i dzikie, o rozszerzonych źrenicach.

Przerażona chciała krzyknąć, lecz w tym momencie przycisnął jej usta. Poczuła pod zębami mokrą skórzaną rękawiczkę. Szarpała się, ale powalił ją na ziemię i przycisnął swoim ciałem. Był ciężki. Tak bardzo ciężki. Czapka zsunęła się jej z głowy, a w krótkie, pofarbowane na czarno włosy wsiąkało muliste, zimne błoto. Mężczyzna zsunął się na bok i zaczął wodzić dłonią po jej nogach, starając się zdjąć jej spodnie. Wierzgnęła, lecz okalające jej kolana udo napastnika zablokowało jej ruchy. Bezgłośny krzyk ginął w skórzanej rękawiczce, która wbijała jej się w żuchwę. Znów wierzgnęła, starając się włożyć w to wszystkie siły. Noga mężczyzny podskoczyła. Znów więc, asekuracyjnie, znalazł się na niej. Nie odrywając ręki od ust, usiadł na jej ciele okrakiem.

– Uspokój się – powiedział i wymierzył cios w jej oko.

Ból. Przenikający na wskroś ból.

– Uspokój się, suko! – powtórzył, uwalniając jej usta. Znów uderzył i tym razem trafił w skroń.

Jej głowa przechyliła się w prawo. Za kuchennym oknem znów dojrzała rodziców. Tata się śmiał. Beztrosko zmierzwił mamie ciemne kosmyki. Ta wyraźnie fuknęła.

„Uważaj na fryzurę!” – pewnie powiedziała coś w tym stylu, bo tata podniósł ręce w geście poddania i łobuzersko wzruszył ramionami.

„Proszę, spójrzcie tu! Zobaczcie mnie! – zaklinała w myślach. – Mamo! Tato! Spójrzcie tu…”

Ciężar na jej ciele teraz zmalał, ale i tak nie miała siły się ruszyć. Czuła, że mężczyzna ściąga jej spodnie. Skóra pośladków i ud zetknęła się z grząskim, zmarzniętym gruntem, który po chwili zaczął się pod nią przesuwać. W tę i we w tę. W tę i we w tę.

– Tego chciałaś? Tego!? – warczał.

„Mamo. Tato. Proszę! – nawoływała w myślach panicznie. Po jej policzkach spływały łzy. – Jestem tu! Jestem!”

W tę i we w tę. W tę i we w tę.

Mama sięgnęła po talerze. Wyłożyła je na blat. Taty nie było widać. Musiał pójść podłączyć do kontaktu lampki na tej małej sztucznej choince stojącej na rogu kuchennego stołu, bo pomieszczenie wypełnił po chwili ciepły blask. Mama chwyciła talerze i też odeszła od okna.

„Nie. Nie odchodźcie. Nie odchodźcie!”

Pewnie usiedli do kolacji. Wgryźli się już w gorącą, smażoną na cebuli kiełbasę pokrytą roztopionym żółtym serem, którą mama tak lubiła. Ciekawe, czy zastanawiają się, czemu jeszcze jej nie ma.

„Tu jestem, mamo. Tu!” – wołała wciąż w myślach.

W tę i we w tę.

Z trudem podźwignęła głowę. Spojrzała w górę. Śnieg. Na jej policzkach lądowały prawdziwe, zwarte, sześcioramienne gwiazdki. Temperatura musiała spaść poniżej zera. Może więc święta będą białe? Może pójdą na sanki na Łysą Górę karmić swoje wewnętrzne dzieci? Nie rozumiała, po co tak szybko chciała stać się dorosła. Nie rozumiała, czego więcej szukała, skoro wszystko miała na wyciągnięcie ręki.

W tę i we w tę. W tę i we w tę.

Oderwała wzrok od nieba.

Spojrzała wprost na mężczyznę. Jego zmrużone oczy przybrały czerwony kolor. Były zupełnie zwierzęce. Zamarł.

– Nie patrz na mnie, kurwo – powiedział przez zęby.

Wymacał leżący obok kamień. Zacisnął na nim dłoń w czarnej skórzanej rękawiczce.

– Nie patrz!!! – zasyczał.

I uderzył w jej głowę. Jeden raz. Drugi. I trzeci. I czwarty.

Uderzał tak długo, aż przestała patrzeć.

Aż z jej głowy pozostała breja, która zmieszała się z powoli marznącym, coraz bielszym śniegiem.2019

1

Benedykt Dembski miał na sobie srebrzysty garnitur, spod którego wystawała śnieżnobiała koszula. Odpięty ostatni guzik i brak krawata miały przyciągnąć sympatię młodszych wyborców. Może z tego samego powodu polityk nałożył na jeszcze niedawno przyprószone siwizną włosy brązowy toner.

– Żyjemy w państwie o ustroju postkomunistycznym – prawił z przejęciem. – Dzisiejsi rządzący chcą nam zabrać całą wolność! Całą! Ale my nie damy jej sobie wyrwać! Nigdy! Nie damy się monowładzy, która zrobi z nas pionki przesuwane po ich autorytarnej planszy. Prędzej zrobimy przewrót, wyjdziemy na barykady, będziemy walczyć słowem i orężem – ekscytował się.

Alicja Grabska mocniej wyciągnęła mikrofon owinięty szarą gąbką z logo „Dziennika Trójmiejskiego”. Podparła łokieć drugą ręką. Wiatr targał jej długimi blond włosami, które raz po raz prześlizgiwały się po twarzy. Poruszyła głową, odrzucając je w tył.

– Tymczasem prosimy państwa o głosy! Wybierzcie ludzi przyzwoitych, którzy przywrócą demokratyczne rządy, wesprą przedsiębiorców sumiennych, zarabiających na życie ciężką pracą, a nie siedzeniem w domu, ukrócą szerzący się nepotyzm, zwalczą korupcję. Mówię oczywiście o nas. – Puścił oko, a dziennikarze lekko się zaśmiali. – A teraz czekam na państwa pytania.

Alicja się naprężyła, otworzyła usta.

– Redaktor RMF, proszę. – Kajetan Rychlik, rzecznik prasowy powstałej w zeszłym roku centrowej Nowej Drogi, wskazał wysokiego mężczyznę w niebieskiej marynarce.

– Andrzej Zaburski, RMF FM. Panie pośle, wiele pan mówi o infrastrukturze. Czy Sopot może liczyć na jakieś nowe inicjatywy w tym zakresie?

– Oczywiście! – zagrzmiał Dembski. – Przede wszystkim będę stawiać na mieszkania komunalne. Ja, jak widzicie, mieszkam pięknie. – Polityk wskazał dwupiętrową, reprezentacyjną willę z początku dwudziestego wieku ogrodzoną płotem w antracytowym kolorze. – Chciałbym, aby wszyscy mieszkańcy naszego kraju, zarówno Sopotu, jak i innych miejscowości, mogli znaleźć swoje miejsce na ziemi, w którym poczują się bezpiecznie i godnie.

– Panie pośle – wyrwała się Grabska, nim rzecznik prasowy zdążył wskazać kolejnego dziennikarza. – Czy to prawda, że dzięki koneksjom z obecną władzą doprowadził pan do obsadzenia w spółkach Skarbu Państwa członków pańskiej rodziny, w tym szwagra i jego syna, zapewniając im bardzo wysokie wynagrodzenia? – W oczekiwaniu naprężyła rękę z mikrofonem.

Dembski uśmiechnął się pobłażliwie.

– A z kim mam przyjemność?

– Alicja Grabska, „Dziennik Trójmiejski”.

Polityk lekko przekrzywił głowę. Jego oczy niemal niezauważalnie błysnęły.

– Pani Alicjo. Na pani miejscu nie traktowałbym poważnie wszystkich plotek na mój temat. Ktoś kiedyś powiedział, że jestem pawianem, ale oprócz skóry na pośladkach nic z tą małpą mnie przecież nie łączy – zaśmiał się rubasznie.

Dziennikarze też się uśmiechnęli. Wiedzieli, że ten fragment będzie szedł na czołówkach.

– Czyli to nieprawda, że pański szwagier… – Alicja nie ustępowała, lecz rzecznik o kamiennej twarzy natychmiastowo wskazał na stojącą po drugiej stronie kobietę.

– Pani redaktor, proszę o następne pytanie – zaakcentował.

– Maria Piskuła, Radio Gdańsk – przywitała się dziennikarka. – Panie pośle, czy członkowie partii mają stosowne wykształcenie i przygotowanie zawodowe, by zająć najwyższe stanowiska w państwie?

– Bardzo trafne pytanie! – pochwalił Dembski. – Pytanie kluczowe, gdyż będziemy dbać o to, by zapewnić realizację naszych celów poprzez wybór jak najbardziej zaangażowanej i wyspecjalizowanej kadry…

W tym momencie do posła podszedł zdecydowanym krokiem ubrany w grafitowy garnitur mężczyzna. Położył mu rękę na ramieniu i szepnął mu coś do ucha. Polityk zbladł. Zacisnął usta. Bezradnie skierował wzrok na stojących naprzeciwko niego dziennikarzy, po czym bez słowa odwrócił się i udał w stronę domu.

Zdezorientowani dziennikarze spojrzeli po sobie, po czym pospiesznie popędzili za nim.

– Panie pośle! – Dało się słyszeć z każdej strony. – Co się stało?

2

Ciemnowłosy detektyw Oskar Korda wysiadł ze swojej czarnej Alfy Romeo. Trzasnął drzwiami. Po cichym lesie poniosło się echo. Z gałęzi zerwała się kawka. Wzbiła się w górę. Przysiadła na drzewie obok.

Mężczyzna rozejrzał się wokół. Łysawe drzewa lekko się kołysały. Na miękkiej, wilgotnej ziemi leżały podgniłe pomarańczowobrązowe liście. Na drodze przed sobą dostrzegł rozmyte przez deszcz koleiny. Odcisnęły się w nich ledwo widoczne kanciaste ślady bieżników. Korda schylił się i przyjrzał im z uwagą. Przejechał po śladzie palcami w czarnych skórzanych rękawiczkach. Następnie wstał i podążył ścieżką. Naprzeciw wyszedł mu starszy sierżant Adam Gustowski, nazywany w firmie Gustlikiem. Jak zwykle wyglądał tak, jakby zapomniał użyć grzebienia. Rozczochrane włosy sterczały na boki.

– Jezu, znowu las – stęknął, rozglądając się wokół. – Ja to normalnie zaczynam łapać dendrofobię. – Przejechał dłonią po spoconym czole.

– Co tym razem, Gustlik? – Korda z sarkastycznym uśmiechem zerknął na sierżanta.

– No jakoś po tej zeszłorocznej historii z Sopockim Rozpruwaczem to drzew zacząłem się serio bać! Od tego dnia, co nieopodal Łysej Góry znaleźliśmy tę dziewczynę z rozpłataną szyją, to z własnej woli do lasu nie wszedłem. O, nie, nie. Spacerki to nad morzem, bardzo proszę, ale żadne ścieżki wśród drzew. – Pociągnął nosem.

– Dobra, Gustlik. Do rzeczy – ponaglił detektyw.

– Tak jak mówiłem, wczoraj sprawdziliśmy stacje pogotowia, placówki służby zdrowia, szpitale. Przeczesaliśmy pas przybrzeżny, zarośla. A dzisiaj las. No i w końcu natrafiliśmy na czarną Corollę. Blachy się zgadzają. To zdecydowanie samochód poszukiwanej.

Zatrzymali się po kilkunastu metrach. Auto zaparkowano na poboczu pomiędzy drzewami. Na przedniej i tylnej szybie wylądowało kilka pomarańczowych liści. Na dachu leżał jakiś badyl. Cztery pary drzwi były zamknięte, ale Korda wiedział, że zamki nie zostały zablokowane.

– Co zdołaliście ustalić? – Korda odwrócił się do Gustlika, omijając wzrokiem dwóch funkcjonariuszy w mundurach, którzy przestępowali z nogi na nogę.

Gustowski poprawił opadające na nos grube oprawki okularów korekcyjnych.

– Na pierwszy rzut oka nie ma śladów walki. Silnik jest zimny, więc auto na pewno stoi tu już dłuższą chwilę.

Detektyw spokojnie przesunął wzrokiem po ziemi i utkwił spojrzenie w jednym punkcie.

– A to? – Przechylił głowę na bok. W rozmokłej glebie tuż przy drzwiach od strony kierowcy rysowały się dwa gładkie wgłębienia. Oskar przykucnął i zmrużył oczy o ciemnych tęczówkach. – Odciski stóp – powiedział jakby do siebie. – Na oko w rozmiarze czterdzieści trzy–czterdzieści cztery, oddalone od siebie o jakieś osiemdziesiąt centymetrów.

– Tylko podeszew brakuje – zamyślił się Gustowski.

Oskar Korda mimowolnie potarł ciągnącą się przez jego prawy policzek cienką bliznę.

– Ktoś miał na nogach ochraniacze. – Gustowski pokiwał głową. Korda zaś wstał i znów przemierzył wzrokiem okolicę. – I najwyraźniej dźwignął coś, co sprawiło, że tak mocno zapadł się w glebę.

Stojący pod wiekowym świerkiem funkcjonariusze wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– Poinformowaliście już rodzinę? – Detektyw znów zwrócił się do Gustlika.

– Tak. Jak tylko znaleźliśmy auto.

– No dobra. Zabezpieczcie mi tu wszystko i wezwijcie techników. I spróbujcie nic nie zadeptać, okej? – powiedział do funkcjonariuszy w granatowych mundurach. – A! I te pety z ziemi pozbierajcie. – Pokręcił głową. – Chyba że to nie wasze?

Jeden z policjantów chrząknął i karnie schylił się po niedopałki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij