Szum - ebook
W otoczeniu retro sprzętów i radiowych szumów Dawid Ciernicki staje się mimowolnym uczestnikiem mrocznej historii. Zniknięcie sublokatorki, zagadkowa kaseta oraz czerwona maska to zaledwie początek spirali zdarzeń, napędzanej przez rzeczy, o których nie powinien był usłyszeć. Z każdym dniem granica między rzeczywistością a wizją zaciera się, pozwalając obcej, niebezpiecznej sile przenikać do świata żywych. Towarzyszący temu jednostajny dźwięk staje się coraz bardziej natarczywy, a skradające się koszmary, przerażająco realne. Gdy miastem wstrząsa fala niewytłumaczalnych incydentów, Dawid uświadamia sobie, że to echo dawnej klątwy. Aby przetrwać, musi nie tylko stawić czoła mrocznej przeszłości, ale także własnym demonom, szukając sprzymierzeńców w miejscach, których dotąd unikał.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397533844 |
| Rozmiar pliku: | 715 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
PROLOG
OSIEMDZIESIĄT
1. NIEDZIELA
MYŚLI
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – JOACHIM
PRZYJACIÓŁKA
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – KSIĄŻKA
KARTON
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – MAJA
KASETA
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – KLAUS
SPOTKANIE
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – PRACA
KONTAKT
ZDJĘCIA
SEN
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – OFIARY
2. PONIEDZIAŁEK
RADIO
OPOWIEŚĆ
KŁOPOTY
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – TRADYCJE
3. WTOREK
POWRÓT
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – TELEFON
MAGAZYN
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – GROŹBA
POGOŃ
STARCIE
TUNEL
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – TOM
SZPITAL
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – POSZUKIWANIA
SAMOCHÓD
KILKA LAT WCZEŚNIEJ – SŁOWO
ROZMOWA
DECYZJA
SPOTKANIE
KASIA
5. CZWARTEK
STRAŻNIK
6. PIĄTEK
POSZUKIWANIE
STAROŚĆ
7. SOBOTA
KULTYSTA
ULICZKA
JEDZENIE
VITAE
DECYZJA
8. NIEDZIELA
KOMITET
9. DRUGI PONIEDZIAŁEK
DZIEŃ
BURZA
10. DRUGI WTOREK
PRZEBUDZENIE
BYTY
11. DRUGA ŚRODA
PROFESOR
PUBLIKACJA
ŚWIATŁO
NIEDOCZEKANIE
UWOLNIENIE
PRZENIESIENIE
SKRZYNIA
12. DRUGI CZWARTEK
OBRAZY
PRZEŁAMANIE
ZDENERWOWANIE
KONSEKWENCJE
ZBLIŻENIE
KONFRONTACJA
UDERZENIE
OCZY
ŚWIATŁO
EPILOG
DAWID
JOACHIMPROLOG
OSIEMDZIESIĄT
Kurz i półmrok nigdy nie były jego przyjaciółmi. Nienawidził tych akademickich zakamarków, poukrywanych wszędzie kantorków, w których profesorowie skrywali swoje mniej i bardziej oszukane skarby. Najczęściej chowali je przed sobą nawzajem, broniąc własnych dokonań i katedr jak rycerze zamków, grzmiąc przy tym niczym biskupi z ambony. W rzeczywistości jednak bliżej im było do Don Kichota.
Tego doktorant Adam Brzeski bardzo nie lubił. Wielu profesorów szanował, ale na pewno nie swojego promotora, profesora Lechmanna, który stanowił najgorszy znany mu przykład naukowej bufonady. Święcie przekonany o własnych racjach, wywyższający się ponad kolegów po fachu, nie uznawał teorii innych niż własne. Od lat nie brał udziału w żadnych wykopaliskach i niczego nie odkrył. Cały czas chełpił się sukcesami sprzed dekady, żerując przy okazji na bieżących osiągnięciach swoich doktorantów.
Tym razem jednak posunął się za daleko, a Brzeski nie miał pojęcia, jak dał się w to wrobić. W sumie nie miał wyboru, jeśli chciał coś osiągnąć w tym akademickim półświatku, gdzie podkradanie prac kolegów czy podważanie ich odkryć tylko po to, by samemu się wypromować, było na porządku dziennym. Im większa świnia, tym lepiej – zupełnie jak dzieci na podwórku. Niestety, tę chorą sytuację wytworzył dla dobra obywateli miejscowy aparat partyjny i nie zanosiło się na to, żeby kogokolwiek w najbliższym czasie wypuszczono za granicę. Dlatego właśnie ryło się w skrytkach zmarłych profesorów, żeby tylko coś z nich wykopać. Niewiele miało to wspólnego z prawdziwą archeologią, ale Brzeski nie miał wyjścia – musiał ryć.
Wcześniej musiał dać na portierni panu Józkowi standardowe pół litra, by ten, chowając butelkę do torby, na chwilę odwrócił wzrok od szafki z kluczami. W galimatiasie, jaki tam panował, odnalezienie właściwego zajęło Brzeskiemu dłuższą chwilę. Nauczony doświadczeniem portier cierpliwie układał wszystko w swojej torbie już trzeci raz. Kiedy w końcu doktorant znalazł właściwy klucz, wyszedł z portierni, trzaskając drzwiami, jakby był to umówiony znak. Od razu skierował się do starego, profesorskiego pokoju, do którego – nie wiedzieć czemu – nikt nie chciał zaglądać, a tym bardziej do przydzielonej do niego niemałej skrytki.
Wszystko w niej było zakurzone. Pewnie nikt tu nie zaglądał od dwóch lat, czyli od momentu, gdy odszedł profesor Stanecki, a na uczelni zabrakło odpowiedniej osoby do przejęcia jego katedry. Doktoranci prowadzili wojny podjazdowe, a władze uczelni jedynie kontraktowały kolejnych wykładowców na jego miejsce. Wiele osób na uniwersytecie uważało przesądnie, że sam fakt śmierci profesora w tym gabinecie jest wystarczającym powodem, by ani tu nie wchodzić, ani nie kontynuować jego prac.
Brzeski patrzył na to z powątpiewaniem i dużą rezerwą. Co prawda kilka lat temu na Kamczatce widział dziwne rzeczy, ale żadne wyjaśnienia lokalnych ludów, mówiące o przenikających się światach duchowych, do niego nie trafiały. Albo coś dało się odkopać, datować i zaklasyfikować do znanych ram czasowych, albo trafiało do takiej właśnie komórki – lub, co gorsza, było ponownie zakopywane, żeby nie rodziło kolejnych pytań.
Po dłuższej chwili poszukiwań doktorant znalazł interesujące go pudła. Sapiąc, wytargał je z kantorka i postawił na pustym biurku. Obszedł je z drugiej strony, chcąc przysiąść na fotelu, gdy nagle zatrzymał się w pół kroku. Na podłodze widniała plama w brudnoczerwonym, prawie burgundowym odcieniu, mocno odznaczająca się na linoleum. Brzeski podświadomie wziął głęboki wdech, przypominając sobie, że ponad sześćdziesięcioletni mężczyzna bez wyraźnego powodu targnął się w tym miejscu na własne życie.
Huk dochodzący z kantorka nagle wyrwał go z zamyślenia i sprawił, że jego serce prawie zamarło. Z przestrachem skierował się w stronę pomieszczenia, mimo że podświadomość oponowała i doradzała ucieczkę. _Jak Lechmann coś stąd chce, niech sobie sam weźmie._
Racjonalne podejście jednak zwyciężyło i Brzeski zajrzał do środka. Tam, jak się okazało, jedno z pudeł musiało zsunąć się z półki. Pewnie stało się to, kiedy wyciągał tamte dwa, które położył na biurku, chociaż do końca nie rozumiał, jak mogło do tego dojść. Miejsce, w którym stały, i punkt, z którego wypadł karton, były od siebie znacznie oddalone. Uznał jednak, że musiał go nieznacznie potrącić. Spojrzał pod nogi, ale jego uwagę przykuło coś innego. Półka w szafce była głębsza, niż wydawało się na pierwszy rzut oka, a w głębi stały kolejne pudła. Dopiero gdy przyjrzał im się uważniej w otaczającym go kurzu i słabym świetle pojedynczej żarówki zwisającej samotnie na krzywym drucie, spostrzegł, że karton znajduje się nie w szafie, a za nią – w wykutej w ścianie wnęce, z której odpadł nieudolnie położony tynk.
Doktorant poczuł ekscytację. Nie wiedział, dlaczego ktoś zadał sobie trud zrobienia takiej skrytki, a perspektywa odkrycia tego, co zostało tam schowane, tylko zachęciła go do dalszego działania. Oderwał resztki zaprawy, zdjął kolejne szpargały z półki i pracował dalej. Po chwili udało mu się wyciągnąć z nieudolnie zamaskowanej dziury jeden duży karton i dwa mniejsze. Zabrał je do gabinetu i postawił na podłodze. W pierwszym znalazł dzienniki podróży datowane na rok 1978, kilka związanych sznurkiem maszynopisów i album ze zdjęciami. Przejrzał kilka stron. Rozpoznał na fotografiach Staneckiego oraz charakterystyczne, prekolumbijskie zdobienia na budynkach. Bardzo się zdziwił, ponieważ interesował się dokonaniami profesora, a o tej wyprawie nigdy nie słyszał. Odłożył wszystko i sięgnął po kolejne pudło. Znalazł tam kilka kamiennych tabliczek pokrytych nieznanym mu pismem – każda była zawinięta w sukno i opisana numerem. Poza tym leżało tam jeszcze kilka kaset magnetofonowych, najwyraźniej dobrej jakości, zachodnich. Miały nietypowy, czerwony kolor i były ponumerowane tym samym charakterem pisma.
Najdziwniejsza rzecz znajdowała się jednak w trzecim, największym pudle. Odkrył w nim dużą, sześcienną szkatułkę. Na pierwszy rzut oka wyglądała tak, jakby ktoś ozdobił ją scenami z któregoś z ocalałych kodeksów Majów, ale pismo było zupełnie inne – takie samo jak na tabliczkach obok. Mimo upływu lat skrzynka zachowała wyraźne kolory i była dość ciężka. Brzeski poczuł, że to znalezisko na pewno pomoże mu w karierze. Co prawda Lechmann wysłał go po coś innego i tamte rzeczy mu dostarczy, ale tę szkatułkę postanowił zatrzymać dla siebie.
Skrzynka była zamknięta. Usiłował podnieść jej wieko, to jednak mocno się opierało. Nie chciał siłować się z nim, żeby czegoś nie uszkodzić, ale za wszelką cenę pragnął zobaczyć, co kryje wnętrze. Przesuwał pudełko na boki, obmacywał je i ostukiwał, lecz mechanizm nie ustępował. W końcu zauważył, że na jednej ze ścianek znajduje się prostokąt pokryty znakami, który pod naciskiem chował się do środka. Miał kilka centymetrów szerokości i może centymetr wysokości. Przyjrzał mu się ponownie i szybko sięgnął po kamienne tabliczki z drugiego pudła. Ich grubość i szerokość odpowiadały otworowi. Pismo nic mu nie mówiło, ale ciekawość zwyciężyła. Wybrał jedną z tabliczek na chybił trafił i spróbował wepchnąć ją do środka. Nic się nie stało. Podobnie było z drugą. Chwycił trzecią – ta weszła do połowy długości, a z wnętrza pudełka dobiegł metaliczny szczęk. Wieko odskoczyło, a on zajrzał do środka.
Nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Nie potrafił też zrozumieć, dlaczego w publikacjach Staneckiego nie znalazł o tym żadnej wzmianki, bo znalezisko było niesamowite. W szkatułce spoczywała maska z czerwonego jadeitu. Przedstawiała groźne oblicze nieznanej postaci z wyszczerzonymi kłami oraz rytualnymi tatuażami wyrytymi na czole i policzkach. Biło z niej jednocześnie piękno i groza. Delikatnie jej dotknął, jednak zamiast spodziewanego chłodu kamienia poczuł ciepło przypominające ludzkie ciało. Cofnął rękę zdziwiony, tłumacząc sobie w duchu, że w ścianach zapewne biegną rury ciepłownicze i to dlatego materiał się nagrzał.
Brzeski musiał zabrać to wszystko do swojego pokoju, przyjrzeć się temu dokładniej, a co najważniejsze – przeczytać zgromadzone zapiski. Zamknął wieko, a to, zamiast cicho szczęknąć, wydało huk jak w kamieniołomie. Przez moment odniósł wrażenie, że przed oczami mignęło mu coś czerwonego. Odskoczył przestraszony, ale nie miał zamiaru się teraz nad tym głowić. _Pewnie to tylko odblask z maski i żarówki w półmroku_. Wstał i wyjrzał na korytarz. Spodziewał się tłumów studentów, jednak korytarz był pusty. Spojrzał w drugą stronę – to samo. Postanowił natychmiast zabrać znalezisko do siebie, jednak zamiast wrócić do środka, nagle runął do przodu. Miał wrażenie, jakby ktoś go popchnął, co przecież było niemożliwe, bo nikogo nie widział.
Podniósł się z zimnej posadzki, chcąc wrócić do gabinetu, jednak drzwi były zamknięte i nie dawały się otworzyć. Szarpnął kilkukrotnie za klamkę, ale ta nie reagowała. Przetrząsnął kieszenie – klucze zostały w środku. Brzeski ruszył w kierunku schodów, aby wziąć z portierni zapasowy pęk. Był zdenerwowany całym zajściem i podekscytowany znaleziskiem, dlatego dopiero po chwili zauważył, że na korytarzu nikogo nie mija. Wcześniej myślał, że to przypadek, ale teraz wydało mu się to co najmniej dziwne.
Zszedł na parter, lecz drzwi do portierni były zamknięte. Uderzył w nie kilkukrotnie i zawołał pana Józka, ale nikt nie odpowiadał. Chciał wyjść z budynku, ale główne wyjście również było zablokowane. Spojrzał za okno – na zewnątrz unosiła się jedynie gęsta, szara mgła. Szarpnął kolejne drzwi, ale te nawet nie drgnęły. Za to Brzeski zaczął drżeć. Nie rozumiał, co się dzieje wokół niego. Gdzie się wszyscy podziali? Pierwszą myślą była wojna – pomyślał, że zaatakowano Układ Warszawski, a on, siedząc w ciemnym pokoju, nie słyszał syren, przez co wszyscy uciekli do schronów. To jednak nie tłumaczyło szarej mgły ani pozamykanych drzwi, chyba że był to atak gazowy, a nie atomowy. Szybko analizował fakty, ale nic mu nie pasowało. Rozglądał się nerwowo, musiał dostać się do któregoś z pokoi, znaleźć telefon, zadzwonić gdziekolwiek i dowiedzieć się, co się stało. Nie słyszał nic – żadnych kroków, żadnych rozmów. Wydawało mu się jedynie, że dociera do niego dziwny, narastający i niejednostajny szum.
Nagle na drugim końcu korytarza ujrzał ludzką sylwetkę. A więc nie był sam. Krzyknął i ruszył w tamtą stronę. Z daleka widział tylko zarys postaci – jakaś kobieta o jasnych włosach. Pewnie uciekała, przestraszona. Pobiegł szybko, jednak ona zniknęła za zakrętem. Kiedy sam tam dotarł, nikogo już nie było. _Pewnie któryś pokój jest otwarty_, pomyślał. Zatrzymał się w pół kroku, wyraźnie czując za plecami czyjąś obecność. Nagle poczuł, jak nogi się pod nim uginają. Nie wiedział dlaczego. Czuł jedynie, że niespodziewanie przestały go słuchać, a wokół nich rozlewa się fala ciepła. Kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że nogawki jego spodni szybko przesiąkają krwią.
Spazmatycznie łapał oddech, gdy dotarło do niego, że ktoś przeciął mu ścięgna od tyłu. Słyszał dziwny, narastający szum w uszach, przed oczami wirowały mu czerwone rozbłyski, a postać, którą widział wcześniej, stanęła teraz przed nim – klęczącym we własnej krwi. Otaczający go zewsząd szum zamienił się w niepokojący, modulowany krzyk.
Sądząc po dłoniach, była to młoda kobieta. Miała na sobie sweter, spódnicę i jasne włosy. Nie widział jej twarzy, ponieważ skrywała ją czerwona, jadeitowa maska, którą przed chwilą oglądał w szkatułce. Chciał coś powiedzieć, zapytać, co tu się dzieje, cokolwiek zrozumieć, jednak zamiast tego wydał z siebie jedynie nieartykułowane charknięcie, gdy zamaskowana dziewczyna uderzyła w jego szyję. Mocno, kierując ostrze w dół. Zauważył jeszcze bogato zdobiony ceremonialny nóż, który z lekkością nieprzystającą do postury trzymającej go postaci zagłębiał się w jego ciało, przecinając żebra i rozcinając go na pół, centymetr po centymetrze. Brzeski tego jednak już nie widział. Słyszał jedynie szum, który narastał do chwili, aż wszystko się urwało. Na zawsze.1. NIEDZIELA
MYŚLI
Dawid Ciernicki mieszkał na siedemnastym piętrze szesnastopiętrowego budynku. Okna wychodziły na zachód, a wysokość zapewniała wręcz nieziemskie widoki – szczególnie wtedy, gdy cień bloku przykrywał inne, położone niżej konstrukcje, a ich okna nadal rozświetlało odbite, pomarańczowe światło wschodzącego słońca.
Teraz jednak od dawna było ciemno, bliżej kolejnego dnia niż środka nocy. Trochę czasu zajął mu powrót do domu z radia po nocnej audycji. Wjechał windą na samą górę, a potem musiał jeszcze przejść długim korytarzem i pokonać schody prowadzące do jego azylu. Zwykle starał się wchodzić schodami dla zdrowia, ale dziś, skrajnie zmęczony, podarował sobie ten rytuał.
Kiedyś była to wielka suszarnia oraz pomieszczenie techniczne. Osiemdziesiąt metrów kwadratowych na szczycie wieżowca z wielkiej płyty przez lata stało bezużytecznie. Wymagało to trochę zachodu i przepychanek ze spółdzielnią mieszkaniową, ale udało mu się wynegocjować dobrą cenę. Po zaadaptowaniu przestrzeni i wybiciu nowych okien mieszkał tu nieprzerwanie od prawie dekady, od momentu ukończenia studiów. Wcześniej dzielił tę przestrzeń z kobietą, z którą planował przyszłość, jednak nie wszystko potoczyło się po jego myśli.
W nocy było tu wyjątkowo pusto, a mocny wiatr potrafił szumieć godzinami. Czasami tak bardzo napierał na okna, że te trzeszczały w odpowiedzi na każdy silniejszy powiew. Świst łączył się z szumem tak głośno i niespodziewanie, że potrafił wybudzić z najgłębszego snu. To mieszkanie miało swoje humory, ale oferowało też wiele dobrego.
Dawid pracował w radiu. Nagrywał serwisy popkulturowe, a dwa razy w tygodniu prowadził autorskie audycje. Sobotnia zaczynała się po dwudziestej drugiej, a kończyła o trzeciej nad ranem. W odróżnieniu od środowej, pełnej ciekawostek ze świata gamingu, filmu, komiksów i muzyki, ta weekendowa była skierowana do nocnych marków. Przepełniały ją wspomnienia z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, a podczas jej trwania każdy mógł zadzwonić i opowiedzieć o tym, co mu leży na sercu. Był czas na muzykę z kaset, dawno zapomniane gwiazdy, opowieści z przeszłości i sentymenty. Niestety, w ten nostalgiczny ton nieraz wdzierał się autentyczny żal i samotność. Niektórzy słuchacze dzwonili regularnie – stawali się rozpoznawalni, ale z czasem też przewidywalni, a nawet męczący w swoich wywodach. Inni wybierali numer tylko raz, a ich słowa potrafiły pozostawić w Dawidzie emocjonalne wyrwy na kolejny tydzień. Nie było reguły, kto dzwoni. Jedni robili sobie żarty, inni leczyli stare rany, a kolejni po prostu chcieli z kimś pogadać. Zawsze o przeszłości, dorastaniu, zmianach, ale też o tym, co czytali, oglądali i w co grali w tamtych czasach lub obecnie. Czasami szukali kogoś sprzed lat, ale zawsze wspominali. Jedni żyli samotnie, inni mieli rodziny, jednak wszystkich łączyło jedno – żyli przeszłością. Czasami tym, co już nie wróci, a czasami tym, co ich ukształtowało.
Dawid już kilka razy nosił się z zamiarem zakończenia audycji lub zmiany jej formuły, niestety bezskutecznie. Po drugiej stronie stale trwali ludzie, którzy co jakiś czas po prostu potrzebowali się wygadać. Dzwonili zwykle mężczyźni, rzadziej kobiety, ale to ich opowieści zostawały w pamięci na dłużej. Nieraz powtarzał sobie, że prowadzi telefon zaufania bez odpowiednich uprawnień – zarówno dla tych, którzy twierdzili, że kiedyś było lepiej, jak i dla tych, którzy rozumieli, że każde czasy rządzą się swoimi prawami. Jednak i jedni, i drudzy tęsknili do momentów, gdy byli młodzi, beztroscy i bezpieczni w zupełnie innej codzienności.
Na sobotnie audycje zazwyczaj chodził pieszo. Nie miał daleko. Z poznańskich Rataj do centrum szedł nieco ponad pół godziny spokojnym tempem. Nie brał samochodu, woląc po drodze zbierać myśli i siły. Słuchał muzyki na swoim wiekowym odtwarzaczu MiniDisc i pozwalał myślom krążyć wokół programu. Nieraz czuł się dokładnie tak jak jego słuchacze. Był miłośnikiem retro sprzętów, muzyki lat 80. i 90., na której wyrósł, filmów, komiksów i szeroko pojętej „geekonerdozy”. Doskonale się w tym odnajdywał, choć nie podchodził do tematu aż tak emocjonalnie jak inni. Jego zainteresowania, początkowo będące przyjemną niszą, z czasem przerodziły się we wszechobecny trend. Dobrze trafił, a korzystając z rosnącego popytu, napisał na ten temat dwie książki, z których druga stała się bestsellerem w kilku krajach. Nadal spijał z tego tytułu finansową śmietankę i powoli pracował nad kolejnym tekstem – o ludziach z tamtych czasów, w tym o tych, którzy dzwonili do niego w sobotnie noce.
Czasami niektóre telefony były tak rozpaczliwym wołaniem o pomoc, że nie wiedział, co zrobić. Odsyłał wtedy takich ludzi na ich internetową grupę wsparcia, co czasem pomagało, bo mogli tam zamienić kilka słów z podobnie myślącymi osobami. Zawsze jednak bał się, że któraś z tych historii zakończy się samobójstwem, tak jak rok temu. Dlatego powroty po audycji bywały dla niego niezwykle ciężkie.
Zastanawiał się, dlaczego mimo wielu prób odcięcia się od tego wszystkiego, nadal trwał przed mikrofonem. Dlaczego szefostwo wciąż się na to zgadzało? Dlaczego tak wielu ludzi dzwoniło, pełni radosnych wspomnień i zarazem dojmującego smutku? Trwał w tym jak urzeczony, wiedząc w głębi duszy, że ludzie po prostu potrzebują stałego punktu w życiu, możliwości wygadania się i choćby odrobiny zrozumienia – ucieczki od szarej codzienności do innych czasów.
Ciernicki wracał przez miasto, mijając ludzi wylewających się z nocnych klubów. Jedni kończyli imprezować, drudzy dopiero się rozkręcali. Podczas tych powrotów widział już wiele dziwnych, interesujących, ale i niebezpiecznych sytuacji. Nieraz go nagabywano, ale nie korzystał z przygodnych zaproszeń, choć niektóre spotkania zapowiadały się intrygująco. Chyba tylko dzięki temu kontrastowi – „emocjonalnej pralni”, jak zwykł nazywać te nocne spacery – udawało mu się oczyścić umysł po programie. Osobisty masochizm i katharsis.
Niektóre osoby zostawały z nim na dłużej – jedne z audycji, inne spotkane przypadkiem na ulicy. Dziś nie mógł wyrzucić z głowy kobiety, którą minął po drodze. Szpilki, legginsy, ramoneska – wszystko czarne, a do tego białe, krótko ścięte włosy z grzywką i spojrzenie, które przez chwilę dzielili. O chwilę za długo. Każde z nich poszło jednak w swoją stronę. A on siedział teraz sam w domu, sączył piwo IPA i zastanawiał się, dlaczego do niej nie zagadał. Pewnie dlatego, że wciąż nie wyleczył się z poprzedniego związku. A teraz ta nieznajoma weszła mu do głowy i z pewnością będzie o niej myślał za długo i za często, choć pewnie nigdy więcej jej nie spotka. _Kretyn_.KILKA LAT WCZEŚNIEJ – JOACHIM
Joachim Radziszewski od dziesięcioleci mozolnie ustawiał książki na półkach. Jedna za drugą, słowo za słowem. I tak od zawsze. Dzień za dniem zdejmował woluminy z regałów i zastępował je kolejnymi. Antykwariat był jego życiem. Jego żona zmarła dwadzieścia lat temu, syn mieszkał w innym mieście, a wnuczka studiowała na tutejszym uniwersytecie. Już dawno pogodził się z myślą, że kiedy on odejdzie, wraz z nim zniknie antykwariat i wszystkie jego zbiory. Syn nie chciał kontynuować odwiecznej, rodzinnej _Tradycji_ – uciekł od niego przed laty i odwiedził go zaledwie kilka razy, nie akceptując tego, czym zajmował się ojciec.
Odwiedzała go jedynie wnuczka. Wpadała przynajmniej raz w tygodniu, zawsze szukając jakiejś pozycji. I on zawsze ją dla niej znajdował. Nieważne, czy była stara, czy nowa, dzięki swoim kontaktom potrafił zdobyć wszystko. Zresztą książki, których poszukiwała, według niego były naprawdę łatwo dostępne. Dla niego stanowiły zwykłe podręczniki, dla niej – źródło pasji i wiedzy.
Tłumaczył sobie przy każdej jej wizycie, że przychodzi po prostu do niego, choć czasem ciężko było mu to przyznać przed samym sobą. Przychodziła dla książek. Ale nie dla jego unikalnych zbiorów, lecz po to, by realizować własne ambicje i marzenia. Było mu trudno, gdy z każdym kolejnym dniem uświadamiał sobie, że lata jego pracy odejdą w zapomnienie. Liczył na jakiś cud, na to, że pewnego dnia pojawi się ktoś, kto podzieli jego zamiłowanie i sprawi, że rodzinna _Tradycja_ nie zaginie.
Codziennie w antykwariacie pojawiało się całkiem sporo klientów. Część z nich znał doskonale – wracali, wiedząc, że starszy pan zawsze im pomoże i znajdzie to, czego szukają. Inni trafiali tu przypadkiem. Byli też tacy, którzy zdawali się nie wiedzieć, co tu robią i do czego w ogóle służą książki. Bezduszne, cyfrowe pokolenie. Joachim z przykrością godził się z faktem, że jego czas powoli przemija, a ludzie czytają coraz mniej. Woleli szybkie informacje wyskakujące z ekranów i filmy zamiast szlachetnego, pisanego słowa zaklętego na pachnących, szeleszczących kartkach.
Byli jednak jeszcze jedni klienci. Przychodzili raz na kilka tygodni, czasem sami nie wiedząc, czy to, po co tu trafili, może w ogóle istnieć. Byli to ludzie, którzy poznali _Starą Tradycję_, lub przynajmniej zdawali sobie sprawę z jej istnienia.
Zwykle zaczynali rozmowę dość niepewnie. Szukali czegoś na półkach, krążyli wokół regałów. Czekali na odpowiednią chwilę, aż inny klient opuści sklep, kiedy po prostu będą gotowi. Kiedy w końcu przełamią się i pokonają trudną do przekroczenia rzekę oporów oraz niedowierzania. Czasami przychodzili po kilka razy, nie mogąc się zdecydować, mimo że czas uciekał i powinni działać szybko.
Joachim dawał im ten czas, szanując ich oraz ich ból. Wiedział, że w momencie, w którym się znaleźli, nie jest im łatwo, a smutek i żałoba to uczucia, które doskwierają im najbardziej. Wiedział też, że teraz tylko on może pomóc im złagodzić cierpienie. Zazwyczaj tak właśnie było. Przychodzili po bardzo szczególną _Książkę_, jedyną w swoim rodzaju. On sam wykorzystywał _Starą Tradycję_ tylko w jeden sposób – tak, by dać potrzebującym nadzieję i możliwie dużo dobrych wspomnień.
Niestety, zdarzali się i tacy, którzy zamiast sycić czytelnika nadzieją, sycili samych siebie. Wykradali wspomnienia, żywili się siłą zaklętą w osobistych dedykacjach i kazali płacić sobie innymi woluminami. Najgorsi z nich żądali pamiętników – nie zmarłych, lecz żywych, dokonując tym samym bezczelnej kradzieży ich życia i pamięci. Na szczęście takich ludzi została już tylko garstka rozsiana po całym świecie. Stara, zgorzkniała i prawie niegroźna.
Joachim przyglądał się kobiecie. Miała około pięćdziesięciu lat i była w głębokiej żałobie. Towarzyszący jej smutek był wręcz wyczuwalny w powietrzu. Pozwolił swojej ręce sięgnąć po pióro i zaczął _Pisać_. Po chwili przeczytał nakreślone na kartce słowa.
Jej mąż zmarł przedwczoraj na zawał. Niestety nie mieli dzieci, czego kobieta nie mogła sobie wybaczyć.
Ponownie pozwolił odpłynąć swojej podświadomości i zapisał kolejne zdania. Zofia dowiedziała się o antykwariuszu od swojej dawnej koleżanki. Joachim przypomniał sobie tamtą kobietę. Była u niego kilka lat temu, po tragicznej śmierci córki. Pamiętał, że przygotował dla niej wtedy piękną _Książkę_ – niezbyt grubą, ale pełną miłości dziecka do matki. Kobieta płakała podczas lektury, wiedząc, że zapisane tam wspomnienia były najszczersze ze wszystkich. Szczersze niż jakikolwiek tradycyjny pamiętnik.
Zofia także pragnęła czerpać ze wspomnień męża. Jednak nie do końca chodziło jej o jego miłość do niej. Joachim odłożył pióro i przeczytał kolejne zdania.
Ona chciała się dowiedzieć, czy mąż naprawdę nie chciał mieć dzieci i dlaczego.
Ta wiedza miała przynieść jej ukojenie, o ile tylko przełamie się i zapyta o _Książkę_. Joachim nigdy sam nie zaczynał rozmowy na ten temat. Kiedyś to zrobił, licząc sam nie wiedząc na co, a wszystko zakończyło się bezsensowną śmiercią, której do dziś nie potrafił sobie wybaczyć.
Zofia postanowiła wyjść z antykwariatu, jednak tuż przed drzwiami zatrzymała się i spojrzała Joachimowi prosto w oczy. Była świadoma, że on wie, po co przyszła. On również wiedział, że kobieta wróci jeszcze dziś i złoży zamówienie na _Książkę_. Sam to przed chwilą napisał.
W drzwiach minął ją mężczyzna, który uprzejmie je dla niej przytrzymał. Joachim przyjrzał mu się uważnie. Obserwując go, nagle poczuł lodowaty impuls. Coś było nie tak. Spojrzał na jego torbę przewieszoną przez ramię. To z nią było coś nie w porządku – a raczej z tym, co kryło jej wnętrze. Na pewno znajdowała się tam książka, a może nawet _Książka_. Joachim zapragnął ją obejrzeć, był pewien, że mężczyzna mu ją pokaże, bo w końcu po to przyszedł. To nagłe uczucie było jak potężna pokusa.
Antykwariusz spojrzał na swoją dłoń. Nie wiedział kiedy znalazło się w niej pióro. Na kartce widniały nerwowo nakreślone słowa.
Nie rób tego.
Nie rób czego? Nie przyjmuj zamówienia od Zofii czy nie oglądaj tego, co przyniósł ten człowiek? Stawiał na to drugie. Dobrze jednak wiedział, że nie posłucha ostrzeżenia _Starej Tradycji_. Po prostu musiał dowiedzieć się, z czym przyszedł ten mężczyzna.
Ten tymczasem przyglądał się regałom i poustawianym na nich woluminom, po czym przeniósł wzrok na starego antykwariusza. Podszedł do lady.
– Dzień dobry – zaczął. Miał około trzydziestu lat, jasne włosy i okulary w cienkich, drucianych oprawkach.
– Witam serdecznie – odpowiedział Joachim, starając się opanować emocje i nie zacząć krzyczeć. – W czym mogę panu pomóc?
– Robiłem porządki w starym domu rodzinnym... – Mężczyzna sięgnął do torby i zaczął ją otwierać. Joachim poczuł, jak puls mu przyspiesza. – ...i znalazłem coś takiego. Nie bardzo wiem, co z tym zrobić.
Położył na blacie stary wolumin oprawiony w tłoczoną skórę. Nie był duży, ale Joachim nie potrafił jednoznacznie określić jego formatu. Coś w tej księdze powodowało, że raz wydawała się większa, a raz mniejsza. Pierwszą myślą, jaka przyszła mu do głowy na ten widok, było to, że jest _pięknie straszna_. Właśnie tak, pięknie straszna, a nie strasznie piękna. Zdobienia na okładce, niegdyś złocone, teraz były mocno wytarte. Papier na krawędziach stron odrobinę pożółkł. Na razie jej nie otwierał, odwrócił ją tylko na drugą stronę.
– I to jest właśnie najdziwniejsze... – powiedział stojący przed nim mężczyzna, z którego obecności Joachim na moment przestał zdawać sobie sprawę. Całkowicie pochłonęła go _Książka_ – a zwłaszcza fakt, że jej tylna okładka była przecięta w poprzek. Gruba skóra wywinęła się na boki, a jej krawędzie były ciemno zabarwione.
Joachim wrócił do oględzin. Przyjrzał się jej jeszcze raz i upewnił się, że wolumin oprawiono w ludzką skórę. Nieraz już takie widział, ale ta odróżniała się od nich drastycznie. Skóra, w którą ją oprawiono, została zdjęta z żyjącego człowieka. Był tego po prostu pewien. I ktoś celowo rozciął tył tej okładki. Na pewno w momencie, gdy to robiono, wyglądało to tak, jakby księga krwawiła – mimo procesu garbowania, jakiemu została wcześniej poddana.
Joachim zastanawiał się, czy w ogóle powinien ją otwierać. Czy nie lepiej byłoby kazać temu człowiekowi zabierać się stąd razem ze swoim znaleziskiem? Ciekawość jednak wygrała. To nie była zwykła _Książka_. Tę wykonano w _Zakazanej Tradycji_. Joachim pomyślał, że ten, kto ją stworzył, nie miał prawa nazywać się introligatorem – był po prostu _Oprawcą_.PRZYJACIÓŁKA
Natalia Mieczyńska miała kilka dni wolnego od studiów. Całą sesję zaliczyła już w styczniu, a do rozpoczęcia kolejnego semestru zostało jeszcze trochę czasu. Jej sublokatorka, Dorota, wyjechała przed weekendem na tydzień do rodziny, dzięki czemu dziewczyna miała całe mieszkanie dla siebie. Wcześniej sama zamierzała wybrać się do rodziców w Koninie, ale po ostatniej, świątecznej wizycie raczej nie miała im nic do powiedzenia. I tak by nie zrozumieli. Podobnie zresztą jak wtedy, gdy decydowała się na studia w Poznaniu zamiast pójść od razu do pracy. Dla rodziny to był potrójny szok. Chce się uczyć dalej, wybiera inne miasto i nie zamierza kontynuować tradycji związanych z pracą w lokalnym zakładzie produkcyjnym. Wcale nie było jej przykro z tego powodu. Dzięki temu, że mieli w Poznaniu rodzinę, zyskała dobry punkt zaczepienia i nie musiała się na początku martwić o wiele spraw. Przywitano ją z otwartymi ramionami. Ciotka Ela szybko znalazła jej tanie mieszkanie, a kuzyn Dawid pomógł je urządzić. Trzy lata temu z powodzeniem zaczęła nowe życie.
Miała właśnie wstawić pranie, a potem poszukać czegoś do oglądania w internecie, gdy nagle zadzwoniła jej komórka. Spojrzała na wyświetlacz – numer był nieznany. Kto przy zdrowych zmysłach wydzwania w niedzielę przed południem? Pewnie znowu jakaś firma usiłuje sprzedać garnki, zaprosić na event zmieniający życie albo, co gorsza, zaoferować panele fotowoltaiczne. Odrzuciła połączenie i wróciła do niezmiernie pasjonującego sortowania bielizny. Telefon zadzwonił jednak ponownie. Ten sam numer. Chciała go znowu zignorować, ale tym razem się zawahała. Odebrała.
– Halo? – rzuciła od niechcenia.
– Halo, tu mama Dorci. Czy ja się do Natalki dodzwoniłam? Bo Dorcia dała nam ten numer kiedyś, w razie czego... – słysząc zdrobniałe imiona, Natalia usiłowała nie zgrzytać zębami. Nienawidziła tego. Jeśli jednak rzeczywiście dzwoniła matka Doroty, coś musiało być na rzeczy.
– Tak, słucham – odpowiedziała, opierając się o pralkę.
– Bo Dorcia... – mimowolny zgrzyt zębów u Natalii – ...miała do nas przyjechać w piątek i nie przyjechała. Wydzwaniałam do niej, ale nic z tego, więc zadzwoniłam do ciebie. Jest tam moja córka? – Natalia wstrzymała oddech. Coś jednak musiało się stać. I to nie pierwszy raz. Dorota odwalała czasem różne grube akcje, ale zwykle przynajmniej odbierała telefon.
– Nie, nie ma jej. Widziałam ją w środę wieczorem. Jak wstałam w czwartek, już jej nie było. Myślałam, że pojechała do pani... – Natalia przeszła do pokoju koleżanki. Weszła do środka jak do pokoju siostry, której nigdy nie miała, i rozejrzała się. – Walizki nie ma – _tego fioletowego szkaradztwa na kółkach_, pomyślała – jej też, jak mówiłam.
– Ale jak to? Na pewno? – głos po drugiej stronie był pełen niedowierzania. – Przecież miała przyjechać.
– Tak, spakowała się i wyszła, ale nie wiem, gdzie jest, skoro nie ma jej u pani.
– A to może jest u tej swojej, no... Dorcia przecież kogoś ma. – _Tak, ma dziewczynę, dlatego uciekła z domu i studiuje w innym mieście, tak jak ja._ Natalia ugryzła się w język i zamiast tego odpowiedziała spokojnie.
– Nie wiem. Ale na pewno zadzwonię do kilku naszych wspólnych znajomych, może oni będą coś wiedzieć.
– Zadzwonisz do mnie, dziecko, jak czegoś się dowiesz? – podwójny zgrzyt zębów. – Bo ja to chcę zgłosić na policję jako zaginięcie.
– Może poczekajmy z tym, aż podzwonię i zobaczę, czego się dowiem, dobrze? – Natalia już układała w głowie listę osób, z którymi musiała się skontaktować. Zaczynając od tych spokojnych, poprzez ekipę od dzikich imprez, aż po byłe kochanki Doroty i kilka osób, z którymi jej sublokatorka odwalała największe numery.
– Tak, tak, ale do wieczora, nie dłużej. Bardzo się martwię, to moja jedyna córcia.
– Tak, ja też się martwię – odpowiedziała szczerze. – Odezwę się, jak tylko wszystkich obdzwonię.
– Tak, dziękuję, czekam – kobieta się rozłączyła.
Natalia odruchowo wykręciła numer do Oli, z którą ostatnio Dorota się spotykała. Pierwszej klasy stuknięta gotka. Natalia widziała nieraz, co wyrabiały razem w pokoju – było na co popatrzeć. Myślała, że dziewczyna nie odbierze, jednak ta odezwała się niemal natychmiast. Niedziela przed południem, ciekawe.
– Natalia, co jest? – usłyszała jak zawsze hiperaktywny głos znajomej.
– Szukam Doroty...
– To jest nas dwie. Nie odzywa się od środy, właśnie do was jadę...
– No jasne, ale jej tu nie ma. Dzwoniła jej matka z informacją, że nie dojechała do domu – odpowiedziała Natalia, przerzucając papiery na stole w pokoju Doroty.
– Ja pierdolę, ta stara mnie wkurza. Nie wiem, skąd zdobyła mój numer, ale wysyła mi teksty modlitw, żebym się nawróciła i odrzuciła dziedzictwo Sodomy i Gomory... A teraz Doroty nie ma. Nie zdziwiłabym się, gdyby ją w domu zamknęła i usiłowała wypędzić z niej demona, a dzwoniła tylko po to, żeby zrobić zasłonę dymną.
– Eeee... serio? Wiem, że jej matka to „patokato”, która nie może strawić tego, że córka woli dziewczyny, ale żeby aż tak?
– Nawet bardziej. Dorota jechała do domu głównie ze względu na ojca, z którym jest coraz gorzej. Bała się, że go już nie zobaczy, inaczej w ogóle by się tam nie wybierała. Poczekaj, zaraz będę, otworzysz mi?
Natalia nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ połączenie zostało przerwane, a w tym samym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyła je, a Ola Zielińska – tradycyjnie ubrana na czarno, w glanach i z ostrym, biało-czarnym makijażem – weszła bez słowa do środka. Wyglądała jak nastolatka, choć obie były w tym samym wieku. Matki z sąsiedztwa zapewne pokazywały ją swoim córkom jako przykład złego wychowania i społecznego odchyłu. Nie miały jednak pojęcia, że ta dziewczyna jest jedną z bardziej rozgarniętych i niesamowicie bystrych osób, z jakimi Natalia miała do czynienia. Po prostu miała swój styl, miała wywalone na to, co o niej myślą, i była absolutnie niezaspokojona – we wszystkim. No i bywała też strasznie wkurzająca.
– No hej jeszcze raz... – zagadała Ola. – Naprawdę nie wiesz, co z Dorotą?
– Nie, zupełnie. Myślałam, że ty będziesz wiedzieć coś więcej – odpowiedziała Natalia, zamykając drzwi. – W pokoju nie ma jej walizki, ale reszta rzeczy wygląda, jakby była na swoim miejscu...
– Widzę, ale nic z tego nie rozumiem. Widziałyśmy się we wtorek, potem jeszcze do mnie dzwoniła.
– Ja widziałam ją w środę wieczorem. W czwartek rano uznałam, że pojechała i tyle. Miała wrócić za tydzień.
– Wiem. Chciałam z nią jechać, jakoś ją wesprzeć, bo z jej ojcem naprawdę jest kiepsko. Obawiałam się jednak, że gdyby zobaczyła mnie jej matka, zeszłaby na zawał i zamiast jednego pogrzebu byłyby dwa. W sumie...
– W sumie to nie takie złe, strasznie utruła Dorocie życie.
– Niestety. Ale dobrze nam razem, może coś z tego będzie. Nieźle daje czadu.
– Czasami za mocno. W zeszłym roku tak odleciała po jakichś lewych prochach, że wrzeszczała ze strachu przez dwa dni. Totalna panika i czysty lęk. Myślałam, że mi tu zejdzie.
– Mówiła mi o tym. Na szczęście wybiłam jej to z głowy, teraz odlatuje w inny sposób. W sumie sama widziałaś... – Ola łypnęła okiem porozumiewawczo.
– Tak, wiem, o czym mówisz, nie wnikam... – _Związać, zakneblować, wychłostać i zerżnąć – no dobra, co kto lubi._
– Zawsze możesz spróbować...
– Dobra, weźmy najpierw obdzwońmy, kogo się da. Może ktoś coś wie.KILKA LAT WCZEŚNIEJ – KSIĄŻKA
– Co pan o tym myśli? – Głos mężczyzny nagle przebił się przez myśli Joachima.
– Chwilkę, proszę – odpowiedział antykwariusz i uniósł okładkę. Przeczytał tytuł, _Klaus Kraftmeister_. Nazwisko nic mu nie mówiło. Przewracał kolejne strony. Całość została napisana po niemiecku, silnie kaligrafowanymi literami – pięknym gotykiem, jakiego dziś już się nie widuje, bo po prostu brakuje nauczycieli zdolnych przekazać tę sztukę kolejnym pokoleniom. Dla niewprawnego oka mógł to być zwykły pamiętnik. Dla Joachima stanowiło to czyjeś życie, zakończone gwałtownie i w wielkich cierpieniach. Daty zapisków pochodziły z XIX wieku, a _Książka_, mimo rozcięcia, była nad wyraz dobrze zachowana.
– To pamiętnik, gratka raczej dla osób szukających informacji z tamtego okresu. Mogę się rozejrzeć, popytać, może ktoś będzie zainteresowany. Ale wie pan, pamiętniki mało znanych osób zazwyczaj ciężko się sprzedają – Joachim gorączkowo zastanawiał się, jak wybrnąć z tej sytuacji. Nie okłamał mężczyzny, ale pragnął dowiedzieć się o nim czegoś więcej, może wtedy trafiłby na ślad pochodzenia _Książki_ i jego rodziny.
– Rozumiem, bo mam takich jeszcze kilka. Do niczego mi się nie przydadzą...
Dłonie Joachima, w których trzymał wolumin, nagle zaczęły drżeć. Oparł je o kontuar i wziął głęboki oddech. Przed oczami zaczęły unosić mu się czarne mroczki.
– Czy wszystko w porządku? Proszę pana! – Mężczyzna szybko przeszedł za ladę i złapał osuwającego się Joachima. Posadził go na krześle w ostatniej chwili, zanim starzec upadł na ziemię.
– Tak, ale chyba będę musiał z panem dłużej porozmawiać... – Starzec wziął z półki obok klucze i podał je mężczyźnie. – Niech pan zamknie drzwi i obróci tabliczkę na „zamknięte”, proszę.
Zdziwiony mężczyzna niepewnie wykonał polecenie, po czym wrócił do antykwariusza. Ten powoli dochodził już do siebie.
– Zanim zaczniemy, chciałbym poznać pana nazwisko. I najlepiej nazwisko panieńskie matki, jeśli to możliwe – ociężale zaczął Joachim.
– Nazywam się Dariusz Matuszewski, moja matka pochodziła z domu Ziegler. Czy mogę się wreszcie dowiedzieć, do czego pan zmierza? – Mężczyzna zaczynał się denerwować.
– Powoli – odpowiedział antykwariusz, sięgając po stojącą obok, zimną już herbatę. – Czy ten dom, w którym pan znalazł książkę, należał do rodziny ze strony matki, czy ojca?
– Matki. Ja nadal jednak nie rozumiem, o co panu chodzi. Chciałem tylko dowiedzieć się czegoś na temat tej książki – wskazał na leżący na blacie tom.
– Młody człowieku... – Joachim powoli wstał. – Chciałbym panu jak najlepiej odpowiedzieć na to pytanie, ale nie ma tutaj prostej odpowiedzi. Wspominał pan, że takich książek jest więcej. Mogę się dowiedzieć ile?
Mężczyzna, wyraźnie już zniecierpliwiony, sięgnął do torby i wyciągnął aparat cyfrowy. Włączył go i obrócił ekran w stronę Joachima. Ten założył okulary i zaczął wpatrywać się w mały wyświetlacz.
– Mógłby pan przewijać? – wskazał na przyciski. – Nie lubię za bardzo nowej techniki – uśmiechnął się niepewnie. Dariusz odpowiedział podobnym uśmiechem i trochę się uspokoił.
Obrazy zmieniały się jeden po drugim. Joachim z trudem panował nad emocjami, ale po pierwszym szoku przychodziło mu to już coraz łatwiej.
Zdjęcia pokazywały wnętrze starej biblioteczki – kilka regałów szczelnie zapełnionych woluminami. Następne kadry przedstawiały zbliżenia poszczególnych tomów z różnych stron. Joachim powoli liczył grzbiety książek. Rozpoznawał kunszt wykonania, widział cechy charakterystyczne dla warsztatu _Oprawcy_.
W bibliotece znajdowała się przynajmniej setka woluminów stworzonych w _Zakazanej Tradycji_. Ten, kto to zrobił, był odrażającym potworem, a Bóg jeden wiedział, ile życia wyssał z innych ludzi. Oczywiście wiedział to też Szatan, a na pewno Celestyn – patron introligatorów, oraz Dyzma – skruszony łotr, patron antykwariuszy. Bo przecież każdy antykwariusz ma w sobie coś z łotra... W tym całym zbiorze świętych był jeszcze Bartłomiej, także patron introligatorów, ale również garbarzy i rzeźników. Joachim zdecydowanie wolał jednak Celestyna od Bartłomieja.
Z zamyślenia nagle wyrwało go pukanie do drzwi. Obaj mężczyźni odwrócili się w tamtą stronę. Antykwariusz zauważył przez szybę płomiennorudą czuprynę i od razu rozpoznał, kto stoi na zewnątrz.
– To moja wnuczka. Mógłby pan ją wpuścić? – Dariusz wpuścił dziewczynę do środka, po czym ponownie zamknął drzwi.
– Idź proszę na górę, zaraz do ciebie przyjdę – Joachim zwrócił się do wnuczki, a ta bez słowa przeszła na tył sklepu, w stronę ukrytych za regałami schodów. Wiedziała, że kiedy dziadek rozmawia o interesach, lepiej mu nie przeszkadzać, była pewna, że w kilka minut się z tym upora i do niej dołączy. Dziwiła się tylko, dlaczego ta okropna książka leżąca na ladzie była na tyle istotna, że aż zamknął drzwi na klucz.
Joachim odprowadził wnuczkę wzrokiem i ponownie zwrócił się do Dariusza.
– Czy mógłbym z panem pojechać i obejrzeć pozostałe książki? Może jako cała kolekcja byłyby łatwiejsze do sprzedania.
– Moglibyśmy to zaaranżować. Może jutro? – Mężczyzna spojrzał na kalendarz w telefonie.
– Dobrze, dostosuję się. Czy mógłby pan zostawić tę książkę u mnie do jutra? Chciałbym się jej dokładniej przyjrzeć.
– Myślę, że tak. Poproszę tylko o jakieś pokwitowanie. – Chwilę później Dariusz Matuszewski z mieszanymi uczuciami opuścił antykwariat. Myślał o tym, co powie żonie o dzisiejszym dniu, miał nadzieję, że te stare książki pozwolą im wreszcie wyjść na prostą. Bardzo tego potrzebowali, zwłaszcza w najbliższych miesiącach, zanim na świat przyjdzie ich córka.KARTON
Natalia jeszcze raz spojrzała na ekran telefonu, jakby ten miał za chwilę magicznie zadzwonić. Nic z tego. Obdzwoniły z Olą wszystkich znajomych, a nawet osoby, których nie widziały od miesięcy. Pisały na komunikatorach, zostawiały wiadomości. I nic. Ci, z którymi udało się skontaktować, nie widzieli Doroty od kilku dni lub nawet dłużej. Innym zostawiły wiadomości – kilka osób już odpisało, ale nikt nic nie wiedział. Jakby Dorota zapadła się pod ziemię.
– Idę na policję – powiedziała Ola, zbierając swoje rzeczy ze stolika, telefon, laptop, notatnik i torbę.
– To chyba jedyne wyjście – Natalia wstała z fotela. – Nie mam pojęcia, co mogło się stać.
– Teraz nikt nic nie wie, ale zaalarmowałyśmy sporo ludzi. Na pewno odezwą się, jeśli spotkają Dorotę lub cokolwiek sobie przypomną. Idziesz ze mną?
– Nie, zajrzę jeszcze raz do jej pokoju. Może coś nas nakieruje.
– Dobrze. Daj mi znać, jeśli trafisz na cokolwiek.
– Na pewno. Ty też odezwij się, jak tylko dowiesz się czegoś na komisariacie.
– Jest niedziela, więc pewnie niewiele zdziałam, ale jeśli nic nie zrobię, to po prostu oszaleję. Wpadnę do ciebie jutro po pracy, może coś... nie wiem, na coś wpadniemy. Do zobaczenia – Ola wyszła, a Natalia nagle poczuła się nieswojo w pustym mieszkaniu. Nie chodziło o sam fakt, że była teraz sama – to przecież normalne – ale o potworny strach, że Dorocie stało się coś złego i już nigdy tu nie wróci. Kiedy weszła do jej pokoju, to uczucie tylko się nasiliło. Miała wrażenie, jakby miała przeglądać rzeczy zmarłej osoby. Otrząsnęła się jednak i zaczęła metodycznie przeszukiwać pomieszczenie. Wierzyła, że ukryto tu coś, co pozwoli odnaleźć przyjaciółkę. _Tylko dlaczego tak się trzęsę?_
Przetrząsała szafę po szafie, szuflady i biurko. Notatki ze studiów, skrypty, kalendarze. Mimo że mieszkały razem od dawna, czuła się jak intruz, myszkując po wszelkich zakamarkach. Były bliskimi przyjaciółkami, dzieliły praktycznie wszystko pod jednym dachem. Prały razem, płakały na tych samych filmach i obgadywały tych samych znajomych. Mimo to rycie w prywatnych rzeczach Doroty budziło w niej ogromne poczucie winy – choć sytuacja w pełni to usprawiedliwiała.
Otworzyła pojemnik na pościel w łóżku, zajrzała pod biurko, poszła do łazienki, by przeszukać kosz na pranie i śmieci. Nic.
Żaden szczegół nie przykuł jej uwagi ani nie zasugerował, co mogło się stać. Usiadła zrezygnowana na kanapie i lustrowała pokój wzrokiem w płonnej nadziei, że nagle dozna oświecenia albo Dorota po prostu niespodziewanie wejdzie przez drzwi. Nic takiego się nie wydarzyło. Znalazła jedynie kilka rachunków, które niewiele jej mówiły, gadżety erotyczne, których przeznaczenia mogła się tylko domyślać, oraz kilka rewersów z biblioteki wydziałowej uniwersytetu, których teoretycznie nie powinno tu być.