Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ta druga siostra - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
49,99
4999 pkt
punktów Virtualo

Ta druga siostra - ebook

Jeśli twoja pamięć kłamie, komu możesz zaufać?

Grace budzi się w szpitalu, a ostatnie dni jej życia są dla niej białą plamą. Nie pamięta szkolnej wycieczki i nie ma pojęcia, co działo się z nią i jej siostrą Maddy, gdy zniknęły z ośrodka. Zdezorientowana patrzy w telewizor i widzi własne zdjęcie opatrzone słowem „Zaginęła”, ale w tej uśmiechniętej dziewczynie nie potrafi rozpoznać siebie.

Stopniowo zaczynają wracać do niej urywki wspomnień: strzępy rozmów, przeraźliwy krzyk, krew i lodowata woda. Tymczasem policja wciąż szuka jej siostry, a odkrywane przez funkcjonariuszy ślady coraz wyraźniej wskazują na Grace. Aby oczyścić się z zarzutów, musi sama odkryć, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy – mimo że nie może ufać nawet samej sobie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-741-9
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Grace: 27 kwietnia

Z założenia twarz widniejąca na plakacie o osobie zaginionej powinna należeć do kogoś, kogo nie znamy. W sklepach spożywczych można się natknąć na takie pożółkłe ze starości ogłoszenia dotyczące dzieci, które piętnaście lat temu przepadły bez wieści. W przypadku Amber Alerts często chodzi o maluchy z innych stanów uprowadzone przez jednego z rodziców, walczących w sądzie o prawo do wychowywania dziecka. A jednak ta dziewczęca twarz spoglądająca na mnie w tej chwili z telewizora, z umieszczonym wyżej czerwonym napisem „ZAGINĘŁA”…

To ja.

Jeśli jest twarz, którą byłabym w stanie rozpoznać natychmiast, to moja własna. W końcu to ją oglądałam miliony razy w lustrze i na zdjęciach. Ale z jakiegoś powodu nie umiałam zidentyfikować dziewczyny z ekranu szpitalnego telewizora. Miałam wrażenie, jakbym patrzyła nie na siebie, lecz na kogoś całkiem innego.

Człowiek, który udostępnił moją podobiznę mediom, wyciął ją z fotografii przedstawiającej całą naszą drużynę siatkarską. Miałam na sobie strój do gry w siatkę. Moje kasztanowe włosy były proste. Do zdjęcia pozowałam promiennie uśmiechnięta. Ujęcie ukazywało szczęśliwą Grace, wesołą i uroczą. Zupełnie inną niż Grace, którą byłam teraz: słabą, poobijaną, załamaną, przykutą do szpitalnego łóżka.

Telewizor był wyciszony, jednostajny szum klimatyzacji dudnił mi w uszach. Po chwili na ekranie pojawiło się inne zdjęcie, ukazujące mnie i siostrę, policzek przy policzku. Nie było ono opatrzone żadnym podpisem, ale z łatwością wyobraziłam sobie, jak prezenter chłodnym, beznamiętnym głosem przekazuje najnowsze doniesienia na temat akcji poszukiwawczej: „Grace Stoll została odnaleziona na poboczu drogi wczoraj w godzinach porannych. Policja nadal poszukuje jej siostry, Maddy”. I rzeczywiście, w następnej sekundzie na ekranie zjawiło się zdjęcie Maddy.

Zawsze byłyśmy tak bardzo do siebie podobne, że można było nas wziąć za bliźniaczki. Inna sprawa, że Maddy z tej fotografii bardziej przypominała dawną mnie niż obecną Grace. Włosy nadal miałam splątane. Co prawda obmyto mi twarz z zaschniętej krwi, ale rano, kiedy poszłam do łazienki, w lustrze zobaczyłam, że na czole, tuż przy linii włosów, zachowało się trochę ciemniejszych cętek.

Słowem, wyglądałam jak ktoś, kogo znaleziono na poboczu drogi.

Ale to nie ja byłam wciąż poszukiwana, tylko Maddy.

Minął dopiero dzień od momentu, gdy się ocknęłam i powiedziano mi, że moja siostra nie została odnaleziona. Próbowałam tłumaczyć sobie, że nadal jest wcześnie… że wciąż mamy czas… W końcu nie minęło nawet czterdzieści osiem godzin. Znajdziemy ją.

Na pewno.

Zresztą może powinnam się cieszyć, że tak wyglądam; że z lustra spogląda na mnie jakaś obca twarz – przynajmniej nie musiałam oglądać oblicza siostry, wiedząc, że ta prawdziwa Maddy nadal gdzieś tam jest.

W pewnym momencie do sali weszła mama. W jednej ręce trzymała bukiet kwiatów, drugą ocierała opuchnięte od płaczu oczy. Krajało mi się serce, kiedy widziałam, jak bardzo cierpi. Starała się przy mnie nie płakać, ale odkąd wczoraj zjawiła się w szpitalu, przez cały czas miała załzawione oczy. W pierwszej chwili pomyślałam, że tak objawia się u niej ulga. Dopiero gdy tata opowiedział mi o Maddy, zrozumiałam swój błąd.

Mama rzuciła okiem na telewizor, po czym wyjęła mi pilota z ręki.

– Wyłączę to – powiedziała, odchrząknąwszy. – Zdaniem doktora Thelsmana powinnaś teraz przede wszystkim wypoczywać. Poza tym w wiadomościach nie podają nic, czego byśmy nie wiedzieli.

Wazon z kwiatami postawiła na stoliku pod telewizorem. Tuż obok położyła pilota, na tyle daleko, by mnie nie korciło.

– Odpoczywałam – odparłam zachrypniętym, niskim głosem, który zabrzmiał, jakby należał do kogoś innego.

Poduszka, na której leżałam, była zbyt miękka. Czułam się, jakbym w niej tonęła. Sztywna pościel skrywała długie zadrapanie na mojej lewej łydce. Odzież, w której mnie znaleziono, została zabrana przez policję. Koszula szpitalna momentami zsuwała mi się z ramienia i trzeba było ją poprawiać. Musiałam wtedy uważać, żeby przy okazji nie zerwać wenflonu z kroplówką przymocowanego do wierzchu mojej dłoni. Praktycznie nie umiałam wstać z łóżka o własnych siłach – ktoś zawsze musiał być obok, żeby przytrzymać zsuwającą się koszulę albo rozplątać kroplówkę – a co dopiero pomóc Maddy.

– Te kwiaty przyniósł ktoś ze szkoły – wyjaśniła mama, wskazując wazon. Wokół roiło się od innych bukiecików, kartek z życzeniami i upominków. Przez poczekalnię przewijał się tłum znajomych, którzy wpadli w odwiedziny: sąsiadów i przyjaciół. Wizyty krewnych raczej mi nie groziły, bo moi rodzice byli jedynakami, a ich dalsze rodziny żyły daleko. Żaden z odwiedzających nie zostawał długo. Na razie nie wolno mi było przyjmować wizyt. Poza tym przesiadywanie pod salą, żeby życzyć mi szybkiego powrotu do zdrowia, nie miało większego sensu – wszyscy ci ludzie mogli ten czas poświęcić na poszukiwanie Maddy.

Mama podała mi jedną z takich kartek. Na pierwszej stronie widniał złoty napis stylizowany na pismo odręczne. W środku podpisały się koleżanki i koledzy ze szkoły: Mackayla, Jade, Nicole…

– Nicole – powiedziałam powoli. – Ona była z nami na wycieczce.

– Przypomniałaś to sobie? – Mama przyjrzała mi się szeroko otwartymi oczami. Ale nie było to zdziwienie, tylko coś zupełnie innego. Nie powinnam była w ogóle się odzywać. Było już za późno, gdy zrozumiałam, co oznacza to spojrzenie: nadzieję.

– Nie, w sumie to nie. – W poniedziałek, pięć dni temu, razem czekałyśmy pod szkołą na autokar. To ostatni moment, jaki zapamiętałam. Wszyscy byliśmy zapisani na liście, spakowani i przygotowani na godzinną jazdę do Chaty pod Dębami. A potem… nic, pustka. – Nic nowego. Tylko chwile przed wycieczką.

– Aha. – Z mamy wyraźnie uszło powietrze.

– Gdy tylko coś sobie przypomnę, od razu ci powiem.

Na jej ustach pojawił się uśmiech. Taki szczery. Pierwszy szczery uśmiech, jaki zobaczyłam, odkąd obudziłam się rano.

Ale zaraz coś sobie uświadomiłam: chciałam powiedzieć „jeśli”, a wyszło mi „gdy”, i duch we mnie upadł. Lekarze uprzedzali, że nie są w stanie stwierdzić, czy kiedykolwiek odzyskam pamięć.

– Tata przywiezie ci trochę ciuchów.

– To znaczy, że mnie stąd wypuszczą? – spytałam z nadzieją.

Już wczoraj przeprowadzono wszystkie badania. Przytomna byłam tylko przy niektórych. Na moment otworzyłam oczy, kiedy przyjechała karetka na sygnale. Czułam, jak podskakują nosze, gdy wnosili mnie do samochodu. Lekarze i pielęgniarki zwracali się do mnie po imieniu. Ktoś zapytał, czy pamiętam, co się stało. Nie wiedziałam, ile czasu minęło, nim w szpitalu zjawili się moi rodzice. Mama rzuciła mi się na szyję i szlochała. Tata pocałował mnie w czoło, odgarnąwszy z niego włosy. Potem znowu zasnęłam.

Nawiedzające mnie sny i majaki nie przynosiły żadnych wskazówek, które mogłyby zdradzić, co takiego się stało, że straciłam przytomność i wylądowałam w szpitalu.

Otaczała mnie nieprzenikniona ciemność. Sen. Cisza.

Ale teraz byłam już w pełni rozbudzona. I świadoma sytuacji, w jakiej się znalazłam: nie pamiętałam niczego z trwającej cały tydzień wycieczki czwartoklasistów. Obie z siostrą byłyśmy uznane za zaginione. Z nas dwóch tylko ja się odnalazłam.

– Doktor Thelsman chce cię zatrzymać na jeszcze jedną noc na obserwację. Obiecał, że jeśli badania nie wykażą nic niepokojącego, jutro cię wypuści.

Wypuści.

Byłam więziona nie tylko przez lekarzy i szpitalne ściany.

W tym momencie dało się słyszeć szybkie pukanie do drzwi.

– Panno Stoll? – spytał ktoś półgłosem.

W następnej chwili do sali weszło dwóch mężczyzn: jeden wysoki w średnim wieku, drugi z gładko ogoloną twarzą. Obaj w policyjnych mundurach. Spojrzenie pierwszego prześlizgnęło się po mamie i zawisło na mnie.

– Cieszę się, że już się obudziłaś – powiedział funkcjonariusz z uśmiechem. W jego ciemnej koziej bródce bielały pojedyncze siwe włosy. – Jestem detektyw Howard, a to oficer Jones. – Uścisnęłam dłoń detektywowi. Jego młodszemu koledze skinęłam głową, na co zareagował uniesieniem ręki. – Mamy do ciebie kilka pytań.

– Nie wiem, czy córka jest już na to gotowa – wtrąciła się mama, obejmując opiekuńczo tył uniesionego do pozycji siedzącej łóżka. Jakby próbowała mnie przed czymś chronić. – Lekarz twierdzi…

– Lekarz uważa, że wszystko ze mną w porządku – weszłam jej w słowo. – Wszelkie badania, jakie do tej pory przeprowadzono, pokazują, że nic mi nie dolega.

– Skoro leżysz w szpitalu, to znaczy…

Lecz tu do rozmowy włączył się oficer Jones.

– Z całym szacunkiem, ale pani córka ma ukończone osiemnaście lat i może sama podejmować decyzje w takich sprawach.

Mama z wrażenia rozchyliła szeroko usta. Detektyw Howard próbował szybko załagodzić sytuację.

– Spokojnie. Rozumiemy, że to może być dla ciebie trudne – zwrócił się do mnie, ale co chwilę zerkał na mamę. – Po prostu interesuje nas, czy wiesz o czymś, co pomogłoby nam odszukać twoją siostrę.

– W porządku. Chcę pomóc.

To ja powinnam się zajmować poszukiwaniem Maddy. Powinnam robić coś pożytecznego: szukać jej i dopilnować, że nic jej nie grozi. Ale skoro musiałam tkwić w tym pokoju i nie mogłam się przydać w inny sposób, byłam gotowa spróbować.

Mama przełknęła głośno ślinę i skinęła głową na znak, że się zgadza. Detektyw Howard przysunął sobie krzesło do łóżka. Kiedy na nim usiadł, znajdowaliśmy się na jednakowej wysokości.

– Co pamiętasz z wycieczki?

– Nic. Nie… nie mogę sobie niczego przypomnieć.

Od doktora Thelsmana wiedziałam już, że uraz głowy lub jakieś traumatyczne wydarzenie mogą skutkować utratą pamięci. Co prawda na razie nie było wiadomo, co konkretnie się stało, ale bez wątpienia dało się to zaklasyfikować jako wywołujące traumę.

Po chwili namysłu detektyw pytał dalej:

– Czy domyślasz się, jak trafiłaś na Oldham County Road?

– Nie, nie wiedziałam nawet, że ta droga ma taką nazwę. Słyszę ją po raz pierwszy.

– To tam Trent Gutter znalazł cię wczoraj rano.

– To twój nauczyciel matematyki, tak? – upewniła się mama.

– Historii.

– Był waszym opiekunem na tej wycieczce – wyjaśnił detektyw Howard.

– Pan Gutter? – zdziwiłam się. – Spotkanie organizacyjne prowadzili pan Holtsof i pani Sanderson. – Tych dwoje nauczycieli było pierwotnie wyznaczonych do opieki nad nami, nie miałam co do tego wątpliwości. Widząc zaskoczenie malujące się na twarzy detektywa, dodałam szybko: – Pamiętam wszystko sprzed wycieczki. Wszystko.

Mężczyzna skinął głową i zerknął do notatek.

– Rozmawialiśmy już z panem Trentem Gutterem i panią Katie Sanderson. Oboje należą do kadry pedagogicznej w Forest Lane Academy i zostali przydzieleni jako opiekunowie wycieczki.

Nie doczekawszy się żadnej reakcji z mojej strony, detektyw Howard spojrzał znacząco na oficera Jonesa. Ten zapisał coś szybko w telefonie, być może jakiś detal do sprawdzenia potem.

– Czy wśród uczestników wycieczki był ktoś, kto mógł źle życzyć tobie albo twojej siostrze? – spytał detektyw, ważąc słowa.

– Nie, absolutnie nie – odparłam bez wahania.

Poczułam, jak mama ściska mnie lekko za ramię. Chyba chciała dodać mi odwagi, ja jednak czułam, że palce jej drżą.

Detektyw Howard przyglądał mi się z zainteresowaniem, jakby oczekiwał, że na moim czole niczym film w kinie wyświetlą się wspomnienia. Ja jednak wiedziałam, że nie mam nic do dodania. Wszyscy znaliśmy się ze szkoły, byliśmy koleżankami i kolegami. Nie było wśród nas nikogo, kto mógłby nas skrzywdzić.

– Jesteś pewna?

– Tak, ja… – Zawiesiłam głos. Usiłowałam uchwycić się bladego wspomnienia, które, jak mi się zdawało, przyczaiło się na samym skraju świadomości. Wysiłek sprawił, że nagle poczułam przeszywający ból głowy. Potarłam skronie, próbując się od niego uwolnić.

– Czy przypominasz sobie, żebyś w trakcie wycieczki pokłóciła się z siostrą albo kimś innym?

– Nie – odpowiedziałam zdecydowanie, potrząsając głową. – Pamiętam tylko, jak wsiadałam do autokaru w poniedziałek rano. A potem już nic.

Na twarzy detektywa odmalowało się rozczarowanie. Mimo to nadal nie spuszczałam z niego oczu, bo mimo wszystko łatwiej mi było mierzyć się z jego zawodem niż z mamą, która – byłam tego pewna – patrzyła na mnie w taki sam sposób. Maddy mnie potrzebuje. Przecież na pewno mogę to dla niej zrobić.

– Czy z jakiegoś powodu opuszczałaś chatę?

– Nic takiego nie pamiętam. – Po chwili w akcie desperacji, chcąc jednak na coś się przydać, dodałam: – Ale oczywiście musiałam ją opuścić, skoro na koniec wylądowałam na poboczu.

– Pamiętasz to?

– Nie. Pamiętam tylko moment wsiadania do autokaru. Potem… już nic. Następną rzeczą, jaką sobie przypominam, jest chwila, gdy na noszach wkładano mnie do karetki.

Odgarnęłam kosmyki opadające mi na twarz, uważając przy tym, żeby spinka nie przesuwała się po szwach założonych z tyłu czaszki. Rana znajdowała się w takim miejscu, że całkowicie zasłaniały ją włosy, i była niewidoczna – w przeciwieństwie do podbitego oka, zadrapania na policzku i sińców. Wymagała założenia siedmiu szwów i bolała bardziej niż wszystkie pozostałe kontuzje razem wzięte.

– Chyba już wystarczy – oświadczyła mama. Podeszła do mężczyzn i ręką wskazała drzwi. – Moja córka potrzebuje odpoczynku, więc o ile nie mają panowie nowych wiadomości na temat akcji poszukiwawczej, prosiłabym…

Ale detektyw Howard całkowicie ją zignorował. Mimo że głowę miałam uniesioną, a wzrok utkwiony w zaplamionych płytkach sufitowych, i starałam się siłą woli zdusić ból w skroniach, przez cały czas czułam na sobie jego świdrujące spojrzenie. Zamknęłam oczy i po chwili usłyszałam dźwięk przesuwanego po podłodze krzesła – znak, że policjant odstawiał je na miejsce pod ścianą.

– W porządku. Na razie to nam musi wystarczyć – stwierdził, wręczając mi wizytówkę z logo policji. – Przedzwoń, jeśli przypomni ci się coś na temat tamtego wieczoru.

Wyciągnęłam po nią rękę, ale w tej samej chwili łupanie w czaszce powróciło.

– Zaraz, zaraz. Sądziłam, że nasze zaginięcie zgłoszono rano – powiedziałam, spoglądając pytająco na mamę, moje jedyne źródło informacji.

Mama pokiwała głową. Marszcząc brwi, odparła:

– Szkoła zadzwoniła do nas wczoraj rano z wiadomością, że dziewczynki zniknęły.

– Po przeprowadzeniu rozmów z opiekunami i innymi uczniami biorącymi udział w wycieczce ustaliliśmy, że ostatni raz obie dziewczyny widziano w czwartek wieczorem, dwudziestego piątego kwietnia, około godziny dwudziestej pierwszej.

Mamie zadrżała broda, oczy jej się zaszkliły. Dwanaście godzin. Maddy była zaginiona dwanaście godzin dłużej, niż dotąd zakładałyśmy. Z trudem opanowałam panikę. Zdawałam sobie sprawę, że w takich sytuacjach kluczowe znaczenie ma pierwsze czterdzieści osiem godzin. Każdy to wie. Teraz okazywało się, że nieświadomie straciłyśmy dwanaście z nich.

– Nie rozumiem – odezwała się mama. Jej głos zdradzał, że jest na granicy płaczu. – Ze szkoły wiemy, że uczestnicy wycieczki zaczęli poszukiwania moich córek, kiedy tylko się okazało, że zaginęły. To znaczy, że nikt ich nie szukał do piątkowego poranka.

– Zniknięcie obu dziewcząt jako pierwsze zauważyły ich koleżanki z pokoju, a także chłopak… – Detektyw Howard spojrzał na telefon. Przez chwilę przewijał notatki. – Ryan Jacobs. Była godzina szósta rano dwudziestego szóstego kwietnia. Opiekunowie zostali niezwłocznie powiadomieni o tym fakcie. Przeszukano samą chatę, a także otaczający ją teren. Kiedy poszukiwania nie przyniosły skutku, opiekunowie zgłosili zaginięcie do nas i w tym samym czasie zawiadomili państwa.

– Która jest teraz godzina? – zainteresowałam się.

– Minęła szesnasta – poinformował mnie oficer Jones.

Czyli jeżeli nie odnajdziemy Maddy w ciągu najbliższych pięciu godzin, będzie to oznaczać, że…

Policjanci nie próbowali mnie przekonywać, jak ważne jest, bym sobie coś przypomniała.

Nie musieli. Maddy zaginęła.

A ja byłam z nią, kiedy zniknęła.ROZDZIAŁ 2

Maddy: 20 kwietnia

Do rozdania świadectw zostały czterdzieści dwa dni.

Do studniówki: czternaście dni.

Dwa dni do wycieczki czwartoklasistów.

Za to już za siedem minut (może) moje życie miało (przynajmniej na to liczyłam) zmienić się na zawsze.

Na kolanach trzymałam otwarty notatnik i ze zdenerwowania bez przerwy stukałam w niego długopisem, starając się opanować chęć, by znowu zajrzeć do telefonu. Nic się nie zmieniło. Prawdopodobnie. Od momentu, gdy ostatni raz nacisnęłam „odśwież” w skrzynce mailowej, minęły dopiero dwie minuty. No ale w końcu dzisiaj miały zostać ogłoszone wyniki. Powtarzałam sobie, że muszę przestać się na tym fiksować. I to w teeeeeej chwili.

Dobra, teraz.

Przestań, przestań, przestańprzestańprzestań.

Ale chyba powinnam jeszcze raz sprawdzić, żeby… W tym momencie smartfon zawibrował. Leżał tam, gdzie go położyłam: na poduszce obok mojej głowy. Mimo to niewiele brakowało, a spadłabym z łóżka, tak gwałtownie się po niego rzuciłam.

Nie był to jednak mail. Dostałam wiadomość od Eriki: zdjęcie jej kota w bojowym nastroju. Fotka mnie rozśmieszyła i na chwilę przestałam rozmyślać o pustej skrzynce odbiorczej. Wystukałam na klawiaturze:

Co? Znowu się poruszyłaś, kiedy na tobie spała?

Odpowiedź przyszła natychmiast:

Nie, trzy minuty spóźniłam się z karmieniem.

Przesłałam jej zapłakaną emotkę i spytałam, czy chce dziś u mnie nocować. Przez cały tydzień ani razu nie wspomniała, jakie ma plany na dzisiaj. Domyślałam się dlaczego. Erica była moją najlepszą przyjaciółką – właściwie jedyną przyjaciółką – i zawsze robiłyśmy sobie niespodzianki. To taka nasza tradycja. Obdarowywałyśmy się upominkami, przy czym zawsze miały wielkie ruchome oczy. Czasami kiedy przynosiłam jej rano kawę, na wieczku kubka przylepiałam parę takich oczu. Kilka tygodni później ona z zaskoczenia dawała mi donuta, który był ozdobiony tak samo. Musujące kule do kąpieli. Ołówki. Etui na telefon. Kosmetyki. Niezależnie od tego, czy podarunek był duży, czy mały, zawsze, ku uciesze obdarowywanej, musiały się znaleźć na nim doklejone oczy. Dwa miesiące temu wypełniłam wnętrze jej samochodu nadmuchanymi balonami z takimi ozdobnikami, a Erica do tej pory mi się nie zrewanżowała. Podejrzewałam, że planuje coś dużego. I że właśnie dziś wieczorem odbędzie się pokaz.

Tym razem nie doczekałam się błyskawicznej odpowiedzi. Uśmiechnęłam się ironicznie. Budujesz napięcie, co? Gdy we wtorek weszłam do klasy przed lekcją angielskiego, Erica akurat rozmawiała z kimś na temat festiwalu muzycznego. Kiedy tylko mnie zauważyła, umilkła. A ja nie dałam niczego po sobie poznać. Nie miała pojęcia, że ją podsłuchałam. Dojazd do miasta zajmie nam co najmniej pół godziny, do tego dochodzi jeszcze dziesięć minut szukania miejsca do zaparkowania. Poza tym trzeba doliczyć czas na wspólne szykowanie się do wyjścia… W sumie należało się spodziewać, że przyjaciółka będzie musiała wyjawić swoje plany i że w ciągu najbliższej godziny dostanę zdjęcie z biletami, na których będą doklejone oczka.

Może do tego czasu się dowiem, czy w przyszłym roku stać mnie będzie na studiowanie. Czekanie na taką kumulację dobrych wiadomości trochę mnie przerastało.

Nie dawałam sobie z tym rady.

Odrzuciłam telefon z powrotem na łóżko i utkwiłam wzrok w otwartym na pustej stronie zeszycie. Podanie o Stypendium Pisarskie Dorene Williams złożyłam już wiele miesięcy temu, dlatego teraz teoretycznie nic mnie nie zmuszało do zapełnienia tej kartki tekstem. Pisanie poezji pomagało mi się odprężyć. Przynajmniej zazwyczaj. Ale najwidoczniej nie dziś.

Gdybym dostała maila z informacją o przyznaniu mi stypendium, oznaczałoby to, że mogę wyjechać do innego stanu i złożyć papiery do dowolnej wyższej szkoły humanistycznej. Swoją drogą to niesamowite, że decyzja o finansach może zniweczyć wszystkie moje zdolności twórcze równie szybko, jak plotka rozpuszczona w gimnazjum umie zrujnować czyjąś reputację.

Moi rodzice nie mieli pojęcia, że wybieram się do Trinity University. Zdawałam sobie sprawę, że pod żadnym pozorem nie mogę pokazywać tacie, ile wynosi tam czesne. Już widziałam, jak przewraca oczami. Ale to stypendium mogłoby całkowicie zmienić moją sytuację finansową. To byłoby coś więcej niż tylko pieniądze: to inwestycja w przyszłość. Oznaczałoby, że ktoś przeczytał moje wypociny i uznał: „Na tę dziewczynę warto postawić”.

Serce mi zamarło, gdy od strony poduszki doleciał znajomy dźwięk wibrującego smartfona. Sięgnęłam po niego, ale jeszcze się wahałam. Pewnie pisała Erica, żeby zdradzić mi swoje plany.

A może nie? Może to wnuk Dorene Williams we własnej osobie albo chociaż – co bardziej prawdopodobne – ktoś z rady szkoły spieszy poinformować, że mój tekst zrobił na nich ogromne wrażenie i nigdy dotąd nie byli równie pewni, że zainwestowanie w zapowiadającą się młodą pisarkę ma sens. Na samą myśl zaschło mi w ustach.

Przycisnęłam smartfon do piersi. Zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki oddech i…

– Fuj! – jęknęła Grace, wpadając do naszego pokoju. Obrzuciła podłogę wzrokiem, po czym zatrzymała się, żeby demonstracyjnie okazać obrzydzenie. – Co robisz?

– Nic – odparłam i położyłam sobie telefon na kolanach.

– A to? – Siostra, marszcząc nos, wskazywała miseczkę leżącą na łóżku obok mojego notatnika. Wyciągała też szyję, żeby dojrzeć, co może się kryć po drugiej stronie łóżka.

– Jem. – Na potwierdzenie swoich słów wzięłam do ręki plasterek pomarańczowej papryczki chili i zanurzyłam w sosie ranczerskim. – Masz ochotę?

Grace udała, że zbiera jej się na wymioty.

– Chcesz, żebym znowu puściła ci pawia na łóżko?

– Nie, tamten jeden raz, gdy zwymiotowałaś po imprezie Alejandry, w zupełności mi wystarczy. – Wsunęłam papryczkę do ust i ugryzłam. Rozległ się przyjemny chrzęst.

Siostra skierowała się do swojej części pokoju, a ja w tym czasie szybko zerknęłam na telefon. Domyślałam się, że to kolejna wiadomość od Eriki.

Ale nie. To był mail. Mail z Fundacji Dorene Williams! MailzFundacjiDoreneWilliams!!!!

Grace rzuciła spódniczkę na swoje łóżko.

– Widziałaś gdzieś moją koszulkę do gry w siatkę?

– Co? – Uniosłam nieprzytomne spojrzenie znad wyświetlacza. Obawiałam się otwierać wiadomość, gdy w pokoju był ktoś jeszcze. Niezależnie od jej treści czułam, że w takim momencie powinnam być sama.

– Moją koszulkę – powtórzyła siostra, otwierając drzwi szafy. – Widziałaś ją?

– Nie. – W myślach modliłam się, żeby Grace nie usłyszała, jak łomocze mi serce. – Może jest w praniu?

– Nie. Pomyślałam, że zapomniałam ją wyciągnąć z torby po treningu w zeszłym tygodniu, ale nie ma jej tam. – Siostra przyjrzała się krytycznie swojemu odbiciu w lustrze. Odgarnęła do tyłu swoje długie kasztanowe włosy i zaczęła związywać je w kucyk. – Jeśli zaraz nie wyjdę, spóźnię się na mecz. Trenerka mnie zamorduje.

– Zaczekaj, pomogę ci. – Telefon, a razem z nim nerwy, odłożyłam na bok. Uklękłam i odsunęłam rękę siostry, którą przytrzymywała włosy. Rozsypały jej się wtedy swobodnie na ramiona.

– Co ja bym bez ciebie zrobiła?

Po tych słowach Grace zajęła swoje zwyczajowe miejsce na podłodze przy łóżku. Ja natomiast przycupnęłam na jego brzegu, tak że obejmowałam ją nogami z obu stron. Następnie szybkim ruchem przesunęłam szczotką po włosach. To był nasz rytuał, odkąd skończyłam siedem lat. Kiedy mama próbowała, bez powodzenia, rozczesywać jej splątane włosy, Grace wyła z bólu. Prędzej czy później to ja zastępowałam mamę. Pod moim dotykiem siostra przestawała pochlipywać, a na jej ustach zjawiał się uśmiech.

Sześćdziesiąt sekund później włosy Grace były upięte w równiutki dobierany warkocz. W tym czasie jakieś dwanaście razy żołądek podchodził mi do gardła z nerwów.

Uczesana siostra wstała i na nowo zajęła się poszukiwaniami koszulki. Myszkowała po szufladach, w pewnym momencie ściągnęła narzutę z łóżka.

– To dzisiaj ta twoja fundacja dla pisarzy ma ogłosić, kto dostanie stypendium, tak? Wiesz już coś?

– Och, w sumie to jeszcze nie sprawdzałam – skłamałam na poczekaniu.

Grace i ja miałyśmy wspólny pokój, wspólną łazienkę, czasami nawet pożyczałyśmy sobie ciuchy, ale akurat to było coś, czym nie chciałam się z nią dzielić. Miałam takie przeczucie, nieśmiałą nadzieję, że cała moja ciężka praca przyniosła owoce i że mail czekający w tej chwili w moim telefonie zawiera wieści, na których tak bardzo mi zależy.

Równocześnie jednak w moim sercu tliła się na tyle poważna wątpliwość, by powstrzymać mnie od powiedzenia prawdy.

– Jeśli dałaś w tym tekście wierny obraz siebie, jestem pewna, że cię pokochają – stwierdziła siostra.

Próbowałam za uśmiechem ukryć zażenowanie. Łatwo jej mówić. Każdy, kto pozna Grace, od razu ją uwielbia. To nie przypadek, że na ten weekend jest poumawiana w dwudziestu różnych miejscach z różnymi ludźmi, podczas gdy ja nadal czekam na wieści od mojej jedynej przyjaciółki.

Z dołu dobiegł głos mamy:

– Maddy! To znaczy GRACE!

Siostra przewróciła oczami – kiedy mama się stresowała, zaczynały jej się mylić nasze imiona. To z kolei tylko wzmagało zdenerwowanie i powstawało błędne koło.

Chwilę później mama zjawiła się w progu i rzuciła niebieską koszulkę ze złotym numerem, celując córce w twarz.

– Za dwadzieścia minut musimy być na sali gimnastycznej! Lecimy!

Pomimo moich protestów i obaw, że jej fryzura tego nie przetrwa, Grace bez zbędnych ceregieli wciągnęła koszulkę przez głowę.

– Gdzie była?

– Wisiała na suszarce. Tata ją wczoraj wyprał. Podziękujesz mu potem. Wkładaj buty, raz-dwa.

– Powodzenia – zawołałam, gdy siostra wybiegała z pokoju.

– A może jednak wybierzesz się z nami? – zaproponowała mama.

– Nie, zadali nam dużo do domu. – Na potwierdzenie swoich słów wskazałam notes znajdujący się na łóżku. Telefon leżał na podłodze odwrócony wyświetlaczem w dół. Jeszcze chwila, a wezmę go do ręki i włączę.

Jeśli się okaże, że stać mnie na studia w Trinity University, będzie to oznaczać otwarcie całkowicie nowego rozdziału w moim życiu: wyprowadzę się daleko, wymyślę się na nowo, nie będę już taka, jaką chcieliby mnie widzieć inni, począwszy od gimnazjum. Stanę się osobą, jaką sama pragnę zostać. Sama sobie będę zawdzięczać sukcesy. Przestanę być niepozorną siostrzyczką Grace, która jest ekstrawertyczką i wszystko przychodzi jej z łatwością. Nareszcie to, jak dużo się uczę, zostanie docenione, bo nikt już nie będzie zestawiać moich ocen z notami wystawianymi siostrze, która zawsze dostawała same szóstki. Przestanę być „siostrą tej siatkarki”.

– Mamo! – zawołała Grace z parteru. – Idziesz?

Zaraz potem usłyszałam trzask zamykanych drzwi – znak, że siostra wyszła już z domu.

– Pamiętaj, żeby wypuścić psa na dwór.

– Dobra! – odkrzyknęłam.

Kiedy drzwi na parterze zamknęły się kolejny raz, odetchnęłam z ulgą.

Nareszcie byłam sama. Błyskawicznie podniosłam telefon z podłogi. Szybko otworzyłam skrzynkę mailową – nazwa nadawcy wiadomości na samym szczycie listy nie pozostawiała wątpliwości: Fundacja Dorene Williams. Naprawdę napisali! Tak, tak, tak!

Szanowna Madelyn Stoll,
dziękujemy za aplikowanie do tegorocznego programu stypendialnego Fundacji Dorene Williams. Z przykrością informujemy, że w konkursie o stypendium zwyciężył inny kandydat.

Nie było sensu czytać dalej. Wiedziałam, co tam jest napisane.

Telefon wyślizgnął się z mojej dłoni i upadł na kolana.

Nie wiem, jak długo siedziałam nieruchomo na łóżku. W końcu do pokoju wsunęła się Fizzy, podeszła do mnie i położyła mi na kolanach swój kudłaty, brązowy łeb. Podrapałam ją za uszami, a suczka spoglądała na mnie poważnie, jakby wyczuwała, że cierpię.

– Masz rację – odezwałam się w końcu. – Nie powinnam się tym tak bardzo przejmować.

Łatwo powiedzieć. Jeszcze chwila pieszczot, po czym sięgnęłam po notes i długopis. Nieważne, czy moja twórczość podoba się komisji rekrutacyjnej, czy nie – poezja była dla mnie jedynym sposobem pokazania światu, jaka jestem naprawdę.

– Sporządzę listę wszystkich powodów, dla których to stypendium jest całkowicie nieistotne.

Kiedy zabrałam się do pisania, Fizzy wskoczyła na łóżko i umościła się w nogach zwinięta w kłębek. Gotową listę przeczytałam jej na głos:

– „Jakiś inny pisarz jest teraz w siódmym niebie”.

– „W poniedziałek zaczyna się wolne”.

– „Nawet bez stypendium i tak mogę się dostać do szkoły pomaturalnej”.

– „W sumie to wcale mi nie zależało na tym durnym stypendium”.

– „Wnuk Dorene Williams to pewnie ponury zgorzkniały facet z pryszczami na plecach”.

Fizzy otworzyła oczy, ale po chwili znowu je zamknęła.

– No co? – spytałam. – Ten ostatni punkt jest całkiem zasadny.

Zaczęłam ponownie czytać listę, tym razem w myślach. Starałam się znaleźć w tej czynności ukojenie, ale na próżno.

Wcześniej zaplanowałam już sobie, jak będzie wyglądał przyszły rok. Moje życie miało się zmienić. Marzyłam o niezależności, mieszkaniu w akademiku na kampusie. Oczami wyobraźni widziałam siebie, jak piszę wiersze w jakiejś uczelnianej kawiarence albo czytam książkę na ławce w parku. Moi przyjaciele – liczba mnoga! – będą rozpoznawać mnie z daleka. Będziemy rozmawiać ze sobą w przerwach między zajęciami. W tych rojeniach zawsze było słonecznie i cicho – wszystko, o czym marzyłam, miało się ziścić. Ale teraz te świetliste obrazki mojej przyszłości obracały się w pył, a na ich miejsce wkraczała pustka. Poczułam, jak do oczu napływają mi piekące łzy.

– Nie. Tego nie będziemy robić. – Otarłam wilgotne policzki. Szanse na zdobycie stypendium od początku były małe. Niepotrzebnie uwierzyłam, że może mi się udać.

Wzięłam do ust następną papryczkę i zaczęłam żuć w zamyśleniu. Pakowanie się przed wycieczką powinno odciągnąć moje myśli od stypendium. Teoretycznie było to coś, czym mogłam się zająć dopiero nazajutrz. Mimo to już teraz wyciągnęłam z szafy swoją torbę podróżną.

Grace listę rzeczy do zabrania przyczepiła pinezką do tablicy nad swoją toaletką – tuż obok świadectwa z samymi ocenami celującymi. Nie musiała się nawet uczyć, żeby je zdobyć. Nieco dalej wisiała oficjalna ulotka reklamująca wycieczkę czwartoklasistów. Wynikało z niej, że to znakomita okazja do zintegrowania się klasy, rozwinięcia u uczestników umiejętności pracy w grupie i dowiedzenia się czegoś nowego na swój temat. Oczywiście przezornie nie wspomniano, że taka przyjemność kosztuje kilkaset dolców. Na to przyszedł czas, dopiero gdy kandydaci przynieśli do szkoły pisemne pozwolenie od rodziców na udział w wycieczce. Co prawda kiedy duża część klasy urywa się na tydzień z lekcji, żeby jechać na kolejną wycieczkę, nasza nauczycielka biologii jest bardzo niepocieszona, ale stanowisko szkoły było nieubłagane: tradycja tych wycieczek, ustanowiona przez Forest Lane Academy, liczy sobie już pół wieku i nie ma powodu, żeby jej nie podtrzymywać.

Tak więc zapowiadał się cały tydzień wolnego. Cztery noce i pięć dni w Chacie pod Dębami. Do torby wrzuciłam po jednym komplecie bielizny na każdy dzień. Po namyśle się zreflektowałam – bezpieczniej będzie zabrać dodatkową parę na wszelki wypadek.

W sumie to nie wiedziałam, czego się spodziewać po tym wyjeździe. Wycieczka czwartoklasistów to moment przełomowy, po niej wszystko będzie inaczej – tak przynajmniej twierdzili ci, którzy brali już w niej udział. Ale oczywiście nie tłumaczyli nam, na czym ta przełomowość ma polegać, bo ślubowali, że dochowają tajemnicy i nie zdradzą, co się dzieje na takim wypadzie. O wydarzeniach na wycieczce czwartoklasisty wolno rozmawiać jedynie tym, którzy już z niej wrócili. Słowem, co ma miejsce w Chacie pod Dębami, pozostaje w Chacie pod Dębami.

Przynajmniej takiej wymówki na moje nagabywania używała Erica, która pojechała w październiku. Nasz rocznik był zbyt liczny, by starczyło miejsca dla wszystkich, dlatego wyjazdy organizowano w dwóch turnusach, na które udawały się trzydziestoosobowe grupy. Pierwotny plan przewidywał, że Erica i ja zapiszemy się na wyjazd razem. No ale akurat w tamtym tygodniu wypadał ważny mecz Grace, taki, na którym uhonorowane były wszystkie zawodniczki, dlatego musiałam na nim być. Zresztą nawet gdyby mama mnie do tego nie zmusiła, i tak poszłabym z własnej woli, żeby razem z rodzicami wprowadzić siostrę na boisko w otoczeniu afiszy i kwiatów. Grace również chciałaby mi towarzyszyć, gdyby to mnie fetowano, nie miałam co do tego wątpliwości.

Erica nie chciała zwlekać z wyjazdem aż do ostatniego turnusu. Ja bym dla niej zaczekała, ale nie miałam prawa wymagać od niej, żeby się zachowała tak samo. Ona taka nie jest. To impulsywna dziewczyna, która zawsze robi to, na co ma ochotę, a przy tym potrafi być zabawna. Jej ekstrawertyzm dorównuje mojemu introwertyzmowi.

Przyjaźniłyśmy się od pierwszej klasy. Byłyśmy jak papużki nierozłączki: Maddy i Erica… To znaczy tak było, dopóki Erica nie wróciła z tamtego wyjazdu.

Wzięłam telefon do ręki, żeby spytać ją, co jeszcze powinnam zabrać na wycieczkę. I momentalnie moje spojrzenie padło znowu na ten przeklęty mail o odrzuceniu mojego podania. Zdecydowanym ruchem przeniosłam go do kosza. Zamknęłam skrzynkę odbiorczą. Odepchnęłam wszystkie niespokojne myśli. Postanowiłam, że przez najbliższe dni nie będę sprawdzać maili, choćbym nie wiem ile powiadomień miała dostać. Otworzyłam czat z Ericą i zobaczyłam, że czeka już na mnie wiadomość od niej.

Dzisiaj nie dam rady. Jadę na festiwal.

Wiedziałam. Jej wyznanie było niczym mały triumf, z którym łatwiej mi będzie znieść porażkę na polu literackim. Zapytałam:

Z kim?

Chciałam sprowokować ją, żeby napisała moje imię. W okienku czatu pokazał się znak wielokropka wskazujący, że Erica pisze odpowiedź. Pojawił się i zaraz znikł, i tak parę razy. W co się wystroić na ten wieczór? W zieloną koszulkę bez rękawów czy raczej tę niebieską od Grace?

Kiedy jednak znów spojrzałam na telefon, w okienku czatu nie pokazało się moje imię, lecz Zoey.

Zoey. Dziewczyna, z którą Erica dzieliła pokój podczas wycieczki czwartoklasistów. Ta sama, która nasz duet przemieniła w trio po tym, jak rzekomo między nimi dwiema zadzierzgnęła się jakaś niesamowita tajemnicza więź będąca owocem czegoś, co wspólnie tam robiły, a o czym nie mogły mi powiedzieć. Od tamtego czasu powtarzałam sobie, że Erica nadal jest moją najlepszą przyjaciółką. Że tak naprawdę między nami nic się nie zmieniło. Że ona ze swojej strony robi wszystko, by o mnie nie zapomnieć. Że wcale nie odsunęła się ode mnie. Że tylko mi się tak wydaje, bo jestem przewrażliwiona na punkcie naszej relacji.

Jeśli chcesz, możesz się wybrać z nami.

Ta ostatnia wiadomość była niczym cios w brzuch. Tylko z pozoru wyglądało to na zaproszenie, w rzeczywistości potwierdzało, że wspólny wyjazd planowały z Zoey już od tygodnia. Może nawet dłużej. Poczułam bolesny ucisk w żołądku, jakby ktoś opróżnił go łyżką i teraz skrobał nią po jego ściankach. To nie Zoey stanowiła piąte koło u wozu. Ja nim byłam.

Wściekłym ruchem wrzuciłam parę dresowych spodni do torby. Gdybym dostała stypendium, mogłabym rozpocząć naukę w szkole pisarskiej. Znalazłabym się w nowym środowisku, poszukała sobie nowych przyjaciół. Stałabym się widoczna, mój głos byłby słyszalny.

Ale moje podanie zostało odrzucone, a to przekreślało wszystkie te rojenia. Z szuflady wyciągnęłam szorty i legginsy i rzuciłam je na łóżko, wyrywając Fizzy z drzemki. Suczka zeskoczyła na podłogę i przydreptała do mnie. Erica powinna była mi powiedzieć o swoich planach. Najwidoczniej uważała, że musi się z tym ukrywać, co tylko świadczyło, że nie jesteśmy już tak blisko związane jak kiedyś.

Skup się na czymś innym.

Na wycieczce czwartoklasistów.

Na pakowaniu.

Racja.

Wzięłam pełną garść skarpet i wcisnęłam je do torby razem ze swoimi zranionymi emocjami. Przydusiłam zawartość i zapięłam zamek błyskawiczny. Jeżeli pozwolę, by Erica się zorientowała, że sprawiła mi przykrość, istniało ryzyko odkrycia czegoś jeszcze gorszego: że nie dba o to, czy cierpię, czy nie.

Bezpieczniej będzie udawać, niż ryzykować.

Właśnie przypomniałam sobie, że dzisiaj opiekuję się dzieckiem. Baw się dobrze.

Erica pewnie się domyśli, że to kłamstwo. Trudno.

W poniedziałek miałam wyjechać na moją własną wycieczkę czwartoklasistów. Będę miała swoją własną współlokatorkę, moje własne tajemnice. Z kubka na biurku Grace wzięłam długopis piszący na seledynowo. Ze ściany ściągnęłam kalendarz. Pięć dni bez lekcji. Bez terminów, do których trzeba wysłać podanie o stypendium. Bez oczekiwania na ogłoszenie wyników naboru. Bez Eriki i Zoey, które zawsze na korytarzach w szkole wyprzedzają mnie o pół kroku. Wokół każdego z pięciu wolnych dni narysowałam gwiazdki.

Kiedy zerknęłam znów do telefonu, nie chciało mi się nawet sprawdzać, co odpisała Erica. Moją uwagę przykuła wiadomość od Grace.

Mecz się przeciąga. Mama mówi, żebyś włożyła pizzę do piekarnika. Odezwali się już z wynikami naboru na stypendium dla poetów?

Zaczęłam odpowiadać zgodnie z prawdą, ale szybko zrozumiałam, że przyznanie się do tej porażki byłoby zbyt bolesne. Wykasowałam to, co zdążyłam napisać. Zamiast tego wystukałam na klawiaturze:

Wyniki będą dopiero w przyszłym tygodniu. Pomyliłam datę.

Uch. Mam nadzieję, że oczekiwanie nie popsuje ci zabawy na wycieczce.

Zrzuciłam torbę na podłogę i padłam na łóżko. Byłam już na samym dnie. Najchętniej schowałabym się przed całym światem w jakiejś dziupli. Nic gorszego i tak mnie już nie spotka.Wiele różnych rzeczy – komplet kluczy

do samochodu znaleziony na plaży;

okulary, które nosisz założone na czubek głowy;

twoja średnia ocen po trudnej klasówce z chemii;

szacunek dla osób, które są dla ciebie wzorami do naśladowania;

przyjaźń ze zbyt wieloma sekretami;

but w szafie, w której panuje wielki nieład;

twoja ulubiona zabawka z dzieciństwa;

moneta pod fotelem pasażera w samochodzie;

twoja pewność siebie w obliczu odrzucenia;

pilot do telewizora wciśnięty między poduszki sofy;

osoba, którą kochasz najbardziej;

twoje zdrowie psychiczne, twój kontakt z rzeczywistością – to wszystko można STRACIĆROZDZIAŁ 3

Grace: 28 kwietnia

– Nareszcie w domu. – Mama westchnęła z ulgą, kiedy następnego dnia dojechaliśmy na miejsce.

Od chwili gdy detektyw Howard sobie poszedł, upłynęło zaledwie pięć godzin. Miałam wrażenie, że czas gwałtownie przyspieszył. Pierwsze czterdzieści osiem godzin od zaginięcia Maddy już minęło i nie natrafiono na żaden ślad. Psy tropiące podjęły trop w chacie, w której przebywali uczestnicy wycieczki, ale urywał się na skraju lasu. Drony oblatujące górę również niczego nie znalazły. Od momentu kiedy Maddy była ostatnio widziana, minęło już ponad sześćdziesiąt godzin.

Możliwe, że ja widziałam ją nie tak dawno. Ale dopóki nie odzyskam pamięci, to i tak bez znaczenia.

Detektyw Howard poinformował, że policja przeczesała tereny wokół chaty i przepytała ludzi mieszkających w pobliżu miejsca, gdzie zostałam odnaleziona. Stróże prawa chcieli wiedzieć, czy może coś podejrzanego zarejestrowały kamery monitoringu umieszczone nad drzwiami wejściowymi do domów. Na razie ten kierunek poszukiwań nie przyniósł żadnych rezultatów.

Pomyślałam, że przydałaby mi się lista wszystkich osób, które wybrały się na wycieczkę. Może jeśli zobaczę ich imiona, coś… cokolwiek sobie przypomnę. Policja nadal nie zwróciła mi telefonu, dlatego nie mogłam sprawdzić tego w internecie ani poprosić kogoś o te informacje.

Przynajmniej na razie.

Detektyw Howard wspomniał, że to pan Gutter mnie odnalazł. Może powinnam się z nim skontaktować i pociągnąć go za język? Może dzięki temu…

Sama myśl o dokończeniu tego zdania i wzbudzeniu nadziei budziła lęk.

Mama przyjrzała mi się z troską wypisaną na twarzy. Żeby uciec przed jej spojrzeniem, udałam, że całą moją uwagę absorbuje miejsce z odpryśniętą farbą na garażowych drzwiach, które właśnie powoli się unosiły. Nad nami górowały ciemne okna sypialni z zaciągniętymi żaluzjami. Przed domem rosły tulipany, ale listki już im pożółkły, a płatki bladły i opadały na ziemię. Od ubiegłego tygodnia tyle się zmieniło.

– Tata jeszcze nie wrócił – oznajmiła mama. Było słychać, że mówi przez ściśnięte gardło. Jakby stąpała po polu minowym i byle nieostrożny krok mógł wywołać eksplozję. – Mówił, że o tej porze już będzie. – Po chwili głosem, w którym nie pobrzmiewała już frustracja, dodała: – No chodź. Wezmę twoją torbę.

Podświadomie spodziewałam się, że dom wyda mi się inny niż kiedyś. Ale lodówka stała w tym samym miejscu co zawsze. Na jej drzwiach wisiały trzy magnesy i przypomnienia o płatnościach rachunków. Lada kuchenna lśniła czystością jak zwykle, co pewnie było zasługą mamy. Podłoga wokół kuchennego stołu nadal była podrapana – mimo że tata zawsze powtarzał, żebyśmy unosiły krzesła, kiedy chcemy się przysunąć albo odsunąć od stołu, my wolałyśmy szurać nimi po posadzce. Fizzy w swoim stylu radośnie wybiegła mi na spotkanie.

– Cześć, maleńka! – Uklękłam i zanurzyłam palce w kudłatej sierści naszej suczki rasy goldendoodle, podczas gdy ona obsypała mi twarz wilgotnymi pocałunkami. Merdała ogonem z takim zapałem, że cała tylna część jej ciała chodziła na boki. Fizzy doskonale wiedziała, jakiego powitania potrzebowałam.

W końcu, nadal nie przestając machać ogonkiem, podbiegła do mamy. Następnie popędziła do drzwi, jakby się spodziewała, że do domu wejdzie ktoś jeszcze. Jakby czekała na Maddy.

– Chodź do mnie – zawołałam, poklepując się po kolanach, aby pokazać jej, jakie wygodne legowisko ją czeka. Tak naprawdę robiłam to, żeby całkiem się nie rozsypać.

Lecz suczka tylko zaskomlała żałośnie i usiadła przy drzwiach.

– Nic się nie dzieje, Fizzy. Jestem przy tobie – próbowałam ją pocieszać. Ona jednak nie przestawała popiskiwać. Podeszłam do niej i usiadłszy na podłodze, mocno ją przytuliłam. – Nie wiem, kiedy wróci – szepnęłam jej do ucha. – Ale muszę wierzyć, że w końcu przyjdzie.

– Dobrze się czujesz? – spytała mama.

Przestałam głaskać psiaka i spojrzałam na drzwi.

– Po prostu trochę boli mnie głowa – oświadczyłam, krzywiąc się lekko z bólu.

– Doktor Thelsman uprzedzał, że tak będzie – stwierdziła, jakby nie było mnie w sali, gdy lekarz przekazywał nam ostatnie wskazówki przed moim wyjściem ze szpitala.

Zostałam wypisana rano, kiedy wyniki badań wykazały, że nie odniosłam żadnego trwałego uszczerbku na zdrowiu. Mimo to doktor nie umiał zagwarantować, że kiedykolwiek odzyskam wyparte wspomnienia.

– Może dopóki nie przyrządzę lunchu, położysz się i odpoczniesz?

Mama otworzyła lodówkę i stało się jasne, że – w duchu gościnności, z której słynie Środkowy Zachód – wszyscy nasi sąsiedzi w promieniu półtora kilometra podrzucili coś do jedzenia.

Nagle, bez żadnej zapowiedzi, do oczu napłynęły mi łzy, ale uprzejmie im wytłumaczyłam, żeby sobie poszły. Czy tak teraz będzie wyglądać nasze życie? Będziemy płakać, kiedy nie mamy na to ochoty, i udawać, że nikt oprócz nas tego nie widzi?

– Wiesz może, kiedy zamierzają oddać mi telefon?

Nie było potrzeby tłumaczyć, co to za „oni”. Dochodzenie, Maddy, policja – te słowa bez przerwy krążyły wokół nas, stanowiły niewidzialny, domyślny kontekst każdej wymiany zdań. Według mnie badanie telefonu, który i tak musiałam oddać opiekunom zaraz po przyjeździe, nie miało większego sensu. Ale jeśli policja uważała, że może to w jakiś sposób pomóc w znalezieniu Maddy, nie miałam zamiaru jej w tym przeszkadzać.

– Nie powiedzieli.

Na ladzie kuchennej stał mały wazon z żółtymi kwiatami. Dołączony do nich liścik informował, że to prezent od rodziny Eriki i że modlą się za nas. Gdyby tylko ten gest ze strony najlepszej przyjaciółki Maddy przyniósł jakieś pocieszenie zamiast tego okropnego poczucia pustki.

– Chciałabym odezwać się do paru osób. Doktor Thelsman wspomniał, że to ważne, bym miała teraz wsparcie w innych ludziach. Kiedy pogadam ze znajomymi, przynajmniej oderwę myśli od tego wszystkiego.

Oczywiście fakt, że potrzebuję telefonu, żeby poszukać informacji o dochodzeniu, pominęłam milczeniem. Mama robiła, co mogła, aby oszczędzić mi obecnie zmartwień.

– Kupimy ci nowy w Wallmarcie. – Twarz jej się nagle rozpogodziła. Oto pojawiło się zadanie, którego tak bardzo potrzebowała. Zafiksuje się na nim i nie będzie musiała rozmyślać o zaginionej córce. – Jakiś tani model, żeby dało się dzwonić i wysyłać wiadomości. Albo wiesz co… – Mama poszła do swojego pokoju. Po paru minutach wróciła z różowym urządzeniem, którego nie widziałam od czterech lat. – Ma stary numer, ale możemy zanieść go do sklepu i dołączyć do mojego abonamentu.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij