Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ta inna siostra Bennet - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
3214 pkt
punktów Virtualo

Ta inna siostra Bennet - ebook

A gdyby życie Mary Bennet potoczyło się inaczej, niż przewidziano to dla niej w Dumie i uprzedzeniu? Co gdyby odsunięta na bok środkowa córka, ta nieładna dziewczyna, która chroni się w książkach, odnalazła spełnienie dostępne wcześniej tylko jej piękniejszym i pewniejszym siebie siostrom?

Jej droga przypomina w gruncie rzeczy drogę każdej bohaterki Jane Austen. Mary odkrywa, że może zaznać szczęścia dopiero wtedy, gdy zaakceptuje siebie taką, jaka naprawdę jest. Musi uwolnić się od cudzych oczekiwań i fałszywych przekonań, które przesłoniły jej prawdziwą naturę i odsunęły ją od tego, co daje jej radość.

Dopiero gdy przejdzie tę przemianę, zyska szansę na spełnienie.

Dopiero wtedy będzie umiała rozpoznać właściwego mężczyznę, kiedy pojawi się w jej życiu.

I dopiero wtedy naprawdę stanie się gotowa na miłość.

Na kartach Tej innej siostry Bennet Mary staje się pełnowymiarową postacią: złożoną i często niepewną siebie, a zarazem kruchą, niezwykle bliską czytelnikowi i ostatecznie godną roli głównej bohaterki.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68921-68-7
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Smut­nym fak­tem życia jest to, że jeśli młoda kobieta ma pecha przyjść na świat bez jakich­kol­wiek per­spek­tyw, powinna zro­bić wszystko co w jej mocy, by przy­naj­mniej uro­dzić się piękną. Być ubogą i uro­dziwą to już dosta­teczne nie­szczę­ście; lecz być bez gro­sza i pozba­wioną urody – to doprawdy ciężki los.

Cztery z pię­ciu sióstr Ben­net z Mery­ton w hrab­stwie Hert­ford­shire roz­trop­nie zadbały o to, by być wystar­cza­jąco uro­dzi­wymi, by ucho­dzić za pięk­no­ści w wąskich krę­gach, w któ­rych się obra­cały. Jane, naj­star­sza, była naj­bar­dziej olśnie­wa­jąca, a wdzięk jej twa­rzy i syl­wetki pod­kre­ślała skromna powścią­gli­wość jej cha­rak­teru. Eli­za­beth, druga z kolei, nad­ra­biała dow­ci­pem i żywio­ło­wo­ścią wszel­kie drobne nie­do­statki urody; pod­czas gdy Cathe­rine i Lydia, dwie naj­młod­sze, odzna­czały się całą świe­żo­ścią mło­do­ści, połą­czoną z zami­ło­wa­niem do śmie­chu i flirtu, co czy­niło je nie­zwy­kle atrak­cyj­nymi dla mło­dych męż­czyzn o rów­nie hała­śli­wych i mało wybred­nych upodo­ba­niach. Jedy­nie Mary, córka środ­kowa, nie była obda­rzona ani urodą, ani dow­ci­pem, ani wdzię­kiem, lecz jej sio­stry jaśniały tak bar­dzo, że zda­wały się niwe­lo­wać jej brak zalet, a wręcz cał­ko­wi­cie przy­ćmie­wać jej obec­ność, tak że gdy doro­sły rodzina Ben­netów ucho­dziła za jedną z naj­przy­jem­niej­szych w całej oko­licy.

Powszech­nie jed­nak było wia­domo, że per­spek­tywy panien Ben­net znacz­nie mniej godne były zazdro­ści ani­żeli ich uroda. Na pierw­szy rzut oka rodzina zda­wała się dosta­tecz­nie zamożna. Nale­żeli do naj­zna­mie­nit­szych miesz­kań­ców wio­ski Long­bo­urn, a ich dom, choć solidny i pozba­wiony wszel­kiej pre­ten­sjo­nal­no­ści, wyna­gra­dzał wygodą brak prze­py­chu. Byli słu­żący do poda­wa­nia do stołu, kucharka oraz ogrod­nik, a choć mają­tek pana Ben­neta nie był roz­le­gły, w zupeł­no­ści wystar­czał, by utrzy­mać jego wia­ry­god­ność jako majęt­nego oby­wa­tela. Mało która z zaprzy­jaź­nio­nych rodzin była na tyle zamożna lub dobrze uro­dzona, by pozwa­lać sobie wobec nich na pro­tek­cjo­nal­ność. W oczach opi­nii publicz­nej Ben­netowie ucho­dzili za wybit­nie przy­zwo­ity filar lokal­nej spo­łecz­no­ści.

Lecz na pro­win­cji żadna rodzina nie może naprawdę liczyć na zacho­wa­nie swo­ich spraw wyłącz­nie dla sie­bie, i wszy­scy wie­dzieli, iż ofi­cjalny dobro­byt Ben­ne­tów opiera się na bar­dzo nie­pew­nych pod­sta­wach. Ich mają­tek pod­le­gał ordy­na­cji, która ogra­ni­czała dzie­dzi­cze­nie do męskich spad­ko­bier­ców, a jeśli nie pojawi się syn Ben­ne­tów, posia­dłość przej­dzie osta­tecz­nie w ręce kuzyna pana Ben­neta. Z początku nie wyda­wało się to rze­czą szcze­gól­nej wagi. Gdy bowiem z obie­cu­jącą regu­lar­no­ścią jedno dziecko po dru­gim przy­cho­dziło na świat w Long­bo­urn, zda­wało się jedy­nie kwe­stią czasu, kiedy długo wycze­ki­wany chło­piec z rodu Ben­ne­tów raczy wresz­cie się poja­wić. Lecz gdy liczba córek doszła do pię­ciu, a stało się jasne, iż wię­cej dzieci nie należy się spo­dzie­wać, ordy­na­cja rzu­ciła coraz głęb­szy cień na szczę­ście tej rodziny.

Po śmierci pana Ben­neta wdowa po nim i córki pozo­sta­łyby z niczym wię­cej niż pię­cioma tysią­cami fun­tów ulo­ko­wa­nymi w czte­ro­pro­cen­to­wych papie­rach war­to­ścio­wych oraz z upo­ka­rza­jącą koniecz­no­ścią pole­ga­nia na nie­pew­nej dobro­czyn­no­ści dale­kiego i nie­zna­nego krew­nego. Przy­ja­ciele rodziny nie byli pozba­wieni współ­czu­cia dla ich trud­nego poło­że­nia, lecz by­naj­mniej nie osła­biało to ich cie­ka­wo­ści co do tego, co przy­nie­sie przy­szłość; bo cóż mogło być bar­dziej pocią­ga­ją­cego, niż moż­li­wość obser­wo­wa­nia z bli­ska praw­do­po­dob­nego upadku i roz­kładu całego majątku jed­nej rodziny?

Pan Ben­net nie zamie­rzał dawać sąsia­dom satys­fak­cji, oka­zu­jąc roz­cza­ro­wa­nie okrut­nym zrzą­dze­niem losu, które pozba­wiło jego bli­skich bez­pie­czeń­stwa, jakiego – wedle jego daw­nych, ufnych nadziei – mieli zazna­wać. Dla świata pozo­sta­wał tym, kim był zawsze: czło­wie­kiem zdy­stan­so­wa­nym, zabaw­nym i naj­wy­raź­niej pogo­dzo­nym z losem, któ­rego nie mógł zmie­nić. Nawet wobec wła­snej rodziny rzadko oka­zy­wał spe­cjalną tro­skę. Być może pod­czas dłu­gich godzin spę­dza­nych w biblio­tece zma­gał się ze sobą, szu­ka­jąc wyj­ścia z ich trud­nego poło­że­nia; jeśli jed­nak tak było, nie dzie­lił się z nikim ani swym nie­po­ko­jem, ani wnio­skami.

Jego żona nato­miast nie znała podob­nego umiaru. Pani Ben­net nie myślała nie­mal o niczym innym, jak tylko o tru­dach, które cze­kają ją i jej córki po śmierci męża; czę­sto też sły­szano, jak w domu i poza nim uty­skuje na nie­go­dzi­wość ordy­na­cji. Twier­dziła, że jej nerwy nie są w sta­nie znieść napię­cia, jakie wywo­łuje ta nie­for­tunna sprawa. Nie potra­fiła pojąć, jak kto­kol­wiek mógł mieć sumie­nie zapi­sać mają­tek z pomi­nię­ciem wła­snych córek; uwa­żała, że jeśli nic się w tej kwe­stii nie zmieni, czeka ich nie­chybna zguba. Choć była kobietą o ogra­ni­czo­nej inte­li­gen­cji i nie­wiel­kiej wyobraźni, miała znaczne zasoby ener­gii i uporu, które z całym odda­niem poświę­ciła zna­le­zie­niu roz­wią­za­nia. Szybko doszła do prze­ko­na­nia, że w tym mar­nym poło­że­niu ist­nieje tylko jedno wyj­ście: dziew­częta muszą wyjść za mąż, i to jak naj­szyb­ciej i jak naj­ko­rzyst­niej. Skoro ojciec nie mógł zabez­pie­czyć ich przy­szło­ści, musiały szu­kać ratunku u boku mężów.

Moż­li­wość ujrze­nia swych córek z mężami o jedy­nie przy­zwo­itym majątku zdo­ła­łaby uśmie­rzyć wiele obaw pani Ben­net, lecz wyobra­że­nie ich jako żon panów o znacz­nych docho­dach i pokaź­nych posia­dło­ściach napeł­niało ją rado­ścią, któ­rej nie osła­biało czę­ste o tym roz­wa­ża­nie. Nic nie spra­wiało jej więk­szego szczę­ścia niż myśl o nich jako wła­ści­ciel­kach ele­ganc­kich domów i roz­le­głych tere­nów, pew­nych, że ni­gdy wię­cej nie usły­szą tego strasz­li­wego słowa: ordy­na­cja.

Zda­wała sobie oczy­wi­ście sprawę, że zamoż­nych męż­czyzn poszu­ku­ją­cych żon nie­ła­two zna­leźć, a jesz­cze trud­niej zdo­być, zwłasz­cza dla dziew­cząt bez pokaź­nych posa­gów. Nie tra­ciła jed­nak ducha. Jej córki – jak była prze­ko­nana – miały prze­wagę, która pozwoli im prze­zwy­cię­żyć wszel­kie trud­no­ści: inne dziew­częta mogły być bogate, lecz jej córki były piękne. To wła­śnie, była pewna, było bło­go­sła­wień­stwem, które zapro­wa­dzi je do dostatku. Ich uroda przy­cią­gnie naj­świet­niej­sze par­tie, olśni ich oczy, zdo­bę­dzie ich serca i skłoni do zlek­ce­wa­że­nia pod­szep­tów chłod­nego, inte­re­sow­nego roz­sądku.

Dla pani Ben­net było to nie­mal prze­ko­na­niem, iż wobec braku dzie­się­ciu tysięcy fun­tów w gotówce piękna twarz sta­nowi naj­cen­niej­szy kapi­tał, jaki może posia­dać młoda kobieta. Jej wła­sne doświad­cze­nie potwier­dzało tę opi­nię, albo­wiem jakieś dwa­dzie­ścia pięć lat wcze­śniej to wła­śnie mło­dzień­cza uroda pani Ben­net zapro­wa­dziła zako­cha­nego do sza­leń­stwa pana Ben­neta przed ołtarz, prze­zwy­cię­ża­jąc wszel­kie prze­szkody, jakie zda­wały się stać na dro­dze ich związ­kowi. Gdy wpa­try­wał się w jej piękną twarz, nie miało dla niego żad­nego zna­cze­nia, że jej ojciec był jedy­nie pro­win­cjo­nal­nym adwo­ka­tem pro­wa­dzą­cym kan­ce­la­rię w Mery­ton, ani że jej brat miesz­kał w pobliżu wła­snych maga­zy­nów przy Che­ap­side. Był zde­cy­do­wany ją poślu­bić i, wbrew wszel­kim radom prze­ciw­nym temu zamia­rowi, dopiął swego.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, pani Ben­net uwa­żała się za cał­kiem zado­wo­loną z tego mał­żeń­stwa. To prawda, że pan Ben­net był czło­wie­kiem kapry­śnym i drwił z niej czę­ściej, niż uwa­żała za sto­sowne. Lecz jako pani Long­bo­urn wła­dała mająt­kiem dosta­tecz­nie znacz­nym, by zaspo­koić jej próż­ność, a pozy­cja jej męża zapew­niała jej przy każ­dej moż­li­wej oka­zji przy­jem­ność oka­zy­wa­nia pro­tek­cji mniej szczę­śli­wym zna­jo­mym.

Dla pana Ben­neta jed­nak korzy­ści pły­nące z mał­żeń­stwa były znacz­nie mniej widoczne. Jego brak roz­wagi przy oce­nie, czy cha­rak­ter mał­żonki przy­nie­sie mu tyle samo zado­wo­le­nia co jej uroda, miało poważ­niej­sze i trwal­sze kon­se­kwen­cje. Powierz­chow­ność umy­słu pani Ben­net oraz ogra­ni­czony zakres jej zain­te­re­so­wań spra­wiały, że ich zwią­zek ni­gdy nie mógł być part­ner­stwem rów­nych sobie osób. Nie mogła być ani jego towa­rzyszką, ani przy­ja­ciółką. Jej uroda wystar­czyła, by go zdo­być, lecz – jak pan Ben­net rychło zro­zu­miał – nie wystar­czyła, by uczy­nić go szczę­śli­wym.

Na szczę­ście dla pani Ben­net nie była ona kobietą skłonną do reflek­sji i jeśli jej mąż żało­wał teraz zasad, jakimi kie­ro­wał się przy wybo­rze żony, ona pozo­sta­wała tego zupeł­nie nie­świa­doma. W rezul­ta­cie jej uprze­dze­nia prze­trwały, nie­pod­dane żad­nej pró­bie. Poza urodą nie ceniła żad­nych przy­mio­tów kobie­cego cha­rak­teru. Dow­cip i rozum, życz­li­wość i pogoda ducha nie miały dla niej żad­nego zna­cze­nia. Dobry wygląd góro­wał nad wszel­kimi innymi zale­tami. Naj­waż­niej­szą war­to­ścią, jaką dostrze­gała w swo­ich cór­kach, była ich umie­jęt­ność wzbu­dza­nia zachwytu.

W przy­padku czte­rech z nich miała pod tym wzglę­dem wszel­kie powody do zado­wo­le­nia. Wobec Jane żywiła naj­wyż­sze nadzieje, gdyż – jak czę­sto powta­rzała panu Ben­ne­towi – nie mogła prze­cież uro­dzić się tak piękna bez przy­czyny. Trzy pozo­stałe sio­stry, jeśli nawet nie były tak hoj­nie obda­rzone jak Jane, to jed­nak – w prze­ko­na­niu pani Ben­net – odzna­czały się dosta­tecz­nie, by przy­cią­gać uwagę, gdzie­kol­wiek się poja­wiły. Tylko jedna z jej córek zawio­dła jej ocze­ki­wa­nia. Mary popeł­niła ten błąd, że nie odzie­dzi­czyła ani urody, ani wdzięku, które były udzia­łem wszyst­kich pozo­sta­łych kobiet z rodziny Ben­netów. Była to wada, któ­rej – w oczach pani Ben­net – nie można było wyba­czyć, o czym sama Mary rychło się prze­ko­nała.Rozdział 2

Mary nie potra­fiła dokład­nie przy­po­mnieć sobie chwili, w któ­rej odkryła, że bra­kuje jej urody. Nie sądziła, by wie­działa o tym jako bar­dzo małe dziecko, gdy bawiła się szczę­śli­wie z Jane i Eli­za­beth, bie­ga­jąc po ogro­dzie z pla­mami trawy na sukience; ani wtedy, gdy tuliły się razem przed ogniem w pokoju dzie­cię­cym, grze­jąc stopy na meta­lo­wej osło­nie kominka. Nie wyda­wało jej się rów­nież, by była tego świa­doma, kiedy pani Hill, gospo­dyni, co rano myła jej twarz i wią­zała czy­sty far­tu­szek na sukience. Z pew­no­ścią nie wie­działa o tym także wtedy, gdy wraz ze star­szymi sio­strami wpa­dała do kuchni w dni pie­cze­nia, pro­sząc o kawa­łek świe­żego chleba, który zabie­rały ze sobą i zja­dały razem za krze­wami, śmie­jąc się tak, jakby ni­gdy nie miały prze­stać. Wów­czas – myślała – była szczę­śliwa.

Lecz gdy miała sie­dem lub osiem lat, zaczęła prze­czu­wać, że coś nie jest cał­kiem w porządku. Zauwa­żyła, iż jej matka czę­sto patrzy na nią w spo­sób, w jaki nie patrzyła ani na Jane, ani na Lizzy. Było w tym spoj­rze­niu coś pomię­dzy iry­ta­cją a zakło­po­ta­niem – Mary nie była pewna co – lecz nauczyła się je dosko­nale roz­po­zna­wać. Zawsze nastę­po­wało potem wezwa­nie.

– Chodź tu, dziecko, pokaż się.

Mary scho­dziła z krze­sła i prze­cho­dziła przez salon do miej­sca, gdzie sie­działa pani Ben­net, czu­jąc się nie­swojo pod badaw­czym wzro­kiem matki. Popra­wiano jej wstążki we wło­sach, wią­zano na nowo pasek, wygła­dzano suk­nię to tu, to tam. Lecz cokol­wiek nie­po­ko­iło panią Ben­net, żaden z jej zabie­gów nie przy­no­sił zado­wo­le­nia. Zaci­skała usta i odwra­cała wzrok, ziry­to­wana, w mil­cze­niu odsy­ła­jąc córkę na miej­sce. Mary wie­działa, że zawio­dła matkę, choć jesz­cze nie rozu­miała, w czym dokład­nie oka­zała się nie­do­sta­teczna.

Lecz była dziew­czyną bystrą i rychło pojęła, co zna­czą te wes­tchnie­nia, zmarsz­czone brwi i gesty odpra­wie­nia. Nie mogła nie zauwa­żyć, że pani Ben­net ni­gdy nie mówiła o jej wyglą­dzie z taką przy­jem­no­ścią, z jaką opi­sy­wała urodę star­szych sióstr.

– Jane jest piękna jak anioł – mawiała czę­sto jej matka, spo­glą­da­jąc na naj­star­szą córkę z jawną dumą. – Samo patrze­nie na nią spra­wia przy­jem­ność.

Jane spusz­czała głowę, była bowiem dziew­czyną skromną, a kom­ple­menty przy­pra­wiały ją o rumieńce. Nie patrzyła na Eli­za­beth, która, ile­kroć prze­sadne zachwyty pani Ben­net przy­bie­rały na sile, chwy­tała spoj­rze­nie sio­stry i sta­rała się ją roz­śmie­szyć.

Wygląd Eli­za­beth nie odpo­wia­dał matce w takim stop­niu jak uroda Jane. Jej ciemne oczy i pro­mienny uśmiech zbyt wyraź­nie zdra­dzały żywio­ło­wość jej cha­rak­teru, by mogły zyskać bez­wa­run­kową apro­batę pani Ben­net. Czer­pała zbyt wielką ucie­chę z obser­wo­wa­nia świata, by ucho­dzić za praw­dziwą pięk­ność, lecz mimo wszel­kich zastrze­żeń, bystre oko matki dostrze­gało w Lizzy coś pocią­ga­ją­cego. Choć czę­sto ganiła drugą córkę za zuchwa­łość jej uwag i nie­za­leż­ność ducha, nie czy­niła zarzu­tów jej wyglą­dowi.

W miarę jak dora­stała, Mary z nadzieją ocze­ki­wała, iż pani Ben­net obda­rzy ją podob­nymi sło­wami uzna­nia. Z początku łudziła się, że z bie­giem lat uzna­nie matki przyj­dzie samo i że w końcu doro­śnie do chwili, gdy ona także zazna jej zachwytu. Lecz nawet wtedy, gdy przy­kła­dała szcze­gólną sta­ran­ność do wła­snego wyglądu, dba­jąc, by poń­czo­chy były równo uło­żone, twarz czy­sta, a włosy sta­ran­nie ucze­sane, matka wciąż nie miała dla niej ani jed­nego życz­li­wego słowa.

Mie­sią­cami trwała w ocze­ki­wa­niu, z drże­niem serca wycze­ku­jąc dnia, w któ­rym pani Ben­net zdoła doszu­kać się w niej jakie­goś przy­miotu zasłu­gu­ją­cego na uzna­nie. Może jej oczy okażą się ładne, a może syl­wetka zgrabna. Może włosy staną się jej naj­więk­szym atu­tem. Było jej wszystko jedno, którą część jej osoby matka uzna za wartą uwagi; byle tylko dało jej to spo­sob­ność zająć miej­sce pośród sióstr w bla­sku macie­rzyń­skiej apro­baty.

Mary miała dzie­sięć lat, gdy zro­zu­miała, że to ni­gdy się nie wyda­rzy. Było cie­płe popo­łu­dnie. Pani Ben­net piła her­batę ze swoją sio­strą, panią Phil­lips. Jane i Lizzy znik­nęły natych­miast na dźwięk przy­by­cia ciotki, pozo­sta­wia­jąc Mary samą, sie­dzącą na kana­pie, skrę­ca­jącą końce wło­sów w pal­cach i roz­pacz­li­wie pra­gnącą zna­leźć się gdzie­kol­wiek indziej. Ani matka, ani ciotka nie zwra­cały na nią naj­mniej­szej uwagi. Ich roz­mowa toczyła się bez ładu, obej­mu­jąc wszystko – od praw­do­po­do­bień­stwa, że kucharka lady Lucas odej­dzie ze służby – „i to tuż przed sezo­nem prze­two­rów” – po przy­pusz­cze­nie, iż żona pastora może uro­dzić jesz­cze w tym tygo­dniu. Ale gdy pani Phil­lips ści­szyła głos do szeptu i pochy­liła się, by prze­ka­zać szcze­gól­nie sma­ko­wity kawa­łek plotki, pani Ben­net nagle uświa­do­miła sobie obec­ność córki.

– Mary, zejdź do kuchni i przy­nieś jesz­cze tro­chę cukru. Weź miseczkę. Już, pro­szę.

Zachwy­cona, że może się odda­lić, Mary prze­cią­gała swoje zada­nie tak długo, jak tylko mogła, ocią­ga­jąc się w dro­dze powrot­nej i kopiąc czub­kami butów o kamienne płyty w kory­ta­rzu, by spraw­dzić, ile kurzu zdoła wznie­cić. Przy drzwiach do salonu zatrzy­mała się, by wygła­dzić sukienkę, gdy nagle, spo­śród przy­ci­szo­nego pomruku roz­mowy, usły­szała wypo­wie­dziane wła­sne imię. Wie­działa, że powinna się ujaw­nić – pani Hill nie­raz powta­rzała jej, że pod­słu­chu­jący ni­gdy nie sły­szą o sobie niczego dobrego – lecz nie była w sta­nie się odsu­nąć.

– Sądzę, że Mary wygląda dziś nieco lepiej – zauwa­żyła pani Phil­lips. – Jest mniej blada niż zwy­kle.

Pani Ben­net prych­nęła.

– To bar­dzo uprzejme z two­jej strony, sio­stro, lecz oba­wiam się, że nie mogę się z tobą zgo­dzić. Jak na tak młodą dziew­czynę nie ma w sobie ani krzty świe­żo­ści. Nie to co Jane i Lizzy. O ich uro­dzie zawsze mówi się z zachwy­tem.

– Doprawdy są bar­dzo ujmu­jące – przy­znała skwa­pli­wie pani Phil­lips. – I nie sądzę, by Mary kie­dy­kol­wiek była podzi­wiana tak jak one. Lecz, sio­stro, czy nie jesteś dla niej zbyt surowa w swo­ich osą­dach? Być może cierpi przez porów­na­nia. Gdyby Jane i Lizzy były nieco mniej piękne, może wyda­łaby ci się ład­niej­sza?

– Och, jakże bym pra­gnęła, żebyś miała rację, lecz oba­wiam się, że porów­na­nia nie mają tu nic do rze­czy. Mary jest po pro­stu bar­dzo zwy­czajna, i tyle. Winię za to rodzinę pana Ben­neta. My, Gar­di­ne­ro­wie, zawsze odzna­cza­li­śmy się urodą.

Pani Phil­lips dolała sobie her­baty i rozej­rzała się za cukier­nicą.

– Cóż, bar­dzo mi żal tej dziew­czynki. Nie może być łatwo być jedy­nym brzyd­kim kacząt­kiem wśród tylu łabę­dzi.

– Tak, to dla mnie wiel­kie roz­cza­ro­wa­nie i ogrom­nie działa mi na nerwy. Ale wystar­czy, że popa­trzę na inne moje dziew­częta, a od razu robi mi się lżej na sercu. Gdzie ona się podziewa z tym cukrem?

Mary wsu­nęła się do pokoju, wbi­ja­jąc wzrok w pod­łogę. Palce zaci­snęła bar­dzo mocno na cukier­nicy, którą posta­wiła na stole. Ciotka uśmiech­nęła się do niej, lecz pani Ben­net nie zwró­ciła naj­mniej­szej uwagi na to, że Mary wymyka się z pokoju.

Gdy zna­la­zła się w kory­ta­rzu, poczuła gwał­towne bicie serca. Słowa matki ude­rzyły ją z siłą nie­mal fizycz­nego ciosu. A więc teraz już wiem – pomy­ślała, wcho­dząc po scho­dach. Teraz rozu­miała. Była zwy­czajna – jak goto­wany ziem­niak, jak kawa­łek nie­bie­lo­nego per­kalu, jak pła­ski biały talerz.

Weszła do swo­jego pokoju, przy­su­nęła krze­sło do toa­letki i pochy­liła twarz jak naj­bli­żej małego lustra. Szkło było stare i prze­tarte, lecz dawało dosta­teczne odbi­cie, by Mary mogła wyraź­nie zoba­czyć sie­bie. Patrzyła na nią mała twarz – okrą­gła i blada. Tak, pomy­ślała, talerz. Jej szare oczy pod jasnymi brwiami nie były ani duże i błę­kitne jak u Jane, ani ciemne i bystre jak u Lizzy. Rysy były dość regu­larne, lecz niczym się nie wyróż­niały. Usta miała wąskie, wargi cien­kie. Dostrze­gła w swo­jej twa­rzy jakiś nie­po­kój. Nie suge­ro­wała ona – jak twarz Lizzy – że w każ­dej chwili może wybuch­nąć śmie­chem. Jej włosy były jasno­brą­zowe. Nie złote i lśniące jak u Jane.

Doszła do wnio­sku, że nie było w niej niczego, co przy­cią­ga­łoby uwagę lub spra­wiało, by kto­kol­wiek patrzył na nią z przy­jem­no­ścią. Matka miała rację; nie pro­mie­niała i nie roz­kwi­tała. Przez chwilę jesz­cze wpa­try­wała się w lustro, wciąż mając nadzieję odna­leźć jakiś jasny rys, jakąś ukrytą zaletę, która mogłaby ją oca­lić. Gdy niczego nie zna­la­zła, się­gnęła po szal wiszący na opar­ciu krze­sła i sta­ran­nie zasło­niła nim lustro.

Jedna łza spły­nęła jej po policzku, ale nawet nie zadała sobie trudu, by ją otrzeć.

Mary nie powie­działa ani Jane, ani Lizzy o tym, co usły­szała. Przy­pusz­czała, że i tak już o tym wie­dzą. Jej zwy­czaj­ność wyda­wała się teraz tak oczy­wi­sta, że nie mogła pojąć, jak sama wcze­śniej tego nie dostrze­gła. Nie spo­dzie­wała się też z ich strony żad­nego współ­czu­cia. Ni­gdy nie zro­zu­mia­łyby, co czuje. Jakże mogłyby? Ich uroda była tak samo nie­od­łączną czę­ścią ich istoty jak ręka czy noga – nie byłyby w sta­nie wyobra­zić sobie życia bez niej.

Pod jej osłoną będą ska­kać, plą­sać i tanecz­nym kro­kiem wbie­gną w swoją przy­szłość, ona nato­miast będzie mozol­nie brnąć naprzód, sta­wia­jąc ocię­żale krok za kro­kiem, bez cie­nia rado­ści czy wdzięku. Od pani Ben­net nauczyła się, że bez urody nie można osią­gnąć praw­dzi­wego i trwa­łego szczę­ścia. Ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, by podać w wąt­pli­wość to, czego ją nauczono.

Zawsze była dziew­czynką ostrożną i uważną; teraz jed­nak nie myślała o niczym innym jak tylko o tym, jak nie­ko­rzystne wra­że­nie musi wywie­rać na ota­cza­ją­cych ją ludziach. Weso­łość, która nie­gdyś skła­niała ją do zabaw i bie­ga­nia z sio­strami, stop­niowo gasła. Nie miała już do tego serca. Gdy Jane i Lizzy figlo­wały razem lub bie­gały po ogro­dzie, wszy­scy uśmie­chali się i mówili, że wyglą­dają uro­czo, lecz Mary powta­rzała sobie, że gdyby ona uczy­niła to samo, ucho­dzi­łaby za śmieszną.

Nie wyda­wało jej się za sto­sowne oka­zy­wać lek­kość ducha. Powagę uznała za jedyną cechę, jaką dziew­czyna pozba­wiona urody mogła przy­jąć, nie nara­ża­jąc się na drwinę lub litość innych. Stop­niowo przy­wy­kła do tego, aż w końcu uwie­rzyła, że taka wła­śnie jest jej natura – że ta wiecz­nie poważna, odizo­lo­wana i nie­po­radna dziew­czyna to jej praw­dziwe obli­cze.

Mary z żalem patrzyła, jak Jane i Lizzy stop­niowo się od niej odda­lają. Zanie­chały prób włą­cza­nia jej do wspól­nych zajęć, znie­chę­cone jej smut­kiem. Mary nie była tym zdzi­wiona. Oczy­wi­ście że wolały sie­bie nawza­jem. Jak mogłoby być ina­czej? Nie­ba­wem stwo­rzyły ści­sły, nie­ro­ze­rwalny sojusz, umoc­niony wspól­nymi zwie­rze­niami i szep­ta­nymi uwa­gami na stro­nie. Mary z tru­dem mogła uwie­rzyć, że kie­dy­kol­wiek było w ich uczu­ciach miej­sce dla jesz­cze jed­nej sio­stry, a tym bar­dziej dla niej samej.

Utratę Jane zno­siła z pewną filo­zo­ficzną rezy­gna­cją. Przy całej sło­dy­czy Jane, Mary zawsze postrze­gała ją jako osobę nieco odle­głą, nie­prze­nik­nioną za swoją dosko­nałą twa­rzą. Lecz prze­paść, jaka otwo­rzyła się mię­dzy nią a Eli­za­beth, spra­wiała jej praw­dziwy ból. Dopiero gdy zaczęły się od sie­bie odda­lać, Mary uświa­do­miła sobie, jak bar­dzo ją kochała, jak wielką radość czer­pała z jej żywio­ło­wej obec­no­ści. Nikt nie potra­fił roz­śmie­szyć czło­wieka tak jak Lizzy, nikt nie umiał tak prze­kor­nie wpra­wić w dobry nastrój ani z tak swo­bod­nym wdzię­kiem skło­nić do uśmie­chu z samego sie­bie.

Przez pewien czas Mary kur­czowo trzy­mała się nadziei, że to wła­śnie Lizzy ją ocali – że dostrzeże jej smu­tek i wycią­gnie do niej rękę, poma­ga­jąc wydo­stać się z otchłani przy­gnę­bie­nia, w którą czuła, że powoli się pogrąża. Lecz choć Lizzy spo­glą­dała na nią cza­sem z pew­nym zdu­mie­niem, a nie­kiedy nie­mal z żalem, nie powie­działa ani nie uczy­niła nic, by zatrzy­mać ją przy sobie i wkrótce ich dawna bli­skość stała się jedy­nie wspo­mnie­niem.

Gdy star­sze sio­stry się od niej odda­liły, Mary zaczęła się zasta­na­wiać, czy nie mogłaby zna­leźć przy­ja­ciółki w któ­rejś z młod­szych. Kiedy były jesz­cze małe, przy­glą­dała się im uważ­nie, pró­bu­jąc dostrzec, czy odzie­dzi­czyły urodę Jane i Lizzy. Nie lubiła przy­zna­wać się do tego, czego w głębi duszy pra­gnęła. Wyda­wało się okrutne życzyć sobie, by pulchne dziecko nie wyro­sło na piękną młodą pannę, lecz Mary nie potra­fiła się od tego uwol­nić. Gdyby któ­raś z nich – Kitty lub Lydia – oka­zała się zwy­czajna, nie czu­łaby się tak samotna. Dwie nie­ładne sio­stry zro­zu­mia­łyby się nawza­jem. Sta­nę­łyby po jed­nej stro­nie i z pew­no­ścią sta­łyby się przy­ja­ciół­kami.

Nie minęło jed­nak dużo czasu, gdy stało się jasne, że były to płonne nadzieje i nawet Mary dostrze­gła, że nie idą one w jej ślady, lecz podą­żają drogą Jane i Eli­za­beth.

– To bar­dzo ładne dziew­czynki – oświad­czyła ich matka z zado­wo­le­niem. – Może nie dorów­nują Jane, ale i tak są nader ujmu­jące. Cztery pięk­no­ści na pięć córek to wynik cał­kiem godny uzna­nia. Jestem pewna, że nikt nie mógłby osią­gnąć lep­szego.

W miarę jak Kitty i Lydia dora­stały, Mary rychło pojęła, że młod­szym sio­strom jest rów­nie mało potrzebna, jak wcze­śniej star­szym. Gdyby Kitty mogła decy­do­wać sama, być może by ule­gła. Była dziew­czyną łagodną, potulną i pra­gnącą zado­wo­lić innych. Być może dałoby się ją skło­nić, by została przy­ja­ciółką Mary. Lecz naj­młod­sza z panien Ben­net była zde­cy­do­wana, by do tego nie dopu­ścić. Już jako dziecko Lydia była uparta, zuchwała i krnąbrna; a gdy raz posta­no­wiła mieć Kitty wyłącz­nie dla sie­bie, Mary nie miała z nią naj­mniej­szych szans.

Nie trzeba było wiele czasu, by Kitty cał­ko­wi­cie ule­gła wpły­wowi Lydii, pod­po­rząd­ko­wana jej nie­ugię­tej woli i posłusz­nie powta­rza­jąca wszyst­kie jej opi­nie. Wkrótce i ona miała dla Mary rów­nie mało czasu jak wszy­scy pozo­stali. Gdy Mary ukoń­czyła czter­na­ście lat, wie­działa już, że nie jest dla żad­nej z sióstr naj­waż­niej­sza. Nie była niczyją powier­nicą ani przy­ja­ciółką. Ani matka, ani ojciec nie darzyli jej żad­nym szcze­gól­nym uczu­ciem. Pośród tak licz­nej rodziny była zupeł­nie sama.Rozdział 3

Postę­po­wa­nie pani Ben­net tylko pogłę­biało nie­szczę­ście Mary, gdyż przy­jem­ność, jaką czer­pała ze swych czte­rech uro­dzi­wych córek, nie była – jak się zda­wało – w sta­nie cał­ko­wi­cie wyna­gro­dzić bra­ków pią­tej; a z każ­dym mija­ją­cym rokiem wygląd Mary coraz bar­dziej draż­nił jej matkę. Pani Ben­net nie miała ani cier­pli­wo­ści, ani ochoty ukry­wać swego roz­draż­nie­nia, wywo­ły­wa­nego przez cały sze­reg drob­nych uchy­bień; lecz nie­wiele rze­czy iry­to­wało ją bar­dziej niż włosy Mary.

Każ­dego wie­czoru, na jej wyraźne pole­ce­nie, zwi­jano je w papi­loty; i każ­dego ranka, gdy pani Hill je roz­cze­sy­wała, oka­zy­wały się rów­nie pro­ste i rów­nie cien­kie jak wcze­śniej. Pani Ben­net nie mogła powstrzy­mać się od trak­to­wa­nia tego codzien­nego roz­cza­ro­wa­nia jako oso­bi­stej znie­wagi.

– Mary, jestem prze­ko­nana, że robisz to umyśl­nie, by mnie ziry­to­wać.

– Zapew­niam cię, mamo, że nie. Gdy­bym mogła, spra­wi­ła­bym, żeby się krę­ciły. Może lepiej zacze­sy­wać je do tyłu? Wtedy może nie byłoby tak widać, że się nie kręcą?

Pani Ben­net zmarsz­czyła brwi.

– Być może wola­ła­byś nosić cze­pek jak jakaś stara mężatka? To by zakryło wiele nie­do­stat­ków!

Po tych sło­wach matka odcho­dziła obu­rzona, pozo­sta­wia­jąc panią Hill, by ta znów się­gnęła po grze­bie­nie i szczotki, gotowa pod­jąć kolejną, bez­na­dziejną próbę osią­gnię­cia nie­moż­li­wego.

Nie­ba­wem Mary zapra­gnęła stać się nie­wi­dzialna. Lepiej było nie przy­cią­gać niczy­jej uwagi, niż sta­wać się przed­mio­tem zrzę­dli­wego nie­za­do­wo­le­nia matki. Robiła wszystko, co w jej mocy, by znik­nąć; wybie­rała suk­nie w naj­bar­dziej nija­kich bar­wach, uszyte w spo­sób tak skromny, by nie dawać naj­mniej­szego powodu do uwag. Gdy pani Hill, która – jak Mary wie­działa – lito­wała się nad nią i zachę­cała ją do roz­wa­że­nia żyw­szych kolo­rów i bar­dziej korzyst­nych faso­nów, odma­wiała – nija­kie sza­ro­ści i beże były wszyst­kim, na co zasłu­gi­wała.

Prze­ko­nana, że nic nie zdoła popra­wić postaci, jaką uka­zy­wała światu, nie brała udziału w roz­mo­wach o kape­lu­szach, pan­to­flach i muśli­nach, które wraz z wie­kiem pochła­niały tak wiele czasu Kitty i Lydii. Lydia miała ostry język, a w swo­ich sądach była rów­nie bez­li­to­sna jak ich matka, i Mary oba­wiała się drwin, które z pew­no­ścią spo­tka­łyby jej nie­zręczne próby włą­cze­nia się do roz­mowy. Łatwiej było mil­czeć.

Gdy sio­stry cho­dziły do Mery­ton, by wyda­wać kie­szon­kowe w małym skle­pie mod­niar­skim, ona pozo­sta­wała na zewnątrz, samotna na ulicy. Nie było sensu wcho­dzić do środka. Cóż zro­bi­łaby z nowym koron­ko­wym koł­nie­rzy­kiem, kolo­ro­wymi wstąż­kami czy słom­ko­wym kape­lu­szem? Takie bła­hostki nie były dla dziew­cząt takich jak ona.

Nie­spo­kojna i osa­mot­niona, szu­kała innych spo­so­bów, by spę­dzać czas, lecz wybór miała nie­wielki. Nie miała talentu do rysunku, a robótki ręczne ją nudziły. Nie potra­fiła malo­wać i nie lubiła kart. Muzyka to jed­nak było coś zupeł­nie innego. Sie­dząc przy for­te­pia­nie, Mary czuła się nie­mal szczę­śliwa, zapo­mi­na­jąc na chwilę o swo­ich nie­do­sko­na­ło­ściach i poraż­kach.

Wszyst­kie sio­stry Ben­net zostały nauczone gry. Pani Ben­net uwa­żała to za ujmu­jącą umie­jęt­ność dla mło­dej damy i nale­gała, by każda z jej córek ją posia­dła, zapew­nia­jąc im nawet nauczy­cielkę. Uprzejma i wiecz­nie prze­cią­żona pracą panna Allen przy­cho­dziła w każdą środę po połu­dniu i udzie­lała lek­cji kolejno każ­dej z sióstr Ben­net. Mary pamię­tała, jak cze­kała na swoją kolej, licząc minuty, aż Lizzy skoń­czy, z zapar­tym tchem pra­gnąc zająć jej miej­sce przy kla­wia­tu­rze.

Począt­kowo była tak mała, że potrze­bo­wała poduszki, by dosię­gnąć kla­wi­szy. Sie­działa na niej, nie­pew­nie balan­su­jąc, wycią­ga­jąc dzie­cięce palce, by grać gamy i pasaże. Od samego początku to kochała, zachwy­cona dźwię­kami, które wydo­by­wała, pod­eks­cy­to­wana, gdy z tygo­dnia na tydzień zaczy­nały coraz bar­dziej przy­po­mi­nać melo­die i utwory. Było to jesz­cze w cza­sach, gdy była bar­dzo młoda, zanim nauczyła się wsty­dzić samej sie­bie.

Gdy przy­swo­iła bole­sną świa­do­mość swo­jej zwy­czaj­no­ści, odwró­ciła się od wielu zajęć, które nie­gdyś spra­wiały jej przy­jem­ność; lecz miłość do muzyki była jedną z nie­wielu pasji, któ­rych dora­sta­jąc, nie porzu­ciła. Grała na­dal, nawet gdy jej sio­stry, jedna po dru­giej, rezy­gno­wały, porzu­ca­jąc lek­cje for­te­pianu tak szybko, jak tylko pani Ben­net na to pozwa­lała. Wkrótce tylko Mary i Lizzy regu­lar­nie korzy­stały z wysłu­żo­nego rodzin­nego instru­mentu.

Coś się jed­nak zmie­niło. Gdy zaczy­nała, muzyka była dla Mary przy­jem­no­ścią, ucieczką od codzien­no­ści, w któ­rej nie­wiele było powo­dów do rado­ści, lecz z chwilą, gdy weszła w wiek dora­sta­nia, prze­stała postrze­gać ją jedy­nie jako miłe zaję­cie. Stop­niowo uświa­do­miła sobie, że gdy tylko zasiada przy kla­wia­tu­rze, uroda nie ma żad­nego zna­cze­nia. Przy for­te­pia­nie nawet naj­zwy­klej­sza kobieta mogła przy­ćmić naj­pięk­niej­szą, jeśli tylko miała ambi­cję i wytrwa­łość nie­zbędne, by tego doko­nać.

Choć świa­doma była swo­ich bra­ków w tak wielu dzie­dzi­nach życia, Mary nie wąt­piła w swoją zdol­ność do wytrwa­ło­ści i pil­no­ści i wyda­wało jej się, że można je wyko­rzy­stać, by nadać sens i poczu­cie osią­gnię­cia jej sza­rej egzy­sten­cji, tak ubo­giej w inne źró­dła satys­fak­cji. Dla­cze­góż by nie skie­ro­wać ich ku opa­no­wa­niu gry na for­te­pia­nie? Wyka­zy­wała już pewne kom­pe­ten­cje. Dzięki wytrwa­ło­ści mogła osią­gnąć jesz­cze wyż­szy sto­pień wykształ­ce­nia. Per­spek­tywa posia­da­nia wła­snego talentu, jakie­goś wyróż­nia­ją­cego ją przy­miotu, napeł­niała ją unie­sie­niem i ani przez chwilę nie żało­wała pracy, jakiej wyma­gało jego zdo­by­cie.

Dobro­wol­nie ska­zy­wała się na odosob­nie­nie w salo­nie, do któ­rego nikt poza nią nie zaglą­dał aż do pory na her­batę, powta­rza­jąc swoje ćwi­cze­nia wciąż od nowa. Z upo­rem dążyła do dosko­na­ło­ści i w końcu została za to nagro­dzona. Pod każ­dym wzglę­dem – zarówno tech­niki, jak i bie­gło­ści – poczy­niła szyb­kie postępy. Panna Allen oświad­czyła, że jest bar­dzo zado­wo­lona z jej postę­pów, i zapew­niła ją, iż jeśli utrzyma zwy­czaj regu­lar­nych i suro­wych ćwi­czeń, może spo­dzie­wać się dal­szej poprawy.

Mary nie była przy­zwy­cza­jona do pochwał i ten drobny okruch zachęty wystar­czył, by umoc­nić jej posta­no­wie­nie i przy­wią­zać ją do kla­wia­tury na dłu­gie, samotne godziny. Prze­waż­nie nie odczu­wała żalu z powodu czasu spę­dza­nego w odosob­nie­niu przy ćwi­cze­niach, lecz nie­kiedy, pośród prak­tyki, ogar­niał ją smu­tek, któ­rego nie potra­fiła zro­zu­mieć. Dopiero po pew­nym cza­sie pojęła, iż uczu­cie to było tęsk­notą za rado­ścią i unie­sie­niem, jakie nie­gdyś towa­rzy­szyły jej grze.

Nie­ustanna dys­cy­plina, którą sama sobie narzu­ciła, powoli zga­siła nie­mal całą radość, z jaką nie­gdyś zasia­dała do for­te­pianu. Teraz była to praca jak każda inna. Jej wysi­łek i sta­ra­nia przy­nio­sły jej upra­gnioną bie­głość, lecz osią­gnęła ją kosz­tem pro­stej rado­ści, którą nie­gdyś ceniła nade wszystko.

Zazwy­czaj Mary potra­fiła prze­ko­nać samą sie­bie, iż była to cena, którą warto było zapła­cić, że pobła­ża­nie wła­snej rado­ści ma mniej­sze zna­cze­nie niż dosko­na­le­nie talentu. Lecz zda­rzały się chwile, gdy ogar­niały ją wąt­pli­wo­ści co do tego, z czego zre­zy­gno­wała, gdy tęsk­nota za speł­nie­niem i swo­bodą, jakie nie­gdyś dawała jej muzyka, prze­bi­jała się mimo wszel­kich prób jej stłu­mie­nia.

Pew­nego ranka, gdy z nutami pod pachą zmie­rzała do salonu, by roz­po­cząć codzienne ćwi­cze­nia, usły­szała nie­omylny dźwięk for­te­pianu, przy któ­rym sie­działa Lizzy. Roz­po­zna­łaby jej spo­sób gry wszę­dzie – szybki, pełen śmia­ło­ści, tak pocią­ga­jący, że nie spo­sób było nie odwró­cić głowy i się nie wsłu­chać. Nie­liczne pomyłki, które popeł­niała, w niczym nie umniej­szały przy­jem­no­ści słu­cha­nia. Mary wsu­nęła się cicho do pokoju i obser­wo­wała sio­strę, gdy ta koń­czyła utwór, z głową odchy­loną do tyłu, zamy­ka­jąc go wła­snym, doda­nym dla samej sie­bie ozdob­nym akcen­tem.

Mary usia­dła, nieco oszo­ło­miona ener­gią i bra­wurą, z jaką Eli­za­beth potrak­to­wała pieśń. Wyko­na­nie to w niczym nie przy­po­mi­nało jej wła­snego, pre­cy­zyj­nego i dro­bia­zgo­wego stylu, lecz nie spo­sób było go słu­chać i nie poczuć podziwu.

– To było bar­dzo dobre, Lizzy! – zawo­łała. – Pra­wie nie było fał­szy­wych nut. Gdy­byś tylko ćwi­czyła regu­lar­nie, mogła­byś naprawdę to opa­no­wać.

Z twa­rzą lekko zaró­żo­wioną wysił­kiem gry Eli­za­beth odsu­nęła sto­łek od for­te­pianu, jakby na znak, że zro­biła już to, co chciała, i wię­cej grać nie zamie­rza.

– To zupeł­nie nie dla mnie. Nie sądzę, bym miała dość cier­pli­wo­ści, by cokol­wiek opa­no­wać do per­fek­cji. Gdy tylko zaczę­łoby to spra­wiać trud­no­ści, natych­miast zna­la­zła­bym sobie inne zaję­cie.

– Lecz czy nie chcesz roz­wi­jać swo­jego talentu? Szkoda byłoby go zmar­no­wać.

– Nie jestem pewna, czy go mar­nuję, skoro spra­wia mi przy­jem­ność. – Lizzy pozwo­liła pal­com prze­su­nąć się po kla­wi­szach w pro­stej gamie. – Cza­sem myślę, że mogła­byś czer­pać wię­cej rado­ści, gdy­byś przy­kła­dała się tro­chę mniej.

– Jak mam grać popraw­nie, jeśli nie będę się przy­kła­dać?

– Być może – odparła Lizzy – popraw­ność i pil­ność nie są jedyną miarą powo­dze­nia.

To było wła­śnie to przy­pusz­cze­nie, które nie­kiedy nie­po­ko­iło także myśli Mary, lecz odsu­wała je od sie­bie, gdyż nie była w sta­nie dopu­ścić go do głosu.

– Nie mogę uwie­rzyć, by cokol­wiek warte posia­da­nia można było osią­gnąć bez wysiłku i poświę­ce­nia.

– Być może tak jest – odparła Lizzy – a jed­nak wiem, że wola­ła­bym słu­chać utworu gra­nego z rado­ścią i lek­ko­ścią niż całej tej wyćwi­czo­nej do per­fek­cji dosko­na­ło­ści.

– Wąt­pię, byś chciała słu­chać sze­regu błę­dów – odpo­wie­działa Mary – choćby wyko­ny­wała je osoba naj­we­sel­sza pod słoń­cem.

Eli­za­beth zebrała nuty i wstała od for­te­pianu.

– Być może. Lecz doprawdy, wielka to szkoda ogra­bić muzykę z wszel­kiej przy­jem­no­ści. Kilka fał­szy­wych nut to nie­wielka cena w zamian za tę radość.

Wycho­dząc z pokoju, lekko dotknęła ramie­nia Mary. Mary usia­dła i uło­żyła swoje nuty, lecz nie mogła się uspo­koić. Słowa Eli­za­beth poru­szyły ją głę­boko. Nie było nic dziw­nego w tym, że Lizzy mówiła z lek­ce­wa­że­niem o cięż­kiej pracy i wysiłku; jej wszystko przy­cho­dziło z łatwo­ścią. Nie musiała się tru­dzić – jej urok zawsze ją rato­wał, nawet przy for­te­pia­nie.

Mary ener­gicz­nie poło­żyła zeszyt z nutami na pul­pi­cie. Dla niej było ina­czej. Wypro­sto­wała palce i zaczęła ćwi­czyć gamy.Rozdział 4

Mary, gdy czuła się zbyt zmę­czona, by dłu­żej sie­dzieć przy kla­wia­tu­rze, miała zwy­czaj wyco­fy­wać się do swo­jej sypialni i odda­wać lek­tu­rze. Stał tam nie­wielki regał, na któ­rym spo­czy­wało kil­ka­na­ście nale­żą­cych do niej ksią­żek. Były jej tak dobrze znane, że potra­fiła całe ich ustępy recy­to­wać z pamięci, mimo to spra­wiało jej przy­jem­ność otwie­ra­nie ich na nowo i powra­ca­nie do zna­jo­mych słów. Nie potra­fiła przy­po­mnieć sobie czasu, w któ­rym czy­ta­nie nie byłoby dla niej zarówno pocie­chą, jak i schro­nie­niem.

W rze­czy samej, nie­kiedy zda­wało jej się, iż wspo­mina sam moment, gdy nawie­dził ją ów wielki zachwyt nad zna­jo­mo­ścią słowa pisa­nego. Sie­działa sku­lona przed ogniem w pokoju dzie­cię­cym, gdy czarne linie na papie­rze, które Lizzy z taką cier­pli­wo­ścią dla niej kre­śliła, prze­stały być przy­pad­ko­wymi kształ­tami i nagle uło­żyły się w litery – J jak jabłko, K jak kot.

Gdy raz to pojęła, nic nie było w sta­nie jej powstrzy­mać. Robiła bły­ska­wiczne postępy, zamie­nia­jąc książki obraz­kowe na wier­szyki i bajki. Szybko upo­rała się z _The History of Lit­tle Goody Two-Shoes_, a _The Story of the Robins_ nie zatrzy­mała jej na długo. W owych cza­sach czy­tała w towa­rzy­stwie Jane lub Eli­za­beth; we trzy sie­działy razem w zgod­nej ciszy na górze w pokoju dzie­cię­cym, każda zajęta swoją książką. Lecz gdy dora­stała i sta­wała się coraz bar­dziej nie­szczę­śliwa, a sio­stry odda­lały się od niej, książki prze­stały być wię­zią mię­dzy nimi, a stały się raczej pocie­chą w obli­czu tej straty. Gdy Jane i Eli­za­beth szep­tały mię­dzy sobą, nie dopusz­cza­jąc jej do roz­mowy, gdy zamy­kały drzwi swo­jego pokoju i nie zapra­szały jej, by do nich dołą­czyła – wów­czas Mary ucie­kała do ksią­żek, znaj­du­jąc w nich odwró­ce­nie uwagi od samot­no­ści, która przy­gnia­tała jej ducha.

Czy­tała tak wiele, że szybko wyczer­pała nie tylko zawar­tość wła­snych pó­łek, lecz także skromne zasoby szkol­nego pokoju w Long­bo­urn. Wkrótce prze­czy­tała wszystko, co się tam znaj­do­wało – od atla­sów świata po porad­niki gospo­dar­stwa domo­wego, lecz im wię­cej pochła­niała, tym sil­niej­sza sta­wała się potrzeba nowych lek­tur. Się­gała po wszystko, co tylko zna­la­zła w domu, zabie­ra­jąc ze sobą, by stu­dio­wać w wol­nej chwili.

Powie­ści, które pani Ben­net wypo­ży­czała z biblio­teki, zaj­mo­wały ją przez pewien czas, lecz ich piękne boha­terki w opa­łach, przy­stojni i nie­ska­zi­telni boha­te­ro­wie oraz zawi­ło­ści fabuły, pro­wa­dzące ich krok po kroku ku naj­bar­dziej nie­praw­do­po­dob­nym szczę­śli­wym zakoń­cze­niom, nie znaj­do­wały jej uzna­nia. Uwa­żała je za nie­do­rzeczne i pra­gnęła lek­tury bar­dziej wyma­ga­ją­cej.

Sądząc, iż być może bar­dziej odpo­wiada jej fakt niż fik­cja, się­gnęła po gazety pana Ben­neta, mru­żąc oczy nad drob­nym dru­kiem, lite­ru­jąc sobie nie­znane nazwi­ska i miej­sca, o któ­rych czy­tała, aż wresz­cie bolały ją oczy i odkła­dała je na bok. Czy­tała cza­so­pi­sma rol­ni­cze, które pre­nu­me­ro­wał jej ojciec, zasta­na­wia­jąc się nad ilu­stra­cjami mło­carni i sche­ma­tami pło­do­zmianu. Pod­kra­dała bro­szury przy­no­szone do domu przez służbę, pełne sen­sa­cyj­nych opi­sów strasz­li­wych zbrodni i ostat­nich wyznań ska­zań­ców, stu­diu­jąc pry­mi­tywne czarno-białe ryciny przed­sta­wia­jące powie­szo­nych męż­czyzn i zamor­do­wane kobiety – aż pani Hill je odkryła i ze zło­ścią wynio­sła z powro­tem do kuchni.

Cza­sami natra­fiała na poważ­niej­sze tomy pozo­sta­wione przez pana Ben­neta i przy­glą­dała się im z wielką cie­ka­wo­ścią; nie śmiała ich jed­nak otwo­rzyć. Książki ojca były rze­czą nie­mal świętą i nikt poza nim nie miał prawa ich doty­kać.

Mając osiem­na­ście lat, Mary zro­zu­miała, że nie może kon­ty­nu­ować nauki w tak cha­otyczny i nie­upo­rząd­ko­wany spo­sób. Pra­gnęła roz­wi­jać swoje zdol­no­ści umy­słowe tak, jak wcze­śniej dosko­na­liła bie­głość muzyczną, lecz wie­działa, że aby to uczy­nić, potrzebne są dwie rze­czy. Po pierw­sze – musi mieć dostęp do znacz­nie bogat­szego zasobu lek­tur; po dru­gie – potrze­buje pomocy nauczy­ciela. Miała pannę Allen do for­te­pianu. Dla­cze­góż nie mia­łaby mieć podob­nego wspar­cia w roz­wi­ja­niu swo­ich zain­te­re­so­wań inte­lek­tu­al­nych? Z pew­no­ścią można by zna­leźć osobę sta­teczną i uczoną, która pokie­ro­wa­łaby jej czy­ta­niem i nadała kształt jej nauce.

Gdyby była chłop­cem, zapew­niono by jej nauczy­ciela, lecz dla dziew­czyny było to nie do pomy­śle­nia. Nie było też żad­nej nadziei, by wysłano ją do szkoły, gdyż pani Ben­net była świę­cie prze­ko­nana, iż jedze­nie poda­wane pen­sjo­na­riusz­kom jest cięż­ko­strawne i szko­dzi cerze. Pozo­sta­wało zatem tylko jedno roz­wią­za­nie jej trud­no­ści – zatrud­nie­nie guwer­nantki – lecz minęło wiele mie­sięcy, zanim zebrała w sobie odwagę, by zapy­tać matkę, czy byłoby to moż­liwe.

Poru­szyła ten temat z wielką ostroż­no­ścią, wie­dząc, że pani Ben­net nie darzy guwer­nan­tek szcze­gólną sym­pa­tią. Istot­nie, jej matka była dumna z tego, że ni­gdy nie zatrud­niała nikogo takiego. Przez lata przez pod­jazd do Long­bo­urn prze­wi­jał się sze­reg nauczy­cieli przy­by­wa­ją­cych, by udzie­lać jej cór­kom lek­cji z tych przed­mio­tów, które – jak sądziła – nada­dzą ich wykształ­ce­niu osta­teczny szlif. Od nich ona i jej sio­stry zaczerp­nęły odro­binę fran­cu­skiego, nieco rysunku i bar­dzo wiele tańca. Ale w spra­wach ogól­nego wykształ­ce­nia, pani Ben­net uwa­żała wła­sny przy­kład, wsparty przy­zwo­itą liczbą pod­ręcz­ni­ków, za w pełni wystar­cza­jący, by wypo­sa­żyć je we wszystko, co powinny wie­dzieć. Nauczyła swoje córki pro­wa­dzić rachunki, zarzą­dzać domem i szyć rów­nym, sta­ran­nym szwem. Każda z nich czy­tała nader bie­gle, a ich wie­dza z zakresu histo­rii i geo­gra­fii wystar­czała, by w krę­gach towa­rzy­skich nie spra­wiać wra­że­nia osób zupeł­nie ogra­ni­czo­nych.

Pani Ben­net nie zauwa­żyła, by uczo­ność żony była cechą szcze­gól­nie pożą­daną przez męż­czyzn, i nie miała zamiaru powięk­szać trud­no­ści swo­ich córek, obcią­ża­jąc je opi­nią osób nad­mier­nie bystrych. Wszystko to Mary wie­działa, lecz pra­gnie­nie roz­wi­ja­nia umy­słu prze­wa­żyło nad jej oba­wami i pew­nego popo­łu­dnia, sie­dząc z matką i sio­strami przy her­ba­cie, przed­sta­wiła swoją prośbę tak śmiało i spo­koj­nie, jak tylko potra­fiła.

Pani Ben­net była zasko­czona, jak Mary się tego spo­dzie­wała.

– Guwer­nantkę? Cóż ty masz na myśli? Po cóż mia­łaby ci ona być potrzebna w twoim wieku?

– Chcia­ła­bym udo­sko­na­lić swoje wykształ­ce­nie, mamo, roz­sze­rzyć krąg lek­tur i kształ­to­wać wła­sny umysł.

– Nie potra­fię sobie wyobra­zić, czego jesz­cze powin­naś się nauczyć! – zawo­łała pani Ben­net. – Masz już głowę pełną bez­u­ży­tecz­nych wia­do­mo­ści. Wąt­pię, by ist­niał kraj, któ­rego sto­licy byś nie znała albo któ­rego głów­nych rzek nie potra­fi­ła­byś wymie­nić. Cze­góż wię­cej mogłaby cię nauczyć guwer­nantka?

– Mogłaby pomóc mi uczyć się w spo­sób bar­dziej upo­rząd­ko­wany, skie­ro­wać mnie ku książ­kom, które roz­wi­ja­łyby mój inte­lekt. – Mary poczuła, jak ogar­nia ją oży­wie­nie. – I nie musia­łaby pra­co­wać wyłącz­nie ze mną. Mogłaby być pomocna nam wszyst­kim i młod­szym dziew­czę­tom. Jestem pewna, że każda z nas sko­rzy­sta­łaby na udo­sko­na­le­niu nawy­ków pil­no­ści.

Lydia, która zazwy­czaj nie zwra­cała naj­mniej­szej uwagi na to, co mówiła Mary, pode­rwała się obu­rzona.

– Ucho­waj mnie, Boże, od nawy­ków pil­no­ści! A mój umysł i tak jest już wystar­cza­jąco prze­cią­żony, dzię­kuję bar­dzo. Ostat­nia rzecz, jakiej nam potrzeba, to guwer­nantka sie­dząca w salo­nie, pocią­ga­jąca nosem i wyglą­da­jąca na nie­szczę­śliwą, jakaś biedna stara panna z książką kazań w jed­nej ręce i tabaką w dru­giej.

Odwró­ciła się do Kitty, uda­jąc, że trzyma pod nosem szczyptę tabaki, par­sk­nęła, prze­wró­ciła oczami i jęk­nęła. Kitty wybuch­nęła śmie­chem, roz­sy­pu­jąc okruszki cia­sta po stole.

– Nie potra­fię sobie wyobra­zić niczego gor­szego – oświad­czyła Lydia – i Kitty myśli tak samo, jestem tego pewna.

– Byłoby to straszne, zwłasz­cza to pocią­ga­nie nosem – dodała posłusz­nie Kitty. – Pro­szę, mamo, nie rób tego. Jest nam dobrze tak, jak jest.

– Jestem pewna, że mogły­by­śmy zna­leźć kogoś, kogo wszyst­kie byśmy polu­biły – nale­gała Mary. – Jakąś dobrze wycho­waną kobietę bez uciąż­li­wych przy­zwy­cza­jeń. I nie musia­łaby przy­cho­dzić czę­ściej niż kilka razy w tygo­dniu.

– To i tak o wiele za czę­sto dla mnie – rze­kła Lydia. – A może niech nie przy­cho­dzi wcale?

Mary zigno­ro­wała ją, kie­ru­jąc na matkę bła­galne spoj­rze­nie.

– Doprawdy, mamo, jeśli weź­miesz pod uwagę korzy­ści dla naszych umy­słów…

Lecz było to daremne. Pani Ben­net pod­jęła już decy­zję.

– Wystar­czy, Mary. Nikt inny nie pra­gnie guwer­nantki, a ja nie zamie­rzam pono­sić takiego wydatku wyłącz­nie dla two­jej korzy­ści. Jeśli chcesz się wię­cej uczyć, to twoja sprawa. W biblio­tece pana Ben­neta jest dość ksią­żek. Możesz się tam udać, tak jak Lizzy, i czy­tać do woli. To wszystko, co mam do powie­dze­nia w tej kwe­stii. Nie życzę sobie, by wię­cej o tym wspo­mi­nano.

Lydia, wielce ura­do­wana, się­gnęła po kolejny kawa­łek cia­sta. Mary wie­działa, że dal­sze nale­ga­nie nie ma sensu. Lecz gdy tak sie­działa, patrząc, jak jej her­bata sty­gnie, zna­cze­nie słów matki zaczęło powoli do niej docie­rać. Ni­gdy dotąd nie przy­szło jej do głowy, że mogłaby mieć pozwo­le­nie na wej­ście do biblio­teki ojca. Czę­sto zaglą­dała tam mimo­cho­dem, prze­cho­dząc obok – był to jasny, prze­stronny pokój z wyku­szo­wymi oknami wycho­dzą­cymi wprost na ogród, obraz aka­de­mic­kiej atmos­fery. Jego praw­dziwą jed­nak zaletą były książki, które wypeł­niały ściany, półka za półką – kuszący widok dla spra­gnio­nej czy­tel­niczki, roz­pacz­li­wie pra­gną­cej cze­goś nowego, co mogłoby ją zająć.

Pan Ben­net spę­dzał tam więk­szą część każ­dego dnia, zamknięty w suro­wej ciszy. Natręci – jak lubił przy­po­mi­nać swo­jej rodzi­nie – nie byli tam mile widziani.

– Skoro nie sprze­ci­wiam się ogól­nej atmos­fe­rze nie­do­rzecz­no­ści, jaka panuje w pozo­sta­łych czę­ściach tego domu, nie uwa­żam za nie­roz­sądne, by ist­niało jedno pomiesz­cze­nie, z któ­rego jest ona wyklu­czona.

Ani Kitty, ani Lydia, dla któ­rych półki pełne ksią­żek nie sta­no­wiły żad­nej pokusy, nie prze­jęły się tym oświad­cze­niem. Nie prze­jęła się nim rów­nież pani Ben­net. Nie inte­re­so­wało jej, w jaki spo­sób jej mąż spę­dza czas w swo­jej biblio­tece, i nie przy­szłoby jej do głowy, by to spraw­dzać. Jedy­nie Eli­za­beth od czasu do czasu zaglą­dała tam, by wypo­ży­czyć książkę, z tą samą swo­bodą, która cecho­wała wszystko, co czy­niła. Lecz Lizzy była ulu­bie­nicą pana Ben­neta, a jego zwy­kle iro­niczne spoj­rze­nie spo­czy­wało na niej czę­sto z cie­płem i podzi­wem, któ­rych nie oka­zy­wał młod­szym cór­kom. Mary ni­gdy nie przy­pusz­czała, by ją mogło spo­tkać podobne przy­ję­cie. Pan Ben­net rzadko na nią patrzył i zda­wał się zupeł­nie obo­jętny na jej obec­ność. Nie roz­wa­ża­łaby nawet moż­li­wo­ści wej­ścia do biblio­teki, gdyby matka nie uczy­niła tej suge­stii, lecz teraz per­spek­tywa swo­bod­nego poru­sza­nia się pośród tak wielu ksią­żek prze­zwy­cię­żyła jej obawę przed odmową. Zebrała się na odwagę i odcze­kała, aż jej ojciec będzie w – jej zda­niem – naj­mniej kapry­śnym nastroju, po czym zatrzy­mała go w kory­ta­rzu i zapy­tała – bar­dzo nie­śmiało – czy mogłaby otrzy­mać pozwo­le­nie na korzy­sta­nie z biblio­teki na tych samych zasa­dach co Lizzy.

Zasta­no­wił się przez chwilę, nim odpo­wie­dział.

– Możesz przy­cho­dzić i szu­kać schro­nie­nia w mojej biblio­tece, jeśli sądzisz, że przy­nie­sie ci to poży­tek. Lecz musisz pamię­tać, że nie jest to miej­sce do roz­mów. Nie życzę sobie, by mnie nie­po­ko­jono jało­wymi pyta­niami. W każ­dej chwili powinna tam pano­wać atmos­fera roz­sądku i ciszy. A każda książka zdjęta z półki ma być odło­żona dokład­nie na to miej­sce, z któ­rego została wzięta. Zasady te są nie­zmienne. Czy sądzisz, że potra­fisz ich prze­strze­gać?

– Tak, ojcze, potra­fię.

– W takim razie nie mam nic prze­ciwko temu, byś tam przy­cho­dziła. Możesz zacząć jutro.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij