-
nowość
-
promocja
Ta inna siostra Bennet - ebook
Ta inna siostra Bennet - ebook
A gdyby życie Mary Bennet potoczyło się inaczej, niż przewidziano to dla niej w Dumie i uprzedzeniu? Co gdyby odsunięta na bok środkowa córka, ta nieładna dziewczyna, która chroni się w książkach, odnalazła spełnienie dostępne wcześniej tylko jej piękniejszym i pewniejszym siebie siostrom?
Jej droga przypomina w gruncie rzeczy drogę każdej bohaterki Jane Austen. Mary odkrywa, że może zaznać szczęścia dopiero wtedy, gdy zaakceptuje siebie taką, jaka naprawdę jest. Musi uwolnić się od cudzych oczekiwań i fałszywych przekonań, które przesłoniły jej prawdziwą naturę i odsunęły ją od tego, co daje jej radość.
Dopiero gdy przejdzie tę przemianę, zyska szansę na spełnienie.
Dopiero wtedy będzie umiała rozpoznać właściwego mężczyznę, kiedy pojawi się w jej życiu.
I dopiero wtedy naprawdę stanie się gotowa na miłość.
Na kartach Tej innej siostry Bennet Mary staje się pełnowymiarową postacią: złożoną i często niepewną siebie, a zarazem kruchą, niezwykle bliską czytelnikowi i ostatecznie godną roli głównej bohaterki.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68921-68-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Smutnym faktem życia jest to, że jeśli młoda kobieta ma pecha przyjść na świat bez jakichkolwiek perspektyw, powinna zrobić wszystko co w jej mocy, by przynajmniej urodzić się piękną. Być ubogą i urodziwą to już dostateczne nieszczęście; lecz być bez grosza i pozbawioną urody – to doprawdy ciężki los.
Cztery z pięciu sióstr Bennet z Meryton w hrabstwie Hertfordshire roztropnie zadbały o to, by być wystarczająco urodziwymi, by uchodzić za piękności w wąskich kręgach, w których się obracały. Jane, najstarsza, była najbardziej olśniewająca, a wdzięk jej twarzy i sylwetki podkreślała skromna powściągliwość jej charakteru. Elizabeth, druga z kolei, nadrabiała dowcipem i żywiołowością wszelkie drobne niedostatki urody; podczas gdy Catherine i Lydia, dwie najmłodsze, odznaczały się całą świeżością młodości, połączoną z zamiłowaniem do śmiechu i flirtu, co czyniło je niezwykle atrakcyjnymi dla młodych mężczyzn o równie hałaśliwych i mało wybrednych upodobaniach. Jedynie Mary, córka środkowa, nie była obdarzona ani urodą, ani dowcipem, ani wdziękiem, lecz jej siostry jaśniały tak bardzo, że zdawały się niwelować jej brak zalet, a wręcz całkowicie przyćmiewać jej obecność, tak że gdy dorosły rodzina Bennetów uchodziła za jedną z najprzyjemniejszych w całej okolicy.
Powszechnie jednak było wiadomo, że perspektywy panien Bennet znacznie mniej godne były zazdrości aniżeli ich uroda. Na pierwszy rzut oka rodzina zdawała się dostatecznie zamożna. Należeli do najznamienitszych mieszkańców wioski Longbourn, a ich dom, choć solidny i pozbawiony wszelkiej pretensjonalności, wynagradzał wygodą brak przepychu. Byli służący do podawania do stołu, kucharka oraz ogrodnik, a choć majątek pana Benneta nie był rozległy, w zupełności wystarczał, by utrzymać jego wiarygodność jako majętnego obywatela. Mało która z zaprzyjaźnionych rodzin była na tyle zamożna lub dobrze urodzona, by pozwalać sobie wobec nich na protekcjonalność. W oczach opinii publicznej Bennetowie uchodzili za wybitnie przyzwoity filar lokalnej społeczności.
Lecz na prowincji żadna rodzina nie może naprawdę liczyć na zachowanie swoich spraw wyłącznie dla siebie, i wszyscy wiedzieli, iż oficjalny dobrobyt Bennetów opiera się na bardzo niepewnych podstawach. Ich majątek podlegał ordynacji, która ograniczała dziedziczenie do męskich spadkobierców, a jeśli nie pojawi się syn Bennetów, posiadłość przejdzie ostatecznie w ręce kuzyna pana Benneta. Z początku nie wydawało się to rzeczą szczególnej wagi. Gdy bowiem z obiecującą regularnością jedno dziecko po drugim przychodziło na świat w Longbourn, zdawało się jedynie kwestią czasu, kiedy długo wyczekiwany chłopiec z rodu Bennetów raczy wreszcie się pojawić. Lecz gdy liczba córek doszła do pięciu, a stało się jasne, iż więcej dzieci nie należy się spodziewać, ordynacja rzuciła coraz głębszy cień na szczęście tej rodziny.
Po śmierci pana Benneta wdowa po nim i córki pozostałyby z niczym więcej niż pięcioma tysiącami funtów ulokowanymi w czteroprocentowych papierach wartościowych oraz z upokarzającą koniecznością polegania na niepewnej dobroczynności dalekiego i nieznanego krewnego. Przyjaciele rodziny nie byli pozbawieni współczucia dla ich trudnego położenia, lecz bynajmniej nie osłabiało to ich ciekawości co do tego, co przyniesie przyszłość; bo cóż mogło być bardziej pociągającego, niż możliwość obserwowania z bliska prawdopodobnego upadku i rozkładu całego majątku jednej rodziny?
Pan Bennet nie zamierzał dawać sąsiadom satysfakcji, okazując rozczarowanie okrutnym zrządzeniem losu, które pozbawiło jego bliskich bezpieczeństwa, jakiego – wedle jego dawnych, ufnych nadziei – mieli zaznawać. Dla świata pozostawał tym, kim był zawsze: człowiekiem zdystansowanym, zabawnym i najwyraźniej pogodzonym z losem, którego nie mógł zmienić. Nawet wobec własnej rodziny rzadko okazywał specjalną troskę. Być może podczas długich godzin spędzanych w bibliotece zmagał się ze sobą, szukając wyjścia z ich trudnego położenia; jeśli jednak tak było, nie dzielił się z nikim ani swym niepokojem, ani wnioskami.
Jego żona natomiast nie znała podobnego umiaru. Pani Bennet nie myślała niemal o niczym innym, jak tylko o trudach, które czekają ją i jej córki po śmierci męża; często też słyszano, jak w domu i poza nim utyskuje na niegodziwość ordynacji. Twierdziła, że jej nerwy nie są w stanie znieść napięcia, jakie wywołuje ta niefortunna sprawa. Nie potrafiła pojąć, jak ktokolwiek mógł mieć sumienie zapisać majątek z pominięciem własnych córek; uważała, że jeśli nic się w tej kwestii nie zmieni, czeka ich niechybna zguba. Choć była kobietą o ograniczonej inteligencji i niewielkiej wyobraźni, miała znaczne zasoby energii i uporu, które z całym oddaniem poświęciła znalezieniu rozwiązania. Szybko doszła do przekonania, że w tym marnym położeniu istnieje tylko jedno wyjście: dziewczęta muszą wyjść za mąż, i to jak najszybciej i jak najkorzystniej. Skoro ojciec nie mógł zabezpieczyć ich przyszłości, musiały szukać ratunku u boku mężów.
Możliwość ujrzenia swych córek z mężami o jedynie przyzwoitym majątku zdołałaby uśmierzyć wiele obaw pani Bennet, lecz wyobrażenie ich jako żon panów o znacznych dochodach i pokaźnych posiadłościach napełniało ją radością, której nie osłabiało częste o tym rozważanie. Nic nie sprawiało jej większego szczęścia niż myśl o nich jako właścicielkach eleganckich domów i rozległych terenów, pewnych, że nigdy więcej nie usłyszą tego straszliwego słowa: ordynacja.
Zdawała sobie oczywiście sprawę, że zamożnych mężczyzn poszukujących żon niełatwo znaleźć, a jeszcze trudniej zdobyć, zwłaszcza dla dziewcząt bez pokaźnych posagów. Nie traciła jednak ducha. Jej córki – jak była przekonana – miały przewagę, która pozwoli im przezwyciężyć wszelkie trudności: inne dziewczęta mogły być bogate, lecz jej córki były piękne. To właśnie, była pewna, było błogosławieństwem, które zaprowadzi je do dostatku. Ich uroda przyciągnie najświetniejsze partie, olśni ich oczy, zdobędzie ich serca i skłoni do zlekceważenia podszeptów chłodnego, interesownego rozsądku.
Dla pani Bennet było to niemal przekonaniem, iż wobec braku dziesięciu tysięcy funtów w gotówce piękna twarz stanowi najcenniejszy kapitał, jaki może posiadać młoda kobieta. Jej własne doświadczenie potwierdzało tę opinię, albowiem jakieś dwadzieścia pięć lat wcześniej to właśnie młodzieńcza uroda pani Bennet zaprowadziła zakochanego do szaleństwa pana Benneta przed ołtarz, przezwyciężając wszelkie przeszkody, jakie zdawały się stać na drodze ich związkowi. Gdy wpatrywał się w jej piękną twarz, nie miało dla niego żadnego znaczenia, że jej ojciec był jedynie prowincjonalnym adwokatem prowadzącym kancelarię w Meryton, ani że jej brat mieszkał w pobliżu własnych magazynów przy Cheapside. Był zdecydowany ją poślubić i, wbrew wszelkim radom przeciwnym temu zamiarowi, dopiął swego.
Ogólnie rzecz biorąc, pani Bennet uważała się za całkiem zadowoloną z tego małżeństwa. To prawda, że pan Bennet był człowiekiem kapryśnym i drwił z niej częściej, niż uważała za stosowne. Lecz jako pani Longbourn władała majątkiem dostatecznie znacznym, by zaspokoić jej próżność, a pozycja jej męża zapewniała jej przy każdej możliwej okazji przyjemność okazywania protekcji mniej szczęśliwym znajomym.
Dla pana Benneta jednak korzyści płynące z małżeństwa były znacznie mniej widoczne. Jego brak rozwagi przy ocenie, czy charakter małżonki przyniesie mu tyle samo zadowolenia co jej uroda, miało poważniejsze i trwalsze konsekwencje. Powierzchowność umysłu pani Bennet oraz ograniczony zakres jej zainteresowań sprawiały, że ich związek nigdy nie mógł być partnerstwem równych sobie osób. Nie mogła być ani jego towarzyszką, ani przyjaciółką. Jej uroda wystarczyła, by go zdobyć, lecz – jak pan Bennet rychło zrozumiał – nie wystarczyła, by uczynić go szczęśliwym.
Na szczęście dla pani Bennet nie była ona kobietą skłonną do refleksji i jeśli jej mąż żałował teraz zasad, jakimi kierował się przy wyborze żony, ona pozostawała tego zupełnie nieświadoma. W rezultacie jej uprzedzenia przetrwały, niepoddane żadnej próbie. Poza urodą nie ceniła żadnych przymiotów kobiecego charakteru. Dowcip i rozum, życzliwość i pogoda ducha nie miały dla niej żadnego znaczenia. Dobry wygląd górował nad wszelkimi innymi zaletami. Najważniejszą wartością, jaką dostrzegała w swoich córkach, była ich umiejętność wzbudzania zachwytu.
W przypadku czterech z nich miała pod tym względem wszelkie powody do zadowolenia. Wobec Jane żywiła najwyższe nadzieje, gdyż – jak często powtarzała panu Bennetowi – nie mogła przecież urodzić się tak piękna bez przyczyny. Trzy pozostałe siostry, jeśli nawet nie były tak hojnie obdarzone jak Jane, to jednak – w przekonaniu pani Bennet – odznaczały się dostatecznie, by przyciągać uwagę, gdziekolwiek się pojawiły. Tylko jedna z jej córek zawiodła jej oczekiwania. Mary popełniła ten błąd, że nie odziedziczyła ani urody, ani wdzięku, które były udziałem wszystkich pozostałych kobiet z rodziny Bennetów. Była to wada, której – w oczach pani Bennet – nie można było wybaczyć, o czym sama Mary rychło się przekonała.Rozdział 2
Mary nie potrafiła dokładnie przypomnieć sobie chwili, w której odkryła, że brakuje jej urody. Nie sądziła, by wiedziała o tym jako bardzo małe dziecko, gdy bawiła się szczęśliwie z Jane i Elizabeth, biegając po ogrodzie z plamami trawy na sukience; ani wtedy, gdy tuliły się razem przed ogniem w pokoju dziecięcym, grzejąc stopy na metalowej osłonie kominka. Nie wydawało jej się również, by była tego świadoma, kiedy pani Hill, gospodyni, co rano myła jej twarz i wiązała czysty fartuszek na sukience. Z pewnością nie wiedziała o tym także wtedy, gdy wraz ze starszymi siostrami wpadała do kuchni w dni pieczenia, prosząc o kawałek świeżego chleba, który zabierały ze sobą i zjadały razem za krzewami, śmiejąc się tak, jakby nigdy nie miały przestać. Wówczas – myślała – była szczęśliwa.
Lecz gdy miała siedem lub osiem lat, zaczęła przeczuwać, że coś nie jest całkiem w porządku. Zauważyła, iż jej matka często patrzy na nią w sposób, w jaki nie patrzyła ani na Jane, ani na Lizzy. Było w tym spojrzeniu coś pomiędzy irytacją a zakłopotaniem – Mary nie była pewna co – lecz nauczyła się je doskonale rozpoznawać. Zawsze następowało potem wezwanie.
– Chodź tu, dziecko, pokaż się.
Mary schodziła z krzesła i przechodziła przez salon do miejsca, gdzie siedziała pani Bennet, czując się nieswojo pod badawczym wzrokiem matki. Poprawiano jej wstążki we włosach, wiązano na nowo pasek, wygładzano suknię to tu, to tam. Lecz cokolwiek niepokoiło panią Bennet, żaden z jej zabiegów nie przynosił zadowolenia. Zaciskała usta i odwracała wzrok, zirytowana, w milczeniu odsyłając córkę na miejsce. Mary wiedziała, że zawiodła matkę, choć jeszcze nie rozumiała, w czym dokładnie okazała się niedostateczna.
Lecz była dziewczyną bystrą i rychło pojęła, co znaczą te westchnienia, zmarszczone brwi i gesty odprawienia. Nie mogła nie zauważyć, że pani Bennet nigdy nie mówiła o jej wyglądzie z taką przyjemnością, z jaką opisywała urodę starszych sióstr.
– Jane jest piękna jak anioł – mawiała często jej matka, spoglądając na najstarszą córkę z jawną dumą. – Samo patrzenie na nią sprawia przyjemność.
Jane spuszczała głowę, była bowiem dziewczyną skromną, a komplementy przyprawiały ją o rumieńce. Nie patrzyła na Elizabeth, która, ilekroć przesadne zachwyty pani Bennet przybierały na sile, chwytała spojrzenie siostry i starała się ją rozśmieszyć.
Wygląd Elizabeth nie odpowiadał matce w takim stopniu jak uroda Jane. Jej ciemne oczy i promienny uśmiech zbyt wyraźnie zdradzały żywiołowość jej charakteru, by mogły zyskać bezwarunkową aprobatę pani Bennet. Czerpała zbyt wielką uciechę z obserwowania świata, by uchodzić za prawdziwą piękność, lecz mimo wszelkich zastrzeżeń, bystre oko matki dostrzegało w Lizzy coś pociągającego. Choć często ganiła drugą córkę za zuchwałość jej uwag i niezależność ducha, nie czyniła zarzutów jej wyglądowi.
W miarę jak dorastała, Mary z nadzieją oczekiwała, iż pani Bennet obdarzy ją podobnymi słowami uznania. Z początku łudziła się, że z biegiem lat uznanie matki przyjdzie samo i że w końcu dorośnie do chwili, gdy ona także zazna jej zachwytu. Lecz nawet wtedy, gdy przykładała szczególną staranność do własnego wyglądu, dbając, by pończochy były równo ułożone, twarz czysta, a włosy starannie uczesane, matka wciąż nie miała dla niej ani jednego życzliwego słowa.
Miesiącami trwała w oczekiwaniu, z drżeniem serca wyczekując dnia, w którym pani Bennet zdoła doszukać się w niej jakiegoś przymiotu zasługującego na uznanie. Może jej oczy okażą się ładne, a może sylwetka zgrabna. Może włosy staną się jej największym atutem. Było jej wszystko jedno, którą część jej osoby matka uzna za wartą uwagi; byle tylko dało jej to sposobność zająć miejsce pośród sióstr w blasku macierzyńskiej aprobaty.
Mary miała dziesięć lat, gdy zrozumiała, że to nigdy się nie wydarzy. Było ciepłe popołudnie. Pani Bennet piła herbatę ze swoją siostrą, panią Phillips. Jane i Lizzy zniknęły natychmiast na dźwięk przybycia ciotki, pozostawiając Mary samą, siedzącą na kanapie, skręcającą końce włosów w palcach i rozpaczliwie pragnącą znaleźć się gdziekolwiek indziej. Ani matka, ani ciotka nie zwracały na nią najmniejszej uwagi. Ich rozmowa toczyła się bez ładu, obejmując wszystko – od prawdopodobieństwa, że kucharka lady Lucas odejdzie ze służby – „i to tuż przed sezonem przetworów” – po przypuszczenie, iż żona pastora może urodzić jeszcze w tym tygodniu. Ale gdy pani Phillips ściszyła głos do szeptu i pochyliła się, by przekazać szczególnie smakowity kawałek plotki, pani Bennet nagle uświadomiła sobie obecność córki.
– Mary, zejdź do kuchni i przynieś jeszcze trochę cukru. Weź miseczkę. Już, proszę.
Zachwycona, że może się oddalić, Mary przeciągała swoje zadanie tak długo, jak tylko mogła, ociągając się w drodze powrotnej i kopiąc czubkami butów o kamienne płyty w korytarzu, by sprawdzić, ile kurzu zdoła wzniecić. Przy drzwiach do salonu zatrzymała się, by wygładzić sukienkę, gdy nagle, spośród przyciszonego pomruku rozmowy, usłyszała wypowiedziane własne imię. Wiedziała, że powinna się ujawnić – pani Hill nieraz powtarzała jej, że podsłuchujący nigdy nie słyszą o sobie niczego dobrego – lecz nie była w stanie się odsunąć.
– Sądzę, że Mary wygląda dziś nieco lepiej – zauważyła pani Phillips. – Jest mniej blada niż zwykle.
Pani Bennet prychnęła.
– To bardzo uprzejme z twojej strony, siostro, lecz obawiam się, że nie mogę się z tobą zgodzić. Jak na tak młodą dziewczynę nie ma w sobie ani krzty świeżości. Nie to co Jane i Lizzy. O ich urodzie zawsze mówi się z zachwytem.
– Doprawdy są bardzo ujmujące – przyznała skwapliwie pani Phillips. – I nie sądzę, by Mary kiedykolwiek była podziwiana tak jak one. Lecz, siostro, czy nie jesteś dla niej zbyt surowa w swoich osądach? Być może cierpi przez porównania. Gdyby Jane i Lizzy były nieco mniej piękne, może wydałaby ci się ładniejsza?
– Och, jakże bym pragnęła, żebyś miała rację, lecz obawiam się, że porównania nie mają tu nic do rzeczy. Mary jest po prostu bardzo zwyczajna, i tyle. Winię za to rodzinę pana Benneta. My, Gardinerowie, zawsze odznaczaliśmy się urodą.
Pani Phillips dolała sobie herbaty i rozejrzała się za cukiernicą.
– Cóż, bardzo mi żal tej dziewczynki. Nie może być łatwo być jedynym brzydkim kaczątkiem wśród tylu łabędzi.
– Tak, to dla mnie wielkie rozczarowanie i ogromnie działa mi na nerwy. Ale wystarczy, że popatrzę na inne moje dziewczęta, a od razu robi mi się lżej na sercu. Gdzie ona się podziewa z tym cukrem?
Mary wsunęła się do pokoju, wbijając wzrok w podłogę. Palce zacisnęła bardzo mocno na cukiernicy, którą postawiła na stole. Ciotka uśmiechnęła się do niej, lecz pani Bennet nie zwróciła najmniejszej uwagi na to, że Mary wymyka się z pokoju.
Gdy znalazła się w korytarzu, poczuła gwałtowne bicie serca. Słowa matki uderzyły ją z siłą niemal fizycznego ciosu. A więc teraz już wiem – pomyślała, wchodząc po schodach. Teraz rozumiała. Była zwyczajna – jak gotowany ziemniak, jak kawałek niebielonego perkalu, jak płaski biały talerz.
Weszła do swojego pokoju, przysunęła krzesło do toaletki i pochyliła twarz jak najbliżej małego lustra. Szkło było stare i przetarte, lecz dawało dostateczne odbicie, by Mary mogła wyraźnie zobaczyć siebie. Patrzyła na nią mała twarz – okrągła i blada. Tak, pomyślała, talerz. Jej szare oczy pod jasnymi brwiami nie były ani duże i błękitne jak u Jane, ani ciemne i bystre jak u Lizzy. Rysy były dość regularne, lecz niczym się nie wyróżniały. Usta miała wąskie, wargi cienkie. Dostrzegła w swojej twarzy jakiś niepokój. Nie sugerowała ona – jak twarz Lizzy – że w każdej chwili może wybuchnąć śmiechem. Jej włosy były jasnobrązowe. Nie złote i lśniące jak u Jane.
Doszła do wniosku, że nie było w niej niczego, co przyciągałoby uwagę lub sprawiało, by ktokolwiek patrzył na nią z przyjemnością. Matka miała rację; nie promieniała i nie rozkwitała. Przez chwilę jeszcze wpatrywała się w lustro, wciąż mając nadzieję odnaleźć jakiś jasny rys, jakąś ukrytą zaletę, która mogłaby ją ocalić. Gdy niczego nie znalazła, sięgnęła po szal wiszący na oparciu krzesła i starannie zasłoniła nim lustro.
Jedna łza spłynęła jej po policzku, ale nawet nie zadała sobie trudu, by ją otrzeć.
Mary nie powiedziała ani Jane, ani Lizzy o tym, co usłyszała. Przypuszczała, że i tak już o tym wiedzą. Jej zwyczajność wydawała się teraz tak oczywista, że nie mogła pojąć, jak sama wcześniej tego nie dostrzegła. Nie spodziewała się też z ich strony żadnego współczucia. Nigdy nie zrozumiałyby, co czuje. Jakże mogłyby? Ich uroda była tak samo nieodłączną częścią ich istoty jak ręka czy noga – nie byłyby w stanie wyobrazić sobie życia bez niej.
Pod jej osłoną będą skakać, pląsać i tanecznym krokiem wbiegną w swoją przyszłość, ona natomiast będzie mozolnie brnąć naprzód, stawiając ociężale krok za krokiem, bez cienia radości czy wdzięku. Od pani Bennet nauczyła się, że bez urody nie można osiągnąć prawdziwego i trwałego szczęścia. Nigdy nie przyszło jej do głowy, by podać w wątpliwość to, czego ją nauczono.
Zawsze była dziewczynką ostrożną i uważną; teraz jednak nie myślała o niczym innym jak tylko o tym, jak niekorzystne wrażenie musi wywierać na otaczających ją ludziach. Wesołość, która niegdyś skłaniała ją do zabaw i biegania z siostrami, stopniowo gasła. Nie miała już do tego serca. Gdy Jane i Lizzy figlowały razem lub biegały po ogrodzie, wszyscy uśmiechali się i mówili, że wyglądają uroczo, lecz Mary powtarzała sobie, że gdyby ona uczyniła to samo, uchodziłaby za śmieszną.
Nie wydawało jej się za stosowne okazywać lekkość ducha. Powagę uznała za jedyną cechę, jaką dziewczyna pozbawiona urody mogła przyjąć, nie narażając się na drwinę lub litość innych. Stopniowo przywykła do tego, aż w końcu uwierzyła, że taka właśnie jest jej natura – że ta wiecznie poważna, odizolowana i nieporadna dziewczyna to jej prawdziwe oblicze.
Mary z żalem patrzyła, jak Jane i Lizzy stopniowo się od niej oddalają. Zaniechały prób włączania jej do wspólnych zajęć, zniechęcone jej smutkiem. Mary nie była tym zdziwiona. Oczywiście że wolały siebie nawzajem. Jak mogłoby być inaczej? Niebawem stworzyły ścisły, nierozerwalny sojusz, umocniony wspólnymi zwierzeniami i szeptanymi uwagami na stronie. Mary z trudem mogła uwierzyć, że kiedykolwiek było w ich uczuciach miejsce dla jeszcze jednej siostry, a tym bardziej dla niej samej.
Utratę Jane znosiła z pewną filozoficzną rezygnacją. Przy całej słodyczy Jane, Mary zawsze postrzegała ją jako osobę nieco odległą, nieprzeniknioną za swoją doskonałą twarzą. Lecz przepaść, jaka otworzyła się między nią a Elizabeth, sprawiała jej prawdziwy ból. Dopiero gdy zaczęły się od siebie oddalać, Mary uświadomiła sobie, jak bardzo ją kochała, jak wielką radość czerpała z jej żywiołowej obecności. Nikt nie potrafił rozśmieszyć człowieka tak jak Lizzy, nikt nie umiał tak przekornie wprawić w dobry nastrój ani z tak swobodnym wdziękiem skłonić do uśmiechu z samego siebie.
Przez pewien czas Mary kurczowo trzymała się nadziei, że to właśnie Lizzy ją ocali – że dostrzeże jej smutek i wyciągnie do niej rękę, pomagając wydostać się z otchłani przygnębienia, w którą czuła, że powoli się pogrąża. Lecz choć Lizzy spoglądała na nią czasem z pewnym zdumieniem, a niekiedy niemal z żalem, nie powiedziała ani nie uczyniła nic, by zatrzymać ją przy sobie i wkrótce ich dawna bliskość stała się jedynie wspomnieniem.
Gdy starsze siostry się od niej oddaliły, Mary zaczęła się zastanawiać, czy nie mogłaby znaleźć przyjaciółki w którejś z młodszych. Kiedy były jeszcze małe, przyglądała się im uważnie, próbując dostrzec, czy odziedziczyły urodę Jane i Lizzy. Nie lubiła przyznawać się do tego, czego w głębi duszy pragnęła. Wydawało się okrutne życzyć sobie, by pulchne dziecko nie wyrosło na piękną młodą pannę, lecz Mary nie potrafiła się od tego uwolnić. Gdyby któraś z nich – Kitty lub Lydia – okazała się zwyczajna, nie czułaby się tak samotna. Dwie nieładne siostry zrozumiałyby się nawzajem. Stanęłyby po jednej stronie i z pewnością stałyby się przyjaciółkami.
Nie minęło jednak dużo czasu, gdy stało się jasne, że były to płonne nadzieje i nawet Mary dostrzegła, że nie idą one w jej ślady, lecz podążają drogą Jane i Elizabeth.
– To bardzo ładne dziewczynki – oświadczyła ich matka z zadowoleniem. – Może nie dorównują Jane, ale i tak są nader ujmujące. Cztery piękności na pięć córek to wynik całkiem godny uznania. Jestem pewna, że nikt nie mógłby osiągnąć lepszego.
W miarę jak Kitty i Lydia dorastały, Mary rychło pojęła, że młodszym siostrom jest równie mało potrzebna, jak wcześniej starszym. Gdyby Kitty mogła decydować sama, być może by uległa. Była dziewczyną łagodną, potulną i pragnącą zadowolić innych. Być może dałoby się ją skłonić, by została przyjaciółką Mary. Lecz najmłodsza z panien Bennet była zdecydowana, by do tego nie dopuścić. Już jako dziecko Lydia była uparta, zuchwała i krnąbrna; a gdy raz postanowiła mieć Kitty wyłącznie dla siebie, Mary nie miała z nią najmniejszych szans.
Nie trzeba było wiele czasu, by Kitty całkowicie uległa wpływowi Lydii, podporządkowana jej nieugiętej woli i posłusznie powtarzająca wszystkie jej opinie. Wkrótce i ona miała dla Mary równie mało czasu jak wszyscy pozostali. Gdy Mary ukończyła czternaście lat, wiedziała już, że nie jest dla żadnej z sióstr najważniejsza. Nie była niczyją powiernicą ani przyjaciółką. Ani matka, ani ojciec nie darzyli jej żadnym szczególnym uczuciem. Pośród tak licznej rodziny była zupełnie sama.Rozdział 3
Postępowanie pani Bennet tylko pogłębiało nieszczęście Mary, gdyż przyjemność, jaką czerpała ze swych czterech urodziwych córek, nie była – jak się zdawało – w stanie całkowicie wynagrodzić braków piątej; a z każdym mijającym rokiem wygląd Mary coraz bardziej drażnił jej matkę. Pani Bennet nie miała ani cierpliwości, ani ochoty ukrywać swego rozdrażnienia, wywoływanego przez cały szereg drobnych uchybień; lecz niewiele rzeczy irytowało ją bardziej niż włosy Mary.
Każdego wieczoru, na jej wyraźne polecenie, zwijano je w papiloty; i każdego ranka, gdy pani Hill je rozczesywała, okazywały się równie proste i równie cienkie jak wcześniej. Pani Bennet nie mogła powstrzymać się od traktowania tego codziennego rozczarowania jako osobistej zniewagi.
– Mary, jestem przekonana, że robisz to umyślnie, by mnie zirytować.
– Zapewniam cię, mamo, że nie. Gdybym mogła, sprawiłabym, żeby się kręciły. Może lepiej zaczesywać je do tyłu? Wtedy może nie byłoby tak widać, że się nie kręcą?
Pani Bennet zmarszczyła brwi.
– Być może wolałabyś nosić czepek jak jakaś stara mężatka? To by zakryło wiele niedostatków!
Po tych słowach matka odchodziła oburzona, pozostawiając panią Hill, by ta znów sięgnęła po grzebienie i szczotki, gotowa podjąć kolejną, beznadziejną próbę osiągnięcia niemożliwego.
Niebawem Mary zapragnęła stać się niewidzialna. Lepiej było nie przyciągać niczyjej uwagi, niż stawać się przedmiotem zrzędliwego niezadowolenia matki. Robiła wszystko, co w jej mocy, by zniknąć; wybierała suknie w najbardziej nijakich barwach, uszyte w sposób tak skromny, by nie dawać najmniejszego powodu do uwag. Gdy pani Hill, która – jak Mary wiedziała – litowała się nad nią i zachęcała ją do rozważenia żywszych kolorów i bardziej korzystnych fasonów, odmawiała – nijakie szarości i beże były wszystkim, na co zasługiwała.
Przekonana, że nic nie zdoła poprawić postaci, jaką ukazywała światu, nie brała udziału w rozmowach o kapeluszach, pantoflach i muślinach, które wraz z wiekiem pochłaniały tak wiele czasu Kitty i Lydii. Lydia miała ostry język, a w swoich sądach była równie bezlitosna jak ich matka, i Mary obawiała się drwin, które z pewnością spotkałyby jej niezręczne próby włączenia się do rozmowy. Łatwiej było milczeć.
Gdy siostry chodziły do Meryton, by wydawać kieszonkowe w małym sklepie modniarskim, ona pozostawała na zewnątrz, samotna na ulicy. Nie było sensu wchodzić do środka. Cóż zrobiłaby z nowym koronkowym kołnierzykiem, kolorowymi wstążkami czy słomkowym kapeluszem? Takie błahostki nie były dla dziewcząt takich jak ona.
Niespokojna i osamotniona, szukała innych sposobów, by spędzać czas, lecz wybór miała niewielki. Nie miała talentu do rysunku, a robótki ręczne ją nudziły. Nie potrafiła malować i nie lubiła kart. Muzyka to jednak było coś zupełnie innego. Siedząc przy fortepianie, Mary czuła się niemal szczęśliwa, zapominając na chwilę o swoich niedoskonałościach i porażkach.
Wszystkie siostry Bennet zostały nauczone gry. Pani Bennet uważała to za ujmującą umiejętność dla młodej damy i nalegała, by każda z jej córek ją posiadła, zapewniając im nawet nauczycielkę. Uprzejma i wiecznie przeciążona pracą panna Allen przychodziła w każdą środę po południu i udzielała lekcji kolejno każdej z sióstr Bennet. Mary pamiętała, jak czekała na swoją kolej, licząc minuty, aż Lizzy skończy, z zapartym tchem pragnąc zająć jej miejsce przy klawiaturze.
Początkowo była tak mała, że potrzebowała poduszki, by dosięgnąć klawiszy. Siedziała na niej, niepewnie balansując, wyciągając dziecięce palce, by grać gamy i pasaże. Od samego początku to kochała, zachwycona dźwiękami, które wydobywała, podekscytowana, gdy z tygodnia na tydzień zaczynały coraz bardziej przypominać melodie i utwory. Było to jeszcze w czasach, gdy była bardzo młoda, zanim nauczyła się wstydzić samej siebie.
Gdy przyswoiła bolesną świadomość swojej zwyczajności, odwróciła się od wielu zajęć, które niegdyś sprawiały jej przyjemność; lecz miłość do muzyki była jedną z niewielu pasji, których dorastając, nie porzuciła. Grała nadal, nawet gdy jej siostry, jedna po drugiej, rezygnowały, porzucając lekcje fortepianu tak szybko, jak tylko pani Bennet na to pozwalała. Wkrótce tylko Mary i Lizzy regularnie korzystały z wysłużonego rodzinnego instrumentu.
Coś się jednak zmieniło. Gdy zaczynała, muzyka była dla Mary przyjemnością, ucieczką od codzienności, w której niewiele było powodów do radości, lecz z chwilą, gdy weszła w wiek dorastania, przestała postrzegać ją jedynie jako miłe zajęcie. Stopniowo uświadomiła sobie, że gdy tylko zasiada przy klawiaturze, uroda nie ma żadnego znaczenia. Przy fortepianie nawet najzwyklejsza kobieta mogła przyćmić najpiękniejszą, jeśli tylko miała ambicję i wytrwałość niezbędne, by tego dokonać.
Choć świadoma była swoich braków w tak wielu dziedzinach życia, Mary nie wątpiła w swoją zdolność do wytrwałości i pilności i wydawało jej się, że można je wykorzystać, by nadać sens i poczucie osiągnięcia jej szarej egzystencji, tak ubogiej w inne źródła satysfakcji. Dlaczegóż by nie skierować ich ku opanowaniu gry na fortepianie? Wykazywała już pewne kompetencje. Dzięki wytrwałości mogła osiągnąć jeszcze wyższy stopień wykształcenia. Perspektywa posiadania własnego talentu, jakiegoś wyróżniającego ją przymiotu, napełniała ją uniesieniem i ani przez chwilę nie żałowała pracy, jakiej wymagało jego zdobycie.
Dobrowolnie skazywała się na odosobnienie w salonie, do którego nikt poza nią nie zaglądał aż do pory na herbatę, powtarzając swoje ćwiczenia wciąż od nowa. Z uporem dążyła do doskonałości i w końcu została za to nagrodzona. Pod każdym względem – zarówno techniki, jak i biegłości – poczyniła szybkie postępy. Panna Allen oświadczyła, że jest bardzo zadowolona z jej postępów, i zapewniła ją, iż jeśli utrzyma zwyczaj regularnych i surowych ćwiczeń, może spodziewać się dalszej poprawy.
Mary nie była przyzwyczajona do pochwał i ten drobny okruch zachęty wystarczył, by umocnić jej postanowienie i przywiązać ją do klawiatury na długie, samotne godziny. Przeważnie nie odczuwała żalu z powodu czasu spędzanego w odosobnieniu przy ćwiczeniach, lecz niekiedy, pośród praktyki, ogarniał ją smutek, którego nie potrafiła zrozumieć. Dopiero po pewnym czasie pojęła, iż uczucie to było tęsknotą za radością i uniesieniem, jakie niegdyś towarzyszyły jej grze.
Nieustanna dyscyplina, którą sama sobie narzuciła, powoli zgasiła niemal całą radość, z jaką niegdyś zasiadała do fortepianu. Teraz była to praca jak każda inna. Jej wysiłek i starania przyniosły jej upragnioną biegłość, lecz osiągnęła ją kosztem prostej radości, którą niegdyś ceniła nade wszystko.
Zazwyczaj Mary potrafiła przekonać samą siebie, iż była to cena, którą warto było zapłacić, że pobłażanie własnej radości ma mniejsze znaczenie niż doskonalenie talentu. Lecz zdarzały się chwile, gdy ogarniały ją wątpliwości co do tego, z czego zrezygnowała, gdy tęsknota za spełnieniem i swobodą, jakie niegdyś dawała jej muzyka, przebijała się mimo wszelkich prób jej stłumienia.
Pewnego ranka, gdy z nutami pod pachą zmierzała do salonu, by rozpocząć codzienne ćwiczenia, usłyszała nieomylny dźwięk fortepianu, przy którym siedziała Lizzy. Rozpoznałaby jej sposób gry wszędzie – szybki, pełen śmiałości, tak pociągający, że nie sposób było nie odwrócić głowy i się nie wsłuchać. Nieliczne pomyłki, które popełniała, w niczym nie umniejszały przyjemności słuchania. Mary wsunęła się cicho do pokoju i obserwowała siostrę, gdy ta kończyła utwór, z głową odchyloną do tyłu, zamykając go własnym, dodanym dla samej siebie ozdobnym akcentem.
Mary usiadła, nieco oszołomiona energią i brawurą, z jaką Elizabeth potraktowała pieśń. Wykonanie to w niczym nie przypominało jej własnego, precyzyjnego i drobiazgowego stylu, lecz nie sposób było go słuchać i nie poczuć podziwu.
– To było bardzo dobre, Lizzy! – zawołała. – Prawie nie było fałszywych nut. Gdybyś tylko ćwiczyła regularnie, mogłabyś naprawdę to opanować.
Z twarzą lekko zaróżowioną wysiłkiem gry Elizabeth odsunęła stołek od fortepianu, jakby na znak, że zrobiła już to, co chciała, i więcej grać nie zamierza.
– To zupełnie nie dla mnie. Nie sądzę, bym miała dość cierpliwości, by cokolwiek opanować do perfekcji. Gdy tylko zaczęłoby to sprawiać trudności, natychmiast znalazłabym sobie inne zajęcie.
– Lecz czy nie chcesz rozwijać swojego talentu? Szkoda byłoby go zmarnować.
– Nie jestem pewna, czy go marnuję, skoro sprawia mi przyjemność. – Lizzy pozwoliła palcom przesunąć się po klawiszach w prostej gamie. – Czasem myślę, że mogłabyś czerpać więcej radości, gdybyś przykładała się trochę mniej.
– Jak mam grać poprawnie, jeśli nie będę się przykładać?
– Być może – odparła Lizzy – poprawność i pilność nie są jedyną miarą powodzenia.
To było właśnie to przypuszczenie, które niekiedy niepokoiło także myśli Mary, lecz odsuwała je od siebie, gdyż nie była w stanie dopuścić go do głosu.
– Nie mogę uwierzyć, by cokolwiek warte posiadania można było osiągnąć bez wysiłku i poświęcenia.
– Być może tak jest – odparła Lizzy – a jednak wiem, że wolałabym słuchać utworu granego z radością i lekkością niż całej tej wyćwiczonej do perfekcji doskonałości.
– Wątpię, byś chciała słuchać szeregu błędów – odpowiedziała Mary – choćby wykonywała je osoba najweselsza pod słońcem.
Elizabeth zebrała nuty i wstała od fortepianu.
– Być może. Lecz doprawdy, wielka to szkoda ograbić muzykę z wszelkiej przyjemności. Kilka fałszywych nut to niewielka cena w zamian za tę radość.
Wychodząc z pokoju, lekko dotknęła ramienia Mary. Mary usiadła i ułożyła swoje nuty, lecz nie mogła się uspokoić. Słowa Elizabeth poruszyły ją głęboko. Nie było nic dziwnego w tym, że Lizzy mówiła z lekceważeniem o ciężkiej pracy i wysiłku; jej wszystko przychodziło z łatwością. Nie musiała się trudzić – jej urok zawsze ją ratował, nawet przy fortepianie.
Mary energicznie położyła zeszyt z nutami na pulpicie. Dla niej było inaczej. Wyprostowała palce i zaczęła ćwiczyć gamy.Rozdział 4
Mary, gdy czuła się zbyt zmęczona, by dłużej siedzieć przy klawiaturze, miała zwyczaj wycofywać się do swojej sypialni i oddawać lekturze. Stał tam niewielki regał, na którym spoczywało kilkanaście należących do niej książek. Były jej tak dobrze znane, że potrafiła całe ich ustępy recytować z pamięci, mimo to sprawiało jej przyjemność otwieranie ich na nowo i powracanie do znajomych słów. Nie potrafiła przypomnieć sobie czasu, w którym czytanie nie byłoby dla niej zarówno pociechą, jak i schronieniem.
W rzeczy samej, niekiedy zdawało jej się, iż wspomina sam moment, gdy nawiedził ją ów wielki zachwyt nad znajomością słowa pisanego. Siedziała skulona przed ogniem w pokoju dziecięcym, gdy czarne linie na papierze, które Lizzy z taką cierpliwością dla niej kreśliła, przestały być przypadkowymi kształtami i nagle ułożyły się w litery – J jak jabłko, K jak kot.
Gdy raz to pojęła, nic nie było w stanie jej powstrzymać. Robiła błyskawiczne postępy, zamieniając książki obrazkowe na wierszyki i bajki. Szybko uporała się z _The History of Little Goody Two-Shoes_, a _The Story of the Robins_ nie zatrzymała jej na długo. W owych czasach czytała w towarzystwie Jane lub Elizabeth; we trzy siedziały razem w zgodnej ciszy na górze w pokoju dziecięcym, każda zajęta swoją książką. Lecz gdy dorastała i stawała się coraz bardziej nieszczęśliwa, a siostry oddalały się od niej, książki przestały być więzią między nimi, a stały się raczej pociechą w obliczu tej straty. Gdy Jane i Elizabeth szeptały między sobą, nie dopuszczając jej do rozmowy, gdy zamykały drzwi swojego pokoju i nie zapraszały jej, by do nich dołączyła – wówczas Mary uciekała do książek, znajdując w nich odwrócenie uwagi od samotności, która przygniatała jej ducha.
Czytała tak wiele, że szybko wyczerpała nie tylko zawartość własnych półek, lecz także skromne zasoby szkolnego pokoju w Longbourn. Wkrótce przeczytała wszystko, co się tam znajdowało – od atlasów świata po poradniki gospodarstwa domowego, lecz im więcej pochłaniała, tym silniejsza stawała się potrzeba nowych lektur. Sięgała po wszystko, co tylko znalazła w domu, zabierając ze sobą, by studiować w wolnej chwili.
Powieści, które pani Bennet wypożyczała z biblioteki, zajmowały ją przez pewien czas, lecz ich piękne bohaterki w opałach, przystojni i nieskazitelni bohaterowie oraz zawiłości fabuły, prowadzące ich krok po kroku ku najbardziej nieprawdopodobnym szczęśliwym zakończeniom, nie znajdowały jej uznania. Uważała je za niedorzeczne i pragnęła lektury bardziej wymagającej.
Sądząc, iż być może bardziej odpowiada jej fakt niż fikcja, sięgnęła po gazety pana Benneta, mrużąc oczy nad drobnym drukiem, literując sobie nieznane nazwiska i miejsca, o których czytała, aż wreszcie bolały ją oczy i odkładała je na bok. Czytała czasopisma rolnicze, które prenumerował jej ojciec, zastanawiając się nad ilustracjami młocarni i schematami płodozmianu. Podkradała broszury przynoszone do domu przez służbę, pełne sensacyjnych opisów straszliwych zbrodni i ostatnich wyznań skazańców, studiując prymitywne czarno-białe ryciny przedstawiające powieszonych mężczyzn i zamordowane kobiety – aż pani Hill je odkryła i ze złością wyniosła z powrotem do kuchni.
Czasami natrafiała na poważniejsze tomy pozostawione przez pana Benneta i przyglądała się im z wielką ciekawością; nie śmiała ich jednak otworzyć. Książki ojca były rzeczą niemal świętą i nikt poza nim nie miał prawa ich dotykać.
Mając osiemnaście lat, Mary zrozumiała, że nie może kontynuować nauki w tak chaotyczny i nieuporządkowany sposób. Pragnęła rozwijać swoje zdolności umysłowe tak, jak wcześniej doskonaliła biegłość muzyczną, lecz wiedziała, że aby to uczynić, potrzebne są dwie rzeczy. Po pierwsze – musi mieć dostęp do znacznie bogatszego zasobu lektur; po drugie – potrzebuje pomocy nauczyciela. Miała pannę Allen do fortepianu. Dlaczegóż nie miałaby mieć podobnego wsparcia w rozwijaniu swoich zainteresowań intelektualnych? Z pewnością można by znaleźć osobę stateczną i uczoną, która pokierowałaby jej czytaniem i nadała kształt jej nauce.
Gdyby była chłopcem, zapewniono by jej nauczyciela, lecz dla dziewczyny było to nie do pomyślenia. Nie było też żadnej nadziei, by wysłano ją do szkoły, gdyż pani Bennet była święcie przekonana, iż jedzenie podawane pensjonariuszkom jest ciężkostrawne i szkodzi cerze. Pozostawało zatem tylko jedno rozwiązanie jej trudności – zatrudnienie guwernantki – lecz minęło wiele miesięcy, zanim zebrała w sobie odwagę, by zapytać matkę, czy byłoby to możliwe.
Poruszyła ten temat z wielką ostrożnością, wiedząc, że pani Bennet nie darzy guwernantek szczególną sympatią. Istotnie, jej matka była dumna z tego, że nigdy nie zatrudniała nikogo takiego. Przez lata przez podjazd do Longbourn przewijał się szereg nauczycieli przybywających, by udzielać jej córkom lekcji z tych przedmiotów, które – jak sądziła – nadadzą ich wykształceniu ostateczny szlif. Od nich ona i jej siostry zaczerpnęły odrobinę francuskiego, nieco rysunku i bardzo wiele tańca. Ale w sprawach ogólnego wykształcenia, pani Bennet uważała własny przykład, wsparty przyzwoitą liczbą podręczników, za w pełni wystarczający, by wyposażyć je we wszystko, co powinny wiedzieć. Nauczyła swoje córki prowadzić rachunki, zarządzać domem i szyć równym, starannym szwem. Każda z nich czytała nader biegle, a ich wiedza z zakresu historii i geografii wystarczała, by w kręgach towarzyskich nie sprawiać wrażenia osób zupełnie ograniczonych.
Pani Bennet nie zauważyła, by uczoność żony była cechą szczególnie pożądaną przez mężczyzn, i nie miała zamiaru powiększać trudności swoich córek, obciążając je opinią osób nadmiernie bystrych. Wszystko to Mary wiedziała, lecz pragnienie rozwijania umysłu przeważyło nad jej obawami i pewnego popołudnia, siedząc z matką i siostrami przy herbacie, przedstawiła swoją prośbę tak śmiało i spokojnie, jak tylko potrafiła.
Pani Bennet była zaskoczona, jak Mary się tego spodziewała.
– Guwernantkę? Cóż ty masz na myśli? Po cóż miałaby ci ona być potrzebna w twoim wieku?
– Chciałabym udoskonalić swoje wykształcenie, mamo, rozszerzyć krąg lektur i kształtować własny umysł.
– Nie potrafię sobie wyobrazić, czego jeszcze powinnaś się nauczyć! – zawołała pani Bennet. – Masz już głowę pełną bezużytecznych wiadomości. Wątpię, by istniał kraj, którego stolicy byś nie znała albo którego głównych rzek nie potrafiłabyś wymienić. Czegóż więcej mogłaby cię nauczyć guwernantka?
– Mogłaby pomóc mi uczyć się w sposób bardziej uporządkowany, skierować mnie ku książkom, które rozwijałyby mój intelekt. – Mary poczuła, jak ogarnia ją ożywienie. – I nie musiałaby pracować wyłącznie ze mną. Mogłaby być pomocna nam wszystkim i młodszym dziewczętom. Jestem pewna, że każda z nas skorzystałaby na udoskonaleniu nawyków pilności.
Lydia, która zazwyczaj nie zwracała najmniejszej uwagi na to, co mówiła Mary, poderwała się oburzona.
– Uchowaj mnie, Boże, od nawyków pilności! A mój umysł i tak jest już wystarczająco przeciążony, dziękuję bardzo. Ostatnia rzecz, jakiej nam potrzeba, to guwernantka siedząca w salonie, pociągająca nosem i wyglądająca na nieszczęśliwą, jakaś biedna stara panna z książką kazań w jednej ręce i tabaką w drugiej.
Odwróciła się do Kitty, udając, że trzyma pod nosem szczyptę tabaki, parsknęła, przewróciła oczami i jęknęła. Kitty wybuchnęła śmiechem, rozsypując okruszki ciasta po stole.
– Nie potrafię sobie wyobrazić niczego gorszego – oświadczyła Lydia – i Kitty myśli tak samo, jestem tego pewna.
– Byłoby to straszne, zwłaszcza to pociąganie nosem – dodała posłusznie Kitty. – Proszę, mamo, nie rób tego. Jest nam dobrze tak, jak jest.
– Jestem pewna, że mogłybyśmy znaleźć kogoś, kogo wszystkie byśmy polubiły – nalegała Mary. – Jakąś dobrze wychowaną kobietę bez uciążliwych przyzwyczajeń. I nie musiałaby przychodzić częściej niż kilka razy w tygodniu.
– To i tak o wiele za często dla mnie – rzekła Lydia. – A może niech nie przychodzi wcale?
Mary zignorowała ją, kierując na matkę błagalne spojrzenie.
– Doprawdy, mamo, jeśli weźmiesz pod uwagę korzyści dla naszych umysłów…
Lecz było to daremne. Pani Bennet podjęła już decyzję.
– Wystarczy, Mary. Nikt inny nie pragnie guwernantki, a ja nie zamierzam ponosić takiego wydatku wyłącznie dla twojej korzyści. Jeśli chcesz się więcej uczyć, to twoja sprawa. W bibliotece pana Benneta jest dość książek. Możesz się tam udać, tak jak Lizzy, i czytać do woli. To wszystko, co mam do powiedzenia w tej kwestii. Nie życzę sobie, by więcej o tym wspominano.
Lydia, wielce uradowana, sięgnęła po kolejny kawałek ciasta. Mary wiedziała, że dalsze naleganie nie ma sensu. Lecz gdy tak siedziała, patrząc, jak jej herbata stygnie, znaczenie słów matki zaczęło powoli do niej docierać. Nigdy dotąd nie przyszło jej do głowy, że mogłaby mieć pozwolenie na wejście do biblioteki ojca. Często zaglądała tam mimochodem, przechodząc obok – był to jasny, przestronny pokój z wykuszowymi oknami wychodzącymi wprost na ogród, obraz akademickiej atmosfery. Jego prawdziwą jednak zaletą były książki, które wypełniały ściany, półka za półką – kuszący widok dla spragnionej czytelniczki, rozpaczliwie pragnącej czegoś nowego, co mogłoby ją zająć.
Pan Bennet spędzał tam większą część każdego dnia, zamknięty w surowej ciszy. Natręci – jak lubił przypominać swojej rodzinie – nie byli tam mile widziani.
– Skoro nie sprzeciwiam się ogólnej atmosferze niedorzeczności, jaka panuje w pozostałych częściach tego domu, nie uważam za nierozsądne, by istniało jedno pomieszczenie, z którego jest ona wykluczona.
Ani Kitty, ani Lydia, dla których półki pełne książek nie stanowiły żadnej pokusy, nie przejęły się tym oświadczeniem. Nie przejęła się nim również pani Bennet. Nie interesowało jej, w jaki sposób jej mąż spędza czas w swojej bibliotece, i nie przyszłoby jej do głowy, by to sprawdzać. Jedynie Elizabeth od czasu do czasu zaglądała tam, by wypożyczyć książkę, z tą samą swobodą, która cechowała wszystko, co czyniła. Lecz Lizzy była ulubienicą pana Benneta, a jego zwykle ironiczne spojrzenie spoczywało na niej często z ciepłem i podziwem, których nie okazywał młodszym córkom. Mary nigdy nie przypuszczała, by ją mogło spotkać podobne przyjęcie. Pan Bennet rzadko na nią patrzył i zdawał się zupełnie obojętny na jej obecność. Nie rozważałaby nawet możliwości wejścia do biblioteki, gdyby matka nie uczyniła tej sugestii, lecz teraz perspektywa swobodnego poruszania się pośród tak wielu książek przezwyciężyła jej obawę przed odmową. Zebrała się na odwagę i odczekała, aż jej ojciec będzie w – jej zdaniem – najmniej kapryśnym nastroju, po czym zatrzymała go w korytarzu i zapytała – bardzo nieśmiało – czy mogłaby otrzymać pozwolenie na korzystanie z biblioteki na tych samych zasadach co Lizzy.
Zastanowił się przez chwilę, nim odpowiedział.
– Możesz przychodzić i szukać schronienia w mojej bibliotece, jeśli sądzisz, że przyniesie ci to pożytek. Lecz musisz pamiętać, że nie jest to miejsce do rozmów. Nie życzę sobie, by mnie niepokojono jałowymi pytaniami. W każdej chwili powinna tam panować atmosfera rozsądku i ciszy. A każda książka zdjęta z półki ma być odłożona dokładnie na to miejsce, z którego została wzięta. Zasady te są niezmienne. Czy sądzisz, że potrafisz ich przestrzegać?
– Tak, ojcze, potrafię.
– W takim razie nie mam nic przeciwko temu, byś tam przychodziła. Możesz zacząć jutro.