Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ta kobieta to kłopoty - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 czerwca 2026
11,99
1199 pkt
punktów Virtualo

Ta kobieta to kłopoty - ebook

Włoski arystokrata Theo Ranieri dowiaduje się, że jego ojciec połowę majątku zapisał w testamencie swojej pielęgniarce Grace Stewart. Theo ma nadzieję, że odkupienie od niej jej części będzie formalnością. Potem i tak wszystko sprzeda. Tymczasem Grace, domyślając się zamiarów Thea i szanując wolę swojego darczyńcy, wprowadza się do pałacu. Prawnicy są bezsilni, więc Theo wyrusza do rodzinnej Toskanii. Ku jego zaskoczeniu Grace jest nie tylko sprytna i uparta, ale też bardzo piękna, a negocjacje z nią przybierają nieoczekiwany obrót…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-291-2723-3
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Theo stał przy szklanej ścianie z rękoma głęboko w kieszeniach, stanowiąc idealnie arystokratyczny przykład dla pozostałych czterech mężczyzn w sali posiedzeń. Theo nie zawracał sobie zbytnio głowy własnym wyglądem. Miał swoje wady i był ich świadomy, lecz próżność nie była jedną z nich, choć nawet jego najwięksi krytycy musieli przyznać, że miał powody do dumy.

Ze swoimi sto dziewięćdziesięcioma trzema centymetrami wzrostu i imponującą, atletyczną figurą, której nie przysłaniał nawet szyty na miarę garnitur, przyciągał uwagę w każdych okolicznościach. W komplecie z wyglądem szły niezwykły instynkt i zdolność do wychwytywania najmniejszych detali, dlatego na spotkanie z nim nikt nie odważyłby się przyjść nieprzygotowany.

Dziś jego zwykła umiejętność koncentracji nie działała jednak najlepiej. Wyłapywał co najwyżej jedno na trzy słowa, co nie umknęło uwadze ludzi dookoła. Jednak poza wymianą kilku niespokojnych spojrzeń doradców w garniturach nikt nie skomentował faktu, że wyraźnie był nimi niezainteresowany.

Ten, który właśnie mówił, stracił wątek, gdy się zorientował, że nie mówi już do szerokich ramion i patrzą na niego obsydianowo czarne oczy. Wziął głęboki oddech i wyprostował się w swoim krześle na widok niezadowolenia malującego się na twarzy wysokiego Włocha.

Theo był niezadowolony z samego siebie, a raczej z faktu, że jego myśli błądziły nie wiadomo gdzie. Właściwie wiedział dokładnie gdzie – były w Toskanii.

Jak na zawołanie w jego głowie pojawił się obraz włoskiego pałacu, w którym dorastał. Odsunął go, ale zdążył zobaczyć siebie samego jako dziecko układające kwiaty na grobie matki, roniąc łzy na suchą ziemię i przyrzekając sobie nienawidzić własnego ojca do końca swoich dni. Przycisnął palce do skroni, zauważając po raz pierwszy deszcz, który padał od pół godziny.

Czy w Toskanii padało, kiedy składano ciało Salvatorego w rodzinnej krypcie obok dawno zmarłej żony? Czy też słońce przyświecało księdzu, który nad trumną kłamał o tym, jakim dobrym człowiekiem był jego ojciec?

Kiedyś też tak o nim myślał. Wielbił tego człowieka. A potem odkrył prawdę. Miał wtedy trzynaście lat i wciąż ubrany w pogrzebowy garnitur ukrył się w szafie, żeby wypłakać łzy powstrzymywane podczas pogrzebu, bo jego matka nie lubiła, kiedy płakał.

– Czemu nie jedziesz na pogrzeb ojca? – spytała Cleo, kiedy wychodził dziś rano z mieszkania.

Ta skąpo odziana rudowłosa piękność pytała z czystej ciekawości, nie oceniała ani nie zdziwiła się specjalnie, gdy nie odpowiedział. To właśnie dlatego Cleo była dla niego idealną partnerką. Łączyła w sobie zapał do seksu i zupełny brak wymagań. Nie przeszkadzało jej również jego milczenie.

Kiedyś nie miała wymagań – poprawił się w myślach.

Podszedł do drzwi, kiedy sytuacja uległa nieoczekiwanej zmianie – wypowiedziała słowa, które przywiodły go z powrotem do pokoju.

– Dokąd zmierzamy dalej, kochanie?

Odpowiedź była krótka i na temat. Większość ludzi myliła szczerość z okrucieństwem, ale nie Theo. Wierzył, że prawda to prawda. Nie ma w sobie emocji, jest faktem.

– Donikąd – odpowiedział.

Skończyło się gładko, tak jak lubił, prosto i bez niepotrzebnych emocjonalnych komplikacji. Szkoda… Cleo była ładna i atrakcyjna i aż do momentu zadania tego pytania była dokładnie taką osobą, jaka go pociągała. Utalentowana, odnosząca sukcesy, równie samodzielna i ambitna jak on, prowadząca zupełnie oddzielne życie. Nie interesowało jej spędzanie z nim czasu, z wyjątkiem pobytów w sypialni i okazjonalnego udziału w wydarzeniach publicznych.

Kiedyś nawet martwił się, że tego typu zaangażowanie w którymś momencie może zmienić jego przeświadczenie, że małżeństwo nie jest dla niego.

Mylił się.

Gdyby miało się tak zdarzyć, już by o tym wiedział. Wielokrotnie czuł pożądanie do różnych kobiet, nigdy jednak nie stracił rozumu na tyle, by zapomnieć, że nic w życiu nie trwa wiecznie, w szczególności przyciąganie fizyczne. A cóż poza tym trzymało dwoje ludzi razem? No, może poza lenistwem i brakiem innych możliwości.

Według Theo były dwa rodzaje małżeństw. Pierwsze kończyły się dramatycznymi rozwodami, a drugie trwały w kłamstwie. Te pierwsze były jego zdaniem lepsze, choć bardziej kosztowne. Sam jednak siedział w pierwszym rzędzie, obserwując drugi typ. Dla świata małżeństwo jego rodziców było idealne, w rzeczywistości za tą fasadą kryło się obustronne nieszczęście.

Kiedy w końcu odwrócił się w stronę prawników, zza chmur wyjrzał strumień światła.

– Chcę sprzedać.

– Sprzedać? – dociekał jeden z prawników.

– Ma pan na myśli część ziemi? – wtrącił kolejny, z uśmiechem sugerującym, że rozumie pobudki geniusza finansowego, który dorobił się na informatyce więcej niż jego koledzy. – To byłby finansowo rozsądny ruch. Tereny leśne stanowią grunt pierwszej klasy, z możliwością rozwoju na całej powierzchni. Oczywiście ekolodzy będą protestować, ale nigdy nie spotkałem się z obostrzeniami, których nie dałoby się obejść, a grunt na południowej granicy…

Zapłonął szczerym entuzjazmem do tego tematu.

Widok chłodnej, zielonej oazy skąpanej w świetle i ciszy pośród wysokich drzew, w której napotkał jelenia i niedźwiedzia, powoli prześliznął się przez jego umysł.

Zacisnął szczękę. Szczycił się brakiem sentymentalizmu, a jednak perspektywa zniszczenia zielonej oazy wzbudziła w nim nieokreślone poruszenie.

– Ma pan na myśli północne połacie lasu na zboczach?

– Północne. Tak myślę. Same góry. Nieodpowiednie pod… Ale wioska turystyczna mogłaby…

Theo odsunął od siebie obraz ciężkiej maszynerii na wylesionych zboczach.

– Nie przejdzie. Cały teren jest objęty ochroną. Dokumenty są w pałacu.

– No tak. Palazzo della Stellato… taka wymowna nazwa.

Na dźwięk przesadnego włoskiego akcentu Theo zmierzył mężczyznę lodowatym spojrzeniem.

– Są inne tereny, o które wielokrotnie zabiegano. Kilku deweloperów wyrażało chęć ich zakupu. Zobaczmy… Grupa Wegner. Mam tu szczegóły. Wystąpili w ubiegłym roku z zapytaniem do pańskiego ojca, ale on nigdy… Nie oceniam, ale pański ojciec był raczej starej daty, co biorąc pod uwagę historyczny charakter posiadłości, było zrozumiałe…

– Nie interesuje mnie historia. I nie, nie chcę sprzedać części terenu. Ziemia, pałac i wszystko w nim, pozbądźcie się tego. Niczego nie chcę.

Chciał tylko portret z gabinetu ojca. Był tam jeszcze?

Zaskoczone spojrzenia odprowadziły go do wyjścia. Nie, żeby obchodziło go zdanie tych ludzi, ale był dumny, że powstrzymał się przed powiedzeniem „Nie chcę niczego, co przypominałoby mi o tym draniu”. To byłoby zbyt osobiste.

– Połowę? – powtórzyła Grace. – Masz na myśli połowę książek?

Rozejrzała się po półkach biblioteki, w której siedziała. Prawnik siedział w tym samym fotelu, w którym zwykł zasiadać Salvatore, kiedy mu czytała, przez co jego nieobecność doskwierała jej jeszcze bardziej niż podczas pogrzebu.

– To bardzo miłe, ale nie mogę rozbić kolekcji. Jest na to zbyt cenna. Może jedną albo dwie książki.

– Panno Stewart, zdaje się, że mnie pani nie zrozumiała – powiedział mężczyzna powoli. – Kiedy mówiłem „połowę”, miałem na myśli połowę wszystkiego: pałacu, ziemi, pieniędzy. Wszystko zostało podzielone równo na pół.

Przez chwilę Grace wpatrywała się w niego, potem zaczęła się śmiać, choć to wcale nie było śmieszne. To było szalone. Tak samo zabrzmiał jej śmiech.

– Zostawił mi… – Nie wierzyła w to, co usłyszała. – Dlaczego? Nie, to nie może być prawda. Proszę jeszcze raz sprawdzić. Jestem pewna, że okaże się… – Podniosła się z siedzenia, po czym opadła na nie bezwładnie.

– Podać pani szklankę wody?

Mężczyzna uśmiechnął się do niej przyjaźnie.

Grace pokręciła głową z myślą, że nie odmówiłaby szklaneczki whisky. Trzymała dłonie sztywno przyciśnięte do nóg, co i tak nie ukryło faktu, że się trzęsły.

– Pan żartuje? Przepraszam, oczywiście, że nie.

A prawnicy w ogóle umieli żartować? Z jej własnych obserwacji – brat parał się tym zawodem – wynikało, że nie, z kolei jej drugi brat, który był psychiatrą, nigdy nie śmiał się z jej żartów. Ani jej siostra, której seriale sprzedawały się w Stanach Zjednoczonych.

Jej rodzina była niezmiernie utalentowana i tylko z uprzejmości nie naśmiewali się z jej deficytów, czyli faktu, że nie była najbardziej utalentowaną w klanie Stewartów. Wiedziała jednak, że zarówno ojciec, oxfordzki profesor, jak i matka, historyk, oboje utytułowani autorzy bestsellerów w swoich dziedzinach, przeżyli rozczarowanie, gdy Grace zamiast zapewnionego sobie ocenami miejsca w Oxfordzie wybrała kierunek pielęgniarski.

– Jest pani bardzo bogatą młodą kobietą.

Myśli Grace wróciły do surrealistycznej rzeczywistości.

– Bogatą? Myślę, że się pan pomylił. Dziś jadę do domu. Mam tydzień wakacji, zanim zacznę kolejny… – przerwała, by wziąć głęboki oddech. – To niemożliwe. Dlaczego Salvatore miałby zostawiać mi cokolwiek? Byłam tylko jego pielęgniarką. Znałam go zaledwie kilka miesięcy.

Co pomyślą o niej ludzie? Nie wyraziła tej myśli na głos. Nie było sensu zadawać pytania, na które znało się odpowiedź. Pomyślą najgorszą z możliwych rzeczy. Powiedzą, że nie ma dymu bez ognia, tak jak ostatnim razem.

Serce podskoczyło jej na myśl o minionych wydarzeniach. To była jej druga praca na zlecenie agencji pielęgniarskiej. Cudowna, wdzięczna rodzina, z którą miała podpisaną uczciwą umowę – dopóki nie zniknął bardzo drogi naszyjnik i pokaźna suma pieniędzy.

To był prawdziwy koszmar.

Rodzina, która poprzedniego dnia dziękowała jej z wdzięcznością, nagle oskarżyła ją o kradzież. Prawda wyszła na jaw prawie natychmiast i Grace została uwolniona od wszelkich zarzutów, a jednak zostały jej po tym wydarzeniu niezagojone blizny.

To nie jest to samo!

– To brzmi nieprawdopodobnie.

– Widzę, że jest pani w szoku, mam nadzieję, że pozytywnym? – Łysiejący prawnik uśmiechał się do niej.

– Nie… tak… Ale znałam go tak krótko. To nie w porządku. Mogę to zwrócić?

– Co zwrócić?

– Wszystko… Przekazać służbie. Marta i…

Uniesiona ręka kazała jej zatrzymać niekontrolowany potok słów.

– Służba została bardzo hojnie uwzględniona w testamencie, dzierżawcy zaś otrzymali dożywotnie użytkowanie. Zapewniam panią, że nikt nie został pominięty. Myślę, że powinna pani dać sobie trochę czasu na przyzwyczajenie się do tej myśli i…

– Nie mogę odnosić finansowych korzyści z powodu czyjejś śmierci. Ludzie pomyślą, że go wykorzystałam.

– Na pewno nie. – Prawnik usiłował załagodzić sytuację, ale unikał jej wzroku. Zastanawiał się przez chwilę, po czym powiedział: – Cóż, jeśli pani tak myśli, jest pewien sposób, w który można to załatwić, choć doradzałbym niepodejmowanie żadnych nagłych decyzji…

– Jak sposób?

Godzinę później Grace weszła do ogromnej kuchni wypełnionej modnymi sprzętami ustawionymi na kamiennej posadzce, pomiędzy masywnymi belkami i oryginalnym piecem kuchennym.

Marta, gospodyni domowa, siedziała przy stole w swoim zwyczajnym stroju służbowym, składającym się z białej bluzki i spodni w kant, i wypełniała dokumenty na laptopie, popijając kawę. Spojrzała na wchodzącą Grace.

– Blada jesteś. To było kilka trudnych dni. Trzeba było mi pozwolić przebukować twój bilet na koniec tygodnia.

Grace zdobyła się na słaby uśmiech. Kiedy przyjechała tu dziesięć tygodni temu, starsza gospodyni była nadopiekuńcza wobec pracodawcy i niepokoiło ją nagłe zamieszkanie angielskiej pielęgniarki w pałacu. Otwarcie krytykowała decyzję agencji o zatrudnieniu dla paliatywnie chorego pielęgniarki niemówiącej po włosku.

Sama Grace również o to pytała przy zatrudnieniu, ale zapewniono ją, że pacjent, który mówił biegle w dziesięciu językach, nie miał problemu z tym, że nie znała włoskiego.

– Mamy tu armię rotacyjnych pielęgniarek. A ty co? Masz magiczną moc i sprawisz, że będzie żył? – marudziła Marta.

Podejście Marty zmieniło się, gdy Grace wprowadziła zmiany w zabiegach uśmierzających ból swojego pracodawcy. Grace widziała w jej oczach łzy, gdy pewnego dnia dotychczas obłożnie chory Salvatore wstał o własnych siłach i zasiadł w kuchni przy tym samym stole, przy którym siedziały teraz.

– Do tej pory próbował przetrwać. Dzięki tobie naprawdę przeżył ostatnie tygodnie – powiedziała Marta podczas pogrzebu.

– Nie jadę. Zostaję – powiedziała Grace, siadając na krześle.

– Naprawdę?

– Salvatore zostawił mi połowę wszystkiego.

Starsza kobieta podniosła dłoń do ust.

– Mówiłam prawnikowi, że nie mogę tego przyjąć. To byłoby nieodpowiednie. On twierdzi, że syn Salvatorego, Theo chce mnie wykupić. Zaoferował zawrotną sumę pieniędzy. Marto, ja nie chcę pieniędzy! Niczego nie chcę! – wykrzyczała łamiącym się głosem.

– Wiem. Wszyscy w pałacu wiedzą, jednak Theo pewnie myśli, że z pałacem wiąże się długa historia i dlatego powinien pozostać w rodzinie – zasugerowała starsza pani.

– Też tak pomyślałam i nawet powiedziałam mu, że może mieć całość, choć brzmiał tak… – Ugryzła się w język, jako że w pałacu nigdy nie wypowiadano się źle o nieobecnym synu.

Grace miała własne zdanie na temat syna, który ani razu nie odwiedził chorego ojca ani nie przyjechał na pogrzeb, ale postanowiła zachować je dla siebie.

– Theo nie należy do biednych. Chce mnie wykupić, ale tylko po to, żeby wszystko sprzedać! Nie mogę uwierzyć, że można być tak… Zupełnie jakby chciał wymazać wszystko, co tak bardzo kochał jego ojciec. Jego dziedzictwo! Jak on może?

– Obawiałam się czegoś w tym stylu – powiedziała gospodyni.

– Nie martw się, nie pozwolę na to. Mogę go powstrzymać. Jeśli nie zgodzę się na jego warunki i zamieszkam tu, nie będzie mógł niczego sprzedać.

Starsza kobieta spojrzała z powątpiewaniem.

– Theo zawsze był bardzo uparty.

– Ja też.

– To takie smutne.

Smutne? To było oburzające! I to mówiąc bardzo łagodnie.

Grace nie miała pojęcia, co załamało relację pomiędzy ojcem a synem i choć była bardzo ciekawa, nigdy nie ośmieliła się zapytać. Nawet teraz nie potrafiła się na to zdobyć.

– Może Salvatore przewidział postępowanie syna, a testament był jego sposobem na… Cóż, jakiekolwiek były jego zamiary, jego syn niczego nie sprzeda bez mojej zgody. A ja mu na to nie pozwolę. Ten pałac, tereny, ludzie, to było życie Salvatorego i nie pozwolę go zniszczyć. Wprowadzam się i nie zmienię zdania!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij