Taca - ebook
Niecenzurowana opowieść o bogactwie polskiego Kościoła.
Wyłudzanie pieniędzy, żerowanie na wdowim groszu, kreatywna księgowość, podatkowe fikołki, a w tle sprawy, w których stawką bywa ludzkie życie – z tych relacji wyłania się obraz instytucji, dla której najświętszym sakramentem okazują się pieniądze.
Ponad setka informatorów – byli i obecni księża, kurialiści, prokuratorzy i policjanci – rozbiera kościelny system finansów na części pierwsze. Artur Nowak dociera do szarej strefy działania polskich parafii i zgromadzeń zakonnych: opisuje mechanizmy przekrętów, cenniki za posługi, obieg gotówki, układy i przywileje, a także bezwstydne bogactwo biskupów. Tu nie ma świętości, której nie dałoby się przeliczyć na wpływ – nawet pogrzeby stają się okazją do handlu poczuciem winy i rozpaczą.
Na czym Kościół zarabia najwięcej? Jakie interesy robi na tak zwanych cudach? Jakie pieniądze każdego dnia krążą w religijnym krwiobiegu bez faktur, bez podatku, bez świadków?
Artur Nowak (ur. 1974) – adwokat, publicysta i pisarz, m.in. współautor wraz z profesorem Stanisławem Obirkiem bestsellerowych reportaży: „Babilon. Kryminalna historia Kościoła”, „Gomora. Władza, strach i pieniądze w polskim Kościele”, „Skandaliści w sutannach”, „Antysemickie chrześcijaństwo” oraz „Gehenna. Kościelna okupacja Polski”. Z filozofem Ireneuszem Ziemińskim opublikował książkę „Chrześcijaństwo. Amoralna religia”, z filozofem Tadeuszem Bartosiem „Bóg odszedł z poczuciem winy” , a z Arkadiuszem Stempinem – „Imperium grzechu. Kronika zbrodni Kościoła”. Napisał też „Kroniki opętanej” – powieść, w której przedstawił opartą na faktach historię nastolatki molestowanej przez egzorcystów. Jest również autorem reportażu „Adwokaci. Zraniony zapał”. Współautor podcastu „Kryminalna historia Kościoła”, nagrodzonego Bestsellerem Empiku za 2022 rok. Kolejny sezon tego podcastu otrzymał w roku 2023 nagrodę Best Audio. Od 2021 roku na kanale Sekielski Brothers Studio prowadzi autorski podcast „Wysłuchanie”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8444-610-2 |
| Rozmiar pliku: | 343 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pewien biskup potrafił bez żadnego pokwitowania zabrać z kościoła obraz i urządzić sobie prywatny seans adoracji: kominek, lampka wina, dzieło sztuki i samotna celebracja. Na sztuce się nie znał, ale „czytał albumy”, brylował na kolacjach z przedstawicielami swojego dworu i budował wokół siebie nimb znawcy. Mylił nazwiska malarzy, mylił muzea, ale w tej instytucji nikt nie miał interesu wyprowadzać biskupa z błędu. Klakierzy żyją z łaski, dworzanie pilnują dostępu, a sekretarze filtrują rzeczywistość. Zresztą jak w feudalnym modelu, nawet jeśli wszyscy wiedzą, że pan pije, kradnie albo upokarza ludzi, to i tak przyjdą się modlić do jedynego Boga na mszy pod jego przewodnictwem. I nikt nie „zbezcześci świątyni” protestem, bo religijność bywa tresurą: nie wychylaj się, nie podważaj, nie psuj. Posłuszeństwo jest tu cnotą ważniejszą niż prawda.
Słyszałem opowieści o libacjach kończących się interwencją zaufanych medyków, o kopertach, które nie są wręczane, tylko stawiane, jakby sama forma miała zdejmować moralny ciężar z czynu; i nie zwierają łapówki, tylko ofiarę składaną przez brata w kryzysie, którego trzeba „ochronić przed zgorszeniem”. System ma wbudowany mechanizm samousprawiedliwienia.
To nieprawdopodobne, jak Kościół ze swoją feudalną scenografią, nierealnością i przepychem zdołał wślizgnąć się w XXI wiek, udając, że czas go nie dotyczy. W pewnym sensie trzeba tę sztukę podziwiać. Ludzie, którzy ślubują ubóstwo, mieszkają w pałacach, korzystają ze służby i nazywają to posługą. Nie muszą jak zwykli śmiertelnicy chodzić do pracy, dbać o utrzymanie rodziny, liczyć rachunków, mierzyć się ze zwykłymi problemami i brać odpowiedzialności za konsekwencje własnych decyzji. Ich świat jest osobnym ekosystemem: rezydencje, sekretariaty, refektarze, kierowcy, kucharki, ogrodnicy, kapelani. System zamknięty, samowystarczalny, odporny na wstyd.
Zaczyna się od stroju – nie jako dodatku, tylko jako komunikatu. Pierścienie, łańcuchy, purpury, hafty… Kostium działa jak tytuł szlachecki: ma budować dystans, sugerować, że oto stoi przed nami ktoś innego rodzaju, kto nie podlega zwykłym regułom. Kościół dba, by kapłani tej ociekającej złotem celebry kielichów, paten i tabernakulów byli wystarczająco oddaleni od wiernych. A później wchodzi kolejna warstwa: infrastruktura władzy, którą trzeba utrzymać. Kuria, budynki, rezydencje, kancelarie, ceremoniał, ochrona, otoczenie – to kosztuje miliony i opłacane jest z kieszeni wiernych. W świecie, w którym każda sprzedaż i niemal każda usługa obłożone są VAT-em i opatrzone fakturą, Kościół wciąż żyje w sferze „Bóg zapłać”: w jego krwiobiegu krążą gotówka, ofiary, intencje, darowizny. To idealne środowisko dla patologii, bo gotówka nie zostawia śladów, a sekretność ma tu rangę cnoty.
Jeden z kurialistów, z którym rozmawiałem na potrzeby tej książki, powiedział mi wprost: defraudacje i kradzieże do pewnej kwoty nie są nawet zgłaszane organom ścigania. Bo większą szkodę wyrządza upublicznienie informacji, że ksiądz coś ukradł i uciekł, niż załatwienie sprawy po cichu. To nie jest patologia na marginesie systemu. To jest jego logika: minimalizować skandal, maksymalizować bezkarność.
Kościół świadomie odrzucił niemal wszystkie zdobycze demokracji: wybieralność przywódców, odwoływalność, niezależny system kontroli, jawność postępowań, przejrzystość rozliczeń. Na dole wygląda to podobnie: proboszcz zbiera gotówkę, a co z nią robi, nie jest sprawą parafian. I nawet jeśli ludzie coś wiedzą, coś podejrzewają, to milczą, bo… ksiądz też człowiek.
Ta książka nie powstała po to, żeby dorzucić kolejny dowcip o pałacach biskupich. Humor będzie – bo groteska jest elementem tej rzeczywistości – lecz stawką jest gniew i rozumienie. Pedofilia okazała się wierzchołkiem góry lodowej kościelnych patologii. Finanse są jej masywem. I im szybciej Kościół traci ludzi, tym bardziej kurczowo trzyma się pieniędzy oraz scenografii władzy. W dobie internetu obraz tego, jak funkcjonuje ten system – jak zapewnia bezkarność, zasłania przepych moralnym szantażem, drenuje kieszenie wiernych – widać wyraźniej niż kiedykolwiek.
Chcę opisać ten mechanizm bez nabożnych filtrów, bez przyklęku, bez udawania, że to „sprawy delikatne”. Bo nic nie jest delikatne w instytucji, która żąda od ludzi moralności, a sama konsekwentnie ucieka od elementarnej odpowiedzialności. W instytucji, w której nawet pieniądze mają charakter sakramentalny: są niewidzialne.NEKROBIZNES
„Dzień dobry. Moja krótka, ale denerwująca historia pewnie nie różni się od wielu innych” – tak zaczyna się wiadomość, którą otrzymałem od jednej z czytelniczek.
W 2021 roku zmarła moja babcia. Na Cmentarzu Wawrzyszewskim w Warszawie mamy stary grób rodzinny. Jeszcze przed chorobą babci – przed Wszystkimi Świętymi – pojechałam na cmentarz i zobaczyłam na grobie kartkę o likwidacji. Zabrałam ją, pokazałam babci. Babcia zadzwoniła na parafię, żeby zapytać, o co chodzi, skoro opłaty były robione na bieżąco. Telefon odebrał proboszcz. Powiedział, że dług za grób wynosi 20 tys. zł, bo rzekomo nie było płacone przez sześćdziesiąt lat.
Pojechałam tam osobiście. Księdza nie było – był tylko pracownik administracyjny. I ten z kolei twierdził, że dług wynosi 10 tys. zł, bo grób jest podzielony na dwa: jedna część murowana, druga – ziemista. Powtarzano, że nikt nie płacił.
To było niemożliwe, bo w tym czasie były tam chowane dwie osoby – a jeśli nie ma bieżących opłat, to przecież nie robi się pochówku. Tata zawsze płacił, ale nie miał potwierdzeń, więc rozmowa kończyła się jednym: nie ma papieru, nie ma dowodu. Zapłaciłam.
Babcia jeszcze próbowała rozmawiać. Mówiła księdzu, że ma wnuczkę z autyzmem, że ma małą rentę, że płacone było i żeby to sprawdzić. Płakała do telefonu, bo usłyszała, że jeśli nie zapłaci, to grób zostanie zlikwidowany – grób, w którym leżą jej mąż, córka, matka i jeszcze ktoś z rodziny. Na koniec ksiądz „uspokoił” babcię, że rozłoży na raty, że „Bóg pomoże w trudnych chwilach”. Potem babcia zmarła. Przyszedł czas, żeby ją pochować. Grób opłacony – wszystko powinno być cacy.
Pogrzeb robiliśmy świecki, więc byłam pewna, że opłaty dla kleru mnie ominą. Ale nie. Usłyszałam, że jeśli nie zapłacę tysiąca złotych za otwarcie bramy cmentarza, to pogrzeb się nie odbędzie. Bałam się awanturować – babci zależało, żeby leżeć obok męża i córki. Zapłaciłam.
Poprosiłam, żeby za karawanem mógł wjechać samochodem mój tata – grób jest na górce, tata jest niepełnosprawny, był upał, czerwiec, około trzydziestu stopni, nie miał siły iść pod tę górę. Nie zgodzili się. Tata ledwo doszedł na pogrzeb własnej matki, bo „zasady”, a jeśli ktoś chce wjechać parę metrów, to trzeba płacić kolejne pieniądze.
Po pogrzebie chcieliśmy naprawić pomnik, ale z inną firmą niż ta, która działa na cmentarzu. Powiedziano nam, że nie ma problemu, tylko mamy zapłacić jej tyle samo, ile zarobi firma zewnętrzna, bo skoro mamy widzimisię, to oni nie mogą być stratni. Zostaliśmy więc przy firmie cmentarnej. Zrobili fatalną robotę.
A teraz znowu: za chwilę kończy się okres, który ledwo zdążyłam uregulować, i znów będę musiała płacić kolejne tysiące za „przedłużenie grobu”.
Przepraszam za brak ładu i składu – piszę na szybko.
Pozdrawiam.
„Dzień dobry!” – pisze do mnie mężczyzna z małej miejscowości:
U nas w każdy piątek odbywa się msza zbiorowa za zmarłych. Celebrans odczytuje 30 nazwisk. Bliscy, którzy zamówili intencję, wpłacają po 100 zł za każde nazwisko. Czyli 30 × 100 zł = 3000 zł za 45 minut mszy. Super, prawda? To się nazywa biznes! Pozdrawiam i proszę o anonimowość, bo to mała mieścina.
A ja mam jedno pytanie: jaki to właściwie ma sens? W oficjalnym nauczaniu Kościoła modlitwa za zmarłych nie zmienia „wyroku potępienia” (jeśli ktoś miałby być potępiony) i nie „kupuje nieba”. A jednak Kościół – jakby na potrzeby stałego obrotu – racjonalizuje ten proceder: podobno taka modlitwa wstawia się za zmarłym u Boga i pomaga mu w oczyszczeniu.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się mój problem: czy to jeszcze wiara i troska o zmarłych, czy już żerowanie na żałobie i poczuciu obowiązku wobec bliskich? Ksiądz z diecezji bielsko-żywieckiej mówi mi coś, co brzmi jak wyznanie winy, wypowiedziane duszpasterskim tonem:
– Ludzie modlą się za zmarłych, wierzą, że coś można im wymodlić. A Kościół z tej herezji nawet nie próbuje ich wyprowadzić.
I potem dodaje uwagę o dwóch mentalnościach, bo diecezja jest posklejana: pół z katowickiej, pół z krakowskiej:
– U nas są dwie mentalności: krakowska i śląska. Wśród przedstawicieli śląskiej nie było takiego zwyczaju. Nie znają wypominków, nie ma tego całego obrotu intencjami. Obowiązywała tam po prostu tradycja: trzydzieści dni po śmierci rodzina spotykała się w kościele na jednej mszy za zmarłego. Jednej. W krakowskiej diecezji każdy zamiast kwiatków daje kopertę. W kopercie intencje. Po pięć dych, po stówce, różnie. Trzy, pięć, dziesięć… A jak pogrzeb duży, to ludzie potrafią dać na sto intencji. Sto mszy za jednego człowieka.
Ksiądz robi pauzę – taką jak ktoś, kto chce pokazać mechanizm.
– No to ja pytam: w takim razie ten bezdomny, co umarł i miał pięć osób na pogrzebie… i nikt nie dał kopert… to co? Jedna msza i koniec? A ten, do którego przyszło pięćset osób i każda dała na intencję, ma trzysta, czterysta mszy załatwionych. Czyli co? Temu drugiemu zbawienie byłoby bardziej gwarantowane, bo miał lepszą frekwencję i bogatszych żałobników?
Sedno tej sytuacji tkwi w tym, że najcenniejsza rzecz w katolicyzmie – eucharystia – jest ustawiona jak system rozliczeń. Jakby łaska miała cennik, a pamięć o zmarłym była przeliczana na koperty i „odprawione sztuki”.
– Z tego jest profit – mówi ksiądz. – Głównie parafia bierze, bo odprawia.
Kiedy dotykamy rdzenia tej teologicznej układanki, w której coś przestaje się zgadzać już na poziomie elementarnej logiki, nagle robi się ostrzej. Chrystus umiera raz. Jedna ofiara za wszystkich. Tak brzmi fundament powtarzany w katechizmach, kazaniach, modlitwach. A potem ten sam Kościół mówi bez mrugnięcia okiem: „To teraz trzeba jeszcze odprawić dwieście, trzysta, pięćset mszy za jednego człowieka, żeby mu pomóc”. Jedna ofiara miała wystarczyć. A jednak jakoś nie wystarcza, jeśli nie ma kopert.
Ksiądz z Kaszub mówi mi wprost: jeśli parafia ma cmentarz, prędzej czy później pojawia się pokusa, żeby dorobić do posługi dodatkową kasę. Oferować swoje usługi. Budować swoje układy. Czasem – jak mówią ludzie – swój zakład. Granice między troską o nekropolię a biznesem są rozmyte, a przejrzystość bywa fikcją. „Nie wiadomo, jak to jest” – pada w rozmowie i to „nie wiadomo” staje się definicją całego mechanizmu: wszystko niby w bieli, a jednak wiecznie w półcieniu.
Kaszubi – słyszę – potrafią być hojni. Ale jeśli wyczują krętactwo, umieją odpowiedzieć po swojemu, bez komisji i bez uchwał: wrzucają na tacę brązowe grosze, demonstracyjnie, z zimnym uśmiechem. Taki ludowy wymiar sprawiedliwości. Wspólnota nie ma wglądu w księgi, nie zna kosztorysów, nie zobaczy umów – ale ma drobne monety i pogardę. I potrafi nimi powiedzieć „wiemy”.
Tyle że specjalne msze robią swoje. Raz w miesiącu jest msza za tych, którzy nie wrócili z morza. Jej nazwa brzmi, jak budowanie wspólnotowej pamięci, ale intencja ta zmienia się w idealne paliwo maszynki do robienia pieniędzy. Jest tragedia, jest solidarność środowiska, są nazwiska na tabliczkach, karteczki, wspomnienia, ludzie ściśnięci w ławkach. Płacz jest prawdziwy. Sens jest prawdziwy. I właśnie dlatego obok zawsze stoi „wyjątkowa” skrzynka: na intencje, na prośby, na ofiarę. Tu nie trzeba mówić „płać”. Wystarczy powiedzieć „pomódl się” – i postawić repozytorium na modlitwę razem z banknotem.
„Nie mają skrupułów” – powtarza mój rozmówca, a potem opowiada historię groteskową, która mnie jakoś nie śmieszy. Budowa kaplicy przy cmentarzu, poświęcenie materiałów – msza specjalna za to, co za chwilę ma się stać ścianą. Ksiądz święcił… blachowkręty. Blachowkręty. Obok – oczywiście – stała skrzynka na ofiary. Jakby świętość należało sprowadzić do poziomu śrubek, byle tylko dało się dodać do sytuacji zachętę „wrzuć coś”.
Trudno jednak o bardziej wymowny dowód pazerności duchownych niż obrzęd z września 2022 roku na parafialnym cmentarzu w Trzebini. Ziemia dosłownie zapadła się tam pod nagrobkami, płyty popękały, groby osunęły się w pustkę i w sumie ponad czterdzieści miejsc pochówku zostało zniszczonych, a nekropolia zamieniła się w miejsce katastrofy. Szybko jednak okazało się, że to nie był kaprys natury ani nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Dziennikarze ujawnili, że tak zwana nowa część cmentarza funkcjonowała na wariackich papierach – a właściwie bez nich. Samowola budowlana bez kompletu decyzji, bez rzetelnych ekspertyz geologicznych, bez zabezpieczeń. Jakby wystarczyło postawić krzyż, rozrysować alejki i zacząć sprzedawać miejsca, a prawa – świeckie i fizyczne – miały się dostosować. Proboszcz wydał decyzję szybką, opłacalną, ale jak się okazało – katastrofalną. Bo kiedy ziemia się zapada, a nagrobki pękają jak skorupki, zaczyna się drugi dramat: spór o odpowiedzialność i pieniądze. Kto ma zapłacić odszkodowania rodzinom? Parafia? Gmina? Ubezpieczyciel? A może nikt, bo formalnie… cmentarza tam być nie powinno i w papierach nie było?
Ten chaos prawny nie jest problemem technicznym. To sedno sytuacji. Brak jasnego statusu terenu sprawia, że żałoba musi ulec procedurom, a rodziny zmarłych muszą walczyć nie tylko z traumą, ale i z urzędową próżnią. Bo jeśli coś się zawaliło nie do końca legalnie, to odpowiedzialność za to rozmywa się równie skutecznie jak grunt pod nagrobkiem.
Całą historię domyka ironiczny kontekst samej Trzebini – miasta naznaczonego zapadliskami po działalności górniczej, w którym ziemia potrafi nagle odsłonić ludzką głupotę, a teraz obnażyła także prawdę o kościelnym zarządzaniu cmentarzami: najpierw biznes, potem papiery, a odpowiedzialność – jeśli w ogóle – na końcu.
Cmentarz w Trzebini staje się metaforą. Dowodem na to, że brak kontroli, chciwość i lekceważenie prawa mogą dosłownie podkopać spokój zmarłych i bezpieczeństwo żywych. I jeśli ktoś szuka punktu wyjścia do opowieści o kościelnym nekrobiznesie, to trudno o mocniejsze otwarcie.
Najłatwiejsza jest kasa z pogrzebów. Tu nie trzeba niczego sprzedawać: klient sam przyszedł, płacze, nie ma głowy do porównywania ofert. Wystarczy tylko odpowiednio nazwać posługę.
Księża lubią zaczynać od pytania jak z baru szybkiej obsługi: „Gorący kubek czy tradycja?”. „Gorący kubek” to żartobliwe określenie kremacji. Z ciałem jest więcej kłopotów, złożonej logistyki, więcej „koniecznych” opłat, więc i więcej da się zarobić. „Pogrzeb to towar łatwo psujący się” – jak tłumaczy jeden z wikarych, dlatego rodzina bierze, co jest, i płaci, byle tylko skończyć ten koszmar. A jeśli chodzi o pieniądze, to czarni są naprawdę bezwzględni i nie ma dla nich znaczenia, na czym zarobią.
Kiedy sześć lat temu zmarł jej ojciec, przez chwilę wahała się, czy w ogóle robić pogrzeb kościelny. Nie była już praktykująca, znała cenę takich ceremonii i ich ton. Ale pomyślała, że może on by chciał. Nie ma w parafii miejsca zamieszkania – tego była pewna – tylko gdzie indziej. Tam, gdzie dorastał, gdzie uczył się porządku świata. Aby to jednak można było załatwić, musiała zdobyć jedno: zgodę proboszcza. Poszła więc do proboszcza Kościoła Wniebowzięcia NMP w Gliwicach. Już w drzwiach usłyszała zdanie, które nie było pytaniem, tylko stwierdzeniem jakby wyjętym z kartoteki: „Aaa, to pani. To pani umarła matka, jak pani była dzieckiem”. Przytaknęła. „Nooo… a teraz tatuś” – dodała. I wtedy zaczęła się procedura dobrze znana każdemu, kto choć raz trafił do kancelarii parafialnej w chwili żałoby: zaczął rządzić papier. Kartka, na której wpisuje się nie tylko daty i dane, ale także osąd.
Proboszcz napisał, że ojciec odszedł od Kościoła, że nie chodził na msze. Paszkwil – tak to córka nazywa. Nie notatka, nie fakt, tylko charakterystyka moralna, sporządzona pośpiesznie z pozycji władzy. A potem padło pytanie: „A skąd pani wie, że miał ostatnie namaszczenie?”. Odpowiedziała spokojnie, choć wszystko się w niej już gotowało: „Nie nagrywałam tego na OIOM-ie. Przykro mi”. Wyszła z tym papierem jak z wyrokiem. Poszła do Kościoła Chrystusa Króla w Gliwicach, gdzie ojciec chodził jako dziecko. Tam, gdzie pamięć była starsza niż urzędowy ton. Pokazała kartkę księdzu. Powiedziała wprost: „Widzi ksiądz, jaki to podły człowiek, ten proboszcz”. Dała kopertę. Tysiąc złotych. Bez targowania się. Bez scen. Bo w takich momentach człowiek chce już tylko przejść przez procedurę i wyjść.
Kilka godzin później zadzwonił telefon. „Proszę przyjść” – usłyszała. I wtedy stało się coś, czego się nie spodziewała. Ksiądz oddał jej siedemset złotych. Zostawił sobie tylko trzysta. Nie było wielkiego kazania. Nie było teatralnych gestów. Był prosty komunikat, że tyle wystarczy. Że pogrzeb nie musi być karą. Że zgoda nie musi kosztować wszystkiego, co człowiek ma w portfelu i w gardle. Opowiada to bez patosu. Jakby stwierdzała: „Widzisz? Da się”. Da się nie pisać paszkwili, nie rozliczać czyjejś wiary po śmierci. Da się nie robić z żałoby egzaminu z lojalności.
Rędziny pod Częstochową. Pojechałam do proboszcza zapłacić za użytkowanie grobu dziadków. Cena: 1600 zł. Nie spodziewałam się takiej kwoty i nie miałam przy sobie całej sumy, więc wykupiłam tylko na dziesięć lat – połowę. Proboszcz zajrzał do „akt” i zaczęło się przesłuchanie:
– Księdza po kolędzie pani nie przyjmuje.
– Nie przyjmuję. Do kościoła też nie chodzę.
– To pani innego wyznania?
– Nie. Jestem niewierząca, ale grób jest po dziadkach.
– A na ogrodzenie cmentarne pani się złożyła?
– Nie. Skoro płacę za miejsce na cmentarzu i „utrzymanie grobu”, to dlaczego mam dopłacać na ogrodzenie?
Finał?
– Jest pani pasożytem. Żyje pani kosztem innych.
Redemptorysta z Częstochowy opowiada o awanturach, jakie urządzał mu proboszcz, bo nie brał od rodzin zmarłych pieniędzy albo brał tylko symboliczne kwoty. On po prostu nie potrafił inaczej, a proboszcz urządzał mu kontrole, jakby nie mieściło mu się w głowie, że można być takim „mięczakiem”. Podobne historie słyszę od chrystusowca z zachodniopomorskiego: za te same praktyki proboszcz – gustujący w whisky po kilkaset złotych – wyzywał go od kretynów.
Pewna kobieta opowiada mi o swoich przejściach w taki sposób, jakby wciąż stała w progu kancelarii: z rękami jeszcze zimnymi od klamki, z tą mieszaniną wstydu i wściekłości, która przychodzi, gdy człowiek żegna zmarłego, a ktoś próbuje mu wcisnąć rachunek za własną łaskawość.
Mniej więcej dziesięć lat temu umarł jej swat, czyli ojciec jej zięcia. Chłopak przyleciał z Irlandii i natychmiast zabrał się do spraw, których nikt nie chce załatwiać: akt zgonu, formalności, termin, trumna, ksiądz, cmentarz. Poszedł z mamą do proboszcza jednej z wrocławskich parafii dogadać pogrzeb. I wtedy padły kwoty, wymówione tonem spokojnym i rzeczowym, jakby chodziło o naprawę auta, nie o człowieka. Za pogrzeb: 1200 zł. Do tego oczywiście kościelny i organista po dwieście. „Oczywiście” jest tu słowem kluczem, bo w tej logice nic nie jest nadużyciem, wszystko jest naturalnym porządkiem rzeczy. Płaci się, bo tak się płaci. Płaci się, bo w tym momencie człowiek i tak nie ma siły się targować. Ale największy problem wcale nie dotyczy mszy. Dotyczy drogi między bramą a grobem. Cmentarz jest duży, a proboszcz gruby – i podobno bolą go nogi. Więc ma pozwolenie, żeby wjechać na cmentarz samochodem. Mercedesem. Prawie pod sam grób. I za to wjechanie, za ten kawałek drogi, za demonstrację wygody w miejscu, gdzie wszyscy cierpią, życzy sobie dodatkowe dwieście złotych. Na co? Na wulkanizatora. Który po ceremonii ma powyciągać mu z opon kamyczki z alejek cmentarnych, bo podobno wbijają się w bieżnik.
Gdyby nie reakcja swatowej, zięć wyciągnąłby księdza zza biurka za koloratkę. Bo są granice bezczelności, jaką człowiek może znieść nawet w największej rozpaczy. Kiedy rodzina chce już tylko ciszy i prostoty, dostaje pokaz siły: „wolno mi, bo mogę”, „biorę, bo dasz”, „nic mi nie zrobisz, kiedy jesteś słaby”.
Umiera żona. Po jakimś czasie mąż chciał postawić pomnik. Zamówił go u kamieniarza. Tylko że firma kamieniarska musi wjechać na cmentarz, a brama w tej opowieści okazuje się kolejnym punktem poboru.
Kuzyn poszedł do wrocławskiego proboszcza prosić o pozwolenie. „Oczywiście, nie ma sprawy” – usłyszał. „Tylko że opłata wynosi piętnaście procent wartości pomnika”. Piętnaście procent. Jak podatek. Jak haracz. Jak prowizja za to, że ktoś w odpowiednim momencie przekręci klucz w zamku. Pomnik kosztował 15 tys. zł, więc proboszcz liczy: 2250 zł. Za łaskawe zezwolenie na dojazd do grobu bliskiej osoby.
A potem zostaje w człowieku poczucie, które nie mija razem z żałobą: że ktoś w najgorszym dniu w życiu potraktował go jak portfel. Kiedy ktoś stwierdza, że Kościół to po prostu jedna wielka mafia dojąca z ludzi pieniądze, to wiem, że ten człowiek nie cytuje publicystyki, tylko mówi na podstawie własnych doświadczeń. Bo jeśli ksiądz potrafi wystawić rachunek za wyjęcie kamyków z opon Mercedesa albo wsunąć łapę po opłatę pomiędzy grób a bramę, to znaczy, że w ludziach duchownych nie ma żadnej przyzwoitości, poczucia niestosowności, zrozumienia sensu własnej posługi.
Na jednym z cmentarzy w Białymstoku – farnym – po dwudziestu latach wystawiono rachunek za miejsce. Dwa tysiące złotych – słyszę od jednej z pań. Nie za pomnik dwuosobowy, nie za opiekę ani jakąkolwiek usługę, tylko za jedno miejsce. „Rodzice są tam pochowani. Za jedno miejsce zapłaciłam już w tamtym roku dwa tysiące. W przyszłym roku mija dwadzieścia lat od śmierci taty i mam zapłacić kolejne dwa tysiące. Zapytałam w kancelarii, kto ustala takie stawki. Czy istnieje regulamin, zarządzenie, cennik, jakakolwiek podstawa prawna? Odpowiedź była prosta: nie ma. Pan proboszcz wymyślił. Dobrze, że mnie stać. Jeśli natomiast kogoś nie stać, przekona się, że nawet śmierć jest na raty. A pomniki po prostu znikają”.
Rodzina przyszła do proboszcza w Węglińcu na Dolnym Śląsku w sprawie pogrzebu babci. Padła kwota: 800 zł. Wnuk oznajmił, że nie ma, ale księdza to nie obchodziło. Babcię jednak trzeba było pochować, więc wnuk wrócił po dwóch dniach z tym, co udało mu się w rodzinie zebrać: 400 zł. Zostawia kopertę i wychodzi. Proboszcz zajrzał do koperty. Mało! Wypada za wnukiem, dogania go na podwórku, z furią rzuca kopertą i dodaje zdanie, które robi z człowieka śmiecia: że ma sobie znaleźć innego idiotę, który pochowa babcię za taką kwotę.
Tu nie chodzi tylko o odmowę ani pieniądze, ale o publiczne upokorzenie. Pogrzeb staje się przyczyną selekcji parafian na biednych i bogatych, przy czym biedni są gorsi, a więc zasługują na pogardę.
Co się stało potem? Rodzina została z podwójną traumą. I choć media opisały sprawę, a kuria i otoczenie zareagowały, to ksiądz wykorzystał chwilę żałoby do pokazania władzy. I nie tylko ksiądz z Węglińca. Podobna sytuacja zdarzyła się w Mirkowie pod Wrocławiem.
Kobieta organizowała pogrzeb matki. Chciała zapłacić przelewem, bo mieszka za granicą. Pojawiła się techniczna przeszkoda: nie miała konta w polskim banku, a więc oznaczało to opóźnienia i formalności. Normalnie taką sytuację da się załatwić: wystarczy ustalić termin, sposób wpłaty, przesłanie potwierdzenia. Ale ksiądz stracił cierpliwość i zaczął słać wiadomości, w których pojawiły się oskarżenia o oszustwo i złośliwe moralizowanie: „Ostatni raz dałem się oszukać…”, „Nie pieprz, że to wina banku – to charakterek!!!”, „Na oszustwie daleko nie ujedziesz”. Kobieta, wstrząśnięta, zwróciła się do mediów. Zaczęły się reakcje, tłumaczenia… Ale istotą narkobiznesu jest to, że osoba w sutannie wykorzystuje bezbronność osób w momencie żałoby.
W Uniejowie-Parceli w Małopolsce ksiądz wręcz zrobił sobie jaja z pogrzebu. Rodzina przyszła, żałobnicy się zebrali, wszystko gotowe… i nagle okazało się, że niegotowy był tylko ksiądz…. Według zgromadzonych miał być zaspany, w drzemce, w stanie, w którym nie traktował sytuacji serio. Upierał się, że pogrzeb ma się odbyć jutro. Kiedy rodzina naciskała (użyła groźby wezwania policji i żądania zwrotu pieniędzy), ksiądz w końcu przystąpił do posługi, ale zamiast choć minimalnej powagi żałobnicy doznali kolejnej zniewagi: duchowny pomylił imię zmarłego (Julian/Juliusz). Gdy ludzie zwrócili mu uwagę, odpowiedział: „Co to za różnica?”.
Na cmentarzu w Gdańsku ksiądz był wyraźnie nietrzeźwy: chwiał się, bełkotał, mylił rekwizyty. W niektórych relacjach pojawił się nawet obraz mylenia kropidła z mikrofonem. Sytuacja ta w normalnych okolicznościach byłaby komiczna, ale w uczestnikach pogrzebu musiała zrodzić poczucie, że ktoś odebrał im podniosłość ostatniego pożegnania i zamienił je w farsę. I kiedy ludzie próbowali powstrzymać emocje, żeby jakoś dotrwać do końca ceremonii, ksiądz… padł na grób.
W Tyczynie natomiast ksiądz odegrał dwuaktówkę. Najpierw na cmentarz przyszedł pijany, więc rodzina nie dopuściła go do odprawienia ceremonii. Potem zrobiło się ciekawiej: duchowny wsiadł do samochodu i uderzył w słup. Na to wszystko zjawiła się policja. Zresztą w Kotlinie ksiądz też miał 2,7 promila alkoholu we krwi w trakcie ceremonii, a sytuacja była na tyle jednoznaczna, że ktoś wezwał funkcjonariuszy. Na Mazurach rodzina przyjechała na pogrzeb i zobaczyła proboszcza formalnie gotowego, w szatach liturgicznych, tylko że tak pijanego, że miał problemy z poruszaniem się. Żałobnicy stanęli więc przed wyborem: dopuścić do farsy albo ratować godność zmarłego. Podjęli się akcji ratunkowej ceremonii, która kosztowała ich dodatkowe 1800 zł. Pojechali do sąsiedniej parafii po innego księdza, próbowali ogarnąć organistę, skleić celebrę na ostatnią chwilę. W Rzejowicach ceremonia trwała, a ludzie w napięciu słuchali modlitw, tylko że ksiądz był tak pijany, że w pewnym momencie zasnął. Ktoś musiał przejąć obowiązki i dokończyć pogrzeb, bo inaczej uroczystości groził paraliż.
W apogeum pewnego konfliktu w Wielkopolsce proboszcz arbitralnie kazał zamknąć chłodnię przy kościelnym budynku, którą parafianie od lat wykorzystywali do przechowywania zwłok przed pogrzebem. Teraz ciała trzeba było wozić do innych parafii, a ksiądz nie pojawił się na zaplanowanej ceremonii.
W Ratowicach proboszcz wywiesił cennik opłat cmentarnych i pogrzebowych, który wyglądał jak taryfikator za wejście do wieczności. Miejsce w grobie ziemnym – 2400 zł, grób głębinowy – około 3000 zł, a pogrzeb z mszą – kolejne 2400 zł – z wyszczególnieniem, że kwota ta obejmuje nawet prąd, sprzątanie i wywóz śmieci. Najbardziej bulwersujący był jednak zapis o podwójnej opłacie dla osób niepraktykujących albo spoza parafii, czyli kara finansowa za brak przynależności i słabszą frekwencję religijną.
W Leśnicy na cmentarzu parafialnym przedłużenie ważności grobu na pięć lat miało kosztować 600 zł – i stawka ta była wskazywana jako rażąco wysoka w porównaniu z innymi nekropoliami. Mechanizm oburzenia jest prosty: na części cmentarzy parafia występuje jako faktyczny monopolista, więc rodzina w żałobie nie negocjuje jak klient, tylko płaci, bo nie ma wyjścia. A kuria – według opisu sprawy – może w takich sytuacjach co najwyżej proboszcza upomnieć.
Kościół korzysta z monopolu. W takim Lubiążu proboszcz (lub administrator) miał kierować rodziny do „swojej” firmy, a gdy ktoś wybierał inną, zaczynały się trudności organizacyjne. Klasyczny zestaw narzędzi: zamknięta brama cmentarza, problemy z kaplicą, przeciąganie zgód, blokowanie formalności. Nacisk skuteczny, bo czas działa przeciw rodzinie. Sprawa trafiła do UOKiK, bo proceder wyglądał jak ograniczanie konkurencji na lokalnym rynku. W Wałbrzychu UOKiK nałożył na parafię grzywnę ponad 3600 zł za praktyki monopolistyczne na cmentarzu przy ulicy Przemysłowej. To dość niska kara. Opłaca się dalej łamać prawo, skoro na 260 pochówków około dziewięćdziesięciu procent zleceń trafiało do firmy mającej umowę z parafią (administrator), a innych wykonawców miały zniechęcać dodatkowe koszty oraz problemy z dostępem do cmentarza. I tu jest sedno: nawet jeśli urząd uzna praktyki za bezprawne, to przy skali obrotu i emocjonalnym przymusie czasu taka kara brzmi jak koszt prowadzenia interesu, a nie realna sankcja.
Przykłady groteskowo niskich kar można mnożyć. Bydgoszcz – parafia św. Mikołaja: 2180 zł, Fordoński Zakład Pogrzebowy: 1454 zł, Chełmża – parafia św. Mikołaja Biskupa: 1450 zł, Zakład Usług Grabarskich: 924 zł. Kwoty raczej nie odstraszają, a mówimy o mechanizmie, który realnie uderza w ludzi w najgorszym momencie życia, kiedy są bezradni i gotowi zapłacić tyle, ile się od nich zażąda, byle „załatwić pogrzeb”. Powyższe kary dotyczyły faworyzowania jednego wykonawcy usług grabarskich, co oznaczało wyłączność na kopanie grobów na cmentarzu parafialnym. Efekt był prosty: konkurencja wypchnięta, rodziny bez wyboru, ceny bez presji rynku. Właścicielka małego zakładu pogrzebowego w Świętochłowicach opisała sytuację, w której proboszcz – zarządzający cmentarzami – miał blokować jej prace i jednocześnie wypychać klientów do konkurencji. Rodziny usłyszały komunikat w stylu „Nie wpuszczę tej firmy”, a część ich, by uniknąć awantur przy pogrzebie, przeniosła pochówek albo zerwała umowę. Podobno biskup w ramach interwencji nakazał wpuszczanie firmy na cmentarz, ale problem sterowania klientem i wywierania presji na rodziny nie zniknął.
W Wielkopolsce proboszcz z ambony na niedzielnej mszy nawoływał wiernych do bojkotowania pewnej lokalnej firmy pogrzebowej i korzystania z usług parafialnych pracowników – mimo że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył na niego karę za ograniczanie swobody gospodarczej. W tym układzie nie chodzi tylko o pojedyncze wyskoki proboszcza, lecz o utrzymywanie systemu, który prowadzi do nadużyć. Bo cmentarz parafialny to nie jest zwykły rynek: tu człowiek nie ma czasu, nie ma siły na porównywanie ofert, nie ma dystansu. Tu są ból, telefon, termin, dokument, trumna, płacz. I w samym środku tych spraw ostatecznych staje instytucja, która mówi: „To posługa”, ale jednocześnie pozycjonuje ją jako usługę premium – z dopłatą za bramę, za kopanie, za wjazd, za podpis, za zgodę, za mszę zbiorową liczoną od nazwiska jak od sztuki.
Najważniejsze jest jednak to, że Kościół ekonomię żałoby maskuje językiem wiary. Nie ma opłat, jest tylko ofiara. Cennik to zwyczaj albo regulamin. Monopol to wyraz troski o cmentarz. A jeśli ktoś pyta, na co zostaną przeznaczone pieniądze, dostaje odpowiedź, że na utrzymanie parafii, prąd, na wywóz śmieci i na kościelnego. Jakby cały sens chrześcijaństwa dało się sprowadzić do rachunku: prąd plus wywóz plus robocizna plus prowizja. Ale tąpnięcie jest jeszcze większe niż na cmentarzu w Trzebini. Bo Kościół sprzedaje światu opowieść o łasce darmowej, nie do kupienia, nie do wycenienia, a w praktyce oliwi mechanizm, w którym biedny żegna biednie, a bogaty – z „pełnym pakietem”. Eucharystia – najświętsza rzecz w tej religii – zaczyna wyglądać jak waluta, a pamięć o zmarłym jak abonament.
Ktoś powie: „Przesada. Są dobrzy księża”. Są, to prawda. Na zasadzie wyjątku. Bo ten system nagradza tylko bezczelność i karze za przyzwoitość. Prawdziwy skandal nie polega na tym, że ktoś wziął osiemset zamiast czterysta złotych albo że dołożył wulkanizatora od kamyczków do cennika, ale na tym, że instytucja, która moralizuje cały kraj, zbudowała sobie szarą strefę półprawa, a zamkniętą bramę cmentarną uznaje za lokalną sprawę. Model ten będzie działać dopóty, dopóki ludzie w żałobie będą mieli w sobie odruch posłuszeństwa: nie będą pytać i będą unikać scen, bo „to Kościół”, bo „tak trzeba”, bo „co ludzie powiedzą”. I dlatego ta książka nie jest o wierze. Jest o władzy, o pieniądzu i bezkarności. I o tym, jak łatwo w chwili, kiedy człowiek jest bezbronny, zrobić z niego klienta, który płaci za prawo do ciszy.
A skoro Bóg jest sprawiedliwy, to po co mu koperty?
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI